19 listopada 2017, niedziela
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 3








Matyja wybierał w spożywczym trzy półlitrówki, puszkę oranżady i puszkę paprykarzu na swój ostatni raz. Zapłacił gotówką i wymaszerował. Coś go jednak tknęło; powrócił i dokupił jeszcze ćwiartkę, żeby już na pewno nigdzie za wódą nie łazić po nocy, żeby to już był na pewno ostatni raz, a potem wypocić się w łóżku dobrze pod pierzyną, wypocić i rano wstać czyściutki jak nowo narodzony.



Rysunek Andrzej Bobrowski





Dziad i baba bez zainteresowania mijali „Steak House", zniesmaczyła ich woń „Kebab House", a „China House" nieprzyjemnie skojarzył im się z Chinami uciskającymi Chiny. Zresztą, jechali przecież na obiad do prawdziwej restauracji o nazwie „Stylowa", tylko że nie było już „Stylowej". Zamiast niej czekał na nich „Festival Smaków".


Baba zatrzymała motorek i wyłączyła silnik.


- Dobry człowieku, powiedz mi, gdzie jest teraz restauracja „Stylowa"? - zapytała przechodnia nie palącego papierosa, nie pijącego piwa i nie wysyłającego esa.

- Po pierwsze... - zatrzymany zawiesił teatralnie głos – nie jestem dobrym człowiekiem, ale to dla was bez znaczenia, po drugie, nie ma już „Stylowej"; „Festival Smaków" teraz jest.


- Cholera żeby to wzięła – zaklęła baba. - W życiu nie widziałam głupszej nazwy.

- A ja tak, jak chodzi o mnie – ujawnił zatrzymany, bez pytania, z prostodusznej potrzeby podzielenia się z kimś swoim zdaniem na jakiś temat inny niż tylko pogoda.


- A ty czemu właściwie nie jesteś dobrym człowiekiem? - takim pytaniem baba uszanowała jego chęć do rozmowy.

- Z powodu bardzo długiego życiorysu.


- No tak... A nie potrzebujesz ty czasem pieniędzy?

- Potrzebuję. Czterdzieści... sześćdziesiąt... - przymknął oczy dla lepszego skupienia przy obliczaniu wszystkich rachunków – osiemdziesiąt pięć... i jeszcze te piętnaście dla Stefana, bo już też by był czas mu oddać. Razem dwieście - Otworzył oczy.
- Daj mu dwieście – powiedziała baba do dziada. - Umie liczyć do dwustu, warto uszanować dzisiaj taką sztukę.


Dziad wyjął z plecaka zwitek banknotów, zdjął gumkę i podał rachmistrzowi dwa papiery.


- Królowo, może wrócimy do domu, posmarujesz włosy pomadą i świat wyda się piękniejszy – zaproponował dziad, na powrót chowając zwitek do plecaka.


- Nie!


Weszli do sali, w której nie było już stylowych kryształowych żyrandoli, więc teraz wnętrze przypominało zakładową stołówkę. Kelnerzy nie nosili krawatów do garnituru, tylko klapki do dżinsów. Za to na stolikach stały prawdziwe kwiatki z plastiku, a nad barem ogromna plazma wyświetlała kolorowe obrazki w obcym języku.


Byli jedynymi gośćmi. Dwaj kelnerzy, którzy nie nosili krawatów do garnituru, czytali gazetę, tę samą, ale każdy swój egzemplarz. Co jakiś czas wymieniali dowcipy i uwagi na temat tego, co czytali. Spojrzeli na wchodzących i zasłonili się wielkimi szpaltami, czekając aż sobie pójdą. Ale oni nie poszli. Usiedli przy stole, i to w samym środku sali, nie w żadnym koncie.


- Nieczynne jest, zarezerwowane! – powitał ich mniejszy kelner, a widząc, że się nie ruszają, złożył zamaszyście gazetę i doprecyzował: - Nie słyszy co się mówi, jeden z drugim? Nie rozumie? Nieczynne! - W sposób charakterystyczny dla osób tępych, używał formy nieosobowej dla pokazania, że ma ich za nic.


- Podejdź tu – powiedziała baba, a kelner szastnął gazetą o ladę baru, podszedł energicznie, stanął w rozkroku i wyprostował rękę, celując palcami w stronę wyjścia: - Ale już! - próbował się z nimi pożegnać raz na zawsze.


- Stań, proszę, na chwilę przy panu – poprosiła baba dziada, i dziad wstał i stanął naprzeciwko kelnera. Wyglądało to tak, jakby niedźwiedź wyprostowany na tylnych nogach, stanął przy surykatce.


- Ten drugi niech też tu podejdzie – zażyczyła baba.


Drugi kelner bez krawata do garnituru, w który nie był ubrany, udawał, że nic nie widzi, nic nie słyszy, tak go akurat wciągnęła ta najciekawsza na świecie gazeta.


- Pomóż mu – powiedziała baba do dziada. - I niech on będzie miał dla mnie papierosa.


Dziad obrócił się, ale nie musiał się fatygować, bo drugi kelner już spieszył w ich stronę z paczką marbolo.


- Ale tu się nie pali, łaskawa pani... - poinformował bez przekonania.

- O, jak już pan tak częstuje, to chyba zrobimy wyjątek, prawda?


- Naturalnie, że tak. Pozwoli pani podać ognia?

- Poproszę.


Baba zaciągnęła się głęboko, twarz jej pojaśniała, a kiedy uwolniła dym z płuc, uśmiechnęła się: - Zapomniałam jakie to uczucie, tak dawno nie paliłam papierosa... Ostatni raz chyba tutaj, w „Stylowej". - Zgasiła papierosa.


- To może zaczniemy od wina – przerwała ciszę. - Żeby nie sprawiać kłopotu, weźmiemy jakieś beaujolais, bo pewnie nic innego nie macie?

