26 maja 2017, piątek
Piotr Świderek komentarzy: 0

Rysuje

Magdalena Danaj komentarzy: 0

Rysuje

Facebook komentarzy: 0

...

George Underwood komentarzy: 0

Na Wielkanoc

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Kanarek


Rysunek: Andrzej Bobrowski


Kanarek


Krople opadały jeszcze ze starego dębu na równinie, gdy tęcza postawiła na nim swoją soczystą stopę.


Drugą oparła na sośnie, obok której stała jeszcze jedna sosna.


Trzecia sosna była najwyższa i wystawała z łukowatej tęczowej nogawki.


Rosło tu jeszcze więcej sosen, bo tęcza stanęła okrakiem pomiędzy wielkim, samotnym dębem na równinie, a sosnowym lasem, ciągnącym się aż do jeziora.


Trzy łabędzie poderwały się z wody i przelatywały pod łukiem z kolorów, by dołączyć do stada pasącego się na równinie. Leciały tak nisko, że gdyby akurat przechodził tędy prezes, mógłby podrzucić do góry parasol i zawiesić go na białym wieszaku z pomarańczową końcówką.


Ale prezes był wieziony limuzyną z szoferem. Auto sunęło po moście nad rzeczką wypływającą z jeziora. Szofer widział i tęczę i łabędzie, a prezes nie, bo wpatrywał się w kanarka w klatce.


Kupił go dla córeczki na roczek i teraz zastanawiał się, czy dobrze dobrał kolor ptaka do pokoju dziecka. Kanarek nic nie widział, bo okna przy tylnym siedzeniu były przyciemnione, a kanarki lubią słońce – gdy nie świeci, to zamykają oczy i czekają na jutro.


Dużo słońca jest na Jamajce, ale wyspę opanowały kolibry i kanarków nie wpuszczają.


Ale to nie te piękne ptaszki o sercu bijącym 2000 razy na minutę noszą sandałki z opony; takie sandałki noszą wyłącznie tamtejsi ludzie, którzy są szczęśliwi, bo żyją w ciepłym klimacie i nie mają odcisków od odśnieżania.


Na Jamajce też grają w piłkę. Najbardziej znanym graczem był Bob Marley, który grał także na gitarze Gibson, zrobionej dla niego przez nieulubionych Amerykanów. Za to śpiewał dla nich chętnie po amerykańsku za dolary, za które kupował marihuanę. Dla siebie, kolegów i dla najbliższych.


Ponieważ śpiewał bardzo dużo, mógł kupować bardzo dużo marihuany dla szerokiego grona, aż w końcu wszyscy na Jamajce uzależnili się od szczęścia marihuany i byli bardzo szczęśliwi. Kobiety też starały się wyglądać jak wszyscy weseli ludzie na Jamajce.


Ponieważ rabarbar jest praktycznie za darmo, Bob Marley nie mógł go kupować za dolary i się od niego uzależnić.


Nie można się uzależnić od czegoś co jest bezwartościowe, do czego nie da się tęsknić ani o tym marzyć. W literaturze nie znajduje się ani jedna wzmianka o uzależnieniu od rabarbaru.


W książce, którą czytała żona prezesa w oczekiwaniu na męża, też nie było ani słowa o rabarbarze. Książka była o Majach. Wynikało z niej, że Majowie zajmowali się głównie obcinaniem głów, w dni świąteczne wyrywali serce. W wolnym czasie pracowali nad rozwojem techniki rycia w kamieniu, przez co uwiecznili swoje upodobania dla potomności.


W kraju Majów nie latały kolibry - bo jak wiadomo kolibry upodobały sobie Jamajkę - ani kanarki.


Kanarek dla córki prezesa został schwytany w swoim kanaryjskim kraju przez szóste dziecko bezdomnego i wymieniony na haczyk do łowienia rzeczy praktycznych, czyli ryb.


Ale nie karpi wigilijnych, bo karpie żyją w jeziorze, obok którego sunęła limuzyna z prezesem.


Te karpie – a i płocie, szczupaki oraz troć – nieświadome zaszczytu doznanego z powodu przejazdu prezesa po okolicy, zajmowały się tym co zwykle, czyli pływaniem z miejsca na miejsce.


Ptaki także zajmują się przenoszeniem z miejsca na miejsce. Na przykład łabędzie, które wystartowały z jeziora, teraz lądowały w innym miejscu, wśród stada pasącego się na równinie.


Widać je z daleka, ale one też widzą z daleka, więc gdy zbliży się lis, one go zobaczą i szybko przeniosą się nad jezioro. Tęczy już wtedy nie będzie.


