19 listopada 2017, niedziela
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (początek)







Słońce wzeszło rano na wschodzie, a zajdzie wieczorem na zachodzie.


Grafika: Andrzej Bobrowski




Teraz jest dopiero przed dwunastą, więc Gryzoń śpi jeszcze. Nie budzę go. Śpiącego wkładam do kieszeni na rękawie kurtki, wsiadam na rower i ruszam w stronę Racotów.

Na ścieżkę rowerową wychodzi jeleń rogaty, zastępuje drogę. Za nim, z boru wyłania się stado łań. Żadna nie mówi nic, słowem się nie odzywa; jak wszystkie samice, są dobrze wytrenowane do roli tła, żeby ich facet mógł zabłysnąć.

- No i co teraz?! – prowokuje byk z wyżyn swojej rogatej stu kilowej przewagi.
- Nic takiego – informuję posłusznie.

- W sensie?!... – jeleń puszcza kłęby pary z nozdrzy, jakby palił dwa Klubowe naraz.
- No…

- Co – no…?! – przedrzeźnia mnie.

- Słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi wieczorem na zachodzie, wciąż najważniejsza jest miłość i ropa naftowa, syfony w zlewach, klopach, bidetach ciągle chronią przed ludzkimi wyziewami z rur, każdy pies ma na imię Chodź tu! i lubi merdać ogonem, lasy dalej służą do produkowania tropów a łabędzie do rzucania chleba, lądy do zamieszkiwania, książki do psucia oczu i niebezpiecznego poszerzania horyzontów, i stoimy na czerwonym, przechodzimy na zielonym… Nic takiego.

Budzi się Gryzoń. Przeciera oczy ze zdumienia.

- Co ty, kurwa, ze sarenką gadasz tłumaczysz się?! – nie dowierza. – Poszły stąd kozy, już! Sio! – macha wymownie odnóżami. - Weź kamlota i sypnij w łeb jednej, drugiej!

Schylam się po kamlota i wszystko zaczyna się dziać jak powinno: stado jeleni podrywa się do ucieczki - jak na jelenie przystało – a słońce świeci, bo zajdzie dopiero wieczorem.

- Jakiś drań pozrywał liście z drzew – mamrocze Gryzoń i czyści pazury moim pilnikiem do paznokci - który wśród wielu innych zbędnych drobiazgów trzymam w kieszeniach, jak każdy normalnie nienormalny – potem znika w sypialni na rękawie.

Chrapanie Gryzonia.

Ruszam dalej ścieżką rowerową, przykrytą dywanem z liści, na którym październikowy wiatr niestrudzenie rozkłada szalone wzory.

14 metrów od nas, jakaś ryba pożera właśnie inną rybę. Prawdopodobnie z głodu, nie z zazdrości, albo innych przekonań. Szum rzeki płynącej równolegle borem doprowadza do mostu ze śluzą. Łoskot wody spadającej w dół, dalej płytki, szeroki kanał leniwie sunący piaszczystą łachą do pluskającego falami morza. Na cyplu utworzonym pomiędzy brzegiem kanału i morza stoi Wielka Stopa.

Obrócona do morza, coś wrzeszczy i wymachuje rękami w stronę linii horyzontu. Nie widzi mnie, ale ja ją widzę. Podjeżdżam bliżej, bo oczom własnym nie wierzę. Jeszcze bliżej, jeszcze, i... to nie Wielka Stopa.

- O! Pavarotti... – Gryzoń budzi się, przeciąga i zasłania ziewnięcie łapą.

Rzeczywiście, gruby Pavarotti ze słynnymi tłustymi włosami, stoi na piaszczystym cyplu w czarnych lakierkach i śpiewa przejmująco o aldente.

- Nie lubię piosenek o aldente – mówi Gryzoń. - Wolę już kościelne, których też nie lubię, ale jednak wolę.

Podpływa statek. Najpierw widzimy go jako punkt, rysujący się gdzieś na horyzoncie, ale szybko rośnie do rozmiarów oceanicznego jachtu. Przybija. Boyowie spuszczają złoty pomost, na który Pavarotti wskakuje ochoczo, niczym rozbitek opuszczający bezludną wyspę. I tyle go widzimy. Zostajemy na bezludnej wyspie sami, bez grubego Pavarottiego, który zabiera ze sobą słynne tłuste włosy do swojego prawdziwego świata, najpewniej umierającego już za nimi z tęsknoty, a teraz znów mogącego je wielbić jak należy.

- Może byśmy też gdzieś pojechali, a nie tylko tak jeździli, co? - głos Gryzonia brzmi jak zarzut.
- Do Włoch, czy Hiszpanii? - zainteresowuję się.

- Lepiej do Francji, tam jest bogaciej – podsuwa Gryzoń.
- Ale co byśmy robili w tej Francji?

- To może do Ameryki? Tam to dopiero jest na bogato wszystko. Byśmy gadali sobie po amerykańsku, pławili się w dostatku demokracji, szastali dolarami na cele dobroczynne w biednych krajach - rozmarza się Gryzoń – a w w wolnych chwilach poszerzali horyzonty przez słuchanie poezji hip-hop w Njujorku, co – chciałbyś?
- Ja wiem?... Ta Ameryka, kiedyś taka wytęskniona, a teraz już dozwolona nadmiernie, coraz częściej nie dorasta do kinowego obrazka. Ale dobra, jedźmy – mówię.

I tak ruszamy do Ameryki.

Gryzoń, zadowolony, lokuje się w sypialni na moim rękawie.

Chrapanie Gryzonia w drodze do Ameryki.


Można wyglądać ciągu dalszego.


Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (ciąg dalszy)




Słońce wzeszło na wschodzie, a zajdzie na zachodzie, ale dopiero wieczorem. Teraz idzie duży Ciemny Lud i łamie drzewka posadzone wzdłuż ścieżki rowerowej.


Grafika: Andrzej Bobrowski



- Serce se kurwa złam! Jak już tak musisz coś łamać! A nie gałązki, co my lubimy na nie patrzeć dla oczu wzruszenia – doradza Gryzoń podniesionym głosem, a zaskoczony Ciemny Lud odwraca się w naszą stronę.
- A mielibyście co zakurzyć?! – zagaduje uspokojony, że to nie policja a tylko my. - Może być i bez filtra – wyznaje bezwstydnie.

