26 lipca 2017, środa

2017

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 1



Rozdział siedemnasty


Idę po chleb.


- Macie chleb? – pytam sklepową.

- O tak!


- Poproszę.

- Ale jaki? – na półkach za nią leży chlebów 17 rodzajów.


Odkąd pamiętam, wszystkiego jest za dużo. Tortura wyboru, udręka przesytu.

Zniecierpliwiony wzrok kobiety za ladą.


- Ten – pośpiesznie wskazuję jakiś chleb.


Płacę, wychodzę ze sklepu, odwijam ze srebrnej folii kwadratową bryłę. Wygląda jak czarny styropian. I smakuje jak styropian. Nie podoba mi się, wyrzucam do kosza.

A gdzie jest normalny chleb, gdzie się podział?


- I co pan teraz zrobi, panie Darku?

- Pójdę do domu.


Otwieram drzwi, włączam radio. Śledzia bez chleba popijam kompotem z renklod, do tego korniszon i kawa. W żołądku burza! Otwieram piwo. Ktoś dzwoni. A nie lubię, kiedy dzwoni ktoś, gdy akurat otwieram piwo. W drzwiach stoi Furman. Mam ochotę nim wstrząsnąć.


- Nie przyszedłbyś jutro do kartofli?


Co to ma być?!... O czym do mnie rozmawia ten burak, co on sobie wyobraża, za równego mnie bierze?! Zaraz mu przywalę!


- Dobrze – pokornieję przytomnie, bo nie mogę tak wszystkich obijać jak bym miał ochotę. - Dobrze – powtarzam, żeby już sobie poszedł, bo piwo otwarte. - Ale najpierw rozpalę z rana.
- Dobrze, najpierw rozpal. Tylko przyjdź, bo wynająłem kuńa.


- No to dobrze, że dobrze – mówię, choć wątpię, że przyjdę. Nie jestem panem Jezusem, co zapowiada i się zdarza; prawdziwego Jezusa wymyślą dopiero za ładnych parę lat, a teraz to nawet jeszcze nie wiadomo jak będzie miał na imię.


Niektóre drzewa żyją aż trzy tysiące lat. Osobiście nie udało mi się wyhodować żadnego drzewa, które żyje tak długo. Strach pomyśleć co by było, gdyby wszystkie żyły trzy tysiące lat. Na szczęście większość już w młodości wędruje do naszych domów w postaci mebli albo przelatuje przez kominek, ustępując miejsca pod kartofle.


Bo kartofle są najważniejsze. I ktoś je musi wyzbierać. Inaczej - nie będzie kartofli; w fabryce ich nie produkują, tylko mercedesy i ajfony. Oraz ostatnio flagi. Ktoś musi kopać kartofle. Nie ma innego sposobu wykopania kartofli, jak wykopać kartofle.


Ciąg dalszy jutro

Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 2




Ryba pływa, lata ptak, wąż syczy, pies merda ogonem, a ja tu do kartofli idę. Późno tego roku obrodziły. Ale rzuciły hojnie, dużo zbierania.




Wielkie kartoflisko. Kiedyś pola były mniejsze, bardziej ludzkie. Łazimy z koszami, za nami furmanka, końca roboty nie widać, pole po horyzont. We trzech zbieramy. Nikt nie wziął flaszki, głupoty przychodzą do głowy.


- Skąd tyle dobra się bierze na świecie?... - wzdycha któryś.


- Bo wszyscy tak się starają, żeby było coraz więcej – słychać drugiego.


- Wojny nie było już tak dawno, że ludzie głupieją.


- O czym tak tutaj? Że się zainteresuję... - pod takim pretekstem zbliża się Furman, żeby sprawdzić, czy zbieramy czysto, dokładnie, więc zbieramy z perfekcją laboratoryjną. Chociaż Furman nie ma bata.


- Aaaa... tak tylko pierdolimy – mówi ktoś. - Klituś bajduś – precyzuje.


- Ja jestem otwarty, jak sklep nocny – objawia Furman, albo tylko koń; co za różnica?


Przelatują ptaki. Wysoko, zygzakiem. Żurawie chyba, bo gadają jakoś żurawio, światowo, ekologicznie. Gapimy się, żeby zmienić obrazek przed oczami i w ich czystym, ekologicznym koncercie wziąć udział.


- Według ekologa, najlepszym produktem jest ten, który nie został wyprodukowany, najlepszą marką ta, która nie istnieje, a korporacją ta, co splajtowała – wymądrzam się, żeby wiedzieli, że nie mają do czynienia z pierwszym lepszym z narożnika, ale z takim, co czytał gazetę. - A najlepszym postępem jest postęp zaniechany – kończę wysoko.


- Jeść i chudnąć – oto, czego chce świat – kwituje jeden.


- Zwykle poglądy wynikają z braku wiedzy. I często są z nią mylone – mówię pod jego adresem, ale uchodzi mi to na sucho, bo on już skończył słuchać i nie słucha.


Trzy sarny zbliżają się truchtem. Lezą prosto na nas. Wstajemy z kolan, żeby lepiej widzieć i dla rozprostowania grzbietów. Wystraszyły się i spieprzają; też miały kogo się przestraszyć...


Szosą z miasta baba na rowerze jedzie. Wygląda, jak chce: na taką, co tylko sobie ze sklepu jedzie. Na przednim bagażniku torba foliowa z Dino, wypakowana po uszy, na tylnym z napisem Kaufland. W tej z Dino, sześć cegieł wiezie, w Kaufland cegieł osiem ukrywa. Bo ona tu nie „na po zakupy" wyjechała, ale po formę schudnięcia pedałuje dysząc. Ten kamuflaż na to, żeby się na śmieszność nie narazić: że nie ma już szesnastu lat, a mimo to podejmuje próbowanie coś ze swoim kalectwem lat sześćdziesięciu zrobić. Taki wstyd tu pedałuje zakamuflowany.


Kiwam łapką, ona uśmiecha się przepraszająco; wie, że ja wiem. Ale nie przyzna się, jedzie dalej „z zakupów". Mózg jej, wytrenowany do trzymania roli baby powracającej z zakupów, nie zezwala ujawnić, że nie dla rodziny, a dla siebie tym rowerem samolubnie.


Wracamy do kartofli, co w fabryce ich nie produkują. Ktoś je musi wyzbierać, inaczej - nie będzie kartofli. Pierdolimy dalej trochę a'propos baby, a trochę jak potłuczeni:


- Zjawiskowo piękna kobieta od razu wydaje się być ciekawsza, głębsza, mądrzejsza od brzyduli – zagajam książkowo, co mi się akurat przypomniało. - Podłość powinna być zarezerwowana na wyłączność brzydul: u kobiety zjawiskowo pięknej jest wulgarna, po prostu nie do zniesienia.


- Człowiek z natury jest tak zmajstrowany, że niepodobna mu pojąć, że życie bez kobiet może być istnieć. Niewyobrażalne to jest dla niego – filozofuje jeden, podejmując temat.


- Dzisiaj nie jestem tym, kim byłem kiedyś. Żyję w pięciu związkach, rąbię jak idzie, więc powinienem być szczęśliwy – ujawnia drugi.


