20 września 2017, środa
Ewa Mackiewicz-Merda/fb komentarzy: 0

Poniedziałek. Dzień dobry!!!

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o konopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

Ilustracja: Nature Galleries, Klick!!!

 

KROK W PRZÓD I KROK W TYŁ


Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy.


Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Największy obraz świata...

Foto: design-dautore.com, Klick!!!




Największy obraz świata...

...malują kobiety, codziennie, pędzelkami i kredkami do makijażu. I są największą żywą galerią, zupełnie wyjątkową, bo chętnie oglądaną przez facetów. Nawet przez jednokomórkowców, komunikujących się z rzeczywistością jedynie przez komórę; dla nich to zresztą często jedyny kontakt ze sztuką.
(fragment „Anka, cześć” Ludwika Cichego)

Ran Ortner komentarzy: 0

Woda prawdziwa, naturalnie niechlorowana

Kevin Van Aelst komentarzy: 0

I coś skromnego, dla równowagi

Egmont Mayer komentarzy: 0

Red Rabbit

Susanne Ussing komentarzy: 0

Moja Droga

Dąbrowski komentarzy: 0

2017!!!

Piotrek Gęglawy komentarzy: 0

Be i cacy. Styczeń 2013





Ziemniak urodził dziecko.

Dziecko było małę.
Był to chłopczyk.

Cieszę się bardzo, że jesteś grzeczny - powiedział ziemniak do swojego dziecka.

Dziecko miało na imię Ziemniak
mały Ziemniak bardzo lubił cebulę
zjadł wszystko cebulę.
Pięć albo dziesięć.
Zjadł wszystko nie było cebuli.
- Skończyło się - płakał ziemniak. Płakały ziemniaki.
Było przykro.
Mały ziemniak powiedział:
- Tato pójdę na rynek kupić cebulę
- masz się ubrać ciepło i grubo uczesz się! Będę za tobą grubo smutno tęsknić.
- Tato cię kocham - powiedział ziemniak i poszedł.
Szedł sześć dni przez góry lasy przez cztery dni siedem osiem pięć dni.
Nie zmęczył się wcale.
I przyszedł na rynek.
Na rynku zobaczył cebulę.
Ładna cebula, gruba tak ładna, że aż gruba.
Tak mu się spodobała, że aż się zakochał.
l pocałował w buzię cebulę.
Cebula powiedziała: Kocham cię i chcą wyjść z tobą.
l poszli się w buzię całować w buzię.
l całowali się cały czas codziennie rano i wieczorem
buzia bardzo ich bolała.
- Daj pocałuję cię to nie będzie bolało - powiedział ziemniak.
Pan Jezus nie miał gdzie mieszkać jak był mały
i znalazł szopkę
a w tej szopce był Tygrys
- cześć Tygrys - powiedział Jezus
- dzień dobry - odpowiedział Tygrys
- zapraszam do łóżka bo mam za duże.
- możemy zagrać w szachy - powiedział Jezus
a Tygrys z szafy wyciągnął szachy bo w szafie były szachy
a Jezus wygrał w szachy.
- cieszę się że wygrałeś w szachy - powiedział Tygrys - i zapraszam na deser.
Jezus zjadł na deser deser a tygrys zjadł na deser kiełbasę.
- Zapraszam do łóżka - powiedział Tygrys.
Ucieszył się bardzo Jezus i zaczęli się bawić i tańczyć przez cały karnawał.

Obraz: Cy Twonlby

Klick!!!

Pies komentarzy: 0

Zimę ogłaszam za otwartą!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W sobotę, latem











Niedaleko kościoła pod wezwaniem któregoś bardzo świętego, tuż przy targowisku (w czwartki i w soboty, nawet gdy pada) otwarto sklep z odzieżą z drugiej ręki.

Nie miał wzięcia ten sklep za bardzo, aż ustawiono przed nim manekina, codziennie w innej sukience.

