20 września 2017, środa
Błażej Baraniak komentarzy: 0

Rok 2006 albo i siedem?

Większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu.




List z dwóch podróży do Wrocławia i jednej do Opola


Pod koniec sezonu zawsze sporo premier; nawet nie wymienię wszystkich, które obejrzałem w nadziei na: 1. – znalezienie tych najciekawszych, które można przywieźć do Leszna, 2. – znalezienie reżysera, któremu chciałbym powierzyć pracę nad którymś z dramatów Stanisława Grochowiaka (notabene po ponad trzech ćwierćwieczach nieobecności zawodowych ludzi teatru w naszym mieście inaczej jak tylko gościnnym przejazdem).


I kłopot. Troje reżyserów, których inscenizacje obejrzałem niemal wszystkie w ich karierze – Maja Kleczewska, Piotr Kruszczyński i Wiktor Rubin – tak dało mi popalić, że sam nie wiem, co tu zrelacjonować i czy, po ponad ćwierćwieczu teatralnego wałęsania, ja się jeszcze do tego nadaję. Przemawiają do mnie, każde po swojemu, ale o sprawach, które dla mnie chyba oczywiste. Nie sprawiają, że tracę dech i szukam punktu na niebie albo ziemi, który mógłby być dla mnie jakimś punktem odniesienia. Przejadłem się, albo – co innego – moje ostatnie lektury oraz hałas dookolny spowodowały, że w teatrze chętnie wyglądam ciszy, przede wszystkim ciszy.


Bo to jest tak: pod moim oknem, a mieszkam na parterze w samym śródmieściu, gdzie uliczki wąskie, niebudowane dla ruchu pojazdami mechanicznymi. Miejsce niby odległe od rynku o rzut beretem, ale dla ruchu niezamknięte, na spacerowisko niezamienione, toteż za ścianą mego ponadwustuletniego domu w całkiem świeżej plombie zagnieździł się producent lodów. Teraz sezon dla lodowytwórców, toteż od pół do szóstej rano pod moim oknem parkuje dostarczyciel produktów, z których lody się wytwarza. Wolę nie wiedzieć, co to za produkty, natomiast – chcąc nie chcąc – co dzień słyszę najpierw hamowanie, potem trzaskanie drzwiami, a w trakcie wyładunku radio „Hałas.fm" oraz przynajmniej ze dwie rozmowy odbywane przez telefon komórkowy. Mniejsza, że znam treść rozmów biznesowo-lodowych (nie mam zamiaru współpracować z konkurencją, bo lody wszelkie szczerze znienawidziłem), mniejsza, że zasnąć nie sposób, bo za lodziarzami rusza lawina innych użytkowników mojej cichej kiedyś ulicy, a wszyscy oni mają komórki i bardzo pilne sprawy do obgadania przez telefon o każdej porze dnia i nocy.


I jest jeszcze tak: większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzęsę się zatem w posadach razem z moim domem, trenuję nie z własnego wyboru stoicki spokój i czytam Czarodziejską górę Tomasza Manna. Na przemian z innymi lekturami, w których ludzie wprawdzie już używali kolei żelaznej, ale przedkładali ten praktyczny wynalazek nad podróż w czymś zaprzężonym w konie tylko wówczas, kiedy tak było szybciej i w żaden sposób nie dało się uniknąć hałasu żelastwa. Bo trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu.


Wszystko, co powyżej, piszę dla wyjaśnienia, dlaczego Radio Morele i Grejpfruty z upodobaniem codziennie nadaje rytualne pięć minut CISZY, upiera się przy lekturze Schopenhauera, Manna, Grochowiaka i współczesnych poetów odróżniających przecinek od spacji.


A także dlatego, żeby – w sobie właściwy, a najpewniej słabo słyszalny sposób – wyartykułować protest przeciwko światu, którego metaforą jakże niemetaforyczną niech będzie doświadczenie, którego skutki musiałem poczuć na własnej skórze podczas ostatnio transmitowanego meczu piłki nożnej między reprezentacjami narodowymi Holandii i Rosji (podobno już nie sowieckiej). Otóż po powrocie z Wrocławia, gdy z mym asystentem zdrożeni chcieliśmy wypić wieczorny kufelek zimnego piwa i zastanowić się w dialogu nad dziełem, którym raczyliśmy się na widowni Teatru Współczesnego, zmuszeni byliśmy uczestniczyć w fenomenie współczesnej recepcji sportu masowego. Bo Leszno nie tylko tym się charakteryzuje, że mając 70 tysięcy mieszkańców, nie ma ani jednego kina z prawdziwego zdarzenia (ostatnie zamknięto i usiłowano przerobić na świątynię sztuki handlowania detalicznego), za to także nie ma STREFY KIBICA, jak w innych miastach. Bo w Lesznie całe miasto jest strefą kibica, zatem literalnie w każdym ogródku (kiedyś zwano je wiedeńskimi) piwnym na rynku pod ratuszem zainstalowano wielkie ekrany i wielkie głośniki transmitujące w czasie mistrzostw piłkarskich mecze futbolowe, a przy okazjach żużlowych – takież. Nie było dokąd uciekać, bo nasz klub Alicja B. Toklas tego dnia zamknięty (barman uciekł nad jezioro), zatem trzeba było być świadkiem dzikiego entuzjazmu leszczyńskich kibiców, gdy Rosjanie (z holenderskim trenerem) dokopali Holendrom. Rusofobem nie jestem, ale jak żyję, czegoś takiego nie doświadczyłem i nie wiem, jak mam to rozumieć.


W związku z tym, co powyżej – chaos mam w głowie, czego skutkiem w felietonie tym także rządzi chaos, a i puenty doszukiwać się będzie trudno. Może poza tą jedną: czekam na zaproszenie jakiego kuzyna umieszczonego gdzieś 5 tysięcy metrów nad poziomem zero, do jakiegoś zakładu dra Bahrensa, a gdy tam już się znajdę, nie będę trawił czasu na debaty z profesorem Settembrinim, tylko zastanowię się, dlaczego warto zobaczyć ostatnie dzieła Kleczewskiej, Rubina i Kruszczyńskiego. Bez uprzedniego przebijania sobie bębenków we własnych uszach.


Błażej Baraniak, przy współpracy TB

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

hau hau

 






hau hau

23 sierpnia 2015

[224] kochany pamiętniczku, kiedy dorabiasz się własnego taga na pudelku, oznacza to przynajmniej dwie rzeczy.


pierwsza jest taka, że udało ci się. zostałeś przyjęty w poczet książąt polskich, państwo docenia twój trud. druga jest taka, że gdzieś najwidoczniej popełniłeś błąd.


pod tagiem widnieją rzeczy, za które skarciłbym się, gdybym lat mniej trochę miał i brzytwę poglądów ostrzejszą. ale lata lecą, pamiętniczku, i zamiast tężeć – środek mój nieoczekiwanie mięknie jak biszkopcik w mleku i ten wieszak-kręgosłup z wolna zamienia się w strudel. w ostatnich tygodniach odwiedzałem telewizję jakbym wchodził do siebie, brałem udział w sesjach zdjęciowych dla kolorowych pism, brylowałem na salonach i uśmiechałem się na zawołanie aż policzki trzaskały. dostroiłem się nadzwyczaj łatwo, a przecież była umowa, pamiętniczku, żywcem nas nie wezmą.


i co to teraz