- Według feministek, kobieta stworzona jest wyłącznie do ulegania przemocy domowej – ja to mówię? Naprawdę?


- Bym się tego po tobie nie spodziewał ani – patrzy na mnie ten drugi ze zgrozą. - Gorsze teksty są tylko na ścianie w kiblu!


Ciąg dalszy jutro
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 3



Kopiemy te kartofle, ktoś musi kopać kartofle. Nie ma innego sposobu wykopania kartofli jak wykopać kartofle. W fabryce ich nie produkują przecież, tylko same ajfony, mercedesy oraz flagi.



Doskakuje Furman, o którym prawie zapomnieliśmy; tak nam się ciekawie pierdoli przy kartoflach.


- Kuń zgubił podkowę! – dramatyzuje wznosząc ręce do nieba. – Musicie szukać!


Idziemy szukać podkowy, chociaż Furman nie ma bata. Znajdujemy podkowę. Na obłoconym kopycie kuńa. Podejrzana sprawa, ten Furman.


Wracamy do kartofli. Mimo, że Furman nie ma bata. Bo kartofle są najważniejsze: w fabryce ich nie zrobią; co najwyżej ajfona zrobią, albo mercedesa, ostatnio jeszcze flagi się nauczyli robić i transparenty. Więc ktoś musi zbierać. Bo żeby zebrać kartofle, to trzeba je zbierać, nie ma innego sposobu zebrania kartofli.


Pierdolimy dalej:


- Nic tak nie spowolniło rozwoju ludzkości jak piramidy egipskie, mur chiński, katedry i inne monumenty, na budowę których tyrani spowalniali rozwój na całe dziesięciolecia, przymuszając masy ludzkie do układania tych kamyków i układania... Bez czasu wolnego na aktywność w odkrywaniu nowych obszarów, na przykład bidetu, tabletki na ból głowy, albo prawa wyborczego dla kobiet – nikt mnie chyba nie słucha.


- Aktywność najlepszym sposobem zapobiegania wypoczynkowi – wtrąca się koń, bo co ma nic nie mówić, kiedy akurat mu się wydaje, że ma coś do powiedzenia.


Nikt tu nie słucha konia. Bo nikt nikogo nie słucha z uwagą, ani bez. Bo nie o słuchanie tu chodzi; o słuchanie już nikomu nie chodzi, tylko o popis przez pierdolenie, żeby zebrać te kartofle jakoś, w atmosferze swobodnej wymiany poglądów. Nie ma innego sposobu zebrania kartofli jak je zebrać.


- Nikt nie zwraca uwagi na nic. A jednak wszystko się dzieje – ktoś jednak pierdoli, więc słuchał.


- Dzisiaj nikt nikogo nie słucha; trzeba dać 500 złotych, żeby posłuchał.


- Każdemu brakuje 500 złotych, więc każdy potrzebuje. Bogaty też.


Nie słucham i zmieniam temat:

- Ludzie po sześćdziesiątce zaczynają tak obsesyjnie myśleć o śmierci, że umierają, i już ich nie ma. I nigdy nie było.


Echo... więc ciągnę dalej:

- Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że gdy się umiera - nawet w najwznioślejszej sprawie honoru - to przestaje się bywać gdziekolwiek i cokolwiek robić. Na przykład: wykupić lożę dla kobiety swojego życia, żeby rozkoszowała się toccatą Beethovena w cieple – nie da już się.


- A jak się żyje, to zawsze się gdzieś jest i coś robi – dopowiada któryś.


- Ale kreatywność coraz częściej zastępuje rozum – podtrzymuję rozmowę, żeby sytuacja sprzyjała ludzkiemu zbieraniu kartofli.


- Tak, jakby podarować małpie perłę zamiast banana – słyszę. - Albo poczęstować ją zrzynkami z renifera.


Dlaczego z renifera? Co on chciał dać do zrozumienia? Pod moim adresem?


Zarzucam kosz na plecy, doczłapuję do furmanki, biorę zamach i wysypuję na rosnącą powoli stertę. Koniowi ciężej; niewiele, ale coraz.


- A wy, co sądzicie o byciu pisarzem: to stan umysłu? Czy trzeba jeszcze koniecznie wejść w sferę dowodów materialnych i obowiązkowo zapisać myśli na papierze do wydania książkowego? - zagaduję powracając na redlinę.


Cisza. Nie słuchali?... Słuchali. Cichy balon rośnie, i to nerwowo nabrzmiewa.


- Ale żeby tak w nas tutaj takim czymś przy kartoflach... chamstwo normalnie!... - syczy pod nosem jeden. - Ja by w życiu się tak nie poniżyłem, żeby jakąś książkę przeczytać – wypuszcza z siebie, co siedziało w środku przycupnięte, a teraz dojrzało.


- Chodząca fabryka pozorów i gówna!... - wtóruje drugi.


Przebrała się miarka. Ale co właściwie tak ich podkurwiło?


- Kuń znowu zgubił podkowę... - Furman tym razem obwieszcza to beznadziejnie, jakby się skarżył tylko, przeczuwając że drugi raz nie poderwie już nas do poszukiwań. – Tylko mówię, jaki tu jest temat... - zrezygnowany odchodzi samotnie przeczesać pole w sprawie podkowy.


Ale oto podrywa się jeden, potem zaraz drugi wstaje. Idą jednak za furmanem szukać podkowy kuńa. Kuń stoi jak stał, kompletnie nie jest zainteresowany.


Siadam i czekam aż wrócą. Nie spieszy mi się. Wiem, że prawdziwego Pana Jezusa wymyślą dopiero wiele lat później, więc po co pośpiech. Wyjmuję notesik i zapisuję: o chlebie, o kartoflach, że teraz w fabrykach oprócz ajfonów produkują też flagi... Później dopiszę dalej. To może poczekać, bo już wrócili z podkową kuńa, znów zbieramy, kartofle są najważniejsze. Późno tego roku obrodziły. Ale rzuciły hojnie, dużo zbierania.


Ciąg dalszy jutro
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 4




A na ulicy miasta, o kilometry dwa stąd niespełna, dwóch pijaków się mija: jeden wraca z hulanki a drugi właśnie wyrusza się nałoić.



Za szybą sklepu z kapeluszami, przy którym się mijają, widać kobietę mierzącą nakrycie głowy za pół pensji. Kobieta ma twarz spełnionej marzycielki, ale żaden z pijaków nie ma nawet świadomości jej istnienia, tak są zajęci swoimi ważnościami.

- A gdzie to jest, kiedy się dzieje i kim są ci ludzie?
- Goń się cycu niemyty...


Książki będzie zaczynać się od siedemnastego rozdziału, z pominięciem pierwszych szesnastu wstępów; tych pierdół, z powodu których nikt dzisiaj nie czyta już książek.


W ogrodzie hrabini Wrotycz-Nawłociowej pięć czarnych gawronic przysiada na łysym morelowym drzewie i gapi się w dół na dywan z liści, który pierwszy przymrozek ułożył wokół podnóży pnia. Stąpa po nim kot Włodzinek, zdążający do szopy, żeby polizać szyjki butelek po piwie, składowane w zielonej skrzyneczce. Gapią się czarne gawronice, wypatrują, ale jeż europejski nie wyjdzie, bo jest zwierzęciem chronionym, więc tu w ludzkiej sprawie użyty być nie może; nie wyjdzie i nie pojawi się dla umajenia obrazka przed oczami publiczności.


