22 sierpnia 2017, wtorek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 1






Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno.

                                                                       
                                                                              (Mary Merynos)





Rysunek Andrzej Bobrowski





Spadło jabłko z drzewa na drogę i doznało potwornych obrażeń. Ostatkiem sił stoczyło się z jezdni do przydrożnego rowu, gdzie dogorywało wprawdzie w męczarniach, ale poza zasięgiem wzroku ludzkich drapieżników uzbrojonych w apetyt aż po zęby.


A tu już baba z dziadem na motorku jedzie. Baba z przodu, dziad z tyłu do niej przyklejony. We futrze z karakułów ona, on z nutrii we futrze, ale nutrie do środka a materiał popielaty na zewnątrz. Skąd ona ma futro z karakułów drogie, co kiedyś aktorki do pereł brylantów nosiły? Może żoną Cyrankiewicza była premiera Polski króla, a może w secondhandzie kupiła za grosze, bo dzisiaj aktorki w dżinsach nie karakułach, i nie do pereł a do tatuażu. Karakuły niemodne, owce tłustoogoniaste; już dzisiaj się matek karakułowych nie zrzuca w przepaść, żeby się połamały i poroniły, wcześniaków jagniąt ze skóry nie obdziera prędko dla zachowania naturalnie loczków płodowych skręconych; nie te czasy już straszne, ale nowe serdeczne, i dokąd ta baba elegancko niemodna zdąża z dziadem przylepionym z tyłu, jakie dobro uczynić zamierza?


Czy ona głos wyborczy do urny jedzie swój złożyć obywatelski w mieście, a jeszcze przy okazji mszę dla młodzieży odwiedzi, bo najkrótsza, a najwięcej można pośpiewać przy gitarze a nie staroświeckich organach przedpotopowych?


A może ona tu jedzie na bal maskowy charytatywny ze swoim partnerem, za babę i dziada przebrana?


Może chce zobaczyć jak wygląda życie, podpatrzyć czego zza firanek mercedesa zwyczajnie nie widać dobrze, pouczestniczyć w prozie codzienności nizin społecznych, dla odmiany w nużąco ciągłym pławieniu się tylko i pławieniu bez przerwy?


- Wieje ci?! - nagle pytanie babine stara się przebić przez warkot motorka i pęd powietrza, i mu się udaje, bo odpowiedź następuje:

- Nie!
- Bo jakby ci wiało, to powiedz; do auta się przesiądziemy!
Taka rozmowa następuje w alei jabłoni, wprowadzającej do stolicy powiatu. A stolica urokliwie nad jeziorem z żaglówkami położona. Ma ratusz i kościoły dwa. Oraz klasztor okazały modny i słynny, co do niego na seanse przyjeżdżają z całego kraju żeby się oczyścić. Nawet znana piosenkarka tu była i aktorka gwiazda też się czyściła tutaj, a także wielu innych pijaków – same wielmożne państwo, incognito ale. I restauracja prawdziwa „Stylowa" się nazywa, i cmentarz jest duży z grobami prawdziwymi ludzi, co kiedyś mieszkali realnie w powiecie żyjąc, znając się, lubiąc albo nie. Ale o czym ta baba gada? Do jakiego auta się przesiądą? Przecież na motorku jadą, jak dwa za duże pakuny tłumoki niezgrabne michy wyglądają, silnik rzęzi, resory ciężarem przygięte, błotniki prawie o opony trą, skąd ona niby auto wytrzaśnie?!

CDN

Dąbrowski komentarzy: 0

Bumerang polski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 2




Trzy czarne wrony przeszukują śmietnik w poszukiwaniu skarbów. Podkrada się do nich bure kocisko. W gruncie rzeczy nie lubi wroniny kocisko; mysinę ponad przedkłada, zwłaszcza schab mysi i móżdżek. Po co się zatem zakrada? O!, odfruwają już wrony spłoszone głosami się do śmietnika zbliżającymi; nie dowiemy się co powodowało kotem, bo powody ustały przez odfrunięcie zniknięcie.




Rysunek Andrzej Bobrowski




Starając się nie następować na kreski i krzyżyki chodnika - jeden pijak wracał właśnie z wódki, a drugi akurat szedł się upić, spotkali się przy śmietniku na osiedlu.


- O! Romek cześć, nie miałbyś czasem oddać moje 40 groszy?

- Już dawno ci chciałem, ale coś cię nie było.


Taką, ciekawie zapowiadającą się rozmowę przerwało motorka zatrzymanie się nagłe z dziadem i babą.


- Podejdź tu! - usłyszeli pijaki.

- Ja?...


- Ten drugi.

