25 lipca 2017, wtorek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (10)




Słońce wzeszło rano i gdzieś świeci, ale tutaj na pewno nie, bo go nie widzimy. Tkwimy we wnętrzu dużego klosza, który niczym wielka bańka drożdżowa wyrósł w ciastowatej mazi gęstej mgły.


Grafika: Andrzej Bobrowski



Jak poparzony przelatuje przed nami dziki odyniec i z rozpędem zatapia się w polu niewidzenia, jak rodzynka w cieście.


Jesteśmy w krainie baśni i dzikiej świni.


Maź zaczyna drżeć, trzęsie się całe pole niewidzenia, dostaje gęsiej skórki. Czuję, że nadlatuje coś wielkiego. I rzeczywiście, ale nie jest to zjawiskowy wieloryb, jak mylnie oceniłem, tylko pospolity smok, jakie masowo produkują teraz do filmów dla zachwytu chłopców z podstawówki.


Smok kłapie paszczą i pochłania kawały mgły, jakby to była pyszna wata cukrowa. Znikają kolejne kęsy i na ich miejscu pojawiają się pola widzenia.


- Zrób coś! Tylko szybko! - krzyczy przerażony Gryzoń, chowając się w najgłębszym zakątku kieszeni na moim rękawie.


Dzwonię dzwonkiem rowerowym...


- Coś innego zrób! - drze się gryzoń z kieszeni.


Nie muszę, bo smok odlatuje podrywając tumany liści, trawy i gałęzi, zassanych przez odkurzacz leja, jaki wytworzyło jego odlatujące cielsko.


Znów widać, świeci słońce; gęsta mgła została pożarta przez smoka. W polu widzenia, ukazuje się siedząca na pniaku ściętego klonu nastoletnia bidula. Nie ma włosów farbowanych ani nic z urody luksusowej wydry, a przy jej nogach nie stoi walizka z eleganckiej imitacji krokodylowej skóry. Ale i tak widać, że wyrusza - wybiera się daleko, tam gdzie jeszcze nigdy nie była, żeby zamienić to co ma, na coś innego.


- Marzy o losie wyjątkowym, wybitnym, odświętnym? - zastanawiam się gdy wstaje z pniaka i obciąga na sobie płaszcz na nasz widok. - Tęskni pewnie za prawdziwym życiem, bo to prawdziwe jest zawsze gdzie indziej. Nigdy nie dotykasz nerwu, istoty sedna, a nawet gdy dotykasz to i tak ci się wydaje, że życie jest gdzie indziej. Zawsze tak jest.


- Dzień dobry – mówi wzorem ludzi z małych wsi, którzy widząc obcego, zawsze się ukłonią z ciekawości, albo na wszelki wypadek.

- Dzień dobry – odpowiadam. - Daleko stąd do wsi?


- Zaraz za górką – pokazuje na wierzchołek wzniesienia, gdzie znika droga pnąca się wyboiście po pochyłości.

- Dokąd to, jeśli można się zainteresować – zainteresowuje się gryzoń z wyżyn kieszeni mojego rękawa.


- Daleko stąd – w jej głosie pobrzmiewa nuta przechwałki, może nawet dumy.

- A konkretnie? - dopytuje gryzoń.


- Wszystko jedno, byle daleko.

- I co właściwie chciałabyś robić? Tam daleko.


- Może zostałabym gwiazdą?

- Gwiazdą?


- Na przykład.

- Wierz mi, nie ma nic bardziej pospolitego od chęci zostania gwiazdą - wtrącam się do rozmowy.


- Jak to? Przecież każdy chce być gwiazdą.

- No właśnie...


- A jaką gwiazdą chciałabyś być? Konkretnie?... - Gryzoń przejmuje inicjatywę.

- Czy ja wiem?... - zamyśla się potencjalna gwiazda. - Ja bym mogła prezentować pogodę w telewizji. Jak Omena.


- Jak Omena?... Ona jest gwiazdą?

- Jest wielką gwiazdą. Ja bym mogła być taka jak ona i bym to lubiła. Poradziłabym sobie, spokojnie. A potem może bym wydała jakąś książkę fajną, nie wierszem dla dzieci, tylko normalnie, do poczytania. Albo bym nagrała płytę z jakimś sławnym zespołem... jest tyle możliwości, czy ja wiem?...


- Nieźle. Tylko...