Zachodzę do domu hrabini. Jak do swojego.


Na karniszu siedzi papużka gadająca, czasem wrzeszcząca, ale kto by tam zrozumiał, o co jej chodzi. Kot leniwie, ale z narastającym entuzjazmem, zaczyna sobie lizać między nogami, a potem pod ogonem.


Gra radio: znany głos redaktor Pauliny Kieszonki, jej reporterski zapis z mistrzostw świata w zarybianiu rzek rybami w kategorii junior średnio półciężki. Równolegle telewizor pokazuje boks: samce ludzkie tłuką się pięściami po buzi, rzadziej kopią. Samce wielkich kotów gryzą się i drą pazurami, gdyby ktoś był ciekawy.


- Przełącz już, proszę – słyszę, zdejmując kurtkę. Hrabini mówi do mnie, jakbym w ogóle stąd się nie ruszał; nie wychodził po chleb, ani do zbierania kartofli, śledzia kompotem z renklod nie popijał... Nawet nie patrzy na mnie, tylko zapisuje ołówkiem dwie nowe nutki w zeszyciku w pięciolinie i odkłada gitarę na dywan.


- Hałas nie przeszkadza w komponowaniu troszeczkę? - pytam, bo od dawna chciałem o to zapytać.
- Nic mi nie jest w stanie przeszkodzić w komponowaniu.


Bywają dni, kiedy hrabini Wrotycz-Nawłociowa wygląda jak szesnastoletnia Irena Dziedzic, mimo że nie jest Ireną Dziedzic i od wielu już lat nie ma lat szesnastu. Przy czym, obie panie się nie znają, ale też nie mają o to do siebie pretensji, bo się nie znają, a nawet nigdy o sobie nie słyszały. I dzisiaj jest ten dzień.


- Chińska LONG ZHUO, czy japońska MOYA MATCHA?
- MATCHA – odpowiadam zdecydowanie, chociaż jest mi to zupełnie obojętne, ale hrabini nie gada z ludźmi, którym jest wszystko jedno.


Ona nalewa herbatę do filiżanek, otwiera papierośnicę, częstuje się, potem przesuwa papierosowy magazynek w moją stronę. Pijemy bez cukru, palimy zaciągając się.


Odczytuję jej notatkę z kartoflowego pola.


- Więc we fabrykach wciąż produkują te mercedesy i ajfony? - w jej głosie pobrzmiewa powątpiewanie.
- Bez zmian – potwierdzam.


- I można ci wierzyć?
- Nie zawsze i nie w każdej sprawie, ale tutaj tak.


- Zatem twojego ulubionego ajfona osobistego, wyjątkowego, też zrobił jakiś robociarz przy taśmie, za pensję poniżej przeciętnej w cywilizowanym kraju...
- Nie przeszkadza mi to.


- Biedaku...


Zapyta zaraz jeden z drugim: Ale co to za hrabini jest, kto to w ogóle, co za jedna? Publiczność chce uczestniczyć świadomie, a dla rozumienia co ona tu mówi i robi co, publiczność potrzebuje wiedzieć kim jest hrabini i skąd, żeby można od razu ustawić ją sobie w lidze postaci lubianych bądź nienawidzonych; postaci niedodefiniowane nie są mile widziane, bo rodzą strach, czy będziemy samodzielnie potrafili je sobie ustawić, czy okażemy się niezdolnymi do tego głupkami. Stąd to zniecierpliwienie.


Żeby zachwycić się obrazem, publiczność musi wiedzieć, że namalował go Picasso, inaczej dzieło nie zostanie w ogóle zauważone i publiczność pójdzie do ikei wybrać coś z metaloplastyki uznanej za gustowną.


Ale nie ma czasu na objaśnienia, żeby publiczność zdołała od razu zrozumieć ze zrozumieniem, co hrabini tu mówi i robi co. Nie ma czasu, bo już rozlega się głośne pukanie. Wchodzi inkasent.


Nikt nie lubi tego inkasenta. Właściwie za nic. Może dlatego, że nie jest podobny do Roberta Redforda, a nawet w niczym nie przypomina Winnetou? Może dlatego, że nie przeklina nigdy, nie pali publicznie? I usiłuje wyglądać na kogoś lepszego niż jest w rzeczywistości, przez co wygląda jak samego siebie karykatura. Psu nie chciało się na niego szczekać. Nawet psu. Który szczekał chętnie, nie wybrzydzając: na listonosza, na pijaka, na cygankę, na dziecko z pańskich chałup nawet i na utrudzonego domokrążcę też szczekał. A na inkasenta mu się nie chciało. Inna sprawa, że pies już na nikogo nie szczeka, bo wpadł pod samochód; na szczęście nikogo nie osierocił.


Chłop sraka, mawiała krótko hrabini o inkasencie.
Patrząc na nią ma się wrażenie, że na jej skinienie znika wszystko za czym nie przepada. Ale inkasent nie znika. O herbatę prosi:
- Mogę dostać filiżaneczkę HUANG TEE?
- Nie.


- To może być KOKEI CHA, ale z miodkiem żeby była.
- Nie.


Raz w życiu inkasent próbował popełnić samobójstwo, ale żal mu się siebie zrobiło. I oto jest teraz w całej krasie swojego ubóstwa. Nikt nie chciałby pędzić takiego życia. Tymczasem on teraz by się dał pokroić za to swoje bycie. Zwyrodnialec inkasent, na pewno hoduje w piwnicy królika do katowania, w celu odreagowania po godzinach.


- Była chińska LONG ZHUO oraz japońska MOYA MATCHA, ale nie ma, bo właśnie dopijamy.
- Ach tak... no tak... - mamroce inkasent obmyślając zemstę. - Należy się tysiąc trzysta czternaście i sześćdziesiąt dwa grosze – obwieszcza odwetowo swoim zwykłym triumfalnym tonem z wyżyn autorytetu bezdusznego urzędu, ale zdając sobie sprawę do kogo mówi, łagodnieje: - Ale za gaz i prąd razem.


- O!... Co to dla pani, hrabini. Kawał kobiety z pani, a to są groszowe sprawy przecież – chciałby się jeszcze spoufalić lisim tonem samczym, ale nie staje mu odwagi.


- To jest smutne jak ty – stwierdza hrabini, która między innymi swoimi talentami jest także rozsądnie skąpa.
- Jak ja?


- Jak ty, cycu jeden.
- Przepraszam, słucham?!...


- Podejdź do zielonej szafki i wyjmij sobie z szuflady pięćset. Po resztę przyjdziesz następnym razem.
- Ja jestem funkcjonariuszem z ramienia burmistrza i rządu!


- Dlatego dostajesz pięćset już teraz, od ręki.
- No coś takiego?!... - inkasentowi kończy się popis.


- Ostatni raz tak robię – tłumaczy się przekładając pięćset z zielonej szuflady do swojej kieszeni – I tylko dla pani.
- Doceniam. I rozumiem – łaskawie informuje hrabini.


