17 grudnia 2017, niedziela
Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o kronopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

 

Opowiadaniwe bez morału

 

Pewien człowiek sprzedawał okrzyki i słowa i nieźle mu
się wiodło, chociaż ludzie kwestionowali ceny i żądali zniżek.

Człowiek prawie zawsze ustępował i w ten sposób

udawało mu się przehandlować wiele krzyków sprzedawców

ulicznych, westchnienia, które kupowały starsze rencistki,

reklamy, slogany, szyldy, wytarte dowcipy i fałszywe

okoliczności.

 

Wreszcie człowiek zrozumiał, że nadeszła godzina, i poprosił

o audiencję u tyranika rządzącego krajem, podobnego

wszystkim swoim kolegom, który przyjął go w otoczeniu

generałów, sekretarzy i filiżaneczek czarnej kawy.

— Przychodzę sprzedać panu pańskie ostatnie słowa —

powiedział człowiek. — To bardzo ważne, bo na poczekaniu

nie przyjdą panu na myśl, a przecież wypada powiedzieć

je w krytycznym momencie, ażeby retrospektywnie

nabrały historycznego znaczenia.

— Przetłumacz, co powiedział — rozkazał tyranik swemu

tłumaczowi.

— Mówi po argentyńsku, ekscelencjo.

— Po argentyńsku? To dlaczego nic nie zrozumiałem?

— Wasza Wysokość doskonale zrozumiał — powiedział

człowiek. — Powtarzam, że przychodzę sprzedać panu

pańskie ostatnie słowa.

 

Ciąg dalszy, Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Kobiece sprawy






Dwie kobiety, panie, co akurat nie gotowały zupy, nie podgrzewały zupy, nie były zajęte wymyślaniem zupy lub kupowaniem składników zupy, a dzieci już dawno porodzone miały, takie dwie panie akurat tego samego dnia wsiadły do jednego przedziału w tym samym pociągu, co go właśnie zapowiada dworcowy megafon.


Jedna przeżegnała się, więc druga też się przeżegnała solidarnie, żeby nieprzeżegnaniem się nie urazić.


- Wsiada człowiek w jednym miejscu, a wysiada w całkiem innym... dzień dobry, przepraszam że tak do pani...

- A i tak się zawsze gdzieś jest, czy to tu, czy to tam, choćby się nawet nie chciało, to i tak się jest tu czy tam. Dzień dobry.


- I tu się może zdarzyć wszystko i tam się może zdarzyć wszystko...

- Albo nic.


- Albo nawet i nic.

- Ale tyle się dzieje jednak wciąż, że za dużo.


- Bo na świecie jest za dużo ludzi. Ale nie mam na myśli pani ani siebie, tylko w ogóle.

- Za to grzybów jak na lekarstwo. Nie wiem z czego na święta grzybową ugotuję, chyba z paczki.


- Ktoś policzył, że już jest 7 miliardów, nie pamiętam czy w gazecie, czy w telewizji jakiejś...

- Święta bez grzybowej, to gorzej jak bez karpia.


- Ale komórek jest tylko 5 miliardów. Więc nie wszyscy jeszcze są w sieci...

- Na szczęście mam trochę zamrożonych z zeszłego roku, czarne łebki, sinki, olszówki...


- Ja nie zbieram olszówek, podejrzane są, takie blaszki mają od spodu okropne jak psie.

- Przeważnie olszówki to suszę, ale te akurat jakoś zamroziłam.


- U mnie grzybowa nawet jakoś w ogóle nie schodzi, mąż nie za bardzo, a młodzi to szkoda gadać.

- Może za dużo octu pani daje?


- Octu w ogóle nie daję, tylko czosnek.

- A widzi pani, nie każdy lubi jak za dużo.


- Za to śledzie, to tak. Śledź na siedem sposobów musi u nas być

- A jak pani robi te śledzie?


- Zwyczajnie, na siedem sposobów po prostu. Nie powiem pani teraz tak z pamięci, mam gdzieś zapisane.

- Znajomy uważa, że śledź to nie ryba. „Śledź to śledź", mówi ten znajomy.


- Niech pani nie słucha. Śledź jak jest na siedem sposobów, to palce lizać.

- Nie żyje już ten znajomy. Ale jeszcze zdążył żonę zostawić dla innej, chociaż ta jego jeszcze wszystko sama koło siebie potrafiła elegancko zrobić.