- A czemu ty nie masz na papierosy sobie kupić? Głupi jesteś czy co? Niedorozwinięty w rozwoju? - przesłuchuje Gryzoń. – I czemu te drzewka ładne łamiesz?
- To za poprzedniego rządu sadzili przecież.

- I co?
- A teraz mamy nowy, naprawdę prawdziwy rząd.

- O!...
- Nie wiedzieliście?

Patrzę na Ciemnego Luda, który ma prawa wyborcze, dające mu moc kształtowania świata.
Człowiek nie powinien wyglądać jak rupieć, bo jednak z wyglądu się głównie składa - myślę

- A czym ty się w ogóle zajmujesz?
- Śpiewam czasami, bo co?!

- O! To się składa, bo my tu widzisz, jesteśmy wielkimi miłośnikami – Gryzoń pokazuje pazurem na mnie i na siebie.
- Co? Mam śpiewać? - upewnia się Ciemny Lud, a Gryzoń zachęca go gestem i mości się wygodnie w kieszeni na moim rękawie jak w loży.

I rozlega się śpiew. Nieoczekiwanie Ciemny Lud ma głos piękny, wysoki, czysty i charakterystyczny, i śpiewa zapamiętale. Poznajemy: Demis Russos Goodbye My Love. Śpiewak uwodzi nas. Wybaczamy mu manifestowanie poglądów politycznych poprzez łamanie drzewek sadzonych przez nie lubiany rząd, wybaczamy brak matury, ciasnotę umysłu i brak zażenowania w obnoszeniu się z tym - ostatecznie, każdy potrzebuje, choćby na krótko, wystawić głowę z kloaki niebytu, wychynąć z otchłani nieistnienia, rozmycia w tle, sponiewierania, odrzucenia, i rozbłysnąć blaskiem jakiejś aktywności na tle. Ciemny Lud uzbrojony w zazdrość i pretensje do wszystkich o wszystko, też ma potrzebę zaznaczenia swojego bezwstydnego istnienia i można to zrozumieć.

Wybaczamy i ptakom, że odleciały, tym bardziej, że słońce wygląda zza chmur zaciekawione niezwyczajnymi tonami i świat jest ładny jak mógłby być.


- Daj mu pięć złotych – ordynuje pańskim głosem Gryzoń. - Warto uszanować takie powołanie.

Rzucam Demisowi dwa złote. Gryzoń krzywi się z dezaprobatą:
- Dwa złote?... - jest zawiedziony, moja nagroda nie dorasta do jego pańskiego gestu.

- Wystarczy – oceniam. - Będzie zadowolony.

Demis schyla się po dwuzłotówkę i ona błyskawicznie znika w jego garści. Ani na chwilę nie przerywa popisu; śpiewa zapamiętale z jeszcze większą pasją, sugerując, że jest gotów na kolejną dwójkę.

Zostawiamy go w tym zapamiętaniu śpiewaczym. Goodbye My Love, Goodbye Demis.


Goodbye My Love Goodbye... - fałszuje Gryzoń przysypiając w mojej kieszeni.

Chrapanie Gryzonia w drodze do Ameryki.


Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (3)






Słońce zajdzie na zachodzie, ale dopiero wieczorem. Wjeżdżam na gigantyczny trawnik.


Grafika: Andrzej Bobrowski



Bezkresne pole lucerny, skoszonej równiutko dwa centymetry przy ziemi. Kojąca monotonia aż po horyzont, żadnych słupów wysokiego napięcia, średniego napięcia ani napięcia niskiego; śnię? Żadnych wieżowców, autostrad, stadionów, pomnika nawet; nic nie mąci widoku. Artefakt doskonały, stworzony ciężkimi maszynami zaprzężonymi w potężne, plujące ropą traktory, teraz czystość idealna, z powietrzem do oddychania bez ograniczeń; trawnik bez początku i bez kresu, raj ciszy i spokoju.

- Wyłaź! - budzę Gryzonia – jesteśmy w Ameryce.
- Czego budzisz mnie na czczo?!

- Ameryka! Gryzoń.
- Gdzie? - Gryzoń przeciera oczy. – Bo nic nie widzę dookoła.

- No widzisz!? Nikogo nie ma, żadnej zrzędy, pustka, wolność, robisz co chcesz, możesz się od razu poczuć sobą osobiście, wyjątkowo, odświętnie, bez ograniczeń i bez opamiętania; Ameryka po prostu.
- Skocz mi zaraz po burgera, bo jestem na czczo! - żąda znienacka Gryzoń. - Okay, żartowałem! - puszcza do mnie oko i zaciąga się raz, zaciąga drugi. - Faktycznie, orzeźwiające, zdrowe amerykańskie powietrze, tutaj od razu będzie mi się lepiej spało. O matko!... jakie ja tu zaraz mogę mieć sny!? A jutro jakie mogę mieć sny!?... a po jutrze?...

Gryzoń jest szczęśliwym Amerykaninem w Ameryce.

Nieoczekiwanie rower zaczyna przyspieszać. Sam, bez pedałowania. Pędzimy w dół, po lekkiej pochyłości wielkiej niecki, którą w równinie wycisnęła kiedyś bozia meteorytem, bawiąc się nim dla zabicia czasu rozwleczonego w nieskończoność, z innych nudów, albo dla równowagi dokonań boga w zakresie potopów, wulkanów, zlodowaceń, innych plag zsyłanych dla zdyscyplinowania człowieka w najświętszej sprawie. Wieki wyłagodziły krawędzie, traktory maszynami wyprodukowały równiutki trawnik z lucerny, po którym – drąc się ekstatycznie - pędzimy w dół łagodnego leja: coraz bliżej i bliżej szarobiałej plamy na dnie.

- Juhuuu!!! - drze się gryzoń.
- Juchuuu!!! - wrzeszczę ja. (W wolnym kraju Ameryce, możemy sobie wrzeszczeć co i jak chcemy: i przez samo ha, i przez ceha.)