Ale dla prezesa nie będzie to miało żadnego znaczenia – córce spodoba się kanarek, ale żonie nie spodoba się jego kolor – musi szybko załatwić ekipę malarzy i dekoratorów w celu błyskawicznej zmiany barw dziecięcego pokoju. Tak, żeby zadowolić i córkę i żonę.


Dla szczęśliwości rodziny prezes – jak wszyscy - jest gotów na wszystko.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Jerzy Kosiński komentarzy: 0

Kroki


Jerzy Kosiński (14 czerwca 1933 w Łodzi - 3 maja 1991 w Nowym Jorku)





Kroki, 1968
PIW, Warszawa 1989

 

Pierwsza historia z tego zbioru

 
JECHAłEM coraz dalej na południe. Wioski były

małe i ubogie; gdy tylko się w którejś zatrzymałem,
wokół samochodu zbierał się tłum, a dzieci śledziły
każdy mój ruch.

Postanowiłem spędzić parę dni w ogołoconej z roślinności,
pełnej pobielonych chat wiosce; chciałem
odpocząć, a także oddać do prania i reperacji odzież.
Kobieta, która się podjęła tej pracy, wyjaśniła, że
zrobi to szybko i sprawnie, ponieważ ma pomocnicę – młodą
dziewczynę, sierotę, zmuszoną do zarabiania

na własne utrzymanie. Wskazała na dziewczynę
patrzącą na nas z okna.

Kiedy wróciłem następnego dnia, żeby odebrać
uprane rzeczy, we frontowym pokoju się na nią natknąłem.
Od czasu do czasu podnosiła na mnie oczy,
a ilekroć napotkałem jej wzrok, usiłowała ukryć zainteresowanie
moją osobą i coraz niżej pochylała głowę nad szyciem.

Przekładając dokumenty do kieszeni świeżo uprasowanej
marynarki zauważyłem, z jaką ciekawością
spogląda na plastikowe karty kredytowe, które na
chwilę położyłem na stole. Zapytałem, czy wie, do
czego służą; odrzekła, że nigdy czegoś takiego nie widziała.

 
Powiedziałem, że przy pomocy każdej z tych

kart można kupić meble, pościel, naczynia kuchenne,
jedzenie, odzież, pończochy, obuwie, torebki, perfumy,
niemal wszystko, co się chce — bez płacenia za
to pieniędzmi.


Niedbałym tonem wyjaśniłem dziewczynie, że

mogę również używać swoich kart w najdroższych
sklepach pobliskiego miasta, że wystarczy je pokazać,
by podano mi jedzenie w jakiejkolwiek restauracji,
że mogę zatrzymać się w najlepszych hotelach
i że wszystko to dostępne jest zarówno dla mnie, jak
i dla wybranych przeze mnie osób. Chciałbym ją zabrać
ze sobą — dodałem — ponieważ podoba mi się
i jest ładna, mam też wrażenie, że chlebodawczyni
nie traktuje jej dobrze. Jeżeli sobie życzy, może pozostać
ze mną jak długo zechce.


Ciągle nie patrząc na mnie dziewczyna spytała —

jak gdyby pragnąc się upewnić — czy będą jej potrzebne
pieniądze. Po raz wtóry powiedziałem, że jeżeli
mamy ze sobą karty i postanowimy z nich korzystać,
ani jej, ani mnie pieniądze nie będą potrzebne.
Obiecałem, że zwiedzimy razem różne miasta, a nawet
różne kraje; nie będzie musiała pracować ani robić
czegokolwiek poza dbaniem o siebie, kupię jej, co
tylko zapragnie, będzie mogła nosić wspaniałe stroje
i pięknie dla mnie wyglądać i zmieniać uczesanie czy
nawet kolor włosów, jak często zechce. Aby tak się
stało, wystarczy, aby nie mówiąc nikomu ani słowa,
późno w nocy wyszła z domu i spotkała się ze mną
przy drogowskazie na krańcu wioski. Zapewniłem ją,
że gdy już znajdziemy się w mieście, do jej chlebodawczyni
wysłany zostanie list wyjaśniający, że jak
wiele dziewcząt przed nią opuściła dom, by znaleźć
pracę w wielkim mieście. W końcu powiedziałem, że
będę na nią czekał tej nocy i bardzo liczę na to, że
przyjdzie.


Karty kredytowe leżały na stole. Dziewczyna wstała

i wpatrywała się w nie ze czcią, w której było niedowierzanie;
wyciągnęła prawą rękę, by ich dotknąć,
ale natychmiast ją cofnęła. Wziąłem jedną z kart
i podałem jej. Trzymała ją delikatnie w palcach jak
sakralny opłatek, unosząc ku światłu, by zbadać
wytłoczone na niej litery i cyfry.