I prawda jest taka, że to była najładniejsza dziewczyna w mieście nad rzeką.


Sklep zaczął mieć wzięcie. Głównie za sprawą gospodarzy zjeżdżających na targ ze wsi; chłopów spracowanych, wyposzczonych, ładności kobiecej wytęsknionych, mniejsza o to.

Wnet właściciel zbył niebieskawą ruinę poloneza, zamieniając ją na srebrnego peżota o kocim spojrzeniu. Nigdy tym cudem nie przewiózł najładniejszej w mieście, chociaż by nic przeciwko nie miała, a nawet chętnie by sobie zmieniła obrazek przed oczami, mknąc eleganckim srebrolem ulicami miasta nad rzeką.

Interes z powodu jej powabu stale się rozkręcał, a ona jak stała w samej sukienczynie robiąc za manekina sklepowego, tak stoi, bez gratisów dodatkowych żadnych.

 


Aż jednej soboty letniej, w samo południe, kiedy tłumy walą najtłumniej, poruszyła obcasikiem, uniosła drugą nóżkę i zeszła z cokoliku ruszając w miasto, jakkolwiek miałoby się to skończyć.

                                                                x x x


Właśnie mija kościół. Słyszy, że organista gra pięknie tak, jak nigdy dotąd nie grał. Postanawia zajrzeć do środka, tym bardziej, że to jest dobry kościół z pomnikiem papieża, całym z mosiądzu. I gołąb u stóp papieskich też jest prawdziwy, mosiężny.


A tam, na balkonie organisty, w nierzeczywistym świetle bijącym z witraży Beethoven! Jeszcze uzbrojony w młodość i właściwą wiekowi pasję, próbuje riffy do swoich przyszłych fug i toccat, przed którymi świat dopiero padnie na twarz. Na razie świat jeszcze nic nie wie, nawet nie przeczuwa istnienia zjawiska jakiegoś tam organisty i zajmuje się bardziej bieżącymi sprawami. Ona też nie rozpoznaje Beethovena, bo w ogóle nie wie, że ktoś taki istnieje. A ponieważ nie ma pojęcia kto to jest, to może to być każdy, nawet i Beethoven, albo Bach. I niech tak przez chwilę zostanie.


Sztuka wysoka nudzi ją równie gwałtownie jak poraziła. Patrzy jeszcze na czarne lokowane kędziory podskakujące rytmicznie, zasłaniające twarz, ale nie mogąc się doczekać jej objawienia, wychodzi z nierzeczywistego wnętrza na ulicę oferującą normalność.


Mały piesek na smyczy, podchodzi do ulicznego znaku, obwąchuje okrągły słupek, sika i zadowolony merda ogonem. Zaraz potem podbiega duży pies bez smyczy, obwąchuje obsikany przy ziemi znak i sika dużo wyżej.


Znak stoi przy barze-pabie. Ona zwalnia kroku i przez wielką szybę obserwuje człowieka, który zjada jedenaście klopsików, jeden za drugim, a na talerzu przed nim wciąż piętrzy się jeszcze góra klopsików.


Następna wielka szyba wystawowa. Za nią czerwone rybki pływają tam i z powrotem pomiędzy szybami akwarium. Gekkonom przyklejonym ssawkami do pionowych ścian, nie chce się już za bardzo łazić z góry na dół i znów pod górę. W małych klatkach śpią znieruchomiałe króliki; myszy zakopały się pod wiórami, że w ogóle ich nie widać. Jakaś pani przypina szczeniakowi smycz do szyi i próbuje wyprowadzić go z boksu. Piesek nie wie, że powinien wyjść, więc zostaje wyciągnięty, a pani sprząta wnętrze. Teraz szczeniak powinien wejść z powrotem, ale nie chce. Jest jeszcze za mały, żeby wiedział czego chce, więc na wszelki wypadek niczego nie chce; doświadczył już, że tego za czym tęskni i tak tu nie dostanie. Zwierzęta, nawet te kochane, to zawsze są jakieś klatki, smycze, akwaria, wybiegi na miarę możliwości i ludzkich wyobrażeń właściciela o szczęściu, mogłaby pomyśleć, ale nie zdąża, wytrącona z obserwacji czyimś szturchańcem. To burmistrz potyka się o nią. Chłopina wraca właśnie z wczorajszego tajnego bankietu w firmie, którą wybrał w przetargu na obwodnicę kajakową za lewe osiem procent pod stołem. Przeprasza szarmancko, dowcipkuje, wypowiada ładne zdania, mające ukryć narąbanie, a obnażające zachowanie typowego nałojeńca przejętego sobą. Szybko orientuje się, że ona nie jest nikim ważnym, nikim znanym; nic mu z jej strony nie grozi, więc znika.