Szarobiała plama w dole rozrywa się na setki, tysiące fragmentów, wznosi w powietrze i chmara dzikich gęsi przelatuje ponad naszymi głowami. Hamuję, żeby się lepiej pogapić.

- Ile oni w Ameryce mają ptaków?! - ekscytuje się gryzoń. - I od razu jakie wielkie?! Nie to co u nas – jakiś tam wróbelek, co najwyżej sójka, co jej się zapomniało odlecieć do lepszych krajów...
- U nas też są dzikie gęsi, i kaczki dzikie są, i dropie, cietrzewie... - wyliczam przytomnie.

- Naprawdę?! Co ty powiesz?... - przerywa gryzoń, nie pozwalając sobie zepsuć chwili. - A zobacz, jak one lecą; tysiące, i żaden nie zahaczy o drzewo, o druty napięcia, o wieżowiec, o....
- Gryzoń, tu nie ma drzew, drutów, ani wieżowców!

- No mówię; nikt tu nie nawtykał tych rupieci gdzie bądź, bez sensu. Zobacz, rozejrzyj się – gryzoń jest w szczycie ekstatycznego upojenia – widzisz tu jakieś druty, autostrady, stadiony, pomniki?! Ekologia, przestrzeń, wolność, od razu widać że Ameryka, nie jakieś tam wielkopolskie Mazury.
- Uhmm?... - chcę spuentować z przekąsem, ale się powstrzymuję.


Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (4)







Słońce wzeszło rano, zajdzie dopiero wieczorem.

Grafika: Andrzej Bobrowski



Zrywa się wilgotny, przenikliwy wiatr. Gryzoń jeszcze promienieje, ja milczę taktownie. Zaczyna padać, ale zaraz przestaje. Cisza. Czuję, że marzniemy.


- Tylko czemu mówisz do mnie po polsku a nie po amerykańsku? - rozlega się głos Gryzonia.
- A ty czemu się po polsku pytasz?

- I gdzie są bizony? I żółte taksówki? - Gryzoń przykłada łapę nad oczy, aby światło nie przeszkadzało mu dostrzec tego, co chce zobaczyć. - I gdzie jest Miles Davis na trąbce?...

- Miles już od dawna nie żyje, Gryzoń – podrzucam.
- A co z Beyonce, co zarabia miliony kręcąc pupą?!... - Gryzoń zawiesza teatralnie głos na forte i zaraz go odwiesza: - Powiesz, że wyjechała akurat na tourne do Europy? Pospacerować po zjednoczonych krainach, grzybków trochę nazbierać w borach do zamarynowania, kierpce jakieś może dostać dla J-Zeta, w celu żaru związku z nim rozpalenia oryginalnym prezentem?...

- Może poszła akurat do banku, jakiś przelew zrobić dla fundacji walczącej z haniebnymi warunkami życia wieloryba w topniejącej Arktyce, i przyjdzie za momencik? - podsuwam.
- A gdzie misiu grizli?! - gryzoń nie słucha, gryzoń atakuje. - Się pytam, no gdzie jest niedźwiedź pana Adamsa, gdzie?!... Oszukałeś mnie!

I nie wiadomo po co, i dlaczego akurat teraz, ląduje na łagodnej krzywiźnie bezkresnego trawnika krajowy bocian biało czerwony. I zaczyna się gapić na nas, jakby nie miał nic lepszego do roboty.

- Ooooo... a ja naprawdę myślałem, że jestem w Ameryce – wzdycha Gryzoń, a z tym westchnieniem uchodzi z niego całe powietrze.
- Skoro myślałeś, że jesteś w Ameryce, to tak, jakbyś tam był – mówię, bo czuję, że coś powinienem. - Jak jeszcze można bardziej być w Ameryce, niż będąc przekonanym, że tam się naprawdę jest?

 

- Tekst płytki jak kazanie na niedzielę – Gryzoń znów nabiera powietrza: - Oszukałeś mnie!
- Wcale nie! Byłeś w Ameryce, dobre półgodziny. Ty wiesz ile musiałbyś zapłacić, żeby się dostać do Ameryki na pół godziny?

- Oszukałeś mnie!!!
- Uwierzyłeś, że tam jesteś, więc byłeś; nawet ci zazdrościłem, bo też chciałem tam bardzo być z tobą.

Chociaż słońce zajdzie dopiero wieczorem, teraz jest chłodno i wilgotno, bocian wysuwa do przodu jedną nogę, która pociąga za sobą cały tułów z drugą nogą - wyprzedzającą już pierwszą i ciągnącą ją razem z tułowiem znów przed siebie; tak bocian robi krok w naszą stroną, potem jeszcze trzy kroki. Wali dziobem w trawnik jak czerwoną włócznią i coś pożera.

- On chyba morduje twoich braci, Gryzoń!
- To nie są moi bracia – słyszę zaskakującą odpowiedź.

- Mam na myśli twoich kuzynów, pobratymców, gatunek, coś w tym rodzaju. Zobacz! - pokazuję na ziemię, gdzie wśród skoszonej równiutko lucerny roi się od mysich dziur wiodących do podziemnych tuneli i od wydeptanych ścieżek łączących te dziury. - Podziemne miasto myszy, nornic, chomików... gryzoni po prostu! A on je pożera!

- To nie są moi bracia – powtarza gryzoń, a bocian znów uderza czerwoną włócznią, podrzuca coś do góry i łapie, opadające w rozdziawiony dziób.
- Właśnie zeżarł twojego krewniaka, to cię nie rusza?!

- To nie są moi bracia! - tym razem Gryzoń wrzeszczy. - Wsiowe ćwoki, kmiotki, ciemnogród z peryferii! Żaden z nich nigdy nie dotrze nawet do skraju tej łąki, całe życie spędzają na kilku metrach i nawet przez głowę im nie przemknie cień myśli, że można by to zmienić. Chcesz mi wmówić, że coś mnie łączy z tą hołotą?!
- Hołota to też ludzie! - krzyczę.

