20 września 2017, środa
Cichy&Grajczak komentarzy: 0

Dzień matki

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Zaraz po południu

design-dautore.com komentarzy: 0

Odświętny bocian świąteczny

Dąbrowski komentarzy: 0

2016!!!

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o kronopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

 

Opowiadaniwe bez morału

 

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i słowa i nieźle mu
się wiodło, chociaż ludzie kwestionowali ceny i żądali zniżek.

Człowiek prawie zawsze ustępował i w ten sposób

udawało mu się przehandlować wiele krzyków sprzedawców

ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki,

reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i fałszywe

okoliczności.

 

Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i poprosił

o audiencję u tyranika rządzącego krajem, podobnego

wszystkim swoim kolegom, który przyjął go w otoczeniu

generałów, sekretarzy i filiżaneczek czarnej kawy.

— Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa —

powiedział człowiek. — To bardzo ważne, bo na poczekaniu

nie przyjdą panu na myśl, a przecież wypada powiedzieć

je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie

nabrały historycznego znaczenia.

— Przetłumacz, co powiedział — rozkazał tyranik swemu

tłumaczowi.

— Mówi po argentyńsku, ekscelencjo.

— Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem?

— Wasza Wysokość doskonale zrozumiał — powiedział

człowiek. — Powtarzam, że przychodzę sprzedać panu

pańskie ostatnie słowa.

 

Ciąg dalszy, Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Kobiece sprawy






Dwie kobiety, panie, co akurat nie gotowały zupy, nie podgrzewały zupy, nie były zajęte wymyślaniem zupy lub kupowaniem składników zupy, a dzieci już dawno porodzone miały, takie dwie panie akurat tego samego dnia wsiadły do jednego przedziału w tym samym pociągu, co go właśnie zapowiada dworcowy megafon.


Jedna przeżegnała się, więc druga też się przeżegnała solidarnie, żeby nieprzeżegnaniem się nie urazić.


- Wsiada człowiek w jednym miejscu, a wysiada w całkiem innym... dzień dobry, przepraszam że tak do pani...

- A i tak się zawsze gdzieś jest, czy to tu, czy to tam, choćby się nawet nie chciało, to i tak się jest tu czy tam. Dzień dobry.


- I tu się może zdarzyć wszystko i tam się może zdarzyć wszystko...

- Albo nic.


- Albo nawet i nic.

- Ale tyle się dzieje jednak wciąż, że za dużo.


- Bo na świecie jest za dużo ludzi. Ale nie mam na myśli pani ani siebie, tylko w ogóle.

- Za to grzybów jak na lekarstwo. Nie wiem z czego na święta grzybową ugotuję, chyba z paczki.


- Ktoś policzył, że już jest 7 miliardów, nie pamiętam czy w gazecie, czy w telewizji jakiejś...

- Święta bez grzybowej, to gorzej jak bez karpia.


- Ale komórek jest tylko 5 miliardów. Więc nie wszyscy jeszcze są w sieci...

- Na szczęście mam trochę zamrożonych z zeszłego roku, czarne łebki, sinki, olszówki...


- Ja nie zbieram olszówek, podejrzane są, takie blaszki mają od spodu okropne jak psie.

- Przeważnie olszówki to suszę, ale te akurat jakoś zamroziłam.


- U mnie grzybowa nawet jakoś w ogóle nie schodzi, mąż nie za bardzo, a młodzi to szkoda gadać.

- Może za dużo octu pani daje?


- Octu w ogóle nie daję, tylko czosnek.

- A widzi pani, nie każdy lubi jak za dużo.


- Za to śledzie, to tak. Śledź na siedem sposobów musi u nas być

- A jak pani robi te śledzie?


- Zwyczajnie, na siedem sposobów po prostu. Nie powiem pani teraz tak z pamięci, mam gdzieś zapisane.

- Znajomy uważa, że śledź to nie ryba. „Śledź to śledź", mówi ten znajomy.


- Niech pani nie słucha. Śledź jak jest na siedem sposobów, to palce lizać.

- Nie żyje już ten znajomy. Ale jeszcze zdążył żonę zostawić dla innej, chociaż ta jego jeszcze wszystko sama koło siebie potrafiła elegancko zrobić.


- No tak, tyle się wciąż tych młodszych rodzi, że nic na to nie można poradzić.

- Za dużo jest ludzi na świecie.


- Nie mówiłam?!

- Więcej ludzi niż rozumu.


I tak trwa ta rozmowa wyzuta z emocji i bez napięcia jakiegokolwiek. Ale i biegnąca bez trudności, prowadzona z wyćwiczoną wprawą unikania niebezpieczeństw otarcia się o spór kłopotliwy, bo wymagający zabrania głosu.


- Zaczęli chyba grzać, bo zdejmę płaszcz.

- No, się zrobiło przyjemnie gorąco, też zdejmę.


