26 maja 2017, piątek
Marcel Marien komentarzy: 0

Coś z okularów

Andrzej Rysuje komentarzy: 0

Dramat

Andrzej Mleczko komentarzy: 0

Rysuje

Tadeusz Różewicz komentarzy: 0

Work in progress, czyli popłynąć z Różewiczem


Rysunek: 
Selçuk Demirel,
Klick !!!

Fragment książki Tadeusza Różewicza "Kup kota w worku", Biuro Literackie, Wrocław 2008

 


Fajnie

Moja koleżanka anachoretyczka wypchała sobie piersi syropianem na którym wszyscy bojownicy leżeli bez względu na rasę kolor skóry i kolor wyznania nawet mistrz Andrzej który był wtedy kierowcą u Największego polaka obok Kopernika który leżał na seropianie pospołu z jedną panią suwnicową która teraz mówi brzydko o dawnym towarzyszu broni że przeskoczył murek w odwrotnym kierunku my młodzi nie mamy żadnej perspektywy i wiadomości czerpiemy z podręcznika historii Księżnej Anny panie kochanku jestem późno urodzonym wcześniakiem więc nie mam swojej teczki bo od mego poczęcia mija 16 lat a w dzieciństwie molestował mnie papa babcia stryjek i jeden nauczyciel od religii wschodnich kiedy zaczęłam kurwa wąchać klej kit stryj mówił że napisze prośbę do fundacji jednego księcia saudyjskiego z londynu który też jest zamieszany w rurociąg i wodociąg ułożony przez różne elementy na dnie Wisły i Odry dziś fajny dzień, dostałam rzęsy i na urodziny kotka z myszką psa mordercę bulteriera i jamnika wyrzuconego z samochodu pogotowia ratunkowego w Łodzi dostałam też nominację do nikiniki razem z Tadzikiem Ryśkiem i Mietkiem i Kazia Kiełbasą która ma zapewniony wybór miss uniwersum i rolę w serialu sroczka seraju fajny dzień mama się ucieszyła bo wszyscy lecimy do radia czadu mombassy między zdrojów musze przerwać bo mnie swędzi w intymnych miejscach w laptopie mailu mam pierwszy rozdział ale się trochę zniechęciłam bo znów na okładce zobaczyłam madonnę skompowaną madonnę i tę naszą blondynę co patrzy prosto w oczy i cimoszcze i donaldowi i największemu polakowi od zdobycia ameryki a nawet miaklowiczowi zapomniałam że nominację też dostał Janek Czarnoksiężnik stary poczciwy księżyna za ten tomik o biedronce choć nie wiem czy kapłan może promować biedronkę która jest supermarketem po polsku zwie się tak jak przystało na nasze korzenie chrześcijańskie i judeo „Boża krówka”... trochę się pewnie zagalopowałam ekumenicznie, ale takie czasy że bez korzenia ani rusz boć chińczycy mają żeńszeń, przepraszam za spontaniczną ortografię ale świat się tak zmienił że nie tylko nauczyciel ma prawo wybrania swojej ortografii i gramatyki ale również rodzice i uczniowie w bimbusie który jest bez hamulców podobnie jak Mariola ale co ja pierdzielę? dziś był dzień pocałónku na całym świecie słyszałam to w TV mówię o tym dziadziusiowi a on mi że dużo w ślinie bakterii i za pomocą tego ale becikowe powinni dać przede wszystkim dziewczyną co poczęły a właściwie rozpoczęły życie płciowe we Walentynki stare we wieku balzakowskim mogą rodzić in vitro więc becikowe im się nie należy becikowe również powinno być przydzielane małżonką inaczej kochającym ze związków gejów i lesbijek po zlustrowaniu majątku wspólnego do czego ma wyłącznie prawo kanoniczne prałat co całuje wyłącznie w usta kościelnego

Co ja słyszę w pcimiu zamarzły komuś plemniki w pojemnikach i specjaliści wyrzucili na śmietnik jeśli ktoś znajdzie i użyje do zapłodnienia we witro to będzie kłopot!
(str. 9 – 11)

Marta Podgórnik komentarzy: 0

Gorzkie żale

 

Nie jestem poetką intelektu, ponieważ mam cipkę, a nie chuja; moje

poglądy na sztukę nikogo nie interesują. Nie jestem feministką, ponieważ

mam mózg oprócz cipki, i to on determinuje moje zachowania. Jestem

zakładniczką ludowej teorii, że mądrzejszy powinien głupszemu ustąpić.