Ciąg dalszy Klick!!!


Richard Brautigan komentarzy: 0

Upadek sombrera. Opowieść japońska




Richard Brautigan, pisarz amerykański, popełnił samobójstwo w 49 roku życia. Napisał "Łowienie pstrągów w Ameryce" i parę jeszcze rzeczy - wśród nich "Upadek sombrera" - które nie odniosły już sukcesu, co może dziwić, bardzo.


Przeczytaj fragmenty:





Richard Brautigan, Upadek sombrera. Powieść japońska, Wydawnictwo Tenaten, Warszawa 1992, przekład Jan Zieliński


fragmenty

str. 5 - 9
Sombrero


Sombrero spadło z nieba i wylądowało na głównej ulicy miasteczka tuż przed burmistrzem, jego kuzynem i pewnym bezrobotnym. Ostre pustynne powietrze wygoliło dzień do czysta. Niebo było błękitem ludzkich oczu, które na coś czekają. Nie istniał najmniejszy powód, żeby sombrero miało spaść z nieba. Nie przelatywał akurat samolot ani helikopter, nie przypadało też tego dnia żadne święto religijne.


Pierwsza łza uformowała mu się w prawym oku. To oko zawsze pierwsze zaczynało płakać. Po nim ruszało lewe. Uznałby, że to ciekawe, gdyby wiedział, że prawe oko pierwsze zaczynało płakać. Lewe oko przystępowało do płaczu tak szybko po prawym, że nie wiedział, które zaczęło pierwsze, ale to było zawsze prawe.


Był wprawdzie bardzo spostrzegawczy, nie na tyle jednak, żeby wiedzieć, które oko pierwsze zaczęło płakać. Jeśli w ogóle na podstawie tak drobnej informacji można budować definicję percepcji.


- Czy to sombrero? - spytał burmistrz. Burmistrz zawsze mówi pierwszy, zwłaszcza jeśli nie uda mu się osiągnąć w polityce wyższej pozycji niż burmistrz małego miasteczka.

- Tak - odparł jego kuzyn, który sam chciałby zostać burmistrzem.

Bezrobotny nic nie powiedział. Czekał, z której strony zawieje wiatr. Nie

chciał się wychylać. Być bezrobotnym w Ameryce to nie żarty.

- Spadło z nieba - powiedział burmistrz, spoglądając na nieskazitelnie czyste błękitne niebo.

- Tak - powiedział kuzyn burmistrza.


Bezrobotny nic nie powiedział, ponieważ miał nadzieję na pracę. Nie chciał zaprzepaścić choćby najniklejszej szansy. Będzie lepiej dla wszystkich, jeśli tylko grube ryby będą się wypowiadać.


Trzej mężczyźni rozejrzeli się wokoło w poszukiwaniu powodu, dla którego sombrero miałoby spaść z nieba, ale nic nie znaleźli; bezrobotny też nie znalazł żadnego powodu.


Sombrero było nowiutkie.

Leżało na ulicy, dnem skierowane ku niebu. Rozmiar: 18,5.


- Dlaczego kapelusze spadają z nieba? - spytał burmistrz.

- Nie wiem - odparł jego kuzyn.


Człowiek poszukujący pracy zastanawiał się, czy kapelusz byłby dla niego dobry.

Teraz łzy płynęły z obojga oczu.

O, Boże...


Sięgnął ręką do maszyny do pisania, jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, co zapina rozporek nieboszczykowi leżącemu w trumnie i wyciągnął kartkę, zawierającą wszystko, co powyżej napisano, z wyjątkiem własnego płaczu, z którego zresztą nie zdawał sobie sprawy, ponieważ płakał ostatnio tak często, że było to jakby wypicie szklanki wody, co nieraz robi się odruchowo, nie będąc nawet spragnionym i czego się potem nie pamięta.


Podarł kartkę zawierającą wszystko, co przed chwilą przeczytaliście na temat sombrera. Podarł ją starannie na wiele malutkich kawałków, które następnie rzucił na podłogę.


Następnego ranka zacznie pisać od nowa o czymś, co nie będzie miało nic wspólnego ze spadającym sombrerem.


Jego praca polegała na pisaniu książek. Był znanym amerykańskim satyrykiem. Trudno znaleźć księgarnię, która by nie miała co najmniej jednej jego książki.


Dlaczego więc płakał?

Czy sława nie wystarcza?

Odpowiedź jest całkiem prosta.

Jego przyjaciółka, Japonka, odeszła.

Po prostu go porzuciła.


Taki był powód jego łez, jakie zaczęły płynąć, już nie pamiętał z którego oka, powód płaczu, jaki stał się jego chlebem powszednim, odkąd porzuciła go ta Japonka.