- Mamy czerwone wino, po piętnaście złotych lampka, i białe po siedem pięćdziesiąt – poinformował pierwszy kelner i zaraz dodał z satysfakcją sadysty: - Jest jeszcze różowe, po pięć. Nic tańszego nie ma.


- No tak... a co proponujecie z dań? - zainteresowała się baba.

- Kuchnia nieczynna. Mówiłem, że nieczynne – pierwszy kelner wyraźnie rozkoszował się tym co właśnie powiedział.


- No tak... - znów westchnęła baba. - Mógłbyś sprawdzić, czy ta służba nie jest pijana? - zwróciła się do dziada. - Bo aż wierzyć się nie chce, żeby obsługiwał mnie ktoś tak tępy.


Dziad spoliczkował aroganckiego kelnera, podniósł go z podłogi, zamierzył się drugi raz, ale powstrzymał dłoń, bo postawiony na nogi sygnalizował nerwowymi gestami, że już wytrzeźwiał i będzie rozumiał, co się do niego mówi.


- Przyprowadź kucharza z kuchni – powiedziała baba. - Nie ty! – powstrzymała otrzeźwionego kelnera, który najchętniej by gdzieś zniknął i właśnie chciał skorzystać z okazji.


- Stańcie panowie według wzrostu -zażądała, gdy drugi kelner pojawił się w towarzystwie kucharza. Kucharz był najwyższy, a otrzeźwiony kelner najniższy.


- Daj im po pięćdziesiąt złotych – dziad dobył z plecaka zwitek, wyjął z niego odpowiednie banknoty i podał stojącym w szeregu. Niski kelner zapuścił żurawia i zanim dziad zdążył zakryć klapę plecaka, dojrzał czym jest wypełniony.


- Co pan nam zaproponuje na obiad? - baba zwróciła się do wysokiego kucharza.


- Mamy dobrą pizzę, pitę też mamy, sharmę i burgery, oczywiście kebaba mamy najlepszego, wszystko może być zaraz, bo z mikrofali – poinformował kucharz.

- A coś z klasycznych, tradycyjnych dań? - dopytała baba.


- Fasolkę po bretońsku bym proponował – kucharz ożywił się – akurat mam podgrzany cały gar!


- Fasolkę po bretońsku... - uśmiechnęła się baba. - A gdybym zamówiła gęś, albo cielęcinę, ewentualnie gicz baranią z blinami w grzybowym sosie?

- Będzie kłopot – kucharz podrapał się za uchem. - Ale nie zamówi pani, prawda? Tylko żartuje sobie tu z nas?


- Jasne, że żarty to były wyłącznie – zapewniła baba z uśmiechem. - Wypijemy herbatkę, płacimy i znikamy.

- O! Herbatkę to bardzo proszę, w tej sekundzie!


- I niech pan ją poda, dobrze? - wskazała na niskiego kelnera.- A potem przyjdzie z rachunkiem, po napiwek.


Herbata była bez zarzutu; bardzo dobrze potrafili zagotować wrzątek w tej galerii smaków festiwalu.


- Lata temu byłam tutaj trzy razy – wspominała na głos baba. - Trzy razy z tym samym człowiekiem. Za pierwszym razem w ogóle go nie zauważyłam, ale on mnie tak. Za drugim, patrzyłam już w niego jak w obraz wyśniony jedyny. Jako małżeństwo byliśmy tu raz trzeci, na świetnym obiedzie, pstrąg, lin i takie tam. Mój boże, jak wszystko się spłaszczyło...


Z rachunkiem zjawił się drugi kelner.


- A gdzie tamten? - zapytał dziad.

- Dostał telefon z miasta, że musi wyjść w natychmiastowej sprawie.


- W jakiej sprawie?! - natarła baba.

- Państwo już będą wiedzieli – zdradził kelner i zamierzał się oddalić, ale baba zatrzymała go: - Dzięki za ostrzeżenie, to dla pana – wyjęła z kieszeni karakułów zmięty banknot i włożyła dwieście złotych do kelnerskiej ręki.


- Niestety, tu jest tylko jedno wyjście – zdążył jeszcze powiedzieć kelner zanim zniknął.


- Czas na nas, cokolwiek to znaczy – zdecydowała baba.


Zza jednego węgła „Feastivalu smaków", dawniej restauracja „Stylowa" wybiegł mały kelner wymachując odpustową sprężynówką, a zza drugiego wychynął miejscowy osiłek postury wkurzonego grizli. Tak więc, stojąc przy motorku, dziad i baba byli zablokowani z wszystkich stron.


- Wyskakują z siana! Dają plecak, ale już! - wrzeszczał kelner, wciąż w tej samej bezosobowej formie charakteryzującej tępych.


- Daj małemu batem, ale fest – napastnicy usłyszeli głos baby. - A z niedźwiedziem się zobaczy, jak zostanie sam jeden.


Dziad wyrwał zza cholewy nahaja...


- Zaraz, zaraz... to pani?!... - niedźwiedź obiegł motorek i stanął przed kelnerem: - Oszukałeś mnie!

- O co ci chodzi?! W ich plecaku jest sama forsa, może i milion!
- Oszukałeś mnie! - grizli wyrżnął kelnera w podbródek. - Nie powiedziałeś czyja to forsa – mówił do nieprzytomnego już ciała leżącego na podjeździe, a potem zwrócił się do nich: - Mnie tu w ogóle nie było, nic nie widziałem, nie słyszałem nic, znikam, nie ma mnie tu...


- Jednak jesteś, w jakiejś sprawie, która w dodatku nas dotyczy. Wolę nie myśleć, co by było, gdyby zamiast mnie, trafił by się wam ktoś pomniejszy – powiedziała baba. - Daj mu raz, zdrowo, na okrętkę!