Trzydziestoletni dziad pochyla się nad koszem i wydobywa ze śmieci cztery niedopałki. Dmucha na nie, usuwając nieczystości, po czym z nabożną czcią umieszcza w okrągłej tabakierze zrobionej z puszki po wigilijnych czekoladkach. Uśmiecha się do najpiękniejszej w mieście i ona też się uśmiecha. Ośmielony nieoczekiwaną relacją, rozważa czy nie mógłby podać jej ręki, ale się nie odważa, więc ona też nie może uścisnąć ręki, która nie zostaje podana.


Na motorze przelatuje zakonnica z prędkością właściwą motocyklistom. Końce czepka, wystające spod hełmu trzepocą na wietrze jak skrzydła wielkiego nietoperza. Dziad żegna się i spluwa za siebie trzy razy.


A ona już podgląda przez kolejną szybę. Widzi człowieka wpatrującego się w ekran komutera: coś rachuje, coś zapisuje, może projektuje coś?... Jest facetem, więc ma dużo wolnego czasu na chodzenie do jakiejkolwiek roboty.


Obserwując, nie zdaje sobie sprawy, że sama też jest obserwowana: łaciaty kot, schowany w cieniu niedomkniętej bramy gapi się na nią, rozważając, czy zacząć od schabu, polędwicy, czy od wątróbki myszy trzymanej w pazurach. Gdy ona robi krok, zbliżając się niebezpiecznie, w paru susach przenosi swoją ucztę w głąb spokojnego podwórka na tyłach domu. Tam, pod osłoną rozłożystego jaśminu podejmie przerwane brutalnie rozważania.


Przejeżdża karetka na sygnale. Zatrzymują ją opadające bariery. Z hukiem przelatuje pośpieszny. Karetka włącza syrenę, ale nie rusza. Jeszcze przepłynie długi towarowy. Syrena milknie. Wagony węglarki wystukują swój spokojny rytm na stykach szyn. Hałas stopniowo oddala się, bariery unoszą i życie znów łapie nerw: syrena wyje wściekle, karetka rusza.


Ktoś puszcza z okna bańkę mydlaną. Ona podstawia twarz pod miejsce, w którym ma opaść tęczowe cudo, ale bańka pęka w powietrzu. Z innego okna słychać wrzask bitego dziecka.


Czuje na sobie czyjś wzrok. Obraca się i patrzy w tę stronę: mocno przerośnięty cherubinek, oparty o ścianę sklepu ugiętą w kolanie nogą, ssie zapałkę w sposób filmowo szelmowski, kołysząc biodrami jednoznacznie samczo. Miałaby ochotę strzelić go w pysk. Ze sklepu wytacza się się żona w dużej ciąży i wręcza cherubinkowi siatkę z zakupami.


W półkuli gniazda z zasuszonego błota, przyklejonego do dna balkonu nad sklepem, wrzeszczą główki małych jaskółek. Świeża dostawa much zatyka im dzioby tylko na chwilę. Znów wrzeszczą.