Za oknem przelatuje biała mewa, niosąc w sobie wielką żółtozieloną kupę, mocno już dojrzewającą do zrobienia, a zaraz po niej sójka, z trzema białymi jajkami i mocnym postanowieniem zniesienia ich jednak już zagranicą, dokąd się wybiera.


Ciąg dalszy jutro
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 5

Wciąż gra radio. Słychać przebój wykonywany z pasją, mimo, że śpiewacy nie śpiewają z umiłowania do muzyki, tylko dla kariery po prostu i popisu. Zaś gitarzyści, którzy uważają, że ich to nie dotyczy, powinni zrozumieć, że dotyczy to ich zwłaszcza.



Hrabini Wrotycz-Nawłociowa gra pewnie i z wyczuciem. Potrafi grać w dzień i w nocy. Kiedy patrzy na łóżko, od razu odechciewa jej się spać, bo dociera do niej, że na tych niespełna dwóch metrach musiałaby spędzić osiem najbliższych długich godzin, nigdzie się nie ruszając, nie odwiedzając nikogo, nie dostając prezentu ani nawet ciasteczka i – co najważniejsze – nie wysłuchując żadnego komplementu.


Kiedy jeszcze nie grała, wędrowała po domu i dobierała skarpetki w pary: prążki do prążków, gładzie do gładzi, kosmacze do kosmaczy, w słoniki do fsłoników, i składała je do koszyczka obleczonego w kaftanik w różyczki, chroniący przed kurzem i zmarnowaniem. Wtedy jeszcze dużo sypiała, bez poczucia straty czasu, bo miała przed sobą wszystko; w każdym razie nie było jej szkoda życia na sen: - Dopiero co położyłam się spać, a już dziesiąta rano, a nawet jedenasta chyba – zwykła mawiać do psa, który jeszcze wtedy szczekał na listonosza, a na inkasenta nie. - Znowu dzień jak wczoraj, bo cóż by się miało zdarzyć takiego, słońce wzeszło i zajdzie. Wszystko jest takie błahe...
Nie wstawała ona pół godziny przed przebudzeniem, o nie.

 

- Czy mógłbym usłyszeć nowe takty kompozycji, których nie miałem przyjemności doznać jeszcze?
- Proszę – hrabini bierze gitarę, otwiera notesik w pięciolinie i gra dwie nuty dzisiaj zapisane.

 

- I?... - oczekuje wyłącznie, jak sądzę, entuzjastycznych recenzji.
- O! - mówię, bo lubię mówić to, co ludzie chcą słyszeć.


Przez uchylone okno wdziera się rumor ciężkich koszy wysypywanych do śmieciarki.


- Zbywasz mnie – mówi hrabini.

 

Z oddali dochodzi kwik zarzynanej świni. Podrywam się, zamykam okno.

 

Ciąg dalszy jutro
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 6




Do domu wracam przez park, na który mówią lasek. Mijam rzeźbę na polanie. Podobno to jest sam szewczyk Szydełko, który zabił smoka wawelskiego.


Ale są i tacy, co twierdzą, że to jest papież, bo w dłoni trzyma wyrzeźbionego gołąbka, a szewczykowi gołąbek przecież nie jest do niczego potrzebny. Co innego papież, człek jak wiadomo zawsze w wieku emerytalnym, jedną nogą już w niebie, to potrzebuje zjeść ciepły bulionik na lekkim drobiu fruwającym w przestworzach jako ten aniołek.

Idę spokojnie, bez obaw. To przecież nie jest złe miasto, w którym pistolety nosi się jak telefony komórkowe. Widzę stąd już rzekę prześwitującą pomiędzy drzewami. Zaraz zobaczę kaczki i łabędzie służące do rzucania chleba, i one też mnie zobaczą.


- Kwa, kwa, kwa – pozdrawiam ptasią brać pływającą, i ona też mnie pozdrawia: - Kwa, kwa.


Muszę przejść przez most, na którym stoi tutejszy Narrator zapatrzony w wodę wzrokiem szukającym natchnienia, choć wiadomo, że ta rzeka sprzyja tylko rybom i topielcom. Każdego dnia Narrator zasiada nad kartką żeby napisać wielką narodową bajkę dla dzieci. Bo za bajki płacą najwięcej, i w zasadzie tylko bajki mają jeszcze jako takie wzięcie w narodzie. Ale choćby nie wiadomo jak się natężał, to zawsze mu wychodzi tylko esej dla dorosłych, a z dorosłymi esejami jak jest, to wiadomo: niektóre kończą na ostatniej stronie w lokalnej gazecie, a inne nawet tak wstydliwego końca nie mają.


A za mostem Gabrysia, dietetyczna blogerka zioła zbiera wzdłuż rowu przy ścieżce.


- Co zbierasz dzisiaj Gabrysiu?
- Różyczkę dziką czerwoną na wzmocnienie egzystencji zbieram.


- Czy na jelyto ona też dobra?
- Na jelyto najlepsza, i na jedwabiste odbicia dobra też, ale z jogurtem być musi wymieszana i postać dwie doby w sieni.


I robi zdjęcie Gabrysia ajfonem, do na fejsbuku zalajkowania. A ubrana jest Gabrysia najmodniej, jak wypada kobiecie światowej, ale moda na świecie, jak i w naszym miasteczku, służy do tego, żebyśmy, chcąc wyglądać wyjątkowo zjawiskowo, wyglądali identycznie, jak każdy, czyli jak wszyscy.
- A czy to komuś przeszkadza, panie Darku?
- Mnie nie. Też się głównie z wyglądu składam, i z wody.


- A co na głowę Gabrysiu?
- Zaś na głowę to głóg zalecam. Wino głogowe mózg wietrzy gruntownie, myśli do głowy nie przychodzą.


Gabrysia była kiedyś dziewczyną snycarza, który dorobił się na kutych płotkach ozdobnych wokół krzyży i kapliczek przydrożnych, a jest ich w powiecie 478. Ten snycerz miał bardzo poważne zamiary, ale umarł na kolkę, dopiero potem Gabrysia została narzeczoną samego księdza proboszcza, i od razu bardzo wyładniała. Widać zmiany służą kobietom.


W mieście, blogerka dietetyczna Gabrysia znana jest bardziej jako narzeczona samego proboszcza, ale to jej w niczym nie obciąża, bo ksiądz proboszcz osobiście daje jej rozgrzeszenie, więc w oczach Boga pozostaje bezgrzeszna.


- Bóg ci zapłać, Gabrysiu.


Wchodzę w strefę smrodu, mijam baraki norek, a potem obóz koncentracyjny lisów. Nie wiem po co dzisiaj ludzie hodują lisy; nigdy nie widziałem żadnego hodowcy w Porsche. W Porsche jeździ tylko proboszcz i ginekolog. I Bandzior. Ale Bandzior się nie liczy, bo wpada do miasta tylko przejazdem, przywozi drogie zagraniczne leki dla chorej mamusi i już go nie ma. Więc Porsche bandziora się nie liczy.


Raz to nawet oddychałem tym samym powietrzem co Bandzior: on wychodził z budki telefonicznej, a ja do niej wchodziłem. Jedne rzeczy się pamięta lepiej, inne mniej. I nic nie można na to poradzić.