Dwie panie wstały i zaczęły zdejmować płaszcze, ta swój, a tamta swój. A kiedy tak stały i zdejmowały to nagle się ciemno zrobiło, bo pociąg wjechał akurat do tunelu i noc zabrała wszystkie kształty jakie zastała i porządek rzeczy zabrała, dając w zamian potworny rumor pędu odbijanego od betonowego rękawa tunelu. Chwilę trwało zanim światło jednym cięciem przegoniło ryczącą ciemność i przywróciło kształty, a gdy pani szybko zamknęła okno i huragan w przedziale momentalnie ustał, powrócił porządek rzeczy rozkołysany w monotonnym stuk-puk, stuk-puk jadącego pociągu.


- Okno się samo otworzyło, ale już zamknęłam – powiedziała pani.

- Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk...


- Gdzie pani jest? Halo?! - w przedziale poza nią nie było nikogo.


Ale pani nie wpadła w panikę, tyle już w swoim życiu widziała, że teraz, jak zwykle postanowiła poszukać winy w sobie: - Mój boże, co ja takiego powiedziałam – zaczęła się zastanawiać.


Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Patrol umiarkowanie kulturalny (opowiadanie)

Sinet Internet Cafe komentarzy: 0

I wszystko jasne...

Karol Mroziński komentarzy: 0

Napisał:






Biegnę sobie ulicą. Och! jak biegnę. A ze mną pies. On też och! Biegniemy. Rzucam piłeczkę. Pies za nią biegnie. Och! Jak biegnie. Mówię mu:

- Aportuj, Fajfus.


A on mówi:

- Nie mam pojęcia, jakie mechanizmy behawioralne wykształcone na drodze ewolucji mojego gatunku każą mi aportować tę piłeczkę, ale będę ją aportował jak pojebany w przedni płat mózgowy.
I leci za piłeczką. I aportuje jak pojebany w przedni płat mózgowy.


A zza rogu wyjeżdża samochód. Zatrzymuje się koło mnie, otwierają się drzwi. Za kierownicą siedzi mój znajomy, poeta Andrzej Rojidowicz.
- Wsiadaj - mówi do mnie.
- OK - odpowiadam.
- A ja? - pyta mój pies, Fajfus Fajfusowicz.
- Ty też wsiadaj - mówi And.
- O Jezu, Jezu - cieszy się pies. - Szybko, szybko! Wskakuję do samochodu, będę jechał, będę jechał samochodem. Ależ tu zaraz pojadę.


Jedziemy. Szybko jedziemy. Coraz szybciej. Pytam Anda, czemu jedziemy tak szybko.
- Musimy się rozpędzić do określonej prędkości, żeby cofnąć się w czasie - odpowiada.
- Żeby co zrobić?
- Tak jest! - cieszy się mój pies. - Cofamy się, cofamy w czasie. Ależ zaraz się cofniemy, cofniemy się w czasie jak pojebani jacyś. Tak, tak, tak!
- A po co chcesz się cofnąć w czasie? - pytam Anda.
- Żeby zabić Hitlera.
- O, kurwa - cieszy się mój pies. - Zabijemy Hitlera. Ależ go zabijemy. Zajebiemy chuja. Tak, tak, tak!


And rozpędza samochód jeszcze bardziej. Przed szybą zaczyna coś błyskać, jakieś światła świecą, jakieś błyskawice trzaskają. Zatrzymujemy się. Przed maską samochodu stoi koń. Stoi i gapi się na nas.
- Gdzie my jesteśmy? - pytam Anda.
- W Wiedniu, w roku 1908.
- Och żesz Chryste, Jezusie Przenajukrzyżowańszy - cieszy się mój pies. - Jesteśmy w Wiedniu, chłopaki. W pierdolonym Wiedniu jesteśmy!
- Możesz się już zamknąć? - mówię do psa.
- Oj, dobra - odpowiada. I pluje przez okno.


Wysiadamy z samochodu. Idziemy na rynek. And wskazuje mi jakiegoś młodego mężczyznę, który siedzi przy sztalugach i maluje upasionego wąsacza w meloniku. A na kolanach wąsacza siedzi brodaty karzeł i gryzie białą kiełbasę.
- To Hitler - mówi And.
- Który? - pytam.
- Ten malarz.
- OK.

Podchodzimy do Hitlera. And wyjmuje rewolwer i strzela.
- To za Baczyńskiego - mówi And. I strzela jeszcze raz. - A to za Gajcego.
- Scheiße - mówi Hitler. I pada na bruk. - Nun ist die Kacke am Dampfen. Scheiss drauf, ich hol' die Bullen. Das pisst mich an! Du gehst mir voll auf den Sack!
- Dobra, wracamy - mówi And. I kłania się upasionemu wąsaczowi i karłowi.


- Psiakrew, kurde bela, Wilhelmie - mówi upasiony wąsacz do karła. - Ja rozumiem, że chujowy był z niego malarz, ale żeby od razu coś takiego.
- Ja także nic z tego nie rozumiem - odpowiada karzeł. - Ale zajebiście dobra ta kiełbasa.
- No dobra, rzeczywiście. Udała się w tym roku.
- Tak jak i ogórki.
- Ogórki i konfitury.
- A smalec? Smalec się udał?
- Smalec niestety nie.
- A to pech.

Klick!!!