- Może u was ludzi – zauważa Gryzoń, znów spokojny, opanowany, jakby zawstydzony, że przed momentem dał się ponieść emocjom, demaskującym wstrząs wywołany widokiem śmierci pobratymców.
- Gryzoń – mówię i zawieszam teatralnie głos. – Ale z ciebie skundlony skurwysyn!

- Tak się nie mówi do damy... - z Gryzonia uchodzi powietrze, pryska opanowanie; kurczy się i drży.
- Damy?!... Gryzoń, to ty jesteś samica? Nigdy nie mówiłeś...

- Nigdy nie pytałeś.
- No fakt – przyznaję po namyśle.

Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (5)






Wciąż nie grzeje słońce, chociaż zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie.

Grafika: Andrzej Bobrowski




Bocian traci zainteresowanie ucztą i rozpoczyna rozbieg do odlotu. Nie muszę go przeganiać, nie mam tu już nic do roboty. Wsiadam na rower i z trudem brnę pod górę do krańca łąki. Jeszcze nie wiem, że czeka tam na mnie twarda, wygodna droga kusząca łatwizną.


Droga odbija w prawo i opada w dół na złamanie karku. Nie widać czy w dolinie, do której prowadzi leży wioska, jezioro, czy tylko pola: wszystko w dole przykrywa wielki kapelusz białego grzyba z gęsto tkanej waty; lepka chmura mgły zjadła wszystkie kształty, kontury, zarysy, odgłosy, wydarzenia ważne i nieważne, dramaty i szczęścia. Parę metrów przede mną mleczna ściana, niczym brama do krainy czystej. I przez tę bramę, jak przez wrota czasu przejdziemy zaraz do nowego świata, w którym może czaić się wszystko, kawałek wszystkiego, albo nic takiego.


- Gdyby wyłonił się stamtąd rycerz na koniu, uwierzyłbym, że go widzę – przerwa ciszę Gryzoń, który jak ja, od jakiegoś czasu wpatruje się urzeczony w biały świat przed nami.


Słońce wzeszło rano na wschodzie, a zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie.


Rycerz nie wyjeżdża na koniu z białej nocy, zamiast niego wyłania się czerwonoskóry olbrzym z jakimś starym kurduplem pod rękę.


- Prawdziwy ostatni Indianin Unkas! - Gryzoń przeciera zdumione oczka. – I Napoleon po cywilnemu!


Kurdupel przemawia do Indianina tonem terapeuty pewnego swych racji, podżerając przy tym kiszoną kapustę z foliowego woreczka, na przemian z kartoflami, wyciąganymi z kieszeni marynarki.


- O, to chyba nie będzie Napoleon, jak on tak te kartofle z kapustą... - Gryzoń traci pewność pierwszego odkrycia. - To może być nawet ktoś inny... Halo, kierowniku! Czy pan jest?...


Nie dowiemy się, bo kurdupel pragnący wyglądać jak Napoleon po cywilnemu (odmundurowany, ale jednak Napoleon) dostrzega nas, dębieje, zakręca na pięcie i pędem kryje się za kotarą mgły, unikając zdemaskowania. Nie chce, żebyśmy podsłuchali tajemnice, jakie omawia wyłącznie ze swoją maskotką. To znaczy, żebyśmy nie domyślili się, że tak tylko sobie gadali o niczym, a dalej myśleli, że rozważali strategie dostępne wyłącznie dla wyżyn napoleońskiego umysłu. Indianin wiernie rozpuszcza się w mlecznej brei w ślad za kurduplem. Wszystko dzieje się tak prędko, że nie wiemy czy byli tu naprawdę, czy tylko nam się zdawało.


Ostatni Indianin Unkas (tak teatralnie opisany przez Coopera dla chłopców) ze starym kurduplem pragnącym wyglądać jak Napoleon po cywilnemu...
- myślę. - Ludzie jednak powinni mieć 16 lat w wieku szesnastu lat, a nie dopiero próbować je przeżywać po sześćdziesiątce. Wtedy wszystko działo by się jak powinno, a świat byłby lepszy.


Przekraczamy mleczną bramę, mgła momentalnie zakleja pole widzenia; wyciągam przed siebie rękę i nie widzę nawet łokcia. Coś ociera mi się o nogi. A może ja ocieram się o coś? Uciekam do przodu jak oparzony, a może to przerażone coś ucieka do tyłu? Kiedy się tego nie widzi, nawet zwyczajne nic staje się czymś, co może być wszystkim, na przykład włochatym pająkiem. Pędzę jak oszalały, potykam się, puszczam rower i szczupakiem przelatuję przez ścianę mgły. Wyrzuca mnie na polanę z normalnym polem widzenia. Ląduję na pysk w owalnym amfiteatrze z białymi kurtynami, za którymi nie widać nic, ale tutaj wewnątrz, widać dwa duże zwierzęta stojące naprzeciw siebie, ni to hieny, ni wilki, może tylko mocno przerośnięte koty?


Rzucają się na siebie i zaczynają gryźć te zwierzęta, drą pazurami, wyrywają kawały mięsa, aż nagle znikają całkowicie.


- Gdzie one są? - pyta Gryzoń

- Zeżarły się.


- Coś takiego?... - Gryzoń rozgląda się wokół z niedowierzaniem w oczach.


Stoimy w kompletnej ciszy. Dostrzegam studnię, a właściwie betonowy krąg wystający z brudnej późnojesiennej trawy. Podchodzę, żeby sprawdzić czy w środku nie ma porzuconego noworodka (zawsze sprawdzam takie studnie zagubione wśród pól, pod kątem porzuconego noworodka). Przechylam się przez cembrowinę, ale nie dostrzegam noworodka, ani w ogóle nic; ciemna otchłań. Pluję i nasłuchuję plaśnięcia śliny o lustro wody. Cisza. Znajduję mały kamyczek, wrzucam do studni – żadnego odgłosu. Nagle powietrze nad głową faluje, spoglądam w górę i widzę gigantyczne cielsko wieloryba, który wypływa majestatycznie z jednej kotary amfiteatru i znika w drugiej. Właściwie dostrzegam już tylko jego wielki ogon, który zafalował płynnie nad moją głową.


- Też to widziałeś?! - pytam Gryzonia.