- No tak, tyle się wciąż tych młodszych rodzi, że nic na to nie można poradzić.

- Za dużo jest ludzi na świecie.


- Nie mówiłam?!

- Więcej ludzi niż rozumu.


I tak trwa ta rozmowa wyzuta z emocji i bez napięcia jakiegokolwiek. Ale i biegnąca bez trudności, prowadzona z wyćwiczoną wprawą unikania niebezpieczeństw otarcia się o spór kłopotliwy, bo wymagający zabrania głosu.


- Zaczęli chyba grzać, bo zdejmę płaszcz.

- No, się zrobiło przyjemnie gorąco, też zdejmę.


Dwie panie wstały i zaczęły zdejmować płaszcze, ta swój, a tamta swój. A kiedy tak stały i zdejmowały to nagle się ciemno zrobiło, bo pociąg wjechał akurat do tunelu i noc zabrała wszystkie kształty jakie zastała i porządek rzeczy zabrała, dając w zamian potworny rumor pędu odbijanego od betonowego rękawa tunelu. Chwilę trwało zanim światło jednym cięciem przegoniło ryczącą ciemność i przywróciło kształty, a gdy pani szybko zamknęła okno i huragan w przedziale momentalnie ustał, powrócił porządek rzeczy rozkołysany w monotonnym stuk-puk, stuk-puk jadącego pociągu.


- Okno się samo otworzyło, ale już zamknęłam – powiedziała pani.

- Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk...


- Gdzie pani jest? Halo?! - w przedziale poza nią nie było nikogo.


Ale pani nie wpadła w panikę, tyle już w swoim życiu widziała, że teraz, jak zwykle postanowiła poszukać winy w sobie: - Mój boże, co ja takiego powiedziałam – zaczęła się zastanawiać.


Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Patrol umiarkowanie kulturalny (opowiadanie)

Sinet Internet Cafe komentarzy: 0

I wszystko jasne...

Karol Mroziński komentarzy: 0

Napisał:






Biegnę sobie ulicą. Och! jak biegnę. A ze mną pies. On też och! Biegniemy. Rzucam piłeczkę. Pies za nią biegnie. Och! Jak biegnie. Mówię mu:

- Aportuj, Fajfus.


A on mówi:

- Nie mam pojęcia, jakie mechanizmy behawioralne wykształcone na drodze ewolucji mojego gatunku każą mi aportować tę piłeczkę, ale będę ją aportował jak pojebany w przedni płat mózgowy.
I leci za piłeczką. I aportuje jak pojebany w przedni płat mózgowy.


A zza rogu wyjeżdża samochód. Zatrzymuje się koło mnie, otwierają się drzwi. Za kierownicą siedzi mój znajomy, poeta Andrzej Rojidowicz.
- Wsiadaj - mówi do mnie.
- OK - odpowiadam.
- A ja? - pyta mój pies, Fajfus Fajfusowicz.
- Ty też wsiadaj - mówi And.
- O Jezu, Jezu - cieszy się pies. - Szybko, szybko! Wskakuję do samochodu, będę jechał, będę jechał samochodem. Ależ tu zaraz pojadę.


Jedziemy. Szybko jedziemy. Coraz szybciej. Pytam Anda, czemu jedziemy tak szybko.
- Musimy się rozpędzić do określonej prędkości, żeby cofnąć się w czasie - odpowiada.
- Żeby co zrobić?
- Tak jest! - cieszy się mój pies. - Cofamy się, cofamy w czasie. Ależ zaraz się cofniemy, cofniemy się w czasie jak pojebani jacyś. Tak, tak, tak!
- A po co chcesz się cofnąć w czasie? - pytam Anda.
- Żeby zabić Hitlera.
- O, kurwa - cieszy się mój pies. - Zabijemy Hitlera. Ależ go zabijemy. Zajebiemy chuja. Tak, tak, tak!


And rozpędza samochód jeszcze bardziej. Przed szybą zaczyna coś błyskać, jakieś światła świecą, jakieś błyskawice trzaskają. Zatrzymujemy się. Przed maską samochodu stoi koń. Stoi i gapi się na nas.
- Gdzie my jesteśmy? - pytam Anda.
- W Wiedniu, w roku 1908.
- Och żesz Chryste, Jezusie Przenajukrzyżowańszy - cieszy się mój pies. - Jesteśmy w Wiedniu, chłopaki. W pierdolonym Wiedniu jesteśmy!
- Możesz się już zamknąć? - mówię do psa.
- Oj, dobra - odpowiada. I pluje przez okno.