Na skrzyżowaniu ścieżek widzę Wojtka Walczaka. Coś do dyktafonu rozmawia, notuje. Pisał kiedyś najlepsze teksty reklamowe dla Baltony, chociaż wyglądał jak małpa Yeti. I wciąż pisze teksty dla Baltony ten Wojtek, chociaż nie ma już żadnej Baltony, i dalej wygląda jak małpa Yeti. Ludzie z czasem przyzwyczajają się do ról, jakie wyznaczyło im życie. I już tak osiadają, trwają do końca, a nawet protestują przeciwko jakimkolwiek zmianom. Zegar tyka każdemu, niezależnie czy wesoły czy brzydki.


No proszę, ilu to się spotyka znajomych dawnych, jak człowiek wraca do domu pieszo, nie samochodem. W domu dojadam śledzia. Potem kiszone buraki i kawa. Czas po piwo.


Ciąg dalszy jutro
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 7





Naprzeciwko, Ulka prowadzi kiosk z piwem „U Ulki". Daje na zeszyt, więc kiosk ma wzięcie.



Otwiera już o szóstej i słucha radia maryjnego; pijaków dosyć się już nasłuchała. Za rok przejdzie na emeryturę. Strach, jak szybko człowiek się zużywa. Wszystko wysiada, najpierw oczy. Ulkę bardzo wzrusza los świń mordowanych hurtowo przez sadystycznych oprawców w rzeźniczych masarniach. Ludzkie losy mniej ją biorą, a już pijaków to w ogóle.

- Wszyscy się na tę świnię rzucają, pani Ulko, wszyscy chcą aby zjeść tę biedną świnię, no to już jest naprawdę taka prawda, że naprawdę...
- Ty już więcej nie pij Zandecki!


- Jeszcze aby jedno, pani Ulko, bo umrę.
- Do domu!


Niektórzy są bliżej śmierci, niż przypuszczają.


Płacę kartą, chowam puszkę do kieszeni i idę pospacerować po mieście. Niedaleko jest dom wariatów, ale mówią na niego sanatorium dla nerwowo i psychicznie chorych. Wysoki, bardzo wysoki mur otacza wille położone w pięknym parku. Wśród innych drzew rośnie tu miłorząb, platan i sekwoja, i prawdziwa palma, ale w szklarni.


- Uważa pan, że czubeczki nerwowo-psychiczne potrafią to docenić, jak normalni ludzie?
- Nie wiem, nigdy nie byłem normalny.


Wariaci urządzają bale sylwestrowe, letnie oraz inne bale. Zawsze gra orkiestra złożona z wariatów. Pozwala im się na to, bo taniec ma działanie terapeutyczne na układ nerwowy, a poza tym można sobie zobaczyć prawdziwy taniec wariatów. Dodatkowo orkiestra gra jazz zwariowany jak należy oraz prawdziwy hip-hop bez ograniczeń. Wysoka kuta brama strzeże wstępu do domu wariatów, ale w balowe dni nikt jej nie pilnuje, a nawet zaczęto ją zachęcająco uchylać po serii upadków i połamań doznanych przez mieszkańców przełażących przez mur, by dostać się na bal; tak naród spragniony jest obcowania z prawdziwą kulturą. Burmistrz najpierw usiłował zapobiec połamaniom, urządzając konkurencyjne potańcówki w mieście, ale nie miały wzięcia, zanadto były skrępowane konwenansem.


- Powinni wziąć tę orkiestrę wariatów, żeby rozruszała te imprezy.
- Myśli pan, że nie próbowali?


- I co?
- Nie zgodziły się wariaty. No po co oni mieli wychodzić za mur, jak ludzie przez mur skakali, gnaty łamali, żeby się do nich dostać?


- Powinni posmarować im porządnie!
- Próbowali, ale wariat na pieniądze nieczuły, nienormalny jest.


W wariatkowie jest wieża widokowa, nie za wysoka, a nawet niska, ale widać stąd wiatrak za miastem, w którym Maryś świątki rzeźbi. Sam burmistrz zamawia u niego figury okazałe na prezenty okolicznościowe dla innych notabli, także gdy do obcych powiatów się wybiera ze sprawą, bo samej wódy przecież nie przystoi burmistrzowi wręczać, jak pierwszemu lepszemu z narożnika jakiegoś. A tak, to: rzeźba, flaszka, bombonierka i już jest galanto eleganckie trio, można jechać do każdego z wizytą, nawet do województwa. Poza tym to jeszcze bierze od Marysia polonia zagraniczna, na kapliczki przydrożne, bo poza krajem tych rzeczy brakuje. No i miłośnicy sztuki też biorą, bo Maryś nie tylko świątki potrafi, ale i babę, i jelenia, i Murzyna z cygarem, co tylko zażyczysz.

- A jak to cenowo wychodzi, Maryś?
- Dogadamy się, Panie Darku.


Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 8






Z bramy wariatkowa wychodzi się wprost na pocztę, naprzeciwko której jest bank.



Duży, trzypiętrowy, solidnie wymarmurowany, prawie jak państwowy ZUS, wzbudzający zaufanie, że nikt tu nagle nie wyjedzie za granicę z walizą pieniędzy, bo przecież tych marmurów zostawić szkoda. Więc ludzie walą tłumnie z groszem na czarną godzinę, albo po pieniądze, bo czarna właśnie im wybiła. I był czas, kiedy tu królowała Jadźka, czyli Kotek. To było kiedy jeszcze nie mówiła, bo Jadźka zaczęła mówić nie jak inne dziewczynki w wieku trzech latek, ale po czterdziestce, dopiero po trzecim dziecku.


- Koniec, więcej nie rodzę! - przemówiła.
- Jadźka! Ty mówisz...

Jadźkę nazywali Kotek, taka była zręczna, wszystko umiała: odebrać telefon – wtedy się do niego śmiała, że ho-ho, jak nie wiadomo kto, i wysprzątać bank umiała duży, trzypiętrowy: i szklanki i gumy do żucia z wykładzin i biurek, i papierki jak należy zaraz na miejsce, i kupie plamy brązowe i żółte siki zaschnięte we wu-ce ściereczką na biało przelecieć, no wszystko galanto tip-top. I z chłopem życie małżeńskie pouprawiać jak się należy, i oprać, i ugotować, i wypić też umiała wesoło. A jak zaczęła mówić, to najchętniej już tylko piła, bo wpadła w złe towarzystwo. Wiadomo, rozmowy sprzyjają nałogowi. Mówią, że ślepy nie pali, bo nie widzi dymu, a głuchy nie pije, bo nie łapie atmosfery podniosłej; tak mówią, ale czy trzeba od razu we wszystko wierzyć? Za to Gabrysia je pomarańcze, żeby od środka pachnieć wigilią, przez cały rok. Widać ksiądz proboszcz lubi święta.