- Weź większy kamień – Gryzoń ignoruje moje pytanie, więc nic nie widział, tylko mi się zdawało.


- Większy kamień weź! - ponagla Gryzoń.

- Zaraz!... Myślisz, że tak łatwo znaleźć kamień, jak się go akurat szuka?!


Znajduję w końcu głaz wielkości głowy, ciskam go do studni i nasłuchujemy rozbryzgu wody, albo plaśnięcia o ziemiste dno. Cisza. Studnia bez dna, na drugą stronę.


- Myślisz, że przeleciał i po tamtej stronie spadnie komuś na łeb? - pyta gryzoń.

- Myślę, że przydało by mi się teraz piwo, albo chociaż kawa – mówię. - Póki co, odszukam rower i spieprzamy stąd.


Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (6)






Słońce wzeszło rano na wschodzie i wędruje po niebie do wieczora, ale my go nie widzimy.

Grafika: Andrzej Bobrowski




Nie muszę szukać roweru we mgle, bo zza kurtyny wyjeżdża na nim Robinson Kruzoe i pyta:


- Czy to nie wasz rower?


Kiwam tylko głową, nie mogąc wydobyć słowa. (Sam Robinson Kruzoe do mnie rozmawia!!!)


- A nie widzieliście tu gdzieś mojego Paszeko?

- Piętaszka chyba – poprawia Gryzoń


- To twoja jaszczurka? – Kruzoe zaszczyca Gryzonia spojrzeniem. - Długo to trzeba  tresować, żeby gadało?

- Nie jestem jaszczurką – próbuje zwrócić na siebie uwagę Gryzoń, bo Robinson już na niego nie patrzy, chociaż odzywa się jeszcze pod jego adresem:


- Może nie jesteś, a może jesteś – kto tam was wie, zresztą to w ogóle nie jest ciekawe; muszę wracać na wyspę, zobaczyć, co tam aktualnie robię.

- To Gryzoń, panie Robinsonie – wtrącam nieśmiało, a Kruzoe jest wyraźnie zdegustowany naszym uporem:


- Zresztą, to w ogóle nie jest interesujące. Co ty w ogóle możesz mi powiedzieć?... Ludzie nic tylko zarabiają i zarabiają w kółko Macieju, i każdy marzy o rzuceniu palenia i o schudnięciu. Nuda.

- Otaczają mnie znajomi, od których nawet nie mogę pożyczyć książki do poczytania, Panie Robinsonie – podlizuję się, okazując solidarność z jego oceną ludzkiego gatunku.


- Nie podlizuj się człowieczku, nie popisuj, nie kompromituj, lepiej odpowiadaj na pytanie.

- A jak brzmiało pytanie, panie Robinsonie?


- Widzieliście tu gdzieś mojego Paszeko, czy nie?

- Piętaszka chyba – znów poprawia Gryzoń, wywołując u Kruzoe uśmieszek politowania


- E, no może i Piętaszka – wspaniałomyślnie przystaje Robinson. - Tak mi się mylą ci służący. Każdy ma jakieś imię i pretensje do indywidualności, a nawet diety miewają własne oryginalne, całkiem jak ludzie prawie, dla których są przecież tylko tworzywem literackim łączącym istotne fabuły.

- Był tylko Unkas – informuję.


- Unkas?

- Ostatni Indianin, tak teatralnie opisany przez Coopera dla chłopców – wyjaśniam.


- Tego akurat nie pamiętam, nie znam – i chce już odjechać, ale Gryzoń zatrzymuje go przytomnie:

- A rower?!


- A!... rower... macie, weźcie sobie – zsiada z siodełka – przecież ja w ogóle nie jeżdżę rowerem, to mi się na nic nie przyda! - pcha górala w naszą stronę i odchodzi pieszo znikając zaraz we mgle.


- Co za gbur! – podsumowuje Gryzoń. – Kompletnie się odkleił od roli. Za długo już chyba siedzi sam na tej wyspie.

- Samotność szkodzi każdemu, nawet bohater literacki od niej wariuje, Gryzoń.


- Miał nas kompletnie w dupie! – denerwuje się Gryzoń.

- Najbardziej o tym jak mają cię w dupie, świadczą prezenty jakie dostajesz pod choinkę od bliskich.

Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (8)





Wchodzi Karolek. Ale zdaje sobie sprawę, że jeszcze jest za mało znany, więc szybko się cofa i znika za kurtyną mgły.


Grafika: Andrzej Bobrowski



I'm still haven't found what I was lookign for... słychać śpiew i już wiemy, że za tym wyprzedzającym postać głosem wkroczy Bono. I płynnym, scenicznym ruchem wkracza Bono i rozgląda się za kolejną wyspą, którą mógłby sobie kupić. Ale gęsta mgła zasłania wszystkie tańsze wyspy (te droższe też, co jest bez znaczenia, bo Bono nie chce przepłacać; za stary jest już i za cwany, żeby przepłacać). Za nim podtańcowuje w trampkach patykowaty Rollingstones.


- A słyszałeś, że jakaś Lady Baba sprzedaje płyty w nakładach większych niż nasze? - zagaduje Rollingstones, zobowiązując Bono do odpowiedzi, a tym samym do zaprzestania śpiewania, które zagadującemu jest niemiłe, bo jest o nie zazdrosny.

- No cóż... - odpowiada Bono, patrząc jak Rollingstones prostuje plecy i rozciera obolałe od tanecznych podskoków korzonki - ... coraz więcej rodzi się tych młodych, i nic na to nie można poradzić – kończy i powraca do śpiewania, zobowiązując Rollingstonesa do podtańcowywania.


- A może... - Rollingstones znów przerywa niemiłe mu śpiewanie, udając, że ma do powiedzenia coś ważnego, nie cierpiącego zwłoki. - Może wyskoczylibyśmy razem na herbatkę antyoksydacyjną matcha?

- Ok! - przystaje Bono z zaskakującym zapałem - Znam w pobliżu bardzo przytulną kafejkę tlenową. Dają też świetny sok ze szpinaku i naci.