- Mogę podejść – zgodził się drugi pijak. - Ale by się pani musiała umówić najpierw. A nie tak...


- Chodź tu zaraz, bo mam sprawę do ciebie, a ten drugi niech sobie idzie!

- A co to ma być?! Co?!...


Baba zgasiła motorek i zwróciła się do dziada:

- Daj mu raz batem. Nie za mocno.


Dziad wyjął zza cholewy buta nahaj, w powietrzu świsnęło strzeliło i na poliku pierwszego pijaka pojawiła się krwista pręga.


- Ty jesteś Matyja? Ten, co gra na trąbce Ciszę na pogrzebach biedaków? - przemówiła baba, kiedy jedyny pijak, jaki został w polu widzenia zbliżył się do niej posłusznie.

- Ja jestem. Ale już nie gram na pogrzebach.


- Bo?...

- Garnitur już nieelegancki z lekka na takie okazje, niestosowny.


- A trąba?

- Trąba jest.


- Jest, mówisz trąba...

- I śpiewa pięknie wciąż.


- Daj mu tysiąc – ordynuje nagle baba, a dziad wyjmuje z plecaka zwitek banknotów, gumkę z niego ściąga odlicza papierów dziesięć i Matyi wtyka do ręki oniemiałej. - Garnitur sobie kup zaraz! U krawca obstaluj na miarę, nie marketowy! - rozkazuje baba. - Żebyś wyglądu nabrał, prezencji godnej twojego powołania szlachetnego, rozumiesz łachudro? Którą z siebie zrobiłeś.

- Królowo!!!... że ja Cię od razu nie poznałem?!... To przebranie zmyliło mnie głupiego prostego, co po wyglądzie ludzi bierze. Królowo...


- Daj mu jeszcze pięćset na buty – przerywa baba Matyi płaszczenie się. - Będziesz umiał kupić buty za pięćset złotych?

- Będę!


- I można ci wierzyć?

- Czy można mi wierzyć?... Królowo!...


- Zaryzykuję. Dołóż mu jeszcze na koszulę i fryzjera trzysta – dziad odlicza kolejne banknoty, ale trzyma je nie dając, czeka na ciąg dalszy. - I!... - zawiesza głos baba – jeszcze dwieście. Na wódę. Żebyś kupił tyle ile chcesz wreszcie, poszedł do domu i upił się do woli, przełomowo, po raz ostatni.


Dziad odlicza banknoty i wciska Matyi do drugiej ręki.


- Dwa tysiące to dużo pieniędzy.

- Dużo Królowo, oj dużo...


- Można cię z nimi zostawić? Będziesz umiał z nimi żyć?

- Będę.


- Taką to miałam sprawę do ciebie. Idź już.

- Według rozkazu Królowo.


- Uda mu się? - pyta baba dziada, kiedy Matyja oddala się krokiem zdecydowanym, defiladowym prawie, manifestując postawę człowieka mocno wierzącego, że świat znowu do niego należy.

- Nie.


- Upije się i zaraz mu wszystko ukradną?

- Ciężko mu będzie utrzymać dwa tysiące w kieszeni.


- Ma szansę. I nie chcę już o tym rozmawiać. Jedziemy na obiad.


Do śmietnika powróciły trzy czarne wrony, wypłoszone rozmowami, jakie tu się odbyły. Zjawiły się znowu w tej samej sprawie: poszukiwania skarbów. A za nimi zaczęło też podkradać się kocisko, to samo bure wynudzone, co przed ich odfrunięciem. I świeciło słońce, to samo, które oglądał teraz Czarny Prezydent Białego Domu w Ameryce. Pijaków ani motorka już przy śmietniku nie było.


CDN

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 3








Matyja wybierał w spożywczym trzy półlitrówki, puszkę oranżady i puszkę paprykarzu na swój ostatni raz. Zapłacił gotówką i wymaszerował. Coś go jednak tknęło; powrócił i dokupił jeszcze ćwiartkę, żeby już na pewno nigdzie za wódą nie łazić po nocy, żeby to już był na pewno ostatni raz, a potem wypocić się w łóżku dobrze pod pierzyną, wypocić i rano wstać czyściutki jak nowo narodzony.



Rysunek Andrzej Bobrowski





Dziad i baba bez zainteresowania mijali „Steak House", zniesmaczyła ich woń „Kebab House", a „China House" nieprzyjemnie skojarzył im się z Chinami uciskającymi Chiny. Zresztą, jechali przecież na obiad do prawdziwej restauracji o nazwie „Stylowa", tylko że nie było już „Stylowej". Zamiast niej czekał na nich „Festival Smaków".


Baba zatrzymała motorek i wyłączyła silnik.