Ani Gabrysia, ani Jadźka, nigdy nie były proszone na herbatkę do hrabini Wrotycz-Nawłociowej, nawet jej nie znają i w życiu nie spotkały. Mieciu owszem, spotkał i zaproszony został. Jak to się stać mogło, jak dojść do tego? Tak się złożyło, że hrabini - będącą na jednej ze swoich wypraw badawczych, podejmowanych w celu podpatrzenia jak też teraz miejska tłuszcza egzystuje – napadło czterech drabów, największych gnoi w mieście, czterech braci Leśniczaków, znanych z tego, że we czwórkę nikogo się nie boją. I bracia już sobie nieźle zaczynali poczynać z Wrotycz-Nawłociową, kiedy Mieciu zawsze gotowy wyjść w miasto wieczorową porą dla poszerzenia horyzontów, akurat w to miejsce i w czasie tym horyzonty swoje poszerzać postanowił.
Po wszystkim przeprosił hrabini za to, że musiała patrzeć na makabrę przeobrażenia braci w nieruchome chwilowo zgliszcza ludzkie, i tak tym ją ujął, że go na herbatkę zaprosiła, i to nie jeden raz, bo polubiła jego naturalną kompletność. I na takiej herbatce spotkałem Miecia i stąd go znam, i wiem, że Mieciu nikogo się nie boi, tylko Najświętszej Panienki i jej syna jedynego pana Jezusa, amen.


- Ale czy wolno już się naśmiewać bezkarnie z najwyższych wartości narodowych, panie Darku?
- Właśnie chciałem bardzo przeprosić.


- Proszę, i niech nam pójdzie na zdrowie.
- Przy okazji: większość ludzi zamiast trafić do elity, traci zęby, i stąd się biorą elity.


- Nie rozumiem...
- Nic nie szkodzi; nie twoja wina.


Mówią, że Mieciu Kaczmarek mógłby zrobić karierę filmową, bo od razu przyciąga uwagę: jest rudy, mocno wyrośnięty, a rzęsy i brwi ma blond, przez co oczy są wyraziste a spojrzenie zalotne, zmuszające do westchnień. Ciało Miecia dekorują piegi, a i fujarkę podobno też ma piegowatą, ale nie wiem, bo nie oglądałem. Mieciu układa krawężniki na autostradzie budowanej przez rząd, który wkrótce odejdzie w niesławie, o czym jeszcze nie wie. Mieciu łapie gołymi rękami stukilowy krawężnik na stercie i ciska nim dokładnie centymetr od już ułożonego krawężnika tak, że nie trzeba poprawiać; nikt tak nie potrafi układać stukilowych krawężników jak on. Jest z tego sławny nie tylko w wielkiej firmie budowlanej, ale także na osiedlu, a i w mieście mówi się o tym w paru środowiskach. Po co miałby robić Mieciu karierę filmową, jak już jest taki sławny?


Jego brat, Rysiek Kaczmarek pracuje w urzędzie. Codziennie zasiada za biurkiem i przez całe osiem godzin boi się człowieka siedzącego przy biurku za nim. Obaj, chociaż osobno, trzęsą się na myśl, co powie człowiek siedzący w pokoju za drzwiami. Ten zadręcza się samotnie w czterech ścianach gabinetu, bo dostał go tylko na okres próbny; chętnie połamałby nogi tym dwóm nierobom za drzwiami, od roboty których zależy, czy szef wydziału będzie zadowolony z jego próbnego zarządzania tą komórką. Szef wydziału najchętniej by zapomniał o tej trójce, bo jest zajęty staraniami o awans na dyrektora biura wszystkich wydziałów... gdyby tylko awans nie zależał w dużej mierze od wyników pracy tych trzech kretynów, wywaliłby ich na zbity pysk, a tak, może im tylko podkręcać śrubę, co łagodzi wprawdzie nieprzyjemność obcowania z nimi, ale tylko nieco. I tak tu się wszyscy boją siebie nawzajem, przez pełne osiem godzin każdego dnia, z wyjątkiem niedziel, świąt i innych dni ustawowo wolnych, udając uprzejmość, służenie pomocą, a nawet uprawiając chichoty biurowe, co należy do rytuału służbowego, więc i obowiązku. Burmistrz, od kaprysu którego zależy tu wszystko, już wie, że zbliżające się wybory zmiotą go ze stołka jak pyłek brudu niemiłego, więc dał już sobie spokój i właściwie nic nie robi. Obiecuje jeszcze awanse, napuszcza, karci dla zabicia czasu, podkręca śrubę bo lubi podkręcać śrubę, a poza tym syn się go wstydzi, żona nim w domu pomiata, więc tutaj podkręca do dechy, z prawdziwym zamiłowaniem i - trzeba to powiedzieć - znawstwem. Ale czy to może kogoś zainteresować, na co trwoni czas Rysiek, który jest bratem Miecia, co nie chce zostać gwiazdą filmową?


Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 9



Deszcz pada na ludzi złych i na dobrych, na głupich i na mądrych, na kobiety brzydkie i na ładne też. Ale już wichura przegania chmurzyska i oto świeci słońce.



- O, jak się ładnie zrobiło, zobacz jak ładnie, ożeniłbyś się Rysiek lepiej, niż tylko do tej roboty i wciąż w tych papierach – stara matka Kaczmarkowa synowi koszulę prasuje a on przy biureczku, co mu jeszcze ojciec zrobił, analizy stanu skóry mieszkańców powiatu przegląda, rozważa jakby najlepiej je poprzez prezentację w pałerpoincie oddać, biegłością technik komputerowych przed samym burmistrzem zapunktować. Widzi Kaczmarkowa, że coś zżera Ryśka od środka, czuje, że nie jest on doceniany w tej pracy, oj nie, więc mu tę koszulę prasuje najstaranniej, chociaż raz już wczoraj prasowała, żeby już nikt w tej pracy nie miał tak pięknie odprasowanej koszuli jak jej Rysiu, nawet sam burmistrz. Bo dwa razy prasowana koszula to rzadkość, unikat, co w takim zaniku, że jak się pojawi, to od razu dostrzeżony być powinien i doceniony. Czego to matka nie zrobi dla kariery syna.


Świętej pamięci Kaczmarek zrobił to biureczko dla Ryśka, kiedy jeszcze był stolarzem.

Dla Miecia nie zrobił, bo się urodził rudy, chociaż trzeba przyznać, że obu synów równo, po ojcowsku harapaczem traktował, gdy miał tylko chwilę wolnego, naprawdę żadnego nie zaniedbywał. A umarł śmiercią straszliwą, bo w maseczce nie chodził regulaminowej: przy malowaniu mebli politurą w fabryce meblowej, morowe powietrze w stężeniu mu się na buzię rzuciło i już tak trzymało coraz mocniej, że najpierw mu zeżarło wargi, odsłaniając jęzor w jamie bezzębnej, potem nos zeżarło, potem oczy, a potem to go już w osobnej sali szpitala trzymali, bo straszno było patrzeć, a i hałasował okropnie zawodząc. Aż którejś nocy wszyscy odetchnęli, nastała cisza.


A u burmistrza Grażynka posługuje jako sekretarka, i bardzo sobie chwali. Kiedyś była najładniejszą przedszkolanką w mieście i mogła przebierać do woli, na przykład pojechała na spływ kajakowy ze Sławkiem saksofonistą, a powróciła już z innym chłopcem, ale jak każda w tym kraju, najchętniej wyszłaby za Niemca, i najlepiej żeby był z Ameryki i od razu bogaty jak marzenie, a teraz posługuje u burmistrza.


