18 listopada 2019, poniedziałek

Teatr rozmowy





Janusz Muniak: – Jakieś zielone światełko mi tu miga na stole.


Dariusz Łukaszewski: – Mój dyktafon, kontrolka. Kiedyś spisywałem rozmowy długopisem i miałem zawsze palce poparzone, bo mi się kulka w długopisie do czerwoności rozgrzewała, a i tak zawsze wiele smaków z rozmowy mi uciekało.


– Ale mógł pan ćwiczyć pamięć, proszę pana, a teraz ani liczyć nie trzeba umieć, ani pamięci ćwiczyć… choć może ostatnio nie za bardzo jest na czym ją ćwiczyć, i po co. Więc ja też przestaję pamiętać, i przestaję się tego wstydzić – jeden z przywilejów mojego wieku.


Akurat! Jak się Pana słucha, tych długich, misternych improwizowanych miksów rozmaitych skali jazzowych – molowych, durowych, jońskich, miksolidyjskich, pentatonicznych, bluesowych, zwiększonych, zmniejszonych, w przewrotach i bez , te tysiące dźwięków ułożonych w niesłychanie logiczne wywody, to Pana sugestia autosklerotyczna na taką kokieterię mi tylko wygląda.


– Bardzo mi pochlebia, że pan tak sądzi, bo wielu ludzi ma taki osąd, że muzycy to mają dobrze, bo po pierwsze – nie pracują, po drugie – jak już coś robią, to dla czystej przyjemności. Biorą sobie instrument do ręki i sobie grają. I każdy by tak sobie chciał pograć, dla przyjemności. Tymczasem z biegiem czasu muzyka staje się pracą, i wcale nie lżejszą niż inne prace. Chociażby kwestia ciągłego podróżowania; jak się siedzi na miejscu, to jest nadzieja, że dłużej się pożyje, niż podróżując po polskich drogach.


Wczoraj graliście w Częstochowie, dzisiaj w Lesznie, jutro…


– Świdnica, potem Oleśnica, itd., itd.


To jest trasa promocyjna nowej płyty…


To nie jest promocja! Powiedzmy, że się zgrywamy – muzyk z „NewBone”, zespołu grającego z Muniakiem, który pojawia się zwabiony aromatem herbaty z cytryną.
– Tylko nie mów, stary, że się zgrywamy, bo się może na tym zielonym oczku nagrać, że się zgrywamy. Tu trzeba od razu wyjaśnić, że trochę się zrywamy i trochę się zgrywamy, żeby nie poszło, że tylko się zgrywamy.


My tu sobie popijamy herbatkę, zakąszając cytrynką, a tam, na dole siedzi pani i sprzedaje bilety, i odbiera telefony od ludzi, którzy chcą sobie jeszcze jakimś cudem zaklepać miejsce na koncert. Ten obrazek pokazuje, że marka Janusz Muniak jest marketingowo znana, uznana, oczekiwana i wytęskniona. Niech więc mi Pan wytłumaczy, jak to jest: no, trochę się musiałem natrudzić, żeby znaleźć Muniakowe nagrania w Internecie; w telewizji i w radio dałem sobie spokój, bo tam Muniaka nie ma; tam już nie ma i Ptaszyna, i Namysłowskiego, i Szukalskiego, Śmietany, Wegehaupta, Karolaka… nie puszczają was. Jest Doda. Ludzie chcą was słuchać, a państwowe i prywatne zakłady powołane do obsługi kulturalnej ludzi sobie z tych ludzi jaja robią?


– Prawda, ale to jest temat rzeka, trzeba by poruszyć problem przemian politycznych, kreowania mód, bezrefleksyjnego naśladowania wzorców z cieplejszych krajów, zagadnienie elitarności kultury, rozrywki czy sztuki i dopuszczalnej skali tego zjawiska, czy może wreszcie zwyczajnej głupoty, braku oczekiwań na miarę, o jakiej nawet się nie podejrzewa, że może istnieć.


Spróbujmy to poruszyć.


– Lepiej nie. Materia złożona, za pół godziny gram koncert, w innych przestrzeniach wolałbym się teraz skupić. Ludzie zresztą sami wiedzą lepiej, jedni mówią, że komuna nas, jazzmanów, hołubiła, inni, że nas gnębiła… Gdyby pan tu tego ziobra przede mną nie położył, to powiedziałbym dosadniej.


Proszę powiedzieć.