- Dobry człowieku, powiedz mi, gdzie jest teraz restauracja „Stylowa"? - zapytała przechodnia nie palącego papierosa, nie pijącego piwa i nie wysyłającego esa.

- Po pierwsze... - zatrzymany zawiesił teatralnie głos – nie jestem dobrym człowiekiem, ale to dla was bez znaczenia, po drugie, nie ma już „Stylowej"; „Festival Smaków" teraz jest.


- Cholera żeby to wzięła – zaklęła baba. - W życiu nie widziałam głupszej nazwy.

- A ja tak, jak chodzi o mnie – ujawnił zatrzymany, bez pytania, z prostodusznej potrzeby podzielenia się z kimś swoim zdaniem na jakiś temat inny niż tylko pogoda.


- A ty czemu właściwie nie jesteś dobrym człowiekiem? - takim pytaniem baba uszanowała jego chęć do rozmowy.

- Z powodu bardzo długiego życiorysu.


- No tak... A nie potrzebujesz ty czasem pieniędzy?

- Potrzebuję. Czterdzieści... sześćdziesiąt... - przymknął oczy dla lepszego skupienia przy obliczaniu wszystkich rachunków – osiemdziesiąt pięć... i jeszcze te piętnaście dla Stefana, bo już też by był czas mu oddać. Razem dwieście - Otworzył oczy.
- Daj mu dwieście – powiedziała baba do dziada. - Umie liczyć do dwustu, warto uszanować dzisiaj taką sztukę.


Dziad wyjął z plecaka zwitek banknotów, zdjął gumkę i podał rachmistrzowi dwa papiery.


- Królowo, może wrócimy do domu, posmarujesz włosy pomadą i świat wyda się piękniejszy – zaproponował dziad, na powrót chowając zwitek do plecaka.


- Nie!


Weszli do sali, w której nie było już stylowych kryształowych żyrandoli, więc teraz wnętrze przypominało zakładową stołówkę. Kelnerzy nie nosili krawatów do garnituru, tylko klapki do dżinsów. Za to na stolikach stały prawdziwe kwiatki z plastiku, a nad barem ogromna plazma wyświetlała kolorowe obrazki w obcym języku.


Byli jedynymi gośćmi. Dwaj kelnerzy, którzy nie nosili krawatów do garnituru, czytali gazetę, tę samą, ale każdy swój egzemplarz. Co jakiś czas wymieniali dowcipy i uwagi na temat tego, co czytali. Spojrzeli na wchodzących i zasłonili się wielkimi szpaltami, czekając aż sobie pójdą. Ale oni nie poszli. Usiedli przy stole, i to w samym środku sali, nie w żadnym koncie.


- Nieczynne jest, zarezerwowane! – powitał ich mniejszy kelner, a widząc, że się nie ruszają, złożył zamaszyście gazetę i doprecyzował: - Nie słyszy co się mówi, jeden z drugim? Nie rozumie? Nieczynne! - W sposób charakterystyczny dla osób tępych, używał formy nieosobowej dla pokazania, że ma ich za nic.


- Podejdź tu – powiedziała baba, a kelner szastnął gazetą o ladę baru, podszedł energicznie, stanął w rozkroku i wyprostował rękę, celując palcami w stronę wyjścia: - Ale już! - próbował się z nimi pożegnać raz na zawsze.


- Stań, proszę, na chwilę przy panu – poprosiła baba dziada, i dziad wstał i stanął naprzeciwko kelnera. Wyglądało to tak, jakby niedźwiedź wyprostowany na tylnych nogach, stanął przy surykatce.


- Ten drugi niech też tu podejdzie – zażyczyła baba.


Drugi kelner bez krawata do garnituru, w który nie był ubrany, udawał, że nic nie widzi, nic nie słyszy, tak go akurat wciągnęła ta najciekawsza na świecie gazeta.


- Pomóż mu – powiedziała baba do dziada. - I niech on będzie miał dla mnie papierosa.


Dziad obrócił się, ale nie musiał się fatygować, bo drugi kelner już spieszył w ich stronę z paczką marbolo.


- Ale tu się nie pali, łaskawa pani... - poinformował bez przekonania.

- O, jak już pan tak częstuje, to chyba zrobimy wyjątek, prawda?


- Naturalnie, że tak. Pozwoli pani podać ognia?

- Poproszę.


Baba zaciągnęła się głęboko, twarz jej pojaśniała, a kiedy uwolniła dym z płuc, uśmiechnęła się: - Zapomniałam jakie to uczucie, tak dawno nie paliłam papierosa... Ostatni raz chyba tutaj, w „Stylowej". - Zgasiła papierosa.