- A gdym, tak dla odświeżenia atmosfery przyciął ci pensję, Grażynko?

- Niech pan tylko spróbuje!


- Tylko żartowałem.

- A proszę bardzo, i czym mogę służyć, panie burmistrzu?


Ten Sławek saksofonista jest dzisiaj bardzo gruby, ale nie jest najgrubszy w mieście; jest najgrubszym dyrygentem chóru seniorów i seniorit, ale ogólnie to najgrubsza w mieście jest Najtęga, o której bajkę napisał Narrator, a ilustrowana była w samej Ameryce, przez artystę, co miał wystawę w Zachęcie. Wystawa nie miała wielkiego brania, ale za to bajka nie miała wzięcia w ogóle.


- A nie mógłby pan być trochę bardziej uprzejmy, panie Darku?

- Nie.

Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 10





Niektóre rzeczy dzieją się bez powodu; jedne pamięta się lepiej, a jeszcze inne wcale.


Co tam będziemy dużo mówić, we fabrykach wciąż produkują mercedesy i ajfony, i flagi narodowe, a chłopi muszą wynajmować się do budowy autostrad, choć kartofle są najważniejsze, bo ich w fabryce nie wyprodukują, tylko te ajfony i flagi; takie czasy.

Chłopom każda włada obiecała już wszystko, potem nie dając nic.
- Chłop do obietnic najlepszy; lepszy niż górnik, niż stoczniowiec nawet, zresztą tych stoczni tam zostało co kot napłakał.
- Są takie okresy, kiedy w tym kraju wstyd być patriotą.

W czasach, kiedy tak budowali te autostrady i drogi i w ogóle, to z rozpędu zbudowali uniwersytet w mieście. I chociaż pobili się burmistrz ze starostą oraz jakimś marszałkiem o to, kto będzie wstęgę na otwarciu przecinał, to uniwerek szybko splajtował. Bo dajcie spokój, komu by się jeszcze chciało studiować te filozofie i socjologie, jak wszyscy wszystko wiedzą, a jak czegoś nie wiedzą, to sobie prędziutko w wikipedii sprawdzą, a jak nie sprawdzą to dalej wszystko wiedzą, bo przecież nie wiedzą, że czegoś nie wiedzą. Bo gdy się czegoś nie wie, to człowiek nie jest świadomy tej niewiedzy, dopiero jak się dowie, to dociera do niego, że wcześniej nie wiedział. A tak to wie wszystko i już. Zresztą studenci, jak wszyscy, zajęci byli dorabianiem przy budowie autostrad na umowę o dzieło. Ale co tu będziemy dużo o starych dziejach gadać: teraz można w auli pouniwersyteckiej ciężary trenować w ludzkich warunkach i zumbę. A najbieglejsza w zumbie jest Malwinka; zawsze najchętniej się garnie do rzeczy, których robić nie musi, i nie ona jedna: nawet hrabini Wrotycz-Nawłociowa na zumbę przyszła zaszczyciła, ale jak się po półgodzinie zorientowała, że to nie joga, to sobie poszła, chociaż za godzinę całą zapłaciła.
- Hrabini ma klasę!
- A co ty możesz o tym wiedzieć, cycu niedomyty.

Zaś Ewa Nyczak piecze najlepsze ciasta w mieście.
- A jak to wychodzi cenowo, pani Ewuniu?
- Jakoś.

Mówią, że aby przeżyć przygodę życia, to trzeba żyć.
Mówią, że były takie czasy, kiedy w ogóle nie było ajfonów, tylko telefony, których też nie było prawie wcale; owszem, w lepszych domach stały radia marki telefunken, w mniej dobrych melodia lub stolica z zielonym oczkiem, zaś w dziadowskich nie było nic poza czasem wolnym do wynajęcia, tak mówią, ktoś uwierzy, a inny nie. A pamiętacie Krzycha Pioruna? Nie udaje się przypomnieć... nie szkodzi, nikomu dzisiaj się prawie nic nie udaje. A tak się dobrze zapowiadał ten Piorun, z matematyki był najlepszy w liceum, a z fizyki to wygrywał olimpiady wojewódzkie, chociaż mówił włanczać i śtućce, bo był ze wsi, a także bynajmniej zamiast przynajmniej mówił. I kochał się w najładniejszej dziewczynie w klasie, ale ona w nim nie. Nie dlatego, że kochała się w innym chłopcu z klasy; w innym chłopcu się ona nie kochała.
- Coś z nią było nie w porządku?
- Nie, dlaczego? Od razu poszła za bogatego Niemca z Ameryki. To źle?

- Tak tylko pytam, dla podtrzymania rozmowy, nie przez ciekawość przecież.
- No myślę, że nie przez ciekawość.

Piorun wynalazł eliksir na powodzenie w życiu, i sprzedawał po dwa złote za łyk, kupowano szklankami, bo każdy łasy na powodzenie, jako pierwszy terrarium dla smoka wawelskiego zaczął konstruować, tak to się zapowiadał ten Piorun, a potem nagle zniknął. Podobno gdzieś nad morzem poezję uprawia dzisiaj.

- Czy dla dzieci chociaż?
- A kto go tam wie, panie Darku?...

Ewa Nyczak piecze najlepsze ciasta w mieście.
- A rybkę, taką dobrą, śledzika, to też by pani umiała?
- Śledź to nie ryba, tylko śledź. Soli nie je, a słony jest paskud.

- A z dziczyzny, pani Ewuniu coś upitrasić, dało by radę?
- Co pan?! W tym domu się nie przelewa!

- A pamięta pani Jasia?

Jasia ona nie pamięta, tego co też chodził do liceum i zakuwał najpilniej wszystko jak leci, i matmę, i przyrodę, i polski, bo myślał, że jak skończy studia to od razu zostanie królem elit co najmniej, a nawet profesorem nie został, ani doktorem choćby. I tylko zęby mu się zaczęły psuć, bo higieną nie grzeszył, a może ze zgryzoty rozczarowania życiem, i stał się bardzo pobożny, tak jak wszyscy na starość: jedni z przekonania, inni na wszelki wypadek. W każdym razie, nie pamięta Ewa Jasia, więc nie ma o czym.



Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 11





Niektóre drzewa żyją aż trzy tysiące lat. Osobiście nie udało mi się wyhodować żadnego drzewa, które żyje tak długo.


Strach pomyśleć co by było, gdyby wszystkie żyły trzy tysiące lat. Na szczęście większość już w młodości wędruje do naszych domów w postaci mebli albo przelatuje przez kominek, ustępując miejsca pod kartofle.


- A pod łąki?

- Pod łąki też.


Codziennie, w samo południe aptekarzowa wychodzi na łąkę z psem...


- Czy z tym, co go ciągnęła aż z Afryki, żeby był taki jak Saba z „W pustyni i w puszczy"?

- Z tym samym.