Wysiadamy z samochodu. Idziemy na rynek. And wskazuje mi jakiegoś młodego mężczyznę, który siedzi przy sztalugach i maluje upasionego wąsacza w meloniku. A na kolanach wąsacza siedzi brodaty karzeł i gryzie białą kiełbasę.
- To Hitler - mówi And.
- Który? - pytam.
- Ten malarz.
- OK.

Podchodzimy do Hitlera. And wyjmuje rewolwer i strzela.
- To za Baczyńskiego - mówi And. I strzela jeszcze raz. - A to za Gajcego.
- Scheiße - mówi Hitler. I pada na bruk. - Nun ist die Kacke am Dampfen. Scheiss drauf, ich hol' die Bullen. Das pisst mich an! Du gehst mir voll auf den Sack!
- Dobra, wracamy - mówi And. I kłania się upasionemu wąsaczowi i karłowi.


- Psiakrew, kurde bela, Wilhelmie - mówi upasiony wąsacz do karła. - Ja rozumiem, że chujowy był z niego malarz, ale żeby od razu coś takiego.
- Ja także nic z tego nie rozumiem - odpowiada karzeł. - Ale zajebiście dobra ta kiełbasa.
- No dobra, rzeczywiście. Udała się w tym roku.
- Tak jak i ogórki.
- Ogórki i konfitury.
- A smalec? Smalec się udał?
- Smalec niestety nie.
- A to pech.

Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

I znów śpimy o godzinę dłużej

Maja Wolna komentarzy: 0

Złoty medal - 22. Międzynarodowego Biennale Plakatu


Klick!!!

 

Strona Mai Wolnej: film i prace, Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ludziki







A u nas jesień, ale bardzo uprzejma wciąż, słońca nie skąpiąca, choć chłodnawo. Z wielkiego drzewa spadają orzechy, stukają o spadzisty dach garażu i staczają się po nim na podwórze. Z garażu wyjeżdża auto, a później wjeżdża, rozgniatając orzechowe łupiny.

Ilustracja, plakat Maja Wolna, Klick!!!

Do ich tłustych mózgów zlatują sikorki i kłócą się o najlepsze kąski. Czasem pojawi się wrona i wtedy sikorki ustępują miejsca, cierpliwie czekając aż zwolni się miejsce przy stole. Kiedy zjawia się sójka, co jej się nie chce odlecieć za morze, wrona łapie całego orzecha w dziób i odfruwa, a sikorki kłócą się na gałęziach o miejsce przy stole, które się zwolni, gdy odleci sójka.


Pojawienie się Włodzinka, kota sąsiadów, powoduje że całe towarzystwo bierze pióra za pas. Włodzinek, potwierdziwszy swoją niezasłużoną pozycję głównego mordercy, przeciąga się, pogapia tu i tam leniwie i idzie polizać szyjki butelek od piwa w skrzynce pod okapem garażu. Jutro znów przyjdzie, w nadziei, że w skrzynce będą stały nowe puste butelki do polizania; w gruncie rzeczy nie ptaki go interesują, ptaki są wszędzie - na pyszne butelki przy garażu przychodzi; na piwko po prostu tutaj wpada Włodzinek.


I przyjechał do nas Sindbad Ali, i zapytał czy mógłby zamieszkać w naszym garażu. A nawet nie byliśmy ciekawi czy przybywa z Libii, Syrii, Iraku, czy innej świętej Arabii szczęśliwej, z której ucieka kto żyw, więc w sumie nic ciekawego, nie ma pytać o co.

Nie był na tyle bogaty Sindbad Ali, żeby pojechać do Paryża, Londynu, czy od razu do Szwecji, ale nie był przecież aż tak biedny, żeby nie jechać nigdzie; był w sam raz zamożny żeby przyjechać do Polski i zamieszkać w naszym garażu.
Nie wyglądał na człowieka, który szybko zamierza stać się Europejczykiem i zaraz sobie kupi quada do rozjeżdżania naszych zbóż rolniczych i lasów produkujących tropy miłych zwierzątek; nie przypominał nuworysza, który musi mieć quada, i od razu z największą nawigacją. Więc czemu nie?... niech sobie zamieszka - pomyśleliśmy i powiedzieliśmy: Tak.