- O! - przerywa Gryzoniowi, bo przypomniało jej się coś niezwykle ważnego. – Jeszcze bym mogła rozdawać pieniądze przez telefon w radio, jak ten Urbański. To jest fajne i takie, no... pożyteczne.


- Nieźle.Tylko, że ... - tym razem ja przerywam Gryzoniowi, bo czuję, że za chwilę stanie się bardzo głęboki: - Gryzoń, zaczynasz ględzić jak terapeuta!


- A kim jeszcze mogłabyś zostać? - Gryzoń kontynuuje przesłuchanie, kompletnie mnie ignorując: - No co umiesz, co ci najlepiej wychodzi? - Gryzoń rozwala się w mojej kieszeni, jak prawdziwy terapeuta na kanapie; wyczuwam, że zakłada nogę na nogę, wspiera głowę na łapie, zawodowo znudzonym gestem poprawia od niechcenia okulary,obgryza koniec długopisu, i tak dalej...

- Tak konkretnie?... To nie mam nic na myśli na dziś – wyznaje dziewczyna.


- Oj!... - gryzoń teatralnie zdejmuje okulary, przestaje obgryzać długopis, podrywa się z kanapy.

- Ale co? - pyta dziewczyna, widząc wycelowany w siebie długopis.


- W tej sytuacji musisz zostać gwiazdą. Nie ma innego wyjścia. W sumie nadajesz się do tego idealnie – czuję jak gryzoń opada na kanapę. - Jedźmy. Nie mam tu już nic do roboty – słyszę jego głos.


- A masz dom? - pytam najłagodniej jak potrafię.

- Tam, we wsi – pokazuje wioskę, której nie widać, bo przesłania ją wniesienie.


- A wiesz, że jakbyś nie miała domu, to nawet byś nie wiedziała, że skądś wyszłaś i dokądś zmierzasz? I nie miałabyś dokąd wrócić? - zaczynam kombinować, jakby tu jej jakoś przemówić po ludzku, ale ona nie jest tym zainteresowana.

- Szkoda gadać. Nie ma o czym kompletnie – mówi i rusza zostać gwiazdą, rozmowa jest zakończona.


Słońce jeszcze świeci, bo zajdzie dopiero wieczorem
.


Ciąg dalszy nastąpi.

Grażyna Olbrych komentarzy: 0

Zdjęcie z telefonu

Claudia Rogge komentarzy: 0

Aktywność sposobem przeciwdziałania wypoczynkowi!



Klick!!! 


Tragedia to jest dopiero wtedy, kiedy kupujesz hula-hoop i okazuje się że pasuje.
(z Facebooka)

Umberto Eco komentarzy: 1

Jak nie rozmawiać o piłce nożnej


Nie czuję niechęci do piłki nożnej. Czuję niechęć do ludzi zakochanych w piłce.

Nie lubię kibica, bo ma dziwny rys charakteru: nie rozumie, dlaczego ty nie jesteś kibicem, i stara się rozmawiać z tobą tak, jakbyś nim był.


Umberto Eco
„Zapiski na pudełku od zapałek", przekład Adam Szymanowski
HISTORIA I SZTUKA Poznań 1993


rysunek: Tomasz Bohajedyn


Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Na stadiony nie chodzę z tego samego powodu, z jakiego nie ważyłbym się spać nocą na mediolańskim Dworcu Centralnym (albo przechadzać się w Nowym Jorku po Central Parku, kiedy wybije szósta po południu), ale jeśli jest okazja, z przyjemnością i zainteresowaniem patrzę na dobry mecz w telewizji, gdyż znam i doceniam wszystkie walory tej szlachetnej gry. Nie czuję niechęci do piłki nożnej. Czuję niechęć do ludzi zakochanych w piłce.

Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany. Dla kibiców mam takie same uczucia, jakie Liga Lombardzka żywi do osób spoza wspólnoty: „Nie jestem rasistą, dopóki siedzą u siebie”. A przez to „u siebie” rozumiem miejsca, gdzie lubią się spotykać w ciągu tygodnia (bar, rodzina, klub), oraz stadiony, nie interesuje mnie bowiem, co się tam dzieje, i cieszę się, kiedy przyjeżdżają kibice z Liverpoolu, gdyż później mam zapewnioną rozrywkę przy lekturze prasy, i skoro mają już circenses, niechaj przynajmniej leje się krew.