Powietrze rozszczepił świst nahaja zakręcającego się na szyi niedźwiedzia, a zaraz bat szarpnął, okręcił poderwane ciało w poziomym piruecie i rozległ się szurgot ciężaru padającego na płytki chodnikowe. Dziad pochylił się nad leżącym, stuknął jego głową o chodnik, apotem obydwu oprychom wyjął z kieszeni telefony. Baba rzuciła każdemu jakiś zmięty banknot z kieszeni.


- To chyba nie był najszczęśliwszy dzień w ich życiu?...– spojrzała na dziada. - Na wstawienie zębów nie wystarczy, ale zawsze coś.


Dziad wcisnął bat za cholewę i poprawił brodę, której bok trochę się odkleił.


- Pomyśleć, że tylko chciałam zjeść obiad... - westchnęła baba. - W miejscu, z którego mam dobre wspomnienia. Nie ma już tego miejsca.


CDN

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 4




W przydrożnym rowie, w alei jabłoni wiodącej do stolicy powiatu rozgorzała już prawdziwa wojna o poranione jabłko. Pierwszy odkrył je szczep wyjątkowo agresywnych drożdżaków, a zaraz potem wyniuchali je zwiadowcy grzybów pleśniowych, ostatnie dołączyły bakterie gnilne. I teraz te milionowe oddziały mikrobów ścierały się z sobą w morderczych zapasach o krwawiący słodkawym sokiem wielki skarb.




Rysunek Andryej Bobrowski




Baba z dziadem przejeżdżali obok na motorku zupełnie nieświadomi dramatów jakie się tu rozgrywają. Na łące, za rzędem drzew jabłoni na poboczu, dzieci puszczały latawca. Jego wielkie oczy wymalowane na czaszy, też nie widziały wielkiej bitwy w trawie przydrożnego rowu. Z wysokości nieba obserwowały dziwolągi sunące na motorku drogą, na której kilometr dalej trzech ludzi usiłowało czwartemu obciąć palec. Ten czwarty był Murzynem, w dodatku czarnoskórym. Jego wysoki wrzask, jak kwik zarzynanego prosięcia, wdarł się w pole słyszenia baby, przykleił się do jej słuchu i nie chciał się odkleić, dopóki nie ustał, za sprawą baby.


Która zsiadła z motorka i przemówiła do zespołu agresorów:

- Chłopcy przestańcie, bo się źle bawicie.
Dla was to igraszka, dlań zaś gra o życie.
- Co?!!!... - agresor z nożem odwrócił się na chwilę od ofiary.


- Krasiński, czy tam Krasicki; zawsze mi się mylili – wyjaśniła baba.

- Spieprzaj babo! Nie widzisz, że my tu kręcimy film o ku-klux-klanie?! Żeśmy aktora zagranicznego specjalnie wynajęli i akurat mu się czas kończy, zaraz będzie trzeba dopłacić gwiazdorowi, jak go nie skręcimy raz dwa.


- Przeważnie ludzie rozgadują się, jak nie mają akurat nic do powiedzenia – skwitowała baba.


- Spieprzaj babo! - agresor skinął na kompana, a sam powrócił do czynności filmowych.


Kompan ruszył raźno w stronę baby z czytelnym zamiarem; nie doszedł, ścięty batem.


- A ja tu właśnie kręcę film ornitologiczny – informowała baba agresora, który znów stał przodem, z nożem w ręce. - Chcę wiedzieć, co z nim nie tak, z tym Murzynem? To przez niego ptaki odlatują jesienią?

- Nie tylko – człowiek z nożem uśmiechnął się. - W dodatku obgryza paznokcie – śmiał się pełnym śmiechem zdrowego sadysty. - Ty też obgryzasz paznokcie! No i co teraz?...


- Nikt nie obgryza paznokci z powodu bólu paznokci, tylko z zupełnie innych powodów... - wyjaśniła baba.

- Pokaż łapy! No już! - wrzasnął człowiek z nożem dla odwrócenia uwagi i zrobił krok w stronę baby z tego samego powodu. Świsnął nóż, ale dziad okręcił się bokiem, a potem podniósł z trawy ten nóż, odbity od jakiejś gałęzi, odrzucił właścicielowi, który go jednak nie złapał i teraz rękojeść wystawała z jego brzucha.


- Się zastanawiasz czy go wyjąć, czy lepiej zostawić? - powiedział dziad podchodząc nieśpiesznie. - I jeszcze się zastanawiasz, dlaczego to właśnie ciebie spotkało? - Wyrwał nóż z brzucha, z którego trysnęła krew. - Bo to przez ciebie ptaki odlatują jesienią – wyjaśnił klęczącemu teraz i próbującemu dłońmi zatamować krwawienie. - I przez ciebie też – odmachnął się i wybił rękojeścią przednie zęby trzeciemu bandycie. - Żebyś już nie obgryzał paznokci, ok?! A ty, kimkolwiek jesteś – rzucił Murzynowi zwitek banknotów – kup sobie jakieś auto i lepiej wyjedź z tego kraju. A teraz cisza!!! Wszyscy powstań! Królowa wychodzi – odwrócił się, podał dłoń babie i odprowadził ją do motorka.


Usadowił się za nią i przemówił po raz ostatni do zgromadzonych: - Królowa wychodzi a nie wszyscy stoją, pomóc? - zrobił gest, jakby zamierzał zsiąść i bezzębny natychmiast pomógł wyprostować się krwawiącemu, po czym uniósł nieprzytomnego kompana do pionu.


Baba odpaliła motorek i wyjechała z dziadem z pola widzenia zebranych.