To znaczy, pierwsza zgodziła się żona, bo ma słabość do mundurów, a Sindbad Ali był ubrany w kurtko-marynarkę przypominającą mundur. Podniszczony już wprawdzie, ale z dużymi guzikami obciągniętymi w błyszczące pozłotko, i z epoletami. Nie takimi okazałymi jak u Kadafiego, co stylizował się na Michaela Jacksona, słynącego z mundurów zwodniczo zjawiskowych, wzbudzających zachwyt dziecięcej widowni i ją zjednujących – nie aż takie coś miał na sobie Sindbad Ali, ale i to wystarczyło, żeby moja żona, ubóstwiająca Michaela, jak wszystkie dzieci świata, powiedziała: Tak.


I Sindbad Ali zamieszkał w naszym pięknym drewnianym garażu. A jak już zamieszkał, to cały dzień spał, i całą noc. Potem wstał i wyruszył na podbój okolicy. Wrócił po południu, w kobiecym towarzystwie.

- To jest Sarabi – przedstawił nam swoją kobietę. Z miną księcia posiadacza to uczynił, pana na włościach.
- Dzień dobry – powiedziała grzecznie uśmiechając się Sabinka. Bo to Sabinka była z pańskich chałup, którą przecież znaliśmy, bo często dawaliśmy jej pięć złotych, gdy brakowało jej do Nalewki Lubuskiej, albo Żołądkowej Gorzkiej.


I zamieszkali oboje w naszym garażu. I mieszkali tam aż... do wieczora. A rano znaleźliśmy kartkę. Dziękujemy! - było napisane na kartce, a dookoła tego listu serce ułożone z lśniących świeżością kasztanów. Tyle zostało nam po Sindbadzie i jego Sarabi Sabince, którzy byli już w drodze do innego, lepszego i piękniejszego garażu. Kawę, zaniesioną im z samego rana, rozlaliśmy do filiżanek i przekąsiliśmy po słodkiej bułeczce, kupionej dla nich w piekarni „Gidaszewski i syn", a potem zjedliśmy jeszcze po plastrze szynki od rzeźnika Błaszkowskiego.


- W sumie to nawet dobrze – powiedziała żona. - Sabinka znalazła atrakcyjnego kawalera z zagranicy, co prawda nie z Zachodu, ale jednak z Południa jakiegoś gorącego, on znalazł kobietę, a my mamy porządek w garażu, czego więcej chcieć?...

- W sumie tak – zgodziłem się.


- A wszyscy myśleli, że ta Sabinka już nikogo nie znajdzie, bo wygląda jak bigos chodzący, a tu popatrz, jaka to była atrakcyjna partia, tylko nikt się nie potrafił poznać... - westchnęła żona.

- Największa atrakcyjność Polek dla człowieka z Arabii polega na tym, że są bezpłatne – zauważyłem. - Nie trzeba za nie płacić stu kóz, ani sześćdziesięciu owiec, ani dwudziestu wielbłądów, są za darmo, w promocji tutejszej, dzięki której przybysz może stać się facetem od razu poważnym w hierarchii, bezpłatnie. Kobieta jest kobieta, sztuka jest szuka, a jak ją się umyje, przesuszy, to będzie jak nowa – powiedziałem, co mi akurat mózg podrzucił automatycznie, więc bezrefleksyjnie.


- Pomyślałabym, że jesteś cyniczny, gdybym cię nie znała i nie wiedziała, że jesteś głupi tylko – skwitowała żona.

- Chyba zapalę – odkryłem przed nią swój zamiar i jako człowiek nierzucający słów na wiatr zapaliłem.


- A skąd ty to wszystko wiesz, o ludziach z Arabii?

- Zakrzewski mi powiedział – ujawniłem źródło.


- A on skąd to wie?

- On nawet potrafi powiedzieć jaka jutro będzie pogoda!


- I jaka będzie?

- O to akurat nie zapytałem – wyznałem.


- I co my teraz zrobimy?... - westchnęła.

- W związku z czym?


- Pojechali sobie, a w dodatku nawet nie wiemy jaka będzie pogoda...

- Może...


- Może?...

- Może zrobimy ludziki z tych kasztanków? - sprzedałem swój jedyny atrakcyjny pomysł na spędzenie dnia.


- Lepiej zadzwonię do Aldony i trochę postękam...

- Co masz przeciwko ludzikom z kasztanków? - zapytałem jeszcze, ale ona już wykręcała numer do Aldony.