W niektóre dni płakał tyle, że myślał, iż mu się to śni.




Japonka


Kiedy Yukiko spała, jej włosy spały obok, długie i japońskie. Ona sama nie wiedziała, że jej włosy śpią. Proteina też potrzebuje odpoczynku. Yukiko o tym nie myślała. Jej myśli były w zasadzie bardzo proste.

Rano czesała włosy.

To była pierwsza rzecz, jaką robiła po przebudzeniu. Zawsze czesała je bardzo starannie. Czasem na czubku głowy, zgodnie z japońską tradycją, robiła sobie kok. Czasem zostawiała włosy rozpuszczone, sięgały jej wówczas do pupy.

W San Francisco było parę minut po dziesiątej wieczór. Krople deszczu znad Pacyfiku uderzały w szybę koło łóżka, ale ona ich nie słyszała, pogrążona we śnie. Z reguły spała wyśmienicie i potrafiła sypiać bardzo długo, dwanaście godzin albo i dłużej, lubując się w tym, jakby naprawdę robiła coś innego, spacerowała albo gotowała obiad. Jeść też lubiła.

Kiedy on darł kartkę papieru, zawierającą słowa o spadającym z nieba sombrero, ona spała, a jej włosy spały obok niej - długie i ciemne.

Włosy śniły, że jest rano i że ona starannie je czesze.

Jeszcze kilka fragmentów, Klick!!!

Wojciech Konikiewicz komentarzy: 0

Ostry zespół Grotowskiego



Wszyscy są zszokowani, że jakaś pani z Tefałenu nie wiedziała kto to. Ja absolutnie nie - wydarzenie to jest logiczną konsekwencją stanu kultury w państwie rządzonym przez Dyzmów i produkującym masowo niedouków udających inteligentów, w tym magistrów, abiturientów etc.


Konia z rzędem temu, kto zauważy jakiegoś polityka w filharmonii, na festiwalu (wyjąwszy żenujace ustawki w rodzaju Przystanku Woodstock), w klubie jazzowym, rockowym, galerii sztuki. Proszę zauważyć, że np. żaden skandal w Polsce nie miał za scenerię takich miejsc, natomiast działy się takowe na ulicy, w knajpie, przed knajpą, w burdelu. Dlaczego? Ano dlatego. Statystyka nie kłamie - to jest właśnie środowisko naturalne naszej "elity" politycznej, jej nisza ekologiczna, a w niej ulubione pożywienie: dziwki, żarcie, gorzała.


Owszem, przychodzi jeden moment, kiedy cała ta banda neandertalów budzi się i ze skacowanych gąb wyrzuca przed kamerami: kultura, naród, tożsamość itd. - to wybory.


W tle wspierają ich wtedy z zawodowym uśmiechem celebryci - najlepiej aktorzy, bo tych ludek ciemny z facjat zna i się ucieszy, bo rozpozna: tu Kmicic, tam gospodyni domowa z serialu i szczęście pełne. Po wyborach - i po problemie z "tom całom kulturom"! Fonoteka  Polskich Nagrań do sprzedania? Sprzedać! Przy okazji Ziutek zarobi. Dziedzictwo narodowe? Jakie dziedzictwo? Kasa, Misiu - kasa!


Telewizja publiczna zgodnie z nazwą - jest publiczna: jak dom. Za pieniądze z chęcią zdejmie majtki i zrobi wszystko: w szczególności nie zrobi niczego, co groziłoby brakiem zarobku, bądź stratą kasy. Jako listek figowy marna i bezbudżetowa TVP Kultura, a reszta: goła. No i trwa masowy wychów bezmózgowej, bezkulturowej trzody. Do brania kredytów jest przystosowana - i to wystarczy.


Dziękuję tej pani AW, kawał dobrej roboty odwaliła...



Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

Yayoi Kusama


Napisała do nas Mariko z Artsy.net.

Mariko obejrzała gdzieś w Internecie nasz materiał o zjawiskowej artystce Yayoi Kusama, która uwiodła nas przed laty swoją czystą oryginalnością -
oto ten materiał:
http://www.moreleigrejpfruty.com/Malarze,37.html



Mariko, która zajmuje się w Artsy.net twórczością Yayoi Kusama uważa, że nowo otwarta strona o artystce może być dla morelowych czytelników bardzo interesująca – „zawiera biografię, ponad 70 prac, ekskluzywnych artykułów o Kusama, jak również materiały z jej wystaw, na przykład ekskluzywny materiał z najnowszej wystawy Kusama w Singapurze."


Oto link do strony polecanej przez Mariko: https://www.artsy.net/artist/yayoi-kusama


Oraz: Kusama's recent show in Singapore