CDN

komentarzy: 0

Dziad i baba cz. 5








Latawiec czekał wysoko w niebie, aż przejadą przez odcinek osłonięty koronami alei jabłoni i ukażą się na nie osłoniętej drodze. Puścił swoje papierowe oko do baby, gdy znów ich dostrzegł, i wydawało mu się, że ona zadarła głowę i odwzajemniła mrugnięcie, ale nie był pewien. W dodatku nie słyszał o czym rozmawia z dziadem.



Rysunek Andrzej Bobrowski






- Nie musiałeś być taki brutalny! –
mówiła baba głośno do dziada.
- Musiałem. Mogliśmy już nie żyć, dwa razy. Przez tych ludzi, którzy żyją przecież. I nic takiego w ich życiu nie zmieniłem bardzo!– odkrzyknął nad uchem siedzącej przed nim postaci.


- Nie musisz tak wrzeszczeć!
- Przepraszam! - odwrzasnął.


- Świat to już nie jest dobre miejsce... – westchnęła, ale on tego nie słyszał.


Tymczasem śmiertelnie ranne jabłko już nie żyło. Leżało nieruchomo w trawie, pokryte w połowie białym, a w połowie szarym nalotem. Trzy milionowe armie toczyły o nie wojnę, ale tylko dwóm udało się wygrać, przez rozejm. Latawiec nie miał wzroku sokoła, więc nie mógł tego widzieć, zresztą – wolał patrzeć na babę i dziada, bo nagle dziad zdarł z siebie futro z nutrii, zakręcił nim nad głową i odrzucił daleko od siebie. Potem brodę, wąsy i jeszcze parę szczegółów. I baba, nie przerywając jazdy, wyswobodziła się z karakułów, zdarła perukę i maskę baby z gniazdem zmarszczek. Długie, krucze włosy rozwiały się na wietrze, który właśnie się zerwał i zakołysał latawcem, a potem uderzył w niego z siłą rozdzierającą papier czaszy pod czołem na linii oczu. Niczego więcej latawiec już nie zobaczy, urwał mu się film.

(wrzesień/październik 2015)


Od autora:
Z tego co wiem, baronowa Łukaszewska z domu Odrowąż (lat 40 i trochę), planuje jesienią przejażdżkę wspomnieniową (incognito) do dwóch jeszcze miejsc dawno ulubionych, i nie będą to ani Nowy Jork, ani Chorwacja.


 

 

Lyn Hejinian komentarzy: 0

Romantyczna chwila

 

Romantyczna chwila

 

Po kinie, gdzie wyświetlali dokument przyrodniczy, przez Canyon

                                                                                                                         [Road

wchodzimy do centrum handlowego, pełnego galerii i drogich

                                                                                                          [butikow,

 

gdzie w letnie wieczory pachną sztuczne pomarańcze,

a gładkie cegły murów świecą w ciemności jak ciało.

 

To dopiero nasza druga randka, siadamy na ławce,

trzymamy się za ręce, nie patrząc na siebie,

 

a gdybym był pingwinem, przechyliłbym się w tej chwili

i czule zwymiotował mojej ukochanej prosto w usta,

 

a gdybym był pawiem, naprężyłbym mięśnie pośladków,

żeby stanął mi wachlarz z piór, barwny jak cinema city.

 

A gdyby ona była samicą patyczaka, zapewne

wbiłaby mi leciutko podskórne żądło w szyję

 

i wstrzyknęła dawkę hormonów na uspokojenie,

żeby przyczepić mi do piersi torbę z jajeczkami,

 

a gdybym ja był młodym szympansem, odłamałbym gałąź

z pobliskiego drzewa i roztrzaskał szyby wszystkim jubilerom.

 

A gdyby ona była ropuchą mauretańską, swoim imponującym

językiem trzykroć obwiązałaby mi udo

 

i czule trzepnęła mną o powierzchnię naszej sadzawki,

ja zaś dobrze bym wiedział, że jej uczucie jest prawdziwe.

 

Ale na razie siedzimy chwilę i milczymy, wreszcie ona mówi,

ze w porównaniu z zachowaniami żółwia czy iguany

 

samce ludzkie są całkiem przekonujące w wyrażaniu uczuć.

A ja odpowiadam, że doprawdy nie potrafimy docenić,

 

jak w istocie delikatne są samice krokodyli.

Wtedy ona sugeruje, że pora już iść

 

na jakieś lody w rożkach i je zjeść.

 

 

Lyn Hejinian, z tomu Hard Rain 2005, przekład Marcin Szuster, za Literatura na świecie nr 11-12/2010

rysunek: Anna Cięciel

 

Redakcja komentarzy: 0

Jesień

Regine Ramseier komentarzy: 0

Zachować lato

Redakcja komentarzy: 0

Pojawiła się Mohini Dey, nastolatka z Indii

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Nagranie z kamery hotelowej



Rysunek: Andrzej Bobrowski 

 

- O czym czytasz?

- Że gepard pędzi 100 na godzinę, dogania impalę, podcina jej nogi, zarywają w ziemię, chmura pyłu opada i gepard się do niej zabiera. Taki obiad, jak nigdy nic. 100 na godzinę, bęc o ziemię i nic mu się nie stało.

- Co to jest impalę? – zapaliła swoją nocną lampkę i rozpoczęła kremowanie szyi przed snem.

- Taka murzyńska sarenka.

- Jaka? – zakręciła słoiczek z kremem vichy sięgnęła po inny słoiczek.

- Taka nie za duża, w sam raz.

- Może by nam takie coś pasowało do ogrodu? – odkręciła drugi słoiczek. – Może byśmy sobie kupili? Jak to wygląda?

- Brązowe, z białym brzuchem chyba.

- A, to nie, za dużo by było brązu. Jak się nazywają te brązowe, co już mamy?

- Daniele.

- No daniele, nie ma co za dużo w jednym kolorze. Coś żółte by się przydało.