- O ja! To jest to! - entuzjazmuje się Rollingstones. - Czuję, że jutro będę miał świetny opad. A ob?!... Jezu, jak mi wali serce, zobacz! - przykłada dłoń Bono do swojej klatki. - Cały jestem podniecony myślą o mojej jutrzejszej morfologi – zwierza się i naciska guziczek pejdżera.


Z zamglonego świata wyłania się powietrzna taksówka i bezszelestnie unosi rokmenów ze sceny tak szybko, że kiedy zza kurtyny wytacza się dysząc ciężko stary Hołdys (dawny naczelny kntestator wszystkiego) z resztkami buńczucznego kolczyka zwisającego z resztek ucha, na scenie nie ma już nikogo.


- Cholera, całe życie ich gonię, i znowu się spóźniłem – reflektuje się i (ponieważ nikt nie bije braw) schodzi ze sceny, a z nim hołdysowy aktualny kapelusz.


- Idę tam! - Gryzoń znienacka wyskakuje z mojego rękawa.

- Stój! Odbiło ci? - próbuję go złapać, ale mi się zwinnie wymyka.


- Pooddycham tym samym powietrzem, co te sławy. Chodź! Ponurzajmy się chwilę w tej aurze, poczujemy jak to jest – zachęca.

- Gryzoń, gdyby tam nawet gazy wypuściła z siebie Grażyna Torbicka, czy Monika Olejnik, to dla mnie żadna zachęta – próbuję osłabić jego entuzjazm do ekspedycji.


- A co to jest Torbicka i... Olejnik? - Gryzoń pyta tylko przez grzeczność, bo nawet się nie zatrzymuje.

- To są panie, które były zawsze i są wszędzie – wyjaśniam.


Ostatecznie Gryzoń nie dociera do centrum sceny, bo płoszy go niespodziewane wejście Kasi z Kurzej Góry, znanej jako Najtęga.


Kasia Najtęga z Kurzej Góry wpływa powoli. Za to sapie ciężko. Bo lubi sapać. A lubi robić to, co lubi. Więc sapie.


Wystraszony rozmiarami monstrum Gryzoń, wskakuje z powrotem do kieszeni na rękawie.


- Jeszcze nie widziałam kota, co by nie poszedł na flak od pasztetówki – mówi Kasia. - I nie widziałam jeszcze chłopa, co by nie poszedł na ciepłe drożdżowe – dodaje i nie mówi nic więcej, bo to było wszystko, co miała do powiedzenia. Obok wyrasta jej chuderlawy mąż, ale nie odzywa się wcale, bo nie ma zupełnie nic do powiedzenia. Bierze tylko wielką żonę pod rękę i w milczeniu wyprowadza ją ze sceny czym prędzej, bo zbliża się pora serialu.


Kto by pomyślał?... Bono i Kasia z Kurzej Góry ... Ten sam gatunek: Homo sapiens – myślę. I przecieram oczy ze zdumienia.

Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (9)







Przecieram oczy ze zdumienia, bo z mgły wyłania się Millerowa.




Wchodzi na scenę ze swoimi strzykawkami, w słynnej kiedyś na okolicę prostopadłej torbie sanitariuszki. Staje zagubiona, rozgląda się zmęczonymi oczami spracowanej pielęgniarki, uśmiecha skąpo kontrolnym uśmieszkiem starej panny; na wszelki wypadek, gdyby akurat ktoś jakimś cudem zwrócił jeszcze na nią uwagę. Cud nie następuje, jak zawsze – do czego przyzwyczaiła się przez lata oczekiwania na cud – więc jej postać przyodziana w popielaty, niebrudzący płaszcz, przykryta szarym beretem, może już zejść z pola widzenia. I Millerowa – kiedyś postrach wszystkich chorych dzieci w okolicy, do których wzywano ją na zastrzyk ratujący zdrowie – schodzi ze sceny, rozpływa się we mgle. Pozostaje po niej zupełnie puste miejsce, bez cienia jakiegokolwiek śladu.


Goni za nią ciocia Andzia (zrodzona w minionym wieku z matki Józefy, ojca Józefa):

- Czekajcie siostro! Weźcie choć tego kokotka na rosołek za ten zastrzyk dla tej mojej małej rybeńki - woła ciocia Andzia, trzymając za nogi kurę zwisającą krwawym kikutem szyi w dół.

Nikt nie odpowiada.

- Może trza było sparzyć i oskubać?... – ciocia Andzia spogląda na drgającego jeszcze ptaka. - A ja głupia, nie oskubałam, no!... - puka się w zafrasowane czoło dłonią, która jeszcze przed chwilą trzymała siekierę.

- Nie pamiętam, co mam teraz powiedzieć - odzywa się gryzoń. - Zapomniałem normalnie... - przerywa, bo wtem zajeżdża bryka z prędkością pędzącego rydwanu. W niej wuj Antek, ściąga lejce i kasztanka staje prawie dęba przed ciotką.

- Wskakuj Andzia, migiem! Ojca twojego Józefa kuń pacnął w samą łep! Jadziem ratować!
- Bój się Boga, Jantoś, jakże to tak?... - ciotka załamuje ręce, nie puszczając kury.

- Mówią, że na skrzypicy poszed grajać ludziom na jarmrek i rwoł kuniowi włosie zes łoguna do smyka, a kuń gu auratnie kopytem w samom łep pacnył, że się obolył prawie na śmierć. Tyla wim.
- Jezusie! Maryjo Przenajświętsza!... - ciotka wskakuje, na koźle obok męża zasiada, kurkę nogą do podłogi przyciska, żeby nie spadła, bo Antek kasztankę batem podcina, że mało dyszli nie wyrwie, tak gna do przodu.