... i dochodzi daleko, pod wiklinowe zagajniki za zakrętem rzeki. Tam czeka na nią kawaler, z którym aptekarzowa całuje się aż przez półtora kwadransa, ale na więcej mu nie pozwala, ponieważ chce żeby jutro też przyszedł, bo lubi się całować, a woli z kawalerem, niż z mężem, który utyka na jedną nogę i ma brodę, a kawaler nie utyka, zawsze jest ogolony i opowiada fajne dyrdymały. W tym czasie pies korzysta z wolności, ale nie sieje spustoszenia wśród rzecznych bobrów, bo w dzień śpią w niedostępnych norach; po prostu zażywa ruchu na świeżym powietrzu ile wlezie, a zimą produkuje na śniegu tropy większe od wilczych. Po wycałowaniu kawaler posłusznie oddala się do auta ukrytego wśród zespołu szkółek leśnych w pobliskim borze, a aptekarzowa odprowadza psa do domu. Gotuje pełnowartościowy obiad z dwóch dań, do tego koniecznie patisony, bo mąż przepada, i buraczki z czosnkiem albo kompot z gruszek bądź mirabelek, zależy. Zostawia psa w domu i idzie naprzeciwko do apteki. Odbiera kulawego męża, też aptekarza, i pod rękę przeprowadza przez ulicę, dalej spacerowym krokiem dochodzą do domu na ciepły obiad. Pies wita pana jak oszalały, by zaraz uwalić się w drzwiach kuchni czekając na resztki.


- Dobrze, że psy nie gadają.

- Pies ma cały świat w nosie.


- W nosie?
- No, głównie z węchu się składa.


Ciąg dalszy nastąpi

Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 12



Papuga hrabini Wrotycz-Nawłociowej klepie litanię loretańską, ale bez zrozumienia, za to niewyraźnie.




Ciocia Zosia zaciąga, joskuje, bo jest ze wsi, w dodatku postanowiła tego nie zmieniać i pozostać kobietą ze wsi. Zmiany są może i dobre, ale dla tych miastowych.


Moi wujostwo, dorobili się na pomidorach w szklarniach i wiedli życie zamożnych. Na wujka Janka mówili Pomidor, ale na na ciocię Zosię nikt nie mówił Pomidorowa. Może dlatego Pomidor, że pierwszy w mieście miał prawdziwego fiata na włoskiej licencji w czerwonym kolorze. Telewizor kolorowy wujostwo też mieli pierwsi, stąd i pierwszymi krytykami programowymi telewizji zostali, na długo przed Edwardem Pawlakiem z tygodnika WPROST, tego co napisał książkę „Byłem czerwonym cenzorem".


- Nic w tej telewizji nie ma, kompletnie nie ma co oglądać, nuda.

- No nic nie dają ciekawego.


- A podrzuciłeś Janek szlaki na koks, żeby się pomidorki za wnet nie dojrzały?

- A co myślisz?! Ale zajrzę jeszcze do pieca, bo tu nie ma na co patrzeć ani.


- To pójdę i ja, coś tam podwiążę w oranżerii może, spadów do Eli tytkę nazbieram, się tam u niej nie przelewa przecie.

- A może byś wpierw coś na ciepło zrobiła jeszcze?


- W tej chwileczce miałam robić akurat, kiszkę bułczankę podgrzeję.

- Bułczankę podgrzej, tylko flaka nie przebij! I żeby ze sarepską była, i z korniszonem.


- Tylko piekielna jest, oj...

- Daj piekielną, lepsza czasem niż sarepska.

- I herbatkę zrobię.
- Ale zrób tak z liter, a nie jak w tej Adrii: herbatę czy kawę zamawiasz, a ci naparstek przyniesą, albo we Wiktorii pół naparstka za piętnaście złotych, i jeszcze mu napiwek daj bo z dwudziestu nie ma wydać.


Gdy ciocia pomidorowa owdowiała, zapragnęła na stare lata zobaczyć świat.

Zawieziono ją na wybrzeże, żeby przed śmiercią zobaczyła morze.

- To, co tam widać, to jest Ameryka?

- Nie. Półwysep Hel.


Morze nie zrobiło na niej wrażenia.

- Sama woda tylko na okrągło i piach, nic tu nie uchowasz, jedna nuda.
Kazała się zaraz odwieść, taka była rozczarowana.

Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ale ty nie musisz tego czytać, Anka cz. 13



- A co w ogóle słychać obecnie, panie Darku?
- Z najnowszych wieści, to Reginka do migreny się przymierza.



- A gdzie ona w ogóle jest teraz przebywa? W Bukareszcie, Itace, w Pensylwanii?
- W Sztokholmie, w instytucie naukowym astronomicznym na kontrakcie, z koleżanką doktor Lucy gwiazdę nową odkrywają.

- Czy przypadkiem w gazecie nie pisali, że już odkryła?
- Odkryła, ale jedną, a teraz z doktor Lucy drugą tropi.

- I czemu ona się w tę depresję pcha, jak takie sukcesy, że pozazdrościć?
- Bo Lucy kontrakt się kończy i ma przyjechać na jej miejsce Yanine, a Yanine niedobra, bardzo.

- Chyba, że tak, to jasna sprawa, jednych się lubi, innych mniej, a jeszcze innych to wcale. Może by kotka kupić Regince? Teraz takie antydepresyjne, fajne robią, w sam raz do lajkowania na fejsbuku przez stu znajomych wesołych, rozweselających...
- Kiedy Reginka uczulona na kotka.

W mieście jest dwóch poważnych fryzjerów: Palacz i Kamieniarz. Jest wiele innych fryzjerek, studiów kosmetycznych paznokcia, solariów, innych cudów, ale do tych dwóch chodziło się zawsze, chodzi się i chodzić jeszcze będzie, i ludzie tam się rozgadują, bo czują się już jak u siebie, niusy rodzinne nawet objawiają, więc Pawlak i Kamieniarz wiedzą o ludziach dużo. Najwięcej o wszystkich wie oczywiście ksiądz proboszcz, ale jemu ludzie sami na siebie donoszą na spowiedzi. Pragną oczyścić się z grzechu obrzydliwego, pozbyć i zapomnieć raz na jutro. A pokutę proboszcz daje zachęcająco niewymagającą; litanię loretańską daje, co nawet papuga Wrotycz- Nawłociowej daje radę, chociaż niewyraźnie, ale taki już jej urok, że sepleni, więc i dla grzesznika litania przystępna. Ale, co to? Czy nie gitarzysta to Dolata przypadkiem i basista Ruszkiewicz, w dodatku we własnych osobach?

- Posłuchałby pan jak gramy pięknie, panie Darku.
- Teraz nie, bo księdza proboszcza uwieczniam akurat.

- O! Jak samego proboszcza teraz, to nie! My poczekamy grzecznie.
- Dobra chłopaki, ale przypomnijcie mi jutro, bo mogę zapomnieć, a bym nie chciał takich muzykantów pominąć.

- A może być po jutrze? Bo jutro na weselu Mariolki gramy.
- Czy u tej Mariolki, co zatrzymała się na poziomie dziecka, które zachłysnęło się wolnością, a raczej pierwszym wyobrażeniem o niej?

- Tak mówią, ale przecież to już kawał kobity, więc najwyższy czas na nią.
- Tylko ładnie zagrajcie, nie upijcie się od razu na śmierć, najwyżej na pół śmierci.

Ciąg dalszy nastąpi
Foto: Marcel Marien

1 2 3 4 5 6