– No z jednego gówna w drugie gówno weszliśmy, po prostu. Jest kolorowo bardzo teraz. Taka norma, standard obowiązujący. Ja jestem już nie taki młody, więc pamiętam czasy, kiedy ludzie przychodzili na ten jazz, żeby ówczesne standardy omijać, kontestować, pokazać, że nie tylko „Trybuny Ludu” oczekują. Tutaj teraz też tak jest, nie umniejszając mniejszym miastom od Warszawy czy Krakowa, w takich mniejszych ośrodkach można jeszcze spotkać normalnych ludzi, którzy czegoś potrzebują, i wiedzą w dodatku mniej więcej, czego oczekują. Natomiast w tych tak zwanych dużych ośrodkach, które mają pretensje do kultury wyższego lotu, jest już tak kolorowo, że na odrobinę jakiejś szlachetnej szarości czy bieli miejsca nie starcza. Tam już nie wypada nie być kolorowym, nie wolno, pod karą posądzenia o zacofanie. Na topie jest degeneracja i bajzel. W Krakowie hordy kretynów z Anglii czy Irlandii jakiejś, proszę pana, zdejmują gacie na środku Rynku i sikają pod kościół Mariacki, i drą się jak opętani przez całą noc. Nikt nie reaguje, nikt tego nie pilnuje, trwa kolorowa zabawa. Do mojego klubu w Krakowie przychodzą coraz gorsi ludzie, niestety. Za dużo kiepskiej swobody, za mało dobrego przykładu. A media? To jest interes do obsługi tej kolorowej publiki. Dopóki się będzie liczyła oglądalność, to będziemy schodzić po równi pochyłej do szamba.


Nie ogląda Pan telewizora?


– Oglądam. I widzę dziwność, która ma mnie zadziwić: wypadki samochodowe widzę oraz lotnicze, mielenie o tych przepychankach politycznych, żenujących, aferzystów widzę podniesionych do rangi ikon popkultury, i wiele tych interesujących rzeczy, które mają mnie zainteresować poprzez zadziwienie, przez oddziaływanie na moje najniższe instynkty albo na moją wrażliwość, którą ja akurat mam już zagospodarowaną. Ale jak ktoś nie ma, to się umasawia, łykając tę dziwność, inność, i w efekcie staje się inny w taki sam sposób, jak wszyscy; czyli robimy się tacy sami, masowi, przeciętni.


Wieszczy Pan schyłek jazzu?


– Bez przesady. Wszystko ma swój początek i koniec – jak długo można się bawić w idiotów. Od wielu, wielu lat trwają dyskusje, czy jazz jest, czy już się skończył, zaś jeśli jest, to jaki on jest, czy to jeszcze jazz. Ten gatunek uśmiercano już wiele razy. Takie dyskusje do niczego nie prowadzą. Jest tak, jak jest, a będzie, jak będzie, jak ludzie będą chcieli, to będzie, a jak nie będą chcieli, to będzie, gdy znów zechcą. Jest wielu młodych muzyków, całe zastępy zdolnych, tak że grać ma kto, chodzi o to, żeby był odbiorca. Ale jak się ludzi karmi odpadami z Ameryki, śmieciami, to sztampa z tego tutaj powstaje, jeszcze większe kretyństwo niż tam. Zresztą jazz nigdy nie był sztuką masową i jest to z drugiej strony dobre, że nie jest masowy.


Jan Klata, bardzo znany reżyser, powiedział, że Ameryka zamieniła w Polsce kulturę na rozrywkę…


– No, w dużej mierze tak, i to na rozrywkę marnego lotu.


Ale jazz to przecież Ameryka! Duke Ellington, Charlie Parker, Dizzy Gillespie, Sonny Rollins czy Miles Davis…


– Bo to nie Ameryka jest winna… Wie pan, ja w tej chwili nie widzę – choć ona się podobno objawia w pewnych momentach – tej naszej mądrości narodu. Całkiem możliwe, że jestem głupi, ale ja w tej chwili tej mądrości nie dostrzegam.


Gdzie jest ta ściana, w którą się trzeba puknąć czołem, po stoczeniu z tej równi pochyłej, żeby się otrząsnąć?


– Tych puknięć już było parę, ale widocznie za słabe to były puknięcia. To idzie falami, to zidiocenie i powrót do świata rozumu, więc to, co mamy teraz dookoła, się skończy, te dzikie chichoty z kretyńskich dowcipów wypluwanych na wyścigi przez telewizor. Ludzie się muszą najeść, aż zwymiotują.


Pan ma swój własny klub w Krakowie.


– I głównie na podstawie moich obserwacji zachowań w tym klubie to wszystko mówię.


To jest restauracja, knajpa, pub?


– Klub jazowy, po prostu. Gdzie gra się muzykę jazzową, codziennie.


Nie ma Pan kłopotów z artystami, skąd ich Pan bierze do codziennego grania?


– To się zrobiło perpetuum mobile, o czym marzyłem od dziecka, samo się kręci, do tego stopnia, że nawet czasem nie wiem, z kim będę grał. Wokół tego miejsca wytworzyła się spora grupa ludzi, którzy jakoś sami się organizują. Bywa, że przychodzą koledzy tak licznie, że tych rur nie można pomieścić na scenie.


Gdzie to jest konkretnie? Zareklamujmy to miejsce.


– Floriańska 3, Kraków, Jazz Klub u Muniaka, zapraszam czytelników tego wywiadu. Oby tylko wycieczka Angoli nie wpadła, bo rujnują wszystko dookoła i trzeba ich przeganiać, a czasami się nie zdąży, bo potrafią wejść spokojnie, a dopiero po wypiciu piwa zaczynają demolować. Nie mam nic przeciwko piwu, ale stylowi tanie samoloty i piwo, któryzamienia wycieczki w hałaśliwy motłoch.


Każdy może zagrać w klubie Muniaka?


– Z tym miejscem jest związana bardzo duża grupa muzyków, i nie ma roku czy miesiąca, żeby nie dołączył jakiś nowy, młody, genialny. Dostaję masę demo, maili z propozycjami, ale muszę przyznać, że traktuję je tak, jak się takie rzeczy traktuje na Zachodzie – wkładam do pudełka. Na maile nie odpowiadam, bo każdy myśli, że jest dobry, czy najlepszy, więc jak odpiszę uprzejmie, że dziękuję, ale nie, to zawsze następuje pytanie: a dlaczego? I mi ręce opadają, jak mam tłumaczyć rzeczy oczywiste, i dlaczego ja właściwie mam się tłumaczyć... Więc nie wdaję się w taki dyskurs, żeby się nie więcej nie narażać na określenie, że Muniak jest cham.


Nie żal Panu, że może kogoś przegapia, jakiegoś geniusza?


– Proszę pana, ja tyle w życiu już przegapiłem, że już się przyzwyczaiłem.


Podobno Muniak nie lubi muzyki eksperymentalnej?


A jak pan idzie do dentysty czy do szewca, to lubi pan eksperymenty? Ja wybieram towar, sprawdzoną i gwarantowaną jakość. Muzyka eksperymentalna czy awangardowa to jest, moim zdaniem, błędne określenie, bo niczego nie określa; do tego da się załadować wszystko. Muzyka musi mieć smak, czar, a do tego potrzebne są umiejętności. Nie da się wysmakować utworu przypadkiem, do tego potrzeba kunsztu, mistrzostwa, tu nie ma miejsca na eksperymenty. Jak u dentysty.


Ma Pan jakiś kontakt z Namysłowskim?


– Gra w Warszawie, w klubie, gra za granicą. Ma świetny zespół, złożony z samych młodych muzyków, między innymi jego syn gra na puzonie, znakomicie, a raz w roku spotykamy się na Kalatówkach, na takim kempingu jazzowym, i gramy. Dla samej przyjemności grania. Przez tydzień. Sama muzyka, zero księgowości. Piękne to są spotkania. Spotykamy się też w Warszawie przy okazji moich koncertów w tym mieście, wielu muzyków zresztą wtedy przychodzi. Ostatnio Zbyszka Namysłowskiego akurat nie było, bo grał gdzieś na świecie, ale był Duduś Matuszkiewicz, który ma 80 lat, a potrafi jeszcze dobrze zagrać cały wieczór.


A ile Pan ma lat?


– Hm… numer buta – niecałe 39, trudno mi kupić obuwie, bo według norm europejskich buty męskie od 41 się zaczynają. Numer kołnierzyka jeszcze bardziej utrudnia zakupy, tytoń, który palę od 1974 roku, też zniknął z półek, nic już dla mnie nie ma, ale dzięki Bogu wciąż żyję, od 67 lat. I to bez przerw. Ale widzę, że pan się zasępił, czy zamyślił?...


Zamyśliłem się, bo przypomniałem sobie kogoś z mojej rodziny, kto kiedyś, przez całe życie był urzędnikiem i kto jest młodszy od Pana, a teraz już się jakby wycofał, nie uczestniczy aktywnie w życiu, jakby się skurczył, chcąc zająć jak najmniej miejsca, żeby nie przeszkadzać. I tak sobie myślę, że jest jednak coś na rzeczy w tym powiedzeniu, że muzyka konserwuje – Duduś Matuszkiewicz, Pan u szczytu formy i aktywności, no nic, tylko grać!


– Muzyka to jest jedyna gimnastyka, jaką ja w życiu uprawiam. Mówią, że sport to zdrowie, a ja uważam, że – i nie jestem w tym osamotniony, bo choćby Wojtek Karolak to samo powie – że sport to pierwszy krok do kalectwa. Kiedyś pomyślałem sobie, że jednak kultura fizyczna powinna iść w parze z rozwojem intelektu, i zacząłem się gimnastykować. Ale kiedy zastanowiłem się, co ja robię, to się sam przed sobą zawstydziłem. Od tego czasu granie na instrumencie jest moim jedynym zajęciem fizycznym. Czy muzyka konserwuje? Chyba tak. Jak widać na załączonym obrazku.




fot: Jacek Wojciechowski

   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.