I znikają w ścianie mgły, pędząc na ratunek. Nie wiedzą jeszcze, że już tylko po nieboszczyka jadą, ale ja wiem, bo znam tę historię dziadka Józefa, którego nigdy na oczy nie widziałem. Muzykantem był, i tak przez naród lubianym, że za to jego muzykowanie niezwykłe wybaczano mu wiele, a nawet wszystko. A było co, bo Józef na wiosnę, jak tylko słonko przygrzało, wychodził z chaty ze skrzypcami i wracał dopiero jesienią mocno już chłodną. Przez zimę majstrował swojej Józefie kolejnego dzieciaka, a z wiosną znowu wyruszał ze skrzypkami w świat. Dwanaście takich tourne odbywał i dwanaście dzieciaków po nim zostało, w tym ciotka Andzia, a i mój ojciec też. Na tourne trzynastym, koń świeżo podkuty na jarmarku, podkowę mu na czole odcisnął na wieki wieków amen. Skrzypiec przy trupie Józefa nie było, chociaż ciotka Andzia szukała i przepytywała tłum otaczający leżącego; nic dziwnego, o tych skrzypkach Józefa marzyli wszyscy muzykanci z rozległych okolic.

Zafalowało coś wysoko we mgle, ale może mi się tylko zdawało, bo niczego nie widać tam w górze. Za to tutaj...? Wychodzi na scenę moja mama, śmieje się z czegoś, za nią ojciec, coś parodiuje, zabawia. Nie słychać dobrze głosów, ale od razu widać, że są na randce. On i jego jedyna. Nigdy nie myślałem o nich jako o dziewczynie i chłopaku, a oni teraz jeszcze nawet nie przeczuwają mojego istnienia. On wkrótce zadba o dobre perspektywy, zostanie szefem dużego koncernu mięsnego; dużo pieniędzy, duży ładny dom. Wielu będzie zazdrościło, w tym koledzy; zwłaszcza chętnie zamieszkaliby w tym dużym domu z moją ładną mamą. W pracy ciągłe kontrole zawistnych komuszych inspektorów i konieczność łagodzącej wódki z nimi.

Na stole parzone kiełbasy białe i czerwone. Wędzone szynki, wódka rozlewana do szklanek. Za oknem wyładunek transportu byków. Ulicą nadchodzi gromadka powracająca ze szkoły z tornistrami na plecach. Kolejny toast podrywa napełnione szklanki w górę. Ojciec wypija nie odrywając wzroku od widoku za oknem. Coś poszło nie tak, wielki byk, rozwścieczony torturą wyładunku, zrywa się z metalowego pierścienia więżącego nozdrza i okaleczonym łbem wali we wszystko, co znajdzie się w zasięgu. Plac pustoszeje. Rozjuszone zwierzę stoi i wyczekuje. Gromadka dzieci hałaśliwie się przekrzykuje w jakimś sporze. Pierwszy zrywa się ojciec, łapie w pędzie wielki pamiątkowy topór ze ściany gabinetu. Gdy rusza byk, ojciec przepuszcza go bokiem i wali toporem za mijającymi go rogami; byk pędzi dalej, bo nie wie jeszcze, że już nie ma głowy. Osuwa się na uliczny chodnik tak blisko dzieci, że dwoje najbliższych obryzguje krew wciąż sikająca z byczej szyi. Ja jestem już wtedy na świecie, a za trzy lata pójdę do szkoły, ale w innym mieście. To będzie już po tym wypadku samochodowym, który zrobi z ojca inwalidę a z mamy siwą kobietę w ciągu jednego dnia. A świat będzie się po prostu dział dalej dookoła.

Jedne rzeczy się lepiej pamięta, a inne mniej.

Ze wspomnień wyciąga mnie głos. To Gryzoń zwraca na siebie uwagę, bo lubi zwracać na siebie uwagę:

- Znowu nie pamiętam, co miałem tu teraz powiedzieć?
- A co właściwie miałeś powiedzieć?

- No nie pamiętam, co miałem powiedzieć.
- A skąd wiesz, że w ogóle miałeś coś powiedzieć?

Zostawiam Gryzonia z otwartymi ustami.

- Myślę, że po prostu zapomniałem tekstu - Gryzoń znów zwraca na siebie uwagę.
- Jakiego tekstu?

- Tego, co mam tu teraz powiedzieć.
- To mów cokolwiek.

- Ale co?
- Co bądź!

- A jak ja nie mam nic do powiedzenia?!
- To siedź cicho.

- Sam sobie siedź cicho! Mam dosyć siedzenia cicho! Jestem pewien, że miałem tu powiedzieć coś bardzo ważnego.
- Ale co?

- No przecież mówię, że nie pamiętam!
- Gryzoń, u ludzi jest tak, że facet przed czterdziestką nie powinien się w ogóle odzywać, bo nie ma jeszcze nic do powiedzenia od siebie. I tylko pieprzy bez sensu, co podsłuchał tu i tam.

- A czy u ludzi też jest tak, że przejmujecie się tym, co powiedzą inni?
- Ludzie wyłącznie przejmują się tym, co powiedzą o nich inni, Gryzoń. Zwłaszcza ci, którzy uparcie twierdzą, że się nie przejmują. Najbardziej na świecie ludzie przejmują się tym, co powiedzą o nich inni, właściwie przejmują się wyłącznie tym, i to jest motyw ich działań i zahamowań. Jeżeli ktoś mówi, że ma w dupie, co inni o nim powiedzą, to albo jest dziecinnie niedojrzały, albo łże w żywe oczy.

- Czyli boicie się jedni drugich, a drudzy pierwszych. I to jest takie ważne?
- W życiu ważne są miłość i ropa naftowa oraz dobry popis na fejsbuku, Gryzoń. I żeby dzieci były grzeczne, a chleb dobry.

Ciąg dalszy jutro.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Słońce wzeszło (10)




Słońce wzeszło rano i gdzieś świeci, ale tutaj na pewno nie, bo go nie widzimy. Tkwimy we wnętrzu dużego klosza, który niczym wielka bańka drożdżowa wyrósł w ciastowatej mazi gęstej mgły.


Grafika: Andrzej Bobrowski



Jak poparzony przelatuje przed nami dziki odyniec i z rozpędem zatapia się w polu niewidzenia, jak rodzynka w cieście.


Jesteśmy w krainie baśni i dzikiej świni.


Maź zaczyna drżeć, trzęsie się całe pole niewidzenia, dostaje gęsiej skórki. Czuję, że nadlatuje coś wielkiego. I rzeczywiście, ale nie jest to zjawiskowy wieloryb, jak mylnie oceniłem, tylko pospolity smok, jakie masowo produkują teraz do filmów dla zachwytu chłopców z podstawówki.