Nie jestem mężatką, bo jestem w stanie sama się utrzymać. Ostatni

kochanek dymał mnie w skarpetkach na hotelowym łóżku. Strasznie było

fajnie.


Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska

Zawsze za wszystko płacę. To mnie nieco wkurwia, bo przecież koszta

imprez winny się rozkładać bardziej proporcjonalnie między

członków imprez. Jednakże nie narzekam.

Tak, czasami udaję głupszą niż jestem, żeby kolegom nie robić

przykrości. To jak zwalniać bieg, kiedy się z kimś ścigasz, z kimś,

kto jest Ci zbyt drogi, żebyś chciał z nim wygrać.

Tak, kotki, Bóg istnieje. Teraz słucham Waszych przewidywalnych

wierszy, i wiem, że istnieje, bo człowiek nie mógłby sam z siebie

być tak perfidnie samozachwycony tym, że potrafi jako tako

sklecić trzy albo cztery zdania i ktoś mu to wyda.

Wiem, że to będzie moja najsłabsza książka. Jest słaba, bo nudzi jej

się bycie silną. Przed trzydziestką wydała te wiersze zebrane

z kilku tomików, w których w coś wierzyła i dawała tej wierze wyraz na papierze.

Tymczasem nawet kochankowie jej nie szanowali. Nie, to nie. I

spierdalać. Jak to o niej mówili? „Tandetna efekciara”, „zazdrosna

grafomanka”, „niezła kupleciara”. Nie ma tragedii, bo już nie ma nic.

Graliśmy kiedyś we wszystkich zespołach, nawet discopolowych.

Tańczyliśmy głośno i cały świat się zwijał u naszych zmęczonych,

tanecznych stópek. Złote lata ponowoczesności. Potem przyszedł

ten grudzień, kiedy dałeś mi w twarz przy kolegach, i żaden

nie zareagował, bo przecież wiedzieli, że bym się obraziła.

Potem usunęłam ciążę w prywatnej przychodni w Tychach. Lekarz spartaczył sprawę, później go zamknęli, ja nie chciałam zeznawać, nie chciałam przynosić więcej wstydu rodzicom; już mieli go dosyć.

Dziewczyny z wydawnictwa, ten numer jest dla Was! Jesteście świetne; bardzo Was przepraszam, że podnosiłam na Was głos i piłam alkohol. Nadal piję alkohol, choć raczej nie podnoszę głosu. Chyba nie mam na kogo.

Nikt się nie wpierdala w mój styl życia i sposób, jaki obrałam, aby jako dobra katoliczka zapobiec samobójczej śmierci, która, o ironio lingwistyczna, jest grzechem śmiertelnym.

Gwiazdorze Rocka. Kochałam Cię mocno bezinteresownie. Pojechałam na festiwal opolski, żeby Cię zobaczyć w idiotycznym kostiumie. Nawet dolna warga mi nie drgnęła, znajomym też nigdy nie pozwalałam z Ciebie zakpić, ani Cię oceniać. W łóżku byłeś najlepszy. W wannie też było cudownie. Potem wybrałeś azyl na zadupiu, i pewnie nigdy nawet nie otwarłeś mojej książki.

Kochani debiutanci, autorzy redagowanych przeze mnie książek, studenci warsztatów twórczego pisania, pracodawcy, taksówkarze, komornicy, prawnicy, ekspedientki, kolejarze, itd. Co Wam szkodziło być miłymi dla mnie?

Byłam, a może bardziej starałam się być, miłą osobą. Niekiepsko się na tych mrzonkach przejechałam.



Marta Podgórnik, „Gorzkie żale”,  „Dodatek LITERAcki. Gdynia”, nr 4(5)2009, str. 4.]

Magda Piskorczyk komentarzy: 0

Nie będę grzeczną dziewczynką

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Rysuje

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Rysuje w Przekroju

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (początek)







Słońce wzeszło rano na wschodzie, a zajdzie wieczorem na zachodzie.


Grafika: Andrzej Bobrowski




Teraz jest dopiero przed dwunastą, więc Gryzoń śpi jeszcze. Nie budzę go. Śpiącego wkładam do kieszeni na rękawie kurtki, wsiadam na rower i ruszam w stronę Racotów.

