23 czerwca 2017, piątek
Tomás Taure Alonso komentarzy: 0

Buzi!

Cichy&Grajczak komentarzy: 0

Dzień matki

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Zaraz po południu

design-dautore.com komentarzy: 0

Odświętny bocian świąteczny

Dąbrowski komentarzy: 0

2016!!!

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o kronopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

 

Opowiadaniwe bez morału

 

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i słowa i nieźle mu
się wiodło, chociaż ludzie kwestionowali ceny i żądali zniżek.

Człowiek prawie zawsze ustępował i w ten sposób

udawało mu się przehandlować wiele krzyków sprzedawców

ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki,

reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i fałszywe

okoliczności.

 

Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i poprosił

o audiencję u tyranika rządzącego krajem, podobnego

wszystkim swoim kolegom, który przyjął go w otoczeniu

generałów, sekretarzy i filiżaneczek czarnej kawy.

— Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa —

powiedział człowiek. — To bardzo ważne, bo na poczekaniu

nie przyjdą panu na myśl, a przecież wypada powiedzieć

je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie

nabrały historycznego znaczenia.

— Przetłumacz, co powiedział — rozkazał tyranik swemu

tłumaczowi.

— Mówi po argentyńsku, ekscelencjo.

— Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem?

— Wasza Wysokość doskonale zrozumiał — powiedział

człowiek. — Powtarzam, że przychodzę sprzedać panu

pańskie ostatnie słowa.

 

Ciąg dalszy, Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Kobiece sprawy






Dwie kobiety, panie, co akurat nie gotowały zupy, nie podgrzewały zupy, nie były zajęte wymyślaniem zupy lub kupowaniem składników zupy, a dzieci już dawno porodzone miały, takie dwie panie akurat tego samego dnia wsiadły do jednego przedziału w tym samym pociągu, co go właśnie zapowiada dworcowy megafon.


Jedna przeżegnała się, więc druga też się przeżegnała solidarnie, żeby nieprzeżegnaniem się nie urazić.


- Wsiada człowiek w jednym miejscu, a wysiada w całkiem innym... dzień dobry, przepraszam że tak do pani...

- A i tak się zawsze gdzieś jest, czy to tu, czy to tam, choćby się nawet nie chciało, to i tak się jest tu czy tam. Dzień dobry.


- I tu się może zdarzyć wszystko i tam się może zdarzyć wszystko...

- Albo nic.


- Albo nawet i nic.

- Ale tyle się dzieje jednak wciąż, że za dużo.


- Bo na świecie jest za dużo ludzi. Ale nie mam na myśli pani ani siebie, tylko w ogóle.

- Za to grzybów jak na lekarstwo. Nie wiem z czego na święta grzybową ugotuję, chyba z paczki.


- Ktoś policzył, że już jest 7 miliardów, nie pamiętam czy w gazecie, czy w telewizji jakiejś...

- Święta bez grzybowej, to gorzej jak bez karpia.


- Ale komórek jest tylko 5 miliardów. Więc nie wszyscy jeszcze są w sieci...

- Na szczęście mam trochę zamrożonych z zeszłego roku, czarne łebki, sinki, olszówki...


- Ja nie zbieram olszówek, podejrzane są, takie blaszki mają od spodu okropne jak psie.

- Przeważnie olszówki to suszę, ale te akurat jakoś zamroziłam.


- U mnie grzybowa nawet jakoś w ogóle nie schodzi, mąż nie za bardzo, a młodzi to szkoda gadać.

- Może za dużo octu pani daje?


- Octu w ogóle nie daję, tylko czosnek.

- A widzi pani, nie każdy lubi jak za dużo.


- Za to śledzie, to tak. Śledź na siedem sposobów musi u nas być

- A jak pani robi te śledzie?


- Zwyczajnie, na siedem sposobów po prostu. Nie powiem pani teraz tak z pamięci, mam gdzieś zapisane.

- Znajomy uważa, że śledź to nie ryba. „Śledź to śledź", mówi ten znajomy.


- Niech pani nie słucha. Śledź jak jest na siedem sposobów, to palce lizać.

- Nie żyje już ten znajomy. Ale jeszcze zdążył żonę zostawić dla innej, chociaż ta jego jeszcze wszystko sama koło siebie potrafiła elegancko zrobić.


- No tak, tyle się wciąż tych młodszych rodzi, że nic na to nie można poradzić.

- Za dużo jest ludzi na świecie.


- Nie mówiłam?!

- Więcej ludzi niż rozumu.


I tak trwa ta rozmowa wyzuta z emocji i bez napięcia jakiegokolwiek. Ale i biegnąca bez trudności, prowadzona z wyćwiczoną wprawą unikania niebezpieczeństw otarcia się o spór kłopotliwy, bo wymagający zabrania głosu.


- Zaczęli chyba grzać, bo zdejmę płaszcz.

- No, się zrobiło przyjemnie gorąco, też zdejmę.


Dwie panie wstały i zaczęły zdejmować płaszcze, ta swój, a tamta swój. A kiedy tak stały i zdejmowały to nagle się ciemno zrobiło, bo pociąg wjechał akurat do tunelu i noc zabrała wszystkie kształty jakie zastała i porządek rzeczy zabrała, dając w zamian potworny rumor pędu odbijanego od betonowego rękawa tunelu. Chwilę trwało zanim światło jednym cięciem przegoniło ryczącą ciemność i przywróciło kształty, a gdy pani szybko zamknęła okno i huragan w przedziale momentalnie ustał, powrócił porządek rzeczy rozkołysany w monotonnym stuk-puk, stuk-puk jadącego pociągu.


- Okno się samo otworzyło, ale już zamknęłam – powiedziała pani.

- Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk...


- Gdzie pani jest? Halo?! - w przedziale poza nią nie było nikogo.


Ale pani nie wpadła w panikę, tyle już w swoim życiu widziała, że teraz, jak zwykle postanowiła poszukać winy w sobie: - Mój boże, co ja takiego powiedziałam – zaczęła się zastanawiać.


Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Patrol umiarkowanie kulturalny (opowiadanie)