Ona dochodzi główną ulicą do jedynego skrzyżowania ze światłami; wszystkie trzy drogi stąd wychodzące wyprowadzają z miasta.

                                                   xxx  


W tym czasie na targowisku, udręczony koń ma dosyć: wyrywa handlarzowi postronek z ręki i gna aleją prowadzącą do głównej ulicy. Zatrzymuje się pod gniazdem jaskółek, naprzeciwko sklepu z czerwonymi rybkami, przy psim znaku. Tu dopadają go i próbują osaczyć. Jeden z przodu z poskromem elektrycznym na kiju, drugi z widłami, trzeci z liną i workiem na łeb, czwarty wali mściwie batogiem ile sił. Oszalały z bólu koń, wyrywa galopem przed siebie. Jak furia pędzi korytarzem ulicy do skrzyżowania, a wszystko ustępuje mu z drogi. Ona nie.


Wyciąga przed siebie otwartą przyjaźnie dłoń. Szalona bestia hamuje; zatrzymuje się prawie na styk. Wzrok napotyka wzrok i zwierzę na powrót staje się koniem.


Jest czarny. Ale nie karo lśniący; miejscami już posiwiały, chrapy buchają jeszcze parą po biegu, ale już powraca umęczenie spracowanym życiem, przestępuje nerwowo z nogi na nogę, ale coraz wolniej.


Słychać pogoń: rozwścieczeni oprawcy są tuż, jeszcze parę metrów i pokażą na co ich stać.


Ona wskakuje na czarny grzbiet, jakby robiła to już sto razy w westernach, podcina piętą i koń rzuca się na skrzyżowaniu w prawo. Pędzą obok stacji benzynowej, mijają kamieniczną ruderę na wynajem dla ukraińskich robociarzy, sieciowy dyskont spożywczy, kiosk z dopalaczami, kiosk z piwem na zeszyt, przelatują przez tory. Za pałacem bogacza skręcają w boczną uliczkę, która przechodzi w polną drogę. Zwalniają za cuchnącą śmiercią hodowlą lisów. Dalej jest już tylko podmokła łąka; nikt nie będzie ich tu ścigał samochodem.


Wysoko, słychać wrzaskliwe śpiewanie skowronka, świeci słońce. Końce niekoszonych traw czeszą brzuch konia miękką szczotką. Spod kopyt raz po raz umykają spłoszone czajki.


Przeprawiają się przez rzekę. Potem ona zsiada z grzbietu, a koń rusza za nią. Przechodzą przez bukowy las, okrążają bagna ze stawami pełnymi ptactwa, wchodzą na wzniesienie, z którego rozciąga się widok na zieloną równinę aż po horyzont.


Ona pierwsza wkracza w otchłań zieleni, koń podąża za nią. Zmęczona kładzie się wśród traw, zamyka oczy. Kiedy je otwiera, widzi czyste niebo, a potem niebiański błękit zostaje zmącony przez monstrualny – z perspektywy leżącej – czarny koński łeb.


Koń trąca ją nozdrzami w ramię. Ona siada, a wtedy koń odchodzi. Rusza galopem i pędzi znikając gdzieś daleko, za linią horyzontu. Ona robi daszek z dłoni, osłaniając oczy przed słońcem, ale nigdzie go nie widzi.


Nagle dostrzega ciemną plamę daleko na zielonym tle. Plama rośnie zbliżając się szybko, aż przybiera kształty galopującego konia.


Spieniony, czarny demon okrąża ją parokrotnie, jakby popisując się swoją mocą i wolnością w paradzie przed nią, a potem staje dęba, wali się w trawę, czochra bijąc kopytami, podrywa na nogi i otrząsa. Przez chwilę spogląda na nią, potem podchodzi i kładzie obok. Ona podczołguje się, układa głowę na grzywie, mości wygodnie, przymyka oczy.


Jest lato. I gdziekolwiek to jest, słońce zajdzie dopiero wieczorem.


Rysunek: Anka Cięciel