Na ścieżkę rowerową wychodzi jeleń rogaty, zastępuje drogę. Za nim, z boru wyłania się stado łań. Żadna nie mówi nic, słowem się nie odzywa; jak wszystkie samice, są dobrze wytrenowane do roli tła, żeby ich facet mógł zabłysnąć.

- No i co teraz?! – prowokuje byk z wyżyn swojej rogatej stu kilowej przewagi.
- Nic takiego – informuję posłusznie.

- W sensie?!... – jeleń puszcza kłęby pary z nozdrzy, jakby palił dwa Klubowe naraz.
- No…

- Co – no…?! – przedrzeźnia mnie.

- Słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi wieczorem na zachodzie, wciąż najważniejsza jest miłość i ropa naftowa, syfony w zlewach, klopach, bidetach ciągle chronią przed ludzkimi wyziewami z rur, każdy pies ma na imię Chodź tu! i lubi merdać ogonem, lasy dalej służą do produkowania tropów a łabędzie do rzucania chleba, lądy do zamieszkiwania, książki do psucia oczu i niebezpiecznego poszerzania horyzontów, i stoimy na czerwonym, przechodzimy na zielonym… Nic takiego.

Budzi się Gryzoń. Przeciera oczy ze zdumienia.

- Co ty, kurwa, ze sarenką gadasz tłumaczysz się?! – nie dowierza. – Poszły stąd kozy, już! Sio! – macha wymownie odnóżami. - Weź kamlota i sypnij w łeb jednej, drugiej!

Schylam się po kamlota i wszystko zaczyna się dziać jak powinno: stado jeleni podrywa się do ucieczki - jak na jelenie przystało – a słońce świeci, bo zajdzie dopiero wieczorem.

- Jakiś drań pozrywał liście z drzew – mamrocze Gryzoń i czyści pazury moim pilnikiem do paznokci - który wśród wielu innych zbędnych drobiazgów trzymam w kieszeniach, jak każdy normalnie nienormalny – potem znika w sypialni na rękawie.

Chrapanie Gryzonia.

Ruszam dalej ścieżką rowerową, przykrytą dywanem z liści, na którym październikowy wiatr niestrudzenie rozkłada szalone wzory.

14 metrów od nas, jakaś ryba pożera właśnie inną rybę. Prawdopodobnie z głodu, nie z zazdrości, albo innych przekonań. Szum rzeki płynącej równolegle borem doprowadza do mostu ze śluzą. Łoskot wody spadającej w dół, dalej płytki, szeroki kanał leniwie sunący piaszczystą łachą do pluskającego falami morza. Na cyplu utworzonym pomiędzy brzegiem kanału i morza stoi Wielka Stopa.

Obrócona do morza, coś wrzeszczy i wymachuje rękami w stronę linii horyzontu. Nie widzi mnie, ale ja ją widzę. Podjeżdżam bliżej, bo oczom własnym nie wierzę. Jeszcze bliżej, jeszcze, i... to nie Wielka Stopa.

- O! Pavarotti... – Gryzoń budzi się, przeciąga i zasłania ziewnięcie łapą.

Rzeczywiście, gruby Pavarotti ze słynnymi tłustymi włosami, stoi na piaszczystym cyplu w czarnych lakierkach i śpiewa przejmująco o aldente.

- Nie lubię piosenek o aldente – mówi Gryzoń. - Wolę już kościelne, których też nie lubię, ale jednak wolę.

Podpływa statek. Najpierw widzimy go jako punkt, rysujący się gdzieś na horyzoncie, ale szybko rośnie do rozmiarów oceanicznego jachtu. Przybija. Boyowie spuszczają złoty pomost, na który Pavarotti wskakuje ochoczo, niczym rozbitek opuszczający bezludną wyspę. I tyle go widzimy. Zostajemy na bezludnej wyspie sami, bez grubego Pavarottiego, który zabiera ze sobą słynne tłuste włosy do swojego prawdziwego świata, najpewniej umierającego już za nimi z tęsknoty, a teraz znów mogącego je wielbić jak należy.

- Może byśmy też gdzieś pojechali, a nie tylko tak jeździli, co? - głos Gryzonia brzmi jak zarzut.
- Do Włoch, czy Hiszpanii? - zainteresowuję się.

- Lepiej do Francji, tam jest bogaciej – podsuwa Gryzoń.
- Ale co byśmy robili w tej Francji?