Sikorki przez cały czas wykłócały się na gałęziach o miejsce przy stole, które zwolni się gdy tylko znikniemy z pola widzenia. Nieoczekiwanie pojawiła się sroka. Przestraszone ucichły, ale gdy sroka spłoszona naszą wędrówka do domu odleciała, znowu zaczęły wrzeszczeć, a potem... potem zleciały się do stołu. Włodzinek nie przyszedł. Przestraszyła go nowa chwilowa obecność Sindbada? Niepotrzebnie, bo garażowy gość nie był z jakiejś bolszewii chińskiej wietnamii, tylko z Arabii, gdzie koty są co najmniej niejadalne.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 1






Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno.

                                                                       
                                                                              (Mary Merynos)





Rysunek Andrzej Bobrowski





Spadło jabłko z drzewa na drogę i doznało potwornych obrażeń. Ostatkiem sił stoczyło się z jezdni do przydrożnego rowu, gdzie dogorywało wprawdzie w męczarniach, ale poza zasięgiem wzroku ludzkich drapieżników uzbrojonych w apetyt aż po zęby.


A tu już baba z dziadem na motorku jedzie. Baba z przodu, dziad z tyłu do niej przyklejony. We futrze z karakułów ona, on z nutrii we futrze, ale nutrie do środka a materiał popielaty na zewnątrz. Skąd ona ma futro z karakułów drogie, co kiedyś aktorki do pereł brylantów nosiły? Może żoną Cyrankiewicza była premiera Polski króla, a może w secondhandzie kupiła za grosze, bo dzisiaj aktorki w dżinsach nie karakułach, i nie do pereł a do tatuażu. Karakuły niemodne, owce tłustoogoniaste; już dzisiaj się matek karakułowych nie zrzuca w przepaść, żeby się połamały i poroniły, wcześniaków jagniąt ze skóry nie obdziera prędko dla zachowania naturalnie loczków płodowych skręconych; nie te czasy już straszne, ale nowe serdeczne, i dokąd ta baba elegancko niemodna zdąża z dziadem przylepionym z tyłu, jakie dobro uczynić zamierza?


Czy ona głos wyborczy do urny jedzie swój złożyć obywatelski w mieście, a jeszcze przy okazji mszę dla młodzieży odwiedzi, bo najkrótsza, a najwięcej można pośpiewać przy gitarze a nie staroświeckich organach przedpotopowych?


A może ona tu jedzie na bal maskowy charytatywny ze swoim partnerem, za babę i dziada przebrana?


Może chce zobaczyć jak wygląda życie, podpatrzyć czego zza firanek mercedesa zwyczajnie nie widać dobrze, pouczestniczyć w prozie codzienności nizin społecznych, dla odmiany w nużąco ciągłym pławieniu się tylko i pławieniu bez przerwy?


- Wieje ci?! - nagle pytanie babine stara się przebić przez warkot motorka i pęd powietrza, i mu się udaje, bo odpowiedź następuje:

- Nie!
- Bo jakby ci wiało, to powiedz; do auta się przesiądziemy!
Taka rozmowa następuje w alei jabłoni, wprowadzającej do stolicy powiatu. A stolica urokliwie nad jeziorem z żaglówkami położona. Ma ratusz i kościoły dwa. Oraz klasztor okazały modny i słynny, co do niego na seanse przyjeżdżają z całego kraju żeby się oczyścić. Nawet znana piosenkarka tu była i aktorka gwiazda też się czyściła tutaj, a także wielu innych pijaków – same wielmożne państwo, incognito ale. I restauracja prawdziwa „Stylowa" się nazywa, i cmentarz jest duży z grobami prawdziwymi ludzi, co kiedyś mieszkali realnie w powiecie żyjąc, znając się, lubiąc albo nie. Ale o czym ta baba gada? Do jakiego auta się przesiądą? Przecież na motorku jadą, jak dwa za duże pakuny tłumoki niezgrabne michy wyglądają, silnik rzęzi, resory ciężarem przygięte, błotniki prawie o opony trą, skąd ona niby auto wytrzaśnie?!

CDN

Dąbrowski komentarzy: 0

Bumerang polski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 2




Trzy czarne wrony przeszukują śmietnik w poszukiwaniu skarbów. Podkrada się do nich bure kocisko. W gruncie rzeczy nie lubi wroniny kocisko; mysinę ponad przedkłada, zwłaszcza schab mysi i móżdżek. Po co się zatem zakrada? O!, odfruwają już wrony spłoszone głosami się do śmietnika zbliżającymi; nie dowiemy się co powodowało kotem, bo powody ustały przez odfrunięcie zniknięcie.