Smok kłapie paszczą i pochłania kawały mgły, jakby to była pyszna wata cukrowa. Znikają kolejne kęsy i na ich miejscu pojawiają się pola widzenia.


- Zrób coś! Tylko szybko! - krzyczy przerażony Gryzoń, chowając się w najgłębszym zakątku kieszeni na moim rękawie.


Dzwonię dzwonkiem rowerowym...


- Coś innego zrób! - drze się gryzoń z kieszeni.


Nie muszę, bo smok odlatuje podrywając tumany liści, trawy i gałęzi, zassanych przez odkurzacz leja, jaki wytworzyło jego odlatujące cielsko.


Znów widać, świeci słońce; gęsta mgła została pożarta przez smoka. W polu widzenia, ukazuje się siedząca na pniaku ściętego klonu nastoletnia bidula. Nie ma włosów farbowanych ani nic z urody luksusowej wydry, a przy jej nogach nie stoi walizka z eleganckiej imitacji krokodylowej skóry. Ale i tak widać, że wyrusza - wybiera się daleko, tam gdzie jeszcze nigdy nie była, żeby zamienić to co ma, na coś innego.


- Marzy o losie wyjątkowym, wybitnym, odświętnym? - zastanawiam się gdy wstaje z pniaka i obciąga na sobie płaszcz na nasz widok. - Tęskni pewnie za prawdziwym życiem, bo to prawdziwe jest zawsze gdzie indziej. Nigdy nie dotykasz nerwu, istoty sedna, a nawet gdy dotykasz to i tak ci się wydaje, że życie jest gdzie indziej. Zawsze tak jest.


- Dzień dobry – mówi wzorem ludzi z małych wsi, którzy widząc obcego, zawsze się ukłonią z ciekawości, albo na wszelki wypadek.

- Dzień dobry – odpowiadam. - Daleko stąd do wsi?


- Zaraz za górką – pokazuje na wierzchołek wzniesienia, gdzie znika droga pnąca się wyboiście po pochyłości.

- Dokąd to, jeśli można się zainteresować – zainteresowuje się gryzoń z wyżyn kieszeni mojego rękawa.


- Daleko stąd – w jej głosie pobrzmiewa nuta przechwałki, może nawet dumy.

- A konkretnie? - dopytuje gryzoń.


- Wszystko jedno, byle daleko.

- I co właściwie chciałabyś robić? Tam daleko.


- Może zostałabym gwiazdą?

- Gwiazdą?


- Na przykład.

- Wierz mi, nie ma nic bardziej pospolitego od chęci zostania gwiazdą - wtrącam się do rozmowy.


- Jak to? Przecież każdy chce być gwiazdą.

- No właśnie...


- A jaką gwiazdą chciałabyś być? Konkretnie?... - Gryzoń przejmuje inicjatywę.

- Czy ja wiem?... - zamyśla się potencjalna gwiazda. - Ja bym mogła prezentować pogodę w telewizji. Jak Omena.


- Jak Omena?... Ona jest gwiazdą?

- Jest wielką gwiazdą. Ja bym mogła być taka jak ona i bym to lubiła. Poradziłabym sobie, spokojnie. A potem może bym wydała jakąś książkę fajną, nie wierszem dla dzieci, tylko normalnie, do poczytania. Albo bym nagrała płytę z jakimś sławnym zespołem... jest tyle możliwości, czy ja wiem?...


- Nieźle. Tylko...

- O! - przerywa Gryzoniowi, bo przypomniało jej się coś niezwykle ważnego. – Jeszcze bym mogła rozdawać pieniądze przez telefon w radio, jak ten Urbański. To jest fajne i takie, no... pożyteczne.


- Nieźle.Tylko, że ... - tym razem ja przerywam Gryzoniowi, bo czuję, że za chwilę stanie się bardzo głęboki: - Gryzoń, zaczynasz ględzić jak terapeuta!


- A kim jeszcze mogłabyś zostać? - Gryzoń kontynuuje przesłuchanie, kompletnie mnie ignorując: - No co umiesz, co ci najlepiej wychodzi? - Gryzoń rozwala się w mojej kieszeni, jak prawdziwy terapeuta na kanapie; wyczuwam, że zakłada nogę na nogę, wspiera głowę na łapie, zawodowo znudzonym gestem poprawia od niechcenia okulary,obgryza koniec długopisu, i tak dalej...

- Tak konkretnie?... To nie mam nic na myśli na dziś – wyznaje dziewczyna.


- Oj!... - gryzoń teatralnie zdejmuje okulary, przestaje obgryzać długopis, podrywa się z kanapy.

- Ale co? - pyta dziewczyna, widząc wycelowany w siebie długopis.


- W tej sytuacji musisz zostać gwiazdą. Nie ma innego wyjścia. W sumie nadajesz się do tego idealnie – czuję jak gryzoń opada na kanapę. - Jedźmy. Nie mam tu już nic do roboty – słyszę jego głos.


- A masz dom? - pytam najłagodniej jak potrafię.

- Tam, we wsi – pokazuje wioskę, której nie widać, bo przesłania ją wniesienie.


- A wiesz, że jakbyś nie miała domu, to nawet byś nie wiedziała, że skądś wyszłaś i dokądś zmierzasz? I nie miałabyś dokąd wrócić? - zaczynam kombinować, jakby tu jej jakoś przemówić po ludzku, ale ona nie jest tym zainteresowana.

- Szkoda gadać. Nie ma o czym kompletnie – mówi i rusza zostać gwiazdą, rozmowa jest zakończona.


Słońce jeszcze świeci, bo zajdzie dopiero wieczorem
.


Ciąg dalszy nastąpi.

Grażyna Olbrych komentarzy: 0

Zdjęcie z telefonu

Claudia Rogge komentarzy: 0

Aktywność sposobem przeciwdziałania wypoczynkowi!



Klick!!! 


Tragedia to jest dopiero wtedy, kiedy kupujesz hula-hoop i okazuje się że pasuje.
(z Facebooka)