- To może do Ameryki? Tam to dopiero jest na bogato wszystko. Byśmy gadali sobie po amerykańsku, pławili się w dostatku demokracji, szastali dolarami na cele dobroczynne w biednych krajach - rozmarza się Gryzoń – a w w wolnych chwilach poszerzali horyzonty przez słuchanie poezji hip-hop w Njujorku, co – chciałbyś?
- Ja wiem?... Ta Ameryka, kiedyś taka wytęskniona, a teraz już dozwolona nadmiernie, coraz częściej nie dorasta do kinowego obrazka. Ale dobra, jedźmy – mówię.

I tak ruszamy do Ameryki.

Gryzoń, zadowolony, lokuje się w sypialni na moim rękawie.

Chrapanie Gryzonia w drodze do Ameryki.


Można wyglądać ciągu dalszego.


Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (ciąg dalszy)




Słońce wzeszło na wschodzie, a zajdzie na zachodzie, ale dopiero wieczorem. Teraz idzie duży Ciemny Lud i łamie drzewka posadzone wzdłuż ścieżki rowerowej.


Grafika: Andrzej Bobrowski



- Serce se kurwa złam! Jak już tak musisz coś łamać! A nie gałązki, co my lubimy na nie patrzeć dla oczu wzruszenia – doradza Gryzoń podniesionym głosem, a zaskoczony Ciemny Lud odwraca się w naszą stronę.
- A mielibyście co zakurzyć?! – zagaduje uspokojony, że to nie policja a tylko my. - Może być i bez filtra – wyznaje bezwstydnie.

- A czemu ty nie masz na papierosy sobie kupić? Głupi jesteś czy co? Niedorozwinięty w rozwoju? - przesłuchuje Gryzoń. – I czemu te drzewka ładne łamiesz?
- To za poprzedniego rządu sadzili przecież.

- I co?
- A teraz mamy nowy, naprawdę prawdziwy rząd.

- O!...
- Nie wiedzieliście?

Patrzę na Ciemnego Luda, który ma prawa wyborcze, dające mu moc kształtowania świata.
Człowiek nie powinien wyglądać jak rupieć, bo jednak z wyglądu się głównie składa - myślę

- A czym ty się w ogóle zajmujesz?
- Śpiewam czasami, bo co?!

- O! To się składa, bo my tu widzisz, jesteśmy wielkimi miłośnikami – Gryzoń pokazuje pazurem na mnie i na siebie.
- Co? Mam śpiewać? - upewnia się Ciemny Lud, a Gryzoń zachęca go gestem i mości się wygodnie w kieszeni na moim rękawie jak w loży.

I rozlega się śpiew. Nieoczekiwanie Ciemny Lud ma głos piękny, wysoki, czysty i charakterystyczny, i śpiewa zapamiętale. Poznajemy: Demis Russos Goodbye My Love. Śpiewak uwodzi nas. Wybaczamy mu manifestowanie poglądów politycznych poprzez łamanie drzewek sadzonych przez nie lubiany rząd, wybaczamy brak matury, ciasnotę umysłu i brak zażenowania w obnoszeniu się z tym - ostatecznie, każdy potrzebuje, choćby na krótko, wystawić głowę z kloaki niebytu, wychynąć z otchłani nieistnienia, rozmycia w tle, sponiewierania, odrzucenia, i rozbłysnąć blaskiem jakiejś aktywności na tle. Ciemny Lud uzbrojony w zazdrość i pretensje do wszystkich o wszystko, też ma potrzebę zaznaczenia swojego bezwstydnego istnienia i można to zrozumieć.

Wybaczamy i ptakom, że odleciały, tym bardziej, że słońce wygląda zza chmur zaciekawione niezwyczajnymi tonami i świat jest ładny jak mógłby być.


- Daj mu pięć złotych – ordynuje pańskim głosem Gryzoń. - Warto uszanować takie powołanie.

Rzucam Demisowi dwa złote. Gryzoń krzywi się z dezaprobatą:
- Dwa złote?... - jest zawiedziony, moja nagroda nie dorasta do jego pańskiego gestu.

- Wystarczy – oceniam. - Będzie zadowolony.

Demis schyla się po dwuzłotówkę i ona błyskawicznie znika w jego garści. Ani na chwilę nie przerywa popisu; śpiewa zapamiętale z jeszcze większą pasją, sugerując, że jest gotów na kolejną dwójkę.

Zostawiamy go w tym zapamiętaniu śpiewaczym. Goodbye My Love, Goodbye Demis.


Goodbye My Love Goodbye... - fałszuje Gryzoń przysypiając w mojej kieszeni.