- To może zaczniemy od wina – przerwała ciszę. - Żeby nie sprawiać kłopotu, weźmiemy jakieś beaujolais, bo pewnie nic innego nie macie?

- Mamy czerwone wino, po piętnaście złotych lampka, i białe po siedem pięćdziesiąt – poinformował pierwszy kelner i zaraz dodał z satysfakcją sadysty: - Jest jeszcze różowe, po pięć. Nic tańszego nie ma.


- No tak... a co proponujecie z dań? - zainteresowała się baba.

- Kuchnia nieczynna. Mówiłem, że nieczynne – pierwszy kelner wyraźnie rozkoszował się tym co właśnie powiedział.


- No tak... - znów westchnęła baba. - Mógłbyś sprawdzić, czy ta służba nie jest pijana? - zwróciła się do dziada. - Bo aż wierzyć się nie chce, żeby obsługiwał mnie ktoś tak tępy.


Dziad spoliczkował aroganckiego kelnera, podniósł go z podłogi, zamierzył się drugi raz, ale powstrzymał dłoń, bo postawiony na nogi sygnalizował nerwowymi gestami, że już wytrzeźwiał i będzie rozumiał, co się do niego mówi.


- Przyprowadź kucharza z kuchni – powiedziała baba. - Nie ty! – powstrzymała otrzeźwionego kelnera, który najchętniej by gdzieś zniknął i właśnie chciał skorzystać z okazji.


- Stańcie panowie według wzrostu -zażądała, gdy drugi kelner pojawił się w towarzystwie kucharza. Kucharz był najwyższy, a otrzeźwiony kelner najniższy.


- Daj im po pięćdziesiąt złotych – dziad dobył z plecaka zwitek, wyjął z niego odpowiednie banknoty i podał stojącym w szeregu. Niski kelner zapuścił żurawia i zanim dziad zdążył zakryć klapę plecaka, dojrzał czym jest wypełniony.


- Co pan nam zaproponuje na obiad? - baba zwróciła się do wysokiego kucharza.


- Mamy dobrą pizzę, pitę też mamy, sharmę i burgery, oczywiście kebaba mamy najlepszego, wszystko może być zaraz, bo z mikrofali – poinformował kucharz.

- A coś z klasycznych, tradycyjnych dań? - dopytała baba.


- Fasolkę po bretońsku bym proponował – kucharz ożywił się – akurat mam podgrzany cały gar!


- Fasolkę po bretońsku... - uśmiechnęła się baba. - A gdybym zamówiła gęś, albo cielęcinę, ewentualnie gicz baranią z blinami w grzybowym sosie?

- Będzie kłopot – kucharz podrapał się za uchem. - Ale nie zamówi pani, prawda? Tylko żartuje sobie tu z nas?


- Jasne, że żarty to były wyłącznie – zapewniła baba z uśmiechem. - Wypijemy herbatkę, płacimy i znikamy.

- O! Herbatkę to bardzo proszę, w tej sekundzie!


- I niech pan ją poda, dobrze? - wskazała na niskiego kelnera.- A potem przyjdzie z rachunkiem, po napiwek.


Herbata była bez zarzutu; bardzo dobrze potrafili zagotować wrzątek w tej galerii smaków festiwalu.


- Lata temu byłam tutaj trzy razy – wspominała na głos baba. - Trzy razy z tym samym człowiekiem. Za pierwszym razem w ogóle go nie zauważyłam, ale on mnie tak. Za drugim, patrzyłam już w niego jak w obraz wyśniony jedyny. Jako małżeństwo byliśmy tu raz trzeci, na świetnym obiedzie, pstrąg, lin i takie tam. Mój boże, jak wszystko się spłaszczyło...


Z rachunkiem zjawił się drugi kelner.


- A gdzie tamten? - zapytał dziad.

- Dostał telefon z miasta, że musi wyjść w natychmiastowej sprawie.


- W jakiej sprawie?! - natarła baba.

- Państwo już będą wiedzieli – zdradził kelner i zamierzał się oddalić, ale baba zatrzymała go: - Dzięki za ostrzeżenie, to dla pana – wyjęła z kieszeni karakułów zmięty banknot i włożyła dwieście złotych do kelnerskiej ręki.


- Niestety, tu jest tylko jedno wyjście – zdążył jeszcze powiedzieć kelner zanim zniknął.


- Czas na nas, cokolwiek to znaczy – zdecydowała baba.


Zza jednego węgła „Feastivalu smaków", dawniej restauracja „Stylowa" wybiegł mały kelner wymachując odpustową sprężynówką, a zza drugiego wychynął miejscowy osiłek postury wkurzonego grizli. Tak więc, stojąc przy motorku, dziad i baba byli zablokowani z wszystkich stron.