Nie lubię kibica, bo ma dziwny rys charakteru: nie rozumie, dlaczego ty nie jesteś kibicem, i stara się rozmawiać z tobą tak, jakbyś nim był. Żeby uniknąć nieporozumień, pozwolę sobie przytoczyć przykład. Gram na flecie prostym (coraz gorzej, jak twierdzi w publicznie złożonej deklaracji Luciano Berio, lecz fakt, że tak uważnie śledzą mój rozwój Wielcy Mistrzowie, daje mi niemałą satysfakcję). Załóżmy teraz, że jadę pociągiem i pragnąc nawiązać rozmowę z siedzącym naprzeciwko podróżnym, pytam:
— Czy słuchał pan ostatniego kompaktu Fransa Bruggena?
— Co, czego?
— Mam na myśli Pavane Lachryme. Moim zdaniem zanadto zwalnia na początku.
— Przepraszam, ale nie rozumiem.
— Przecież mówię Van Eyck, tak czy nie? (Oddzielając sylaby) Blockflóte.
— Proszę pana, ja... Czy to na smyczki?
— Ach, rozumiem, pan nie...
— Nie.
— To ciekawe. Czy wie pan, że jeśli chce się mieć ręcznie wykonanego coolsmę, trzeba czekać trzy lata? Lepiej już sprawić sobie moecka z hebanu. Jest najlepszy, w każdym razie spośród tych, które dostępne są w handlu. Tak twierdzi Gazzelloni. Czy potrafi pan dojść do piątej wariacji z Derdre Doen Daphne D'Overl?
— Ja naprawdę jadę do Parmy...
— Aha, rozumiem, gra pan w tonacji f, nie zaś c. Daje większą satysfakcję. Czy wie pan, że odkryłem sonatę Loeilleta, która...
— Leje co?
— Ale chcę zobaczyć, jak pójdzie z fantazjami Telemanna. Pan czasem próbuje? Nie stosuje pan czasem palcowania niemieckiego?
— Wie pan, Niemcy, BMW to świetny samochód, mam dla nich dużo szacunku, ale...
— Jasne. Stosuje pan więc palcowanie barokowe. Słusznie. Proszę tylko pomyśleć, ci z Saint Martin in the Fields...
Nie jestem pewny, czy wytłumaczyłem, o co mi chodzi. Ale jeśli mój nieszczęśliwy towarzysz podróży rzuci się na hamulec, z pewnością go, czytelniku, nie potępisz. Dokładnie tak samo jest z kibicem. Sytuacja staje się szczególnie trudna w przypadku rozmowy z taksówkarzem.
— Widział pan Viallego?
— Nie, musiał przyjść, kiedy akurat wyszedłem.
— Obejrzy pan wieczorem mecz?
— Nie, muszę zająć się księgą Zet Metafizyki, wie pan, chodzi o Stagirytę.
— Dobrze, niech pan zobaczy, a potem sam powie. Dla mnie Van Basten mógłby zostać Maradoną lat dziewięćdziesiątych, a jak pan myśli? Ale ja nie spuszczałbym z oka Hagiego.

I tak się toczy rozmowa — jakby gadać do ściany. I nie w tym rzecz, że jego nie obchodzi, czy mnie obchodzi. Rzecz w tym, że on nie jest w stanie pojąć, że kogoś może to nie obchodzić. Nie pojąłby tego, nawet gdybym miał troje oczu i parę czułków na zielonych łuskach potylicy. Nie uświadamia sobie odmienności, różnorodności i nieporównywalności możliwych światów. Podałem przykład taksówkarza, ale w przypadku rozmówcy z klas panujących sprawa przedstawia się dokładnie tak samo. To jak choroba wrzodowa, atakuje biednych i bogatych. Rzeczą osobliwą jest jednak to, że istoty tak niezłomnie przekonane o równości wszystkich ludzi gotowe są rozbijać głowy kibicom, którzy przyjechali z sąsiedniej prowincji. Ten ekumeniczny szowinizm wydziera z mojej piersi okrzyk podziwu. To tak, jakby ci z Ligi powiedzieli: „Niech Afrykanie przyjeżdżają do nas. Potem damy im wycisk”.

Tomás Taure Alonso komentarzy: 0

Buzi!

Cichy&Grajczak komentarzy: 0

Dzień matki

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Zaraz po południu