Chrapanie Gryzonia w drodze do Ameryki.


Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (3)






Słońce zajdzie na zachodzie, ale dopiero wieczorem. Wjeżdżam na gigantyczny trawnik.


Grafika: Andrzej Bobrowski



Bezkresne pole lucerny, skoszonej równiutko dwa centymetry przy ziemi. Kojąca monotonia aż po horyzont, żadnych słupów wysokiego napięcia, średniego napięcia ani napięcia niskiego; śnię? Żadnych wieżowców, autostrad, stadionów, pomnika nawet; nic nie mąci widoku. Artefakt doskonały, stworzony ciężkimi maszynami zaprzężonymi w potężne, plujące ropą traktory, teraz czystość idealna, z powietrzem do oddychania bez ograniczeń; trawnik bez początku i bez kresu, raj ciszy i spokoju.

- Wyłaź! - budzę Gryzonia – jesteśmy w Ameryce.
- Czego budzisz mnie na czczo?!

- Ameryka! Gryzoń.
- Gdzie? - Gryzoń przeciera oczy. – Bo nic nie widzę dookoła.

- No widzisz!? Nikogo nie ma, żadnej zrzędy, pustka, wolność, robisz co chcesz, możesz się od razu poczuć sobą osobiście, wyjątkowo, odświętnie, bez ograniczeń i bez opamiętania; Ameryka po prostu.
- Skocz mi zaraz po burgera, bo jestem na czczo! - żąda znienacka Gryzoń. - Okay, żartowałem! - puszcza do mnie oko i zaciąga się raz, zaciąga drugi. - Faktycznie, orzeźwiające, zdrowe amerykańskie powietrze, tutaj od razu będzie mi się lepiej spało. O matko!... jakie ja tu zaraz mogę mieć sny!? A jutro jakie mogę mieć sny!?... a po jutrze?...

Gryzoń jest szczęśliwym Amerykaninem w Ameryce.

Nieoczekiwanie rower zaczyna przyspieszać. Sam, bez pedałowania. Pędzimy w dół, po lekkiej pochyłości wielkiej niecki, którą w równinie wycisnęła kiedyś bozia meteorytem, bawiąc się nim dla zabicia czasu rozwleczonego w nieskończoność, z innych nudów, albo dla równowagi dokonań boga w zakresie potopów, wulkanów, zlodowaceń, innych plag zsyłanych dla zdyscyplinowania człowieka w najświętszej sprawie. Wieki wyłagodziły krawędzie, traktory maszynami wyprodukowały równiutki trawnik z lucerny, po którym – drąc się ekstatycznie - pędzimy w dół łagodnego leja: coraz bliżej i bliżej szarobiałej plamy na dnie.

- Juhuuu!!! - drze się gryzoń.
- Juchuuu!!! - wrzeszczę ja. (W wolnym kraju Ameryce, możemy sobie wrzeszczeć co i jak chcemy: i przez samo ha, i przez ceha.)

Szarobiała plama w dole rozrywa się na setki, tysiące fragmentów, wznosi w powietrze i chmara dzikich gęsi przelatuje ponad naszymi głowami. Hamuję, żeby się lepiej pogapić.

- Ile oni w Ameryce mają ptaków?! - ekscytuje się gryzoń. - I od razu jakie wielkie?! Nie to co u nas – jakiś tam wróbelek, co najwyżej sójka, co jej się zapomniało odlecieć do lepszych krajów...
- U nas też są dzikie gęsi, i kaczki dzikie są, i dropie, cietrzewie... - wyliczam przytomnie.

- Naprawdę?! Co ty powiesz?... - przerywa gryzoń, nie pozwalając sobie zepsuć chwili. - A zobacz, jak one lecą; tysiące, i żaden nie zahaczy o drzewo, o druty napięcia, o wieżowiec, o....
- Gryzoń, tu nie ma drzew, drutów, ani wieżowców!

- No mówię; nikt tu nie nawtykał tych rupieci gdzie bądź, bez sensu. Zobacz, rozejrzyj się – gryzoń jest w szczycie ekstatycznego upojenia – widzisz tu jakieś druty, autostrady, stadiony, pomniki?! Ekologia, przestrzeń, wolność, od razu widać że Ameryka, nie jakieś tam wielkopolskie Mazury.
- Uhmm?... - chcę spuentować z przekąsem, ale się powstrzymuję.


Ciąg dalszy jutro.