- Papugi?

- Nie chcę papugi, tylko by srały na kwiatki, a co jeszcze piszą w gazetach?

- Tak tylko przeglądam, żeby oczy zmęczyć przed snem…

- Dobrze ci w okularach, wiesz?...

- Uhm.

- Może bym sobie też kupiła – odkręciła trzeci słoiczek z kremem – co myślisz?

- Po co ci?

- Czy ja wiem, coś bym sobie kupiła.

- To sobie kup, po to są pieniądze, żeby kupowały dla ciebie co chcesz – przewrócił kartkę.

- Ale co?

- Co chcesz.

- Nie wiem co bym miała chcieć, ciebie się pytam… No popatrz, nie zakręciłam słoiczka i teraz nie wiem która nakrętka jest do którego kremu. Kurde, powinni to jakoś zaznaczać! A nie tak, że teraz nie wiem co zrobić…

Trzymała w dłoni otwarty słoik i patrzyła na dwie leżące nakrętki, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać.

- Spróbuj niebieską.

- Obydwie są niebieskie, kurde! Powinni zrobić tak, że do niebieskiego kremu jest niebieska, a do różowego różowa, a do białego biała, kurde, a nie, że wszystkie kremy co kupuję są niebieskie.

- Pokaż – odłożył gazetę i ponad jej brzuchem sięgnął po najbliższą nakrętkę – spróbuj tą.

- No, ta pasuje – zakręciła słoiczek i sięgnęła po kolejny. – Ale i tak powinni coś z tymi cholernymi kremami zrobić, a nie tak byle jak, że się potem kobieta musi męczyć niepotrzebnie i denerwować przed snem. A skąd wiedziałeś, że to ta?

- Nie wiedziałem; wszystkie są takie same i pasują.

- Takie same? To może oni tam do środka to samo wkładają i tylko zmieniają napisy na etykietkach? Nie… no chyba nie – odpowiedziała sama sobie. – Ale i tak ten świat jest taki okropny.

 

rysunek: Andrzej Bobrowski




Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz. 1


Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska





W moim mieście jest 42 wariatów.


Ale nigdy nie spotyka się ich razem; nikt ich jeszcze razem nie widział, ani wspólne takie foto nie istnieje, ani wideo; nic ich nie łączy.

 

Wariat ma każdego innego wariata za wariata, a im bardziej za wariata go ma, tym sam mniej wariatem się czuje. Uważanie innego wariata za wariata, jego samego wynosi ponad, oczyszcza, wybiela, uszlachetnia, uaniela i umaja.


Kiedy zdarzy się jakimś cudem, że dwóch wariatów spotyka się mija na ulicy, parskają na swój widok śmiechem, pokazują palcami i rażą spojrzeniami pełnymi politowania, aż ktoś im tego spektaklu pojedynku na wyszydzanie, wynoszenie się ponad, syreną policyjną nie przerwie.


Gdy zarzucić wariatowi wariactwo, ten zrobi wszystko, by udowodnić, że jego ten zarzut nie dotyczy. Naprawdę zwariowane rzeczy są w takich sytuacjach gotowi zrobić wymyślić wariaci, by się z zarzutu oczyścić wywinąć.

- Jak ktoś mi mówi, że jestem głupi, a ja głupi nie jestem, a on mi mówi że jestem kim nie jestem, to on sam musi głupi, skoro nawet nie wie z kim rozmawia – mówi Zdziś wariat numer 3 Mieszkowi, 27 wariatowi.


Podszywając się pod normalność, wszyscy wariaci chodzą w niedzielę do kościołów, ale każdy do innego, albo na inną godzinę, żeby przypadkiem nie poprzebywać w swoim towarzystwie sosie, bo wiadomo – z kim kto przystaje, takim się staje. W mieście jest dużo kościołów różnych wyznań, więc łatwo im nie wchodzić sobie w drogę.


Wariaci nigdy nie piją samotnie, bo wiadomo – można wtedy zasnąć na ławce , przyjdą mrówki i zjedzą oczy. W towarzystwie też zresztą nie, bo wódka usypia czujność i można przegapić moment, gdy znienacka podstępnie i niepostrzeżenie dosiądzie się inny wariat, a się tego nie dostrzeże, bo wszyscy zachowują się już jak zwariowani.


Z domu wychodzi zawsze z mapą w smartfonie na wypadek gdyby ktoś o drogę zapytał. Nie wiedzieć jak do dworca dojść?... debil, głupek, wariat – na takie posądzenia się narazić? A tak – do dworca?... proszę bardzo: tak a tak, do Zakopanego?... w prawo i prosto, do Londynu?... zaraz zaraz, jedną chwileczkę... o!, za kościołem w lewo.


Czyta książki tylko sprawdzone przez poprawne Nike inne Fryderyki normalne Paszporty, ekscytuje się przebojami podpięczętowanymi przez Wielkich Puszczalskich Muzykę w Trójce programie.


Wariata poznajemy po tym, że go nie widać.

Tak jak bakterię, co jest - wiadomo, ale nie widzi jej nikt, i po tym ją wyłapiemy najpewniej.

cdn

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz. 2

 

Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska




Na imprezach rodzinnych zjazdach komuniach wariat się nie pokazuje, bo rodzina, pokrewieństwo za bliskie dziedziczenie: z wariatami obcowanie nie racz nam dać panie. Mimo, że to rodzina, wariaci jednak mieszkają zwykle z mamą, choć nielogiczne to a może właśnie dlatego. I mama się pyta:

- Jadłeś coś dziś Zdziś?
- Nic dziś – odpowiada Zdziś i czeka wieczora, by na pokera szachy wyskoczyć, tężyzną umysłu błysnąć popisać wykazać. Ale pora jest około 12-stej dopiero i dzwoni Mieszko kolega, na przejażdżkę rowerem zaprasza kusi. Zbiega do piwnicy Zdziś po damkę maminą, odkurza, łatki samoklejne do kieszeni chowa i pompkę składaną też.