Rysunek Andrzej Bobrowski




Starając się nie następować na kreski i krzyżyki chodnika - jeden pijak wracał właśnie z wódki, a drugi akurat szedł się upić, spotkali się przy śmietniku na osiedlu.


- O! Romek cześć, nie miałbyś czasem oddać moje 40 groszy?

- Już dawno ci chciałem, ale coś cię nie było.


Taką, ciekawie zapowiadającą się rozmowę przerwało motorka zatrzymanie się nagłe z dziadem i babą.


- Podejdź tu! - usłyszeli pijaki.

- Ja?...


- Ten drugi.

- Mogę podejść – zgodził się drugi pijak. - Ale by się pani musiała umówić najpierw. A nie tak...


- Chodź tu zaraz, bo mam sprawę do ciebie, a ten drugi niech sobie idzie!

- A co to ma być?! Co?!...


Baba zgasiła motorek i zwróciła się do dziada:

- Daj mu raz batem. Nie za mocno.


Dziad wyjął zza cholewy buta nahaj, w powietrzu świsnęło strzeliło i na poliku pierwszego pijaka pojawiła się krwista pręga.


- Ty jesteś Matyja? Ten, co gra na trąbce Ciszę na pogrzebach biedaków? - przemówiła baba, kiedy jedyny pijak, jaki został w polu widzenia zbliżył się do niej posłusznie.

- Ja jestem. Ale już nie gram na pogrzebach.


- Bo?...

- Garnitur już nieelegancki z lekka na takie okazje, niestosowny.


- A trąba?

- Trąba jest.


- Jest, mówisz trąba...

- I śpiewa pięknie wciąż.


- Daj mu tysiąc – ordynuje nagle baba, a dziad wyjmuje z plecaka zwitek banknotów, gumkę z niego ściąga odlicza papierów dziesięć i Matyi wtyka do ręki oniemiałej. - Garnitur sobie kup zaraz! U krawca obstaluj na miarę, nie marketowy! - rozkazuje baba. - Żebyś wyglądu nabrał, prezencji godnej twojego powołania szlachetnego, rozumiesz łachudro? Którą z siebie zrobiłeś.

- Królowo!!!... że ja Cię od razu nie poznałem?!... To przebranie zmyliło mnie głupiego prostego, co po wyglądzie ludzi bierze. Królowo...


- Daj mu jeszcze pięćset na buty – przerywa baba Matyi płaszczenie się. - Będziesz umiał kupić buty za pięćset złotych?

- Będę!


- I można ci wierzyć?

- Czy można mi wierzyć?... Królowo!...


- Zaryzykuję. Dołóż mu jeszcze na koszulę i fryzjera trzysta – dziad odlicza kolejne banknoty, ale trzyma je nie dając, czeka na ciąg dalszy. - I!... - zawiesza głos baba – jeszcze dwieście. Na wódę. Żebyś kupił tyle ile chcesz wreszcie, poszedł do domu i upił się do woli, przełomowo, po raz ostatni.


Dziad odlicza banknoty i wciska Matyi do drugiej ręki.


- Dwa tysiące to dużo pieniędzy.

- Dużo Królowo, oj dużo...


- Można cię z nimi zostawić? Będziesz umiał z nimi żyć?

- Będę.


- Taką to miałam sprawę do ciebie. Idź już.

- Według rozkazu Królowo.


- Uda mu się? - pyta baba dziada, kiedy Matyja oddala się krokiem zdecydowanym, defiladowym prawie, manifestując postawę człowieka mocno wierzącego, że świat znowu do niego należy.

- Nie.


- Upije się i zaraz mu wszystko ukradną?

- Ciężko mu będzie utrzymać dwa tysiące w kieszeni.


- Ma szansę. I nie chcę już o tym rozmawiać. Jedziemy na obiad.


Do śmietnika powróciły trzy czarne wrony, wypłoszone rozmowami, jakie tu się odbyły. Zjawiły się znowu w tej samej sprawie: poszukiwania skarbów. A za nimi zaczęło też podkradać się kocisko, to samo bure wynudzone, co przed ich odfrunięciem. I świeciło słońce, to samo, które oglądał teraz Czarny Prezydent Białego Domu w Ameryce. Pijaków ani motorka już przy śmietniku nie było.


CDN