- Wyskakują z siana! Dają plecak, ale już! - wrzeszczał kelner, wciąż w tej samej bezosobowej formie charakteryzującej tępych.


- Daj małemu batem, ale fest – napastnicy usłyszeli głos baby. - A z niedźwiedziem się zobaczy, jak zostanie sam jeden.


Dziad wyrwał zza cholewy nahaja...


- Zaraz, zaraz... to pani?!... - niedźwiedź obiegł motorek i stanął przed kelnerem: - Oszukałeś mnie!

- O co ci chodzi?! W ich plecaku jest sama forsa, może i milion!
- Oszukałeś mnie! - grizli wyrżnął kelnera w podbródek. - Nie powiedziałeś czyja to forsa – mówił do nieprzytomnego już ciała leżącego na podjeździe, a potem zwrócił się do nich: - Mnie tu w ogóle nie było, nic nie widziałem, nie słyszałem nic, znikam, nie ma mnie tu...


- Jednak jesteś, w jakiejś sprawie, która w dodatku nas dotyczy. Wolę nie myśleć, co by było, gdyby zamiast mnie, trafił by się wam ktoś pomniejszy – powiedziała baba. - Daj mu raz, zdrowo, na okrętkę!


Powietrze rozszczepił świst nahaja zakręcającego się na szyi niedźwiedzia, a zaraz bat szarpnął, okręcił poderwane ciało w poziomym piruecie i rozległ się szurgot ciężaru padającego na płytki chodnikowe. Dziad pochylił się nad leżącym, stuknął jego głową o chodnik, apotem obydwu oprychom wyjął z kieszeni telefony. Baba rzuciła każdemu jakiś zmięty banknot z kieszeni.


- To chyba nie był najszczęśliwszy dzień w ich życiu?...– spojrzała na dziada. - Na wstawienie zębów nie wystarczy, ale zawsze coś.


Dziad wcisnął bat za cholewę i poprawił brodę, której bok trochę się odkleił.


- Pomyśleć, że tylko chciałam zjeść obiad... - westchnęła baba. - W miejscu, z którego mam dobre wspomnienia. Nie ma już tego miejsca.


CDN

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 4




W przydrożnym rowie, w alei jabłoni wiodącej do stolicy powiatu rozgorzała już prawdziwa wojna o poranione jabłko. Pierwszy odkrył je szczep wyjątkowo agresywnych drożdżaków, a zaraz potem wyniuchali je zwiadowcy grzybów pleśniowych, ostatnie dołączyły bakterie gnilne. I teraz te milionowe oddziały mikrobów ścierały się z sobą w morderczych zapasach o krwawiący słodkawym sokiem wielki skarb.




Rysunek Andryej Bobrowski




Baba z dziadem przejeżdżali obok na motorku zupełnie nieświadomi dramatów jakie się tu rozgrywają. Na łące, za rzędem drzew jabłoni na poboczu, dzieci puszczały latawca. Jego wielkie oczy wymalowane na czaszy, też nie widziały wielkiej bitwy w trawie przydrożnego rowu. Z wysokości nieba obserwowały dziwolągi sunące na motorku drogą, na której kilometr dalej trzech ludzi usiłowało czwartemu obciąć palec. Ten czwarty był Murzynem, w dodatku czarnoskórym. Jego wysoki wrzask, jak kwik zarzynanego prosięcia, wdarł się w pole słyszenia baby, przykleił się do jej słuchu i nie chciał się odkleić, dopóki nie ustał, za sprawą baby.


Która zsiadła z motorka i przemówiła do zespołu agresorów:

- Chłopcy przestańcie, bo się źle bawicie.
Dla was to igraszka, dlań zaś gra o życie.
- Co?!!!... - agresor z nożem odwrócił się na chwilę od ofiary.


- Krasiński, czy tam Krasicki; zawsze mi się mylili – wyjaśniła baba.

- Spieprzaj babo! Nie widzisz, że my tu kręcimy film o ku-klux-klanie?! Żeśmy aktora zagranicznego specjalnie wynajęli i akurat mu się czas kończy, zaraz będzie trzeba dopłacić gwiazdorowi, jak go nie skręcimy raz dwa.


- Przeważnie ludzie rozgadują się, jak nie mają akurat nic do powiedzenia – skwitowała baba.


- Spieprzaj babo! - agresor skinął na kompana, a sam powrócił do czynności filmowych.


Kompan ruszył raźno w stronę baby z czytelnym zamiarem; nie doszedł, ścięty batem.


- A ja tu właśnie kręcę film ornitologiczny – informowała baba agresora, który znów stał przodem, z nożem w ręce. - Chcę wiedzieć, co z nim nie tak, z tym Murzynem? To przez niego ptaki odlatują jesienią?

- Nie tylko – człowiek z nożem uśmiechnął się. - W dodatku obgryza paznokcie – śmiał się pełnym śmiechem zdrowego sadysty. - Ty też obgryzasz paznokcie! No i co teraz?...


- Nikt nie obgryza paznokci z powodu bólu paznokci, tylko z zupełnie innych powodów... - wyjaśniła baba.

- Pokaż łapy! No już! - wrzasnął człowiek z nożem dla odwrócenia uwagi i zrobił krok w stronę baby z tego samego powodu. Świsnął nóż, ale dziad okręcił się bokiem, a potem podniósł z trawy ten nóż, odbity od jakiejś gałęzi, odrzucił właścicielowi, który go jednak nie złapał i teraz rękojeść wystawała z jego brzucha.


- Się zastanawiasz czy go wyjąć, czy lepiej zostawić? - powiedział dziad podchodząc nieśpiesznie. - I jeszcze się zastanawiasz, dlaczego to właśnie ciebie spotkało? - Wyrwał nóż z brzucha, z którego trysnęła krew. - Bo to przez ciebie ptaki odlatują jesienią – wyjaśnił klęczącemu teraz i próbującemu dłońmi zatamować krwawienie. - I przez ciebie też – odmachnął się i wybił rękojeścią przednie zęby trzeciemu bandycie. - Żebyś już nie obgryzał paznokci, ok?! A ty, kimkolwiek jesteś – rzucił Murzynowi zwitek banknotów – kup sobie jakieś auto i lepiej wyjedź z tego kraju. A teraz cisza!!! Wszyscy powstań! Królowa wychodzi – odwrócił się, podał dłoń babie i odprowadził ją do motorka.


Usadowił się za nią i przemówił po raz ostatni do zgromadzonych: - Królowa wychodzi a nie wszyscy stoją, pomóc? - zrobił gest, jakby zamierzał zsiąść i bezzębny natychmiast pomógł wyprostować się krwawiącemu, po czym uniósł nieprzytomnego kompana do pionu.


Baba odpaliła motorek i wyjechała z dziadem z pola widzenia zebranych.

CDN

komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 5








Latawiec czekał wysoko w niebie, aż przejadą przez odcinek osłonięty koronami alei jabłoni i ukażą się na nie osłoniętej drodze. Puścił swoje papierowe oko do baby, gdy znów ich dostrzegł, i wydawało mu się, że ona zadarła głowę i odwzajemniła mrugnięcie, ale nie był pewien. W dodatku nie słyszał o czym rozmawia z dziadem.



Rysunek Andrzej Bobrowski






- Nie musiałeś być taki brutalny! –
mówiła baba głośno do dziada.
- Musiałem. Mogliśmy już nie żyć, dwa razy. Przez tych ludzi, którzy żyją przecież. I nic takiego w ich życiu nie zmieniłem bardzo!– odkrzyknął nad uchem siedzącej przed nim postaci.


- Nie musisz tak wrzeszczeć!
- Przepraszam! - odwrzasnął.


- Świat to już nie jest dobre miejsce... – westchnęła, ale on tego nie słyszał.


Tymczasem śmiertelnie ranne jabłko już nie żyło. Leżało nieruchomo w trawie, pokryte w połowie białym, a w połowie szarym nalotem. Trzy milionowe armie toczyły o nie wojnę, ale tylko dwóm udało się wygrać, przez rozejm. Latawiec nie miał wzroku sokoła, więc nie mógł tego widzieć, zresztą – wolał patrzeć na babę i dziada, bo nagle dziad zdarł z siebie futro z nutrii, zakręcił nim nad głową i odrzucił daleko od siebie. Potem brodę, wąsy i jeszcze parę szczegółów. I baba, nie przerywając jazdy, wyswobodziła się z karakułów, zdarła perukę i maskę baby z gniazdem zmarszczek. Długie, krucze włosy rozwiały się na wietrze, który właśnie się zerwał i zakołysał latawcem, a potem uderzył w niego z siłą rozdzierającą papier czaszy pod czołem na linii oczu. Niczego więcej latawiec już nie zobaczy, urwał mu się film.

(wrzesień/październik 2015)


Od autora:
Z tego co wiem, baronowa Łukaszewska z domu Odrowąż (lat 40 i trochę), planuje jesienią przejażdżkę wspomnieniową (incognito) do dwóch jeszcze miejsc dawno ulubionych, i nie będą to ani Nowy Jork, ani Chorwacja.


 

 

Lyn Hejinian komentarzy: 0

Romantyczna chwila

 

Romantyczna chwila

 

Po kinie, gdzie wyświetlali dokument przyrodniczy, przez Canyon

                                                                                                                         [Road

wchodzimy do centrum handlowego, pełnego galerii i drogich

                                                                                                          [butikow,

 

gdzie w letnie wieczory pachną sztuczne pomarańcze,

a gładkie cegły murów świecą w ciemności jak ciało.

 

To dopiero nasza druga randka, siadamy na ławce,

trzymamy się za ręce, nie patrząc na siebie,

 

a gdybym był pingwinem, przechyliłbym się w tej chwili

i czule zwymiotował mojej ukochanej prosto w usta,

 

a gdybym był pawiem, naprężyłbym mięśnie pośladków,

żeby stanął mi wachlarz z piór, barwny jak cinema city.

 

A gdyby ona była samicą patyczaka, zapewne

wbiłaby mi leciutko podskórne żądło w szyję

 

i wstrzyknęła dawkę hormonów na uspokojenie,

żeby przyczepić mi do piersi torbę z jajeczkami,

 

a gdybym ja był młodym szympansem, odłamałbym gałąź

z pobliskiego drzewa i roztrzaskał szyby wszystkim jubilerom.

 

A gdyby ona była ropuchą mauretańską, swoim imponującym

językiem trzykroć obwiązałaby mi udo

 

i czule trzepnęła mną o powierzchnię naszej sadzawki,

ja zaś dobrze bym wiedział, że jej uczucie jest prawdziwe.

 

Ale na razie siedzimy chwilę i milczymy, wreszcie ona mówi,

ze w porównaniu z zachowaniami żółwia czy iguany

 

samce ludzkie są całkiem przekonujące w wyrażaniu uczuć.

A ja odpowiadam, że doprawdy nie potrafimy docenić,

 

jak w istocie delikatne są samice krokodyli.

Wtedy ona sugeruje, że pora już iść

 

na jakieś lody w rożkach i je zjeść.

 

 

Lyn Hejinian, z tomu Hard Rain 2005, przekład Marcin Szuster, za Literatura na świecie nr 11-12/2010

rysunek: Anna Cięciel

 

Redakcja komentarzy: 0

Jesień

Regine Ramseier komentarzy: 0

Zachować lato

Redakcja komentarzy: 0

Pojawiła się Mohini Dey, nastolatka z Indii

Gertruda Stein komentarzy: 0

O liczeniu, pisaniu, piorunach i orzechach

 

 

Gertruda Stein pozująca Jo Davidsonowi Klick!!!




Nie ma innej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzę
ciem poza tą że człowiek potrafi liczyć i nigdy jeszcze nie było tyle liczenia co teraz. Wszyscy ludzie liczą liczenie jest głównym zajęciem wszystkich ludzi. A to dlatego że ludzie przekonali się że tylko liczenie różni ich od zwierząt a ponieważ każdy chce mieć pewność że jest człowiekiem, ponieważ każdemu teraz potrzebna jest afirmacja więc wszyscy zabrali się do liczenia.
dalej Klick!!! w zdjęcie

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Nagranie z kamery hotelowej



Rysunek: Andrzej Bobrowski 

 

- O czym czytasz?

- Że gepard pędzi 100 na godzinę, dogania impalę, podcina jej nogi, zarywają w ziemię, chmura pyłu opada i gepard się do niej zabiera. Taki obiad, jak nigdy nic. 100 na godzinę, bęc o ziemię i nic mu się nie stało.

- Co to jest impalę? – zapaliła swoją nocną lampkę i rozpoczęła kremowanie szyi przed snem.

- Taka murzyńska sarenka.

- Jaka? – zakręciła słoiczek z kremem vichy sięgnęła po inny słoiczek.

- Taka nie za duża, w sam raz.

- Może by nam takie coś pasowało do ogrodu? – odkręciła drugi słoiczek. – Może byśmy sobie kupili? Jak to wygląda?

- Brązowe, z białym brzuchem chyba.

- A, to nie, za dużo by było brązu. Jak się nazywają te brązowe, co już mamy?

- Daniele.

- No daniele, nie ma co za dużo w jednym kolorze. Coś żółte by się przydało.

- Papugi?

- Nie chcę papugi, tylko by srały na kwiatki, a co jeszcze piszą w gazetach?

- Tak tylko przeglądam, żeby oczy zmęczyć przed snem…

- Dobrze ci w okularach, wiesz?...

- Uhm.

- Może bym sobie też kupiła – odkręciła trzeci słoiczek z kremem – co myślisz?

- Po co ci?

- Czy ja wiem, coś bym sobie kupiła.

- To sobie kup, po to są pieniądze, żeby kupowały dla ciebie co chcesz – przewrócił kartkę.

- Ale co?

- Co chcesz.

- Nie wiem co bym miała chcieć, ciebie się pytam… No popatrz, nie zakręciłam słoiczka i teraz nie wiem która nakrętka jest do którego kremu. Kurde, powinni to jakoś zaznaczać! A nie tak, że teraz nie wiem co zrobić…

Trzymała w dłoni otwarty słoik i patrzyła na dwie leżące nakrętki, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać.

- Spróbuj niebieską.

- Obydwie są niebieskie, kurde! Powinni zrobić tak, że do niebieskiego kremu jest niebieska, a do różowego różowa, a do białego biała, kurde, a nie, że wszystkie kremy co kupuję są niebieskie.

- Pokaż – odłożył gazetę i ponad jej brzuchem sięgnął po najbliższą nakrętkę – spróbuj tą.

- No, ta pasuje – zakręciła słoiczek i sięgnęła po kolejny. – Ale i tak powinni coś z tymi cholernymi kremami zrobić, a nie tak byle jak, że się potem kobieta musi męczyć niepotrzebnie i denerwować przed snem. A skąd wiedziałeś, że to ta?

- Nie wiedziałem; wszystkie są takie same i pasują.

- Takie same? To może oni tam do środka to samo wkładają i tylko zmieniają napisy na etykietkach? Nie… no chyba nie – odpowiedziała sama sobie. – Ale i tak ten świat jest taki okropny.

 

rysunek: Andrzej Bobrowski




Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz. 1


Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska





W moim mieście jest 42 wariatów.


Ale nigdy nie spotyka się ich razem; nikt ich jeszcze razem nie widział, ani wspólne takie foto nie istnieje, ani wideo; nic ich nie łączy.

 

Wariat ma każdego innego wariata za wariata, a im bardziej za wariata go ma, tym sam mniej wariatem się czuje. Uważanie innego wariata za wariata, jego samego wynosi ponad, oczyszcza, wybiela, uszlachetnia, uaniela i umaja.


Kiedy zdarzy się jakimś cudem, że dwóch wariatów spotyka się mija na ulicy, parskają na swój widok śmiechem, pokazują palcami i rażą spojrzeniami pełnymi politowania, aż ktoś im tego spektaklu pojedynku na wyszydzanie, wynoszenie się ponad, syreną policyjną nie przerwie.


Gdy zarzucić wariatowi wariactwo, ten zrobi wszystko, by udowodnić, że jego ten zarzut nie dotyczy. Naprawdę zwariowane rzeczy są w takich sytuacjach gotowi zrobić wymyślić wariaci, by się z zarzutu oczyścić wywinąć.

- Jak ktoś mi mówi, że jestem głupi, a ja głupi nie jestem, a on mi mówi że jestem kim nie jestem, to on sam musi głupi, skoro nawet nie wie z kim rozmawia – mówi Zdziś wariat numer 3 Mieszkowi, 27 wariatowi.


Podszywając się pod normalność, wszyscy wariaci chodzą w niedzielę do kościołów, ale każdy do innego, albo na inną godzinę, żeby przypadkiem nie poprzebywać w swoim towarzystwie sosie, bo wiadomo – z kim kto przystaje, takim się staje. W mieście jest dużo kościołów różnych wyznań, więc łatwo im nie wchodzić sobie w drogę.


Wariaci nigdy nie piją samotnie, bo wiadomo – można wtedy zasnąć na ławce , przyjdą mrówki i zjedzą oczy. W towarzystwie też zresztą nie, bo wódka usypia czujność i można przegapić moment, gdy znienacka podstępnie i niepostrzeżenie dosiądzie się inny wariat, a się tego nie dostrzeże, bo wszyscy zachowują się już jak zwariowani.


Z domu wychodzi zawsze z mapą w smartfonie na wypadek gdyby ktoś o drogę zapytał. Nie wiedzieć jak do dworca dojść?... debil, głupek, wariat – na takie posądzenia się narazić? A tak – do dworca?... proszę bardzo: tak a tak, do Zakopanego?... w prawo i prosto, do Londynu?... zaraz zaraz, jedną chwileczkę... o!, za kościołem w lewo.


Czyta książki tylko sprawdzone przez poprawne Nike inne Fryderyki normalne Paszporty, ekscytuje się przebojami podpięczętowanymi przez Wielkich Puszczalskich Muzykę w Trójce programie.


Wariata poznajemy po tym, że go nie widać.

Tak jak bakterię, co jest - wiadomo, ale nie widzi jej nikt, i po tym ją wyłapiemy najpewniej.

cdn