Dojeżdża na miejsce spotkania punkt umówiony, a tam Mieszko kolega… autem oczekuje.

- No co ty, Mieszko?!... - pytaniem takim rozmowę Zdziś rozpoczyna, z planu wytrącony zbaraniały.
- Co – co!? - pogniewanie się udaje Mieszko, za niezrozumienie zaproszenia na przejażdżkę przez niego wystosowanego, na logo „Rover” na karoserii masce auta pokazuje.

- Aaaa!... takie buty – wali się w łepetynę ze zrozumienia przebudzeniem Zdziś. - Teraz to jestem w domu.

Przygląda się Zdzisiowi Mieszko, przygląda, jeszcze mimikę twarzy do uśmiechu układa sposobi, ale już taka go refleksja dołująca dopada znienacka: Przecież on nie ma ani sławy talentu za grosz, urody nawet i pasji parcia na sukces też nie. I ciężko się robi na duszy Mieszkowi, że tak tu z politowaniem zaczyna popatrywać na Zdzisia, co jeszcze przed sekundami wzorem normalności bez rysy był kolegą, a teraz wszystko co jest między nimi pomiędzy, w przeszłość zamieniają sekundy te. Tyle ludzkości jest na świecie, a akurat ja taki błąd strzeliłem, temu Zdzisiowi tyle czasu na straty poświęcając inwestując, oj, życie niesprawiedliwe jest – użala się nad sobą swoją dolą Mieszko. I odpycha jeszcze od siebie trudną perspektywę ciężkich dni nadchodzących bez Zdzisia wzoru, a im bardziej odpycha, tym bardziej zły się staje, że tak ją tu musi odpychać, a takie wszystko było fajne proste, a teraz przez niego już nie będzie ani prosto ani fajnie tak, tylko jakieś nie wiadomo co.

- I po coś ty te damkę brał matce kobiecie, co teraz w tylu sprawach nie pojedzie załatwić, no na chuj, głupolu jeden się pytam ciebie wariacie?! - wybucha nagle Mieszko, sam zdziwiony tym co słyszy, że tak wybucha i mówi.

Zdrada! Zdrada! A więc zdrada...
- świadomość taka przeszywa Zdzisia swoim dotarciem do niego. Czy on nie wie, że garbatemu nie opowiada się dowcipów o garbatych, wśród Żydów o żydkach nie dowcipkuje, Afroamerykaninowi nie uświadamia że Negro Murzynem jest? Żeby tak tu mnie demaskować!? I to z roweru powodu głupiego niezrozumienia, w dodatku przez telefon stary Motorola L6 model z szumami zniekształceniami? A więc zdrada, zdrada, zdrada! Ale mówi Zdziś na spokój się siląc jeszcze, ze wszystkich sił za koło ratunkowe łapiąc próbując bronić przez atak:
- Jak ktoś mi mówi, że jestem głupi wariat, a ja głupi nie jestem, i on mi mówi że jestem kim nie jestem, to on sam musi głupi, skoro nawet nie wie z kim rozmawia.

O, o?! Czyżby Zdziś wiedział?... - zaniepokaja się Mieszko, że zdemaskowany właśnie został trafieniem w tajemnicę z takim trudem nadludzkim wysiłkiem skrywaną. Bo Mieszko też jest wariatem, o numerze 27 w mieście, ale tak zakamuflowanym starannie doskonałością maski, że wariat nr 3, Zdziś, wziął go za normalności wzorzec miał. A więc zdrada, Zdrada! Zdrada! - przeszywa Mieszka świadomość taka swoim dotarciem do niego, wszystko co jest między nimi pomiędzy, w przeszłość zamieniając.

I już się nigdy nie spotkali, dopiero na drugi dzień. Ale przez telefon. Bo dopiero jutro Mieszko esemes Zdzisiowi puści z miażdżącym komunikatem wielce znaczącym oświadczeniem: - Nie wiedziałem, że taki jesteś! Na co zraniony na maksa Zdziś obmyśliwał godzinami będzie ripostę, żeby i brutalna była, ale i głęboka niepodważalna: - Ani ja, że ty taki! – wysyła po kolacji dopiero esa, gdy już na szachy pokera się nocnego wybiera, tężyzną umysłu wśród kolegów błysnąć porazić, uwieść, załowić nawet się może mu uda, samotność złą na znajomość dobrą zamienić.

cdn

 

 

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.3


Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska




Pisać nie umiem, to chociaż opowiem o wariatach z miasta mojego.

W moim małym mieście jest 42 wariatów. Ale ciężko spotkać wszystkich razem. Ta sztuka jeszcze nikomu się nie udała, bo przecież ludziom przeważnie nic się dzisiaj nie udaje. A w moim mieście, w Ameryce nie położonym, a nawet w Londynie nie i w Berlinie bynajmniej też, nic się udać nikomu nie powinno nawet; może jakby miasto moje małe przenieść do jakiejś zagranicy euro strefy, to by korzystniej się tu rzeczy od razu działy zaczęły.

- Ale tu trąci atmosferą polskiej książki z demobilu kserem robioną – konstatuje Konstancja Patrycja nazwisko nomen omen Czubkówna (wariat o 28 numerze zaraz za Mieszka numerem wariata). - Lepiej się zajmę swoimi myślami refleksją, to mi szybciej do obiadu zleci: - Widziałam morze w telewizji, i wieloryba co się wciąż kąpie tylko i pływa i dinozaura, ale nie przypuszczam bezrefleksyjnie zaraz, że to istnieje naprawdę; myślę raczej domniemywam, że taki tylko film dla rozrywki bezrobotnych puszczają, jak o aniołach na przykład. No czy film o aniołach obejrzany może być dowodem na istnienie aniołów naprawdę? No, naprawdę... A teraz przejdę się powietrzem atmosferycznym pooddycham, coś na obiad kupię, najchętniej knedle z mąki biedronki, po sześć paczkowane dla wygody taniości, i jeszcze promocja do tego: w co drugiej paczce niespodzianka śliwki kawałek we knedlu, tylko która paczka co druga? Jak tu wybrać żeby wygrać i po stronie współczujących stanąć, a nie tych do współczucia przeznaczonych, co nie wygrali.
Czytała Konstancja, że w życiu lepiej być ratującym niż ratowanym, więc wygrywającym lepiej też.

I poszła. I szła obok klombu z ławką na której menel świeżo wybudzony powiódł wzrokiem za jej ciałem - w szwach się rozłażącym, ale tylko tu i tam – zamyślił się, zadumał czyby w Konstancji posturze kobiety nie dojrzeć, zagwizdać może, bluzga puścić by wypadało pikantnego?... ale zniechęcić potrafił się, zwalczyć wzbierającą ochotę nieprzepartą, bo w gruncie rzeczy wybredny był na kobiety. I tak, nic nawet nie wiedząc przeczuwając, straciła Konstancja okazję szanse na użycie riposty dosadnej, długo wymyślanej specjalnie na okazje takie, które jak ta, nie następowały. Ale jutro też jest dzień, przynajmniej zawsze był jutro, więc i nadzieja jest na wszystko bez cenzury, co ją jeden taki Wałęsa przeskoczył przez płot raz na jutro.

cdn

 

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.4


Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska






W moim małym mieście jest 42 wariatów. Ale ciężko spotkać wszystkich razem. Ta sztuka jeszcze nikomu się nie udała, bo przecież ludziom przeważnie nic się dzisiaj nie udaje. Nawet jak to się łatwe wydaje, a co dopiero jak trudne? Jak oni się ukrywają kamuflują, czynności normalne naśladują lepiej od tych naśladowanych, bo więcej ćwiczą na okrągło, więc i bieglejsi w technice normalności się stają.

Wariata poznajemy po tym, że go nie widać. I bakterię po tym poznajemy, że jej nie widać. Ale wariata nie widać bardziej, bo bardziej uważny wyćwiczony lepiej.

Jak zobaczyć wariata, co go nie widać – to jest sprawa, a jak zobaczyć wszystkich 42 razem, to dopiero sprawa jest osobna skomplikowana, bo oni dodatkowo unikają się jak ognia woda.
42 bakterie poznasz po tym, że je zobaczysz już przez okularu szkło, ale wariatów 42 nikt w mieście razem jeszcze nie widział.

Pod piekarnią za klombem natyka się Konstancja Patrycja Czubkówna na słynnego lokalnie Adzia, który wciąż ma pod sześćdziesionę i wciąż wygląda zaledwie na mocno zużytego szesnastolatka, jakim go życie dorosłe zastało; bezdomność widać służy czasami i niektórym się na coś przydaje. Adziu podszyty starannie za bezdomnego z niemiecką perfekcją precyzją, słynnym jest lokalnie 1 numerem wariata, wiadomym rozpoznawanym przez mieszkańca wyborcę każdego. Stąd szczególnie przez innych wariatów unikane towarzystwo jest jego, w celu posądzenia uniknięcia o braterstwa zażyłość, wspólnotę umysłu stanu. Co łatwym nie jest, bo Adziu przyjaźnie natrętny do wariata każdego i lepiej szybko dać mu co chce dla pozbycia odczepienia się adzinej adoracji osoby.


- Kup mi pół chleba – wyróżnia z tłumu ulicy Konstancję Patrycję Adziu.
- Pół chleba – życzy Konstancja do młodej ekspediującej, ale zaraz otwiera drzwi i dopytuje Adzia: - Pokrojony?

- A co kurwa, dziwne?! - raczy doprecyzować odpowiedzieć, na chwilę tylko odrywając wzrok od patrolowania nerwu miasta.

- Ale pokrojony, jeśli by pani mogła – sugeruje Konstancja łagodnie do ekspediującej, która naciera na wibrującą maszynę tnącą z ostentacją jawną tak, że od razu czuć ile wysiłku kosztuje ją to krojenie, i ten woreczek foliowy jeszcze musi rozszczepić ściany szczepione jego dmuchając płucami swemi aż przez usta, jesuu... jakby noży w domu do mordowania tylko używali, a do chleba naszego powszedniego to już nie wcale. A jakby tak się przerżła, chcąc nie chcąc, w palca tips drogi w studio paznokcia wytworzony za pieniądze albo w tatu dyskretne pod stawem śródręcza, to ciekawe czy by sztuczne oddychanie umieli zrobić pierwszej pomocy, strat uregulować zdośćuczynienie czy by ich było stać?

Adziu chleb odbiera i: - No, to możesz teraz dać ćmika – tak docenia gest chlebowy Adziu, by dobrego uczynku serca Konstacji wagę poszerzyć podnieść jeszcze. Nie ma ćmika jednak ona.

- Oż ty ruro prosta! - beszta Adziu, ale zaraz reflektuje potem: - Nie przejmuj się – klepie w ramię twarz ludzką więcej pokazując. - Nie udało ci się dzisiaj, ale tylu ludziom się dzisiaj nie udaje, a jutro będzie znowu jutro, to się coś może ci uda.

