23 maja 2019, czwartek

Czytelnia człowieka dla ludzi





Polskie pola walki.
Wojna wciąż trwa. Każdego dnia toczone są potyczki, czasem bitwy prawdziwe. Swoich ze swoimi. Odchodzących do rezerwy zastępują nowi żołnierze, gotowi, ochoczy, wyczekujący na swój dzień chwały. W tej armii nie ma orderów, stopni wojskowych, nie ma nawet mundurów. Jest wola walki, są ofiary, są i kombatanci, snujący opowieści o swoim minionym bohaterstwie, i zawsze znajdują się uszy chętne do wysłuchania tych walecznych historii. Bywa, że kronikarze dziejów utrwalą dla potomności najdonioślejsze epizody krwawych batalii. W tym materiale w roli kronikarzy wystąpią pisarze (w kolejności) Alan Sasinowski i Dorota Masłowska, w roli materiału dowodowego – fragmenty ich powieści.


Sukces

Alan Sasinowski

fragment

 

(…)

Pod sklepem spożywczym „Biedronka” wpółleżał Wojciech, zmięte, siwobrode uosobienie pijaństwa. Wojciech lubił śpiewać pieśni patriotyczne i religijne, i przechwalać się, że własnoręcznie obalił komunę. Obok niego stali dwaj dilerzy, mniej więcej w moim wieku: Mateusz i Gorzki. Przechodząc obok nich, zawahałem się. Miałem pewne problemy z ulokowaniem ich w hierarchii. Niby mogłem iść z Mateuszem na solo i chyba dałbym mu radę, bo byłem większy, ale nie wiedziałem, czy jego starszy brat siedzi w więzieniu, bo jeśli nie, to niedobrze, zna Grześka i Bartka, Grzesiek kumpluje się z kolei z Jarkiem, więc chyba nic by mi nie zrobił, ale Bartek, o, Bartek to zupełnie inna historia, był poza konkurencją, nikogo się nie bał, wszyscy pamiętali (nawet jeśli nie widzieli), jak wyskoczył z maczetą na największych bonzów, jak ich przestraszył, Gorzki z kolei bił się lepiej ode mnie, ale dwa lata temu zrobił wałek na Karpiu, koledze Grześka, do którego mogłem dotrzeć przez Jarka, więc by się chyba za mną wstawił, gdybym mu przypomniał o tamtym, Gorzki, w razie większej rozróby, mógłby posiłkować się chłopakami z przedmieść, chodził kiedyś z jednym takim do klasy, i wtedy dostalibyśmy po zębach, ale gdyby Karpiu dostał, to wtedy miałby konkretny powód, żeby poprosić o pomoc Długiego, a gdyby Długi się wmieszał, to Karpiowi chłopacy z przedmieść już by nie pomogli, jedyną szansą dla niego byłoby poproszenie o pomoc Bartka, o ile oczywiście brat Grześka jest na wolności. Przechodząc obok nich, spięty, gotowy na zaczepkę, dokonywałem skomplikowanych obliczeń, przed oczami przesuwały mi się tabele i wyrafinowane grafy połączone niezliczoną liczbą strzałek, symbolizujące powiązania i znajomości.

Instynkt mnie nie zawiódł – chłopcy mieli ochotę na masakrę. Traf chciał, że nie padło na mnie, a na Wojciecha.

Rozmawiali o Małyszu.

– Ćwok chujowo skacze – skarżył się Mateusz.

– No – przyznał Gorzki.

– Wkurwia mnie.

– No.

– Przewrócił się ostatnio, pederasta jeden wąsaty. Wcześniej się nie przewracał.

– No.

– Słyszałem, że trener go w chuja robi. Ale mi się nie wydaje. Założę się, że jakiś inny pederasta mu wsypuje jakiś zjebany towar do picia, jakiś chuj złamany, zdradziecki.

– No.

– Zajebię chuja. Wiesz, kto to robi, wiesz, kto Małysza podtruwa?

– Nie.

– O, ten, tutaj, pederasta. Wojciech. Weź go zajebiemy.

– Dobra.

I zaczęli go zajebywać.

Przystanąłem, sam nie wiem dlaczego. Nie mam natury gapia. Wręcz przeciwnie – nieporównywalnie bardziej pasuje mi rola podziwianego niż podziwiającego. Tym niemniej w wyczynie Mateusza i Gorzkiego było coś ujmującego, jakaś namiastka patriotyzmu.

Kopali go po twarzy i korpusie. Pluł krwią, ryczał dziko. Przyciągnął uwagę szpakowatego mężczyzny z aktówką, ubranego w jasny, drogi garnitur, który w tej dzielnicy był zupełnie nie na miejscu.

– Panowie – głos mężczyzny też był szpakowaty. – Co wy robicie?

Mateusz kopnął pijaka w ucho, rozejrzał się za jakimś niebezpiecznym narzędziem i, jakby w roztargnieniu, powiedział:

– Ten pederasta otruł Małysza. Żeby nie skakał tak dobrze i żeby się przewrócił.

– Doprawdy? – mężczyzna uśmiechnął się nieładnie; po chwili wahania podszedł do Wojciecha i walnął go aktówką w twarz, mrucząc: – Kogo jak kogo, ale Małysza…

Z „Biedronki” wybiegła starsza pani w uniformie kasjerki.

– Ludzie! Ludzie! Opamiętajcie się!

– Ten pederasta – powtórzył Mateusz, podchodząc do pozostawionej pod śmietnikiem butelki piwa i podnosząc ją. – To właśnie ten pederasta. Co otruł Małysza.

Staruszka otworzyła głupio buzię, złapała się za serce. I wybuchnęła:

– Naszego orzełka?! Naszego orzełka podtruwać?! Nasze dobro narodowe?! Naszego bohatera?! To tak, jakby na Polskę podniósł rękę, kurwi syn, unita, komunista. Zboczeniec! Adasia naszego!

Podbiegła do Mateusza, wyrwała mu butelkę i roztrzaskała ją na głowie Wojciecha. Zbierało się coraz więcej ludzi. Oddaliłem się pospiesznie, choć przedtem, aby mi nikt nie zarzucał, że zadzieram nos, uderzyłem Wojciecha raz czy dwa razy.

(…)

Alan Sasinowski

 

 

 

 

Paw królowej
Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża , Maj 2005

Dorota Masłowska

 

fragment

 

„(…)

Ludzie! oż ty, penis pochwa, kurde! Przez brudne świateł ulicznych rzężenie, fabryk ryk, szklany latarni syk, różne bełkoty codzienne przebija się nagle na powierzchnię policyjnej wycie apokaliptyczne syreny, Boże Bożuniu, co to się teraz dzieje? Co to się dzieje, a co się działo będzie, Katarzyna Lep ku szybie wystawowej sklepu biegnie, integralność jej na miejscu pierwszym mając na względzie, bo w razie gdyby chodziło o jakąś rebelię i wulgarną z tłuczeniem szyb zadymę, to ona uratuje chociaż witrynę, ponieważ będzie mocno ją trzymać, tak heroiczne są jej postępowania pobudki i przyczyny, ale co to, migają niebezpieczne światła owszem i syrena jakaś tu wyje, lecz zamiast samochodu pędzącego na łeb na szyję, widzi Katarzyna, z charyzmą pomrowu pełznącego poloneza, ona biegnie tutaj, owszem, ale o co tutaj biega? Ona tego nie wie, ale ja to wiem i powiem, takie są narratora prerogatywy opowieści o konwencji szkatułkowej, że on jako nieliczny zna tu różnych rzeczy powody, między innymi tak niewielkiego przemieszczenia tego samochodu, co wyruszył z komisariatu zaledwie parę ulic obok przed około godziną, lecz wolniej jedzie niż gdyby się zatrzymał, a może nawet wolniej niż gdyby się cofał, z taką jedzie on prędkością tajemniczo niezawrotną, choć na sygnale jedzie, więc dlaczego się tak wlecze, jakieś dziwne sekrety odbierają mu zwrotność i szybkościowe zalety. Otóż około godziny wcześniej, był na komisariat telefon ze strony jakiejś kobiety, widać że na policję dzwoniła z brakiem innych możliwości wywołanego przymusu, bo najchętniej zadzwoniłaby od razu po Boga i Jezusa Chrystusa, żeby przyszli i coś zrobili, bo sprawa była taka, pobiły się na ulicy Brzeskiej pijaki, bo że czują się lepsi, wyszło na to, zwolennicy „Cherry” nalewki od zwolenników denaturatu, a nie może tak być, że ktoś się wozi bezpodstawnie, a poza tym degustibusnonestdisputandum jak mawiał Platon, są tacy, co sprawili że żyjemy w wolnym państwie, każdy może wybrać swój styl życia własny, więc po co te nieprzyjemne kaźnie, gdzie jedni mówią „nasze jest lepsze”, drudzy „nasze jest tańsze”, a jeszcze inni argument mają „nasze jest nasze” przyznaj niezaprzeczalny – o bycie sobą polała się krew na Brzeskiej właśnie i właśnie trzecia osoba w tej bratobójczej walce utraciła swej osoby integralność, gdy zadzwoniła na komisariat pewna pani, której walczyli tam mąż, szwagier i syn w obronie denaturatu, a jej dwaj bracia w „Cherry” nalewki obronie, i gdyby chociaż walczyli byli oni po jednej stronie, to może nie miałaby na policję dzwonione, bo w liczbie członków rodziny musi być trochę ekonomii, jeden w tę czy w tamtą stronę nic nie robi, szczególnie że była w ciąży, ale dlaczego w przeciwnych drużynach przeciwko sobie stoją, że to skurwysyński brak więzi w rodzinie, co by nie było wierzącej, uważała ona, więc na policję poszła zatelefonować halo halo, bo mąż szwagier i syn wyraźnie przegrywali, tam powiedzieli że przyjadą, ale jakoś tak było zleciało i jak gdyby wciąż nic w temacie nie było przyjechało, czy to nie dziwne, halo? „Halo! Co z radiowozem godzinę temu wysłanym się stało? Halo?”

 

On jedzie, może trochę ospale, ale jedzie przez Pragę od godziny dobrej na sygnale, z malowniczym rozmachem okrąża place i uliczki penetruje małe, dlaczego? Z powodu do czystości aspiracji, które ma aspirant Korzeń Karol, kawaler. „O penis cycki pochwa, mamy dziś niefarta” – mówi Korzeń Karol do Grocińskiego Adama, swego współaspiranta – „na Brzeskiej jatka, po co tak od razu zaraz, nie to, że tego, lecz szczerze to trochę żal mi ubrania, dopiero co dopiero miało było prane, no powiedz sam, co za pochwa Adam?” I tak jadą tym autem tym na sygnale i odpowiada mu Adam, również kawaler: „jasne świetnie rozumiem cię stary, poczekamy aż się wykrwawią i jak już będą mieli to wszystko w penis pozaskrzepiane, to tam w kulturze wjeżdżamy i bez jest żadnych plamień”. „Bo duży penis pochwa ubierz się człowieku ładnie a zaraz plamy”. „No właśnie, no to ja tak więcej powoli w tym temacie pojadę”. „A z tego odblasku zwłaszcza, bo to jest jakiś takiś kresz czy jakiś ortalion, i on jest może wodoodporny ale ze krwi niespieralny, i mówią vanisz, ale ja cycki pochwa mówię co za stosunek seksualny odbywający vanisz”. „No właśnie”. „A to jest takiś chlór do prania czy taki chyba odbarwiacz”. „Taki chloran to jest czy jakby mówią taki”. „Ale wiesz, ja czasem jak się tak zastanawiam, że oni trochę walą w jasny penis w tych reklamach, no niby taki wafel tam jest jako coś takie smaczne to poprzed pochwa stawiane, a rozbierasz papier a to zwykły jest taki wafel z nalotem białym, no to ja mówię: coś nie tu tego niestety jest w tej rzeczywistości stary.” „Penis duży jest taki w reklamie, a ja patrzę, a jak rozbierzesz papier, to on takiś jakiś mniejszy niż tamten, co było pokazywany”. „Jak nie powiem czyj”, „W penis ludzi nieźle oni jednak walą”. „Chyba nie ma już w świecie obiektywnej prawdy, a wiesz bo czemu? Bo ludzie kłamią”. „Ale ja mam od małego za tymi słodyczami”. „No ale syrenę tę to się przykręcić trochę, bo głośno w penis i nie słychać co chcą w radio” („jedziecie już tam chlupcy?”, „a pochwa niby co?”). I tak coraz wolniej jadą, i coraz więcej skręcają, i chociaż nikt już z bijących się na Brzeskiej nie jest w stojącym stanie, to ale jaja, skłoń kogoś do dobrowolnego zasyfienia sobie własnego ubrania, nie znajdziesz takiego frajera, to ci z góry podpowiadam. „Bo wiesz, ja to nie lubię jednak zła” – mówi Grociński Adam – „nie lubię zła, kłamstwa, nie lubię jeździć do takich tu tam jatek". „Ja też nie” mówi Korzeń Karol – „nie lubię jak jedni ludzie coś tam kradną, jak inni drugich zabijają, ale jak powiedzieć im, żeby przestali, to powinno być w systemie edukacji nauczane”. „Ale powiedz mi, bo czytałem takie z rana, że w ‘Faktach’ czy innych sraktach pisało tam napisane, że teraz niby dziury robią i zalepkami takimi Jaffa zalepiają w tych tam grejpfrutach i tych niby tam bananach”. „To ja ci powiem to z grejpfrutami tymi jednak nieźle w cycki pochwa penis walą, wiele jest zła Karol, to prawda, bardzo wiele zła jest”. No i tak jechali, powolutku na włączonym sygnale, ludzie w popłochu się za nimi oglądali, bo myśleli że to po nich. „No a ty byś nie był głodny?” spytał Karol w okolicach ulicy Jagiellońskiej – „bo ja bym wciągnął z glancem sznekę jakąś takąś czy jakieś takie może w tym temacie ciastko”. „Ja to bym więcej jakiś taki chiński klimat, jakiś z kapustą może taki zjadł sajgon”. „A ja tu mam taką tu fajną piekarnię z fajną obsługującą panną, ale ja tak w sumie nie mam takiego głodu tylko coś do buzi sobie tak wziąć chciałbym”. „Ale co, no to tu ja widzę taki fajny parking”. „A to syreny nie wyłączać wiesz, tylko tak chyba lepiej włączone zostawić”.

 

Grudzień, rok czwarty dwa tysiące, miasto Warszawa, państwo polskie Polska, o co może chodzić? pyta się Katarzyna Lep siebie sama w sobie, poprawiając pospiesznie ułożenie na oczach powiek, czego chcą ci dwaj tutaj zbliżający się policjanci panowie? Jakby co, to nic nie wiem nic i jak coś, to nic im nie powiem, ja nie mam nic wspólnego z niczym i jak coś to mnie o nic nie chodzi, nic ja o niczym nie wiem i nic mnie to nie obchodzi, i nic nie powiem, nic nie widziałam, bo ja tu patrzyłam wtedy w inną stronę, leźli tu jeden z drugim jacyś tacyś? A może, ale ja wtedy w stronę pieczywa miałam patrzone, penis w pochwie. Tymczasem spodobała się Katarzyna Adamowi, fajna dżaga i w pępku ma kolczyk, długie włosy, a on to w kobietach lubi, dobrywieczór witamy dzień dobry, policja polska, chcielibyśmy panią ze współkolegą poaresztować, he he, to były żarty takie wesołe, cycki w pochwie, dwie drożdżóweczki dla mnie i dla współkolegi poproszę, bo tu ważne zgłoszenie mamy nieopodal i coś przed sprawą wciągnąć mamy sobie wolę ochotę. Spodobała się Katarzyna Adamowi. Bo u źródeł swych każdy z nas jest samotny, na tej pielgrzymce wielkiej do swojej wewnętrznej Częstochowy idzie sam, choć w tłumie wyjącym rozjuszonym, z bukietem połamanych kwiatów jakichś warzyw zaszłorocznych w dłoni, kiedyś wziął sobie kota, ale syn pochwy szczał po kątach i to śmierdziało a kto miał to sprzątać, i nie chodziło o seks, bo problem seksu jeszcze stosunkowo tu da się na pewne sposoby rozwiązać, chodzi o miłość, o dobro, o istnienie na świecie dobra. „A tu też dziś u mnie kupował ten Retro Stanisław, ten taki co jest w Radiu Zet na liście...” – mówi Katarzyna – ale oczywiście po angielsku wyłącznie ja z nim rozmawialiśmy”. „Ale dla jakich powodów po angielsku?” pyta Korzeń Karol. „Nie wiem, ale podobno czytałam jakoby, że to mason”, „Mason czy nie mason, czy doktór Pochwaszek, ja jestem pan Adam, a ja pan Karol”. „Ale ja to bym chciał taką z więcej żeby było glancu, a współkolega więcej taką pochewkę małą” ależ proszę ja bardzo, i tak dalej, i tak przyjemnie im się rozmawiało, choć syrena włączona nieco hałasem swym niepokojącym im bruździła i przeszkadzała, aż powiedzieli: „a weź ty już bo trzydzieści jest tu siedemnasta, chodź z nami pani Kasia, pojedziemy sobie my do miasta. Co ‘nie mogę’? Kto nie może?! To jest pan Adam, a ja pan Karol, my jesteśmy policja i my ci tu możemy zaraz czegoś pozwala albo nie pozwala, penis cycki penis pochwy penis złamany, my cię tu aresztujemy i my cię w samochód tu zaraz wekujemy, a państwo na Brzeskiej rozważą sobie w spokoju z liczebnością swą nadmierną problemy penis”. I Kasia w myślach sobie policzyła, że bez ściemy, nie będzie zamknięcie sklepu chwilę wcześniej ciężkim przewinieniem, to było oka mgnienie, gdy wzięła jeszcze trochę ciastek świeżych względnie i jakichśtam bułek, że na ziemię spadły je potem je weźmie wpisze we fakturę, by nie dostać potem burę, od szefowej w mentalną skórę, bo kurde, mówię po raz któryś, niech runą pesymizmu i negatywnych stron rzeczywistości mury, bo w naszej grze nie będzie drugiej tury i nie będzie dogrywki, uśmiech szybki do zdjęcia, bo zaraz nas zdejmą z tego boiska i cześć, bo to gra bez drugiej tury i to gra bez dogrywki, i możesz najwyżej potem wpaść na chwilę do swoich bliskich w stanie lotnym przezroczystym, powodując okrzyków dużo ale entuzjastycznych mało, bo lubią ludzie, gdy inni ludzie ma ciało i grawitację, choć z tą bezpodstawną dyskryminacją osób nieżyjących i zmarłych powinno się walczyć i to świetny temat na dla „Gazety Wyborczej” akcję, bo to, że nie żyjesz, to że gorszy jesteś wcale nie znaczy, osobie zmarłej okaż tolerancję, inny jest każdy, ale wszyscy jesteśmy tu braćmi, powiedzmy „koniec” osób metafizycznych przez osoby fizyczne dyskryminacji! Elo, dziś strony dostrzeż rzeczywistości jasne, koniec myśli czarnych, czarnych lodów apokalipso i propozycji wydawnictwa Czarne.

 

Nad marnościami marność tu widzisz, ty byś na pewno dużo lepszy świat wymyślił, ale biednemu Bogu tak świetnie nie wyszło, nie pozwól, by było osobie starszej przykro. Zobacz dziś stronę świata jasną, jest cień, więc musi być też światło! Zobacz dziś stronę świata jasną, cień jest tylko odmianą ciemnego światła. ()

 

Dorota Masłowska

„Paw królowej” (fragment)

Ilustracja: profesor Andrzej Bobrowski

 

 


   

Komentarze:



Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.

Aktualnie brak komentarzy.
Wyraź swoją opinię:
Twój komentarz ukaże się niezwłocznie po załadowaniu przez administratora serwisu.