Może sobie już pójść Konstancja Czubkówna Patrycja . I poszła. Aż doszła po knedle po sześć paczkowane, z biedronki mąki. A potem bez przygód szła wracała szczęśliwa , bo przygód prawdziwych za bardzo nie lubiła; wolała w telewizji coś na niby obejrzeć zamiast, co się nie dzieje naprawdę, bo prawda wcale nieciekawa dzisiaj, wcale.

cdn

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.5



Rysunek: Anna Cięciel-łukaszewska






Jutro też jest dzień, a przynajmniej zawsze był, jak mawiała babcia Cicha Marysia z domu Pakowska, córka zawiadowcy stacji, co się zegarki godzinę ustawiało według pociągów, a nie podług smartfona. Jeszcze wczoraj była przeszłość, a teraz?... Ale nie martwcie się, jutro też będzie przeszłość, tylko że po jutrze. O ile będzie jeszcze jakieś jutro. A co ma nie być, skoro zawsze było.

 

Wczoraj nie zrobisz już nic, jutro też nie jeszcze, takie to są dwa dni w tygodniu. Teraz jest teraz, lepsze jak wczoraj i jutro, bo bez niego by ani tego ani tamtego nie było. A obecnie na dzisiaj puszka się pojawiła na chodniku placu rynku miasta małego, nie otwarta wcale, całą zawartością kusząca. I na chwilę obecną jakby leży w środku miasteczka placu w biały dzień, puszka konserwa może rybna z filetu a może nie wcale, bo z dorsza rekina całego w kawałkach? Puszka nieotwarta w całości nienaruszona, więc jej tu menel nie rzucił hołota, pańskich chałup mieszkaniec obywatel wyborca. Skąd więc i zatem nówka sztuka całkiem cała dobra w środku miasta porzucona bezpańsko puszka? Ukryta kamera może?, z kieszeni skoczkowi spadochronowemu wypadła? - możliwości po stronie ubóstwa wolą się trzymać, nie za wiele ich, oj mało bardzo życie rozwiązań tej zagadki podpowiada, bo czy ktoś widział, żeby inny ktoś dobrą puszkę nową na ulicy samą zostawiał bez opieki porzucał?, każdy taką trzyma, ściska i strzeże mocno jak pinu loginu do totolotka kuponu za może milion, albo lepiej trzy. Ale już się konsylium wyborców obywateli zbiera, by nad puszką zagadką radzić, problem rozwiązać, co tu się w teraźniejszości bieżącej miasta małego zawiązał z powodów nieznanych sprawców działania, przez tvn wciąż nie wytropionych przez opieszałość czy zwykłe wybiórcze działanie stacji tej opiniotwórczej na zamówienie – nie wiadomo jeszcze, nie ustalono. Ale już pochylają się głowy szacowne, a każda koncepcji własnych swoich pełna, indywidualnym życiorysem przejść naznaczona, już głos słychać przez ewolucję wymyślony do wyrażania myśli odczuć stanów emocji skarg doniesień pouczeń oskarżeń kłamstw pomówień domniemań.

 

- A skąd tu puszka taka całkiem? - rozważa, śledztwo zagaja głos1.

- To będzie konserwa więcej taka, nie puszka – głos 2.

 

- Z filetu – głos 1.

- Z fileta się mówi, nie z filetu – głos 3.

 

- Pierwsze słyszę – głos 1.

- To nie będzie ani z fileta ani z filetu, to będzie z całego dorsza w kawałkach wygląda - głos 4.

 

- Dorsz nie, dorsza nie puszkują, za drogi. Z rekina prędzej; rekina skurwesyna się powinno puszkować, co ludzi zjada, nie dorsza! - głos 7.

- A czemu by to nie miała być z kałamarniczek puszka? Kałamarniczki modne teraz medialnie – głos 14.

 

- Konserwa, nie puszka. Tyle to już ustalili żeśmy jakby, więc nie cofajmy zatem się – głos 2.

- Konserwa, nie konserwa, ale co to w ogóle może być tutaj w ogóle? - głos 14.

 

- A ja takie coś akurat zgubiłem jakby, jak akurat do banku szłem za pront internet płacić – głos 17.

- Nie mówi się szłem, szedłem się mówi jak już – głos 3.

 

- Chyba lepiej wiem czy szłem czy szedłem, bo akurat szłem, w dodatku osobiście – głos 17.

- Jak pan zgubiłeś faktycznie, to powiedz co tam w środku jest. No?... – głos 1.

 

- Akurat tak dokładnie nie czytałem na etykiecie napisów, bo okularów żem nie wziąłem. O! Tak się tu nie będziemy sprawdzać podejrzewać – głos 17.

- Ale do banku żeśmy okularów nie zapomnieliśmy, co?! - głos 1.

 

- Do banku akuratnie oklulary zbendne. Obsługa dzień dobry, czy możemy służyć i kafkę prosimy jeszcze zaraz pić póki parząca. Jakby była w banku toby wiedziała, ale z czym do ludu... Puszka jest moja! - głos 17.

- Nie kłam lepiej!, już ustaliliśmy że to nie żadna puszka nawet, tylko ale konserwa – głos 3.

 

- A może by sprawdzić odciski palców, to byśmy od razu wiedzieli kto jest właścicielem sprawcą? - wtrąca Zdziś, co właśnie przechodził i zwabiony widokiem tłumu gęstniejącego, przecisnął się przezeń, zainteresował, głos zabrał. I obracają się głowy konsyliarzy tłumnie już zgromadzonych i patrzą na Zdzisia jak na wariata, co powoduje, że oddala się Zdziś prędziutko w stronę domu pomyka, w perspektywie ulicy za horyzontu linią znika. Obejrzeć to zdarzenie w internecie chyba kulturalniej mu będzie, w internecie tym co wszystko mają co chcesz i co nie, a jak tam nie ma coś, to nic takiego w temacie nie istnieje w ogóle, to się przekona Zdziś czy był gdzieś wychodził coś widział, czy zdawało ledwo mu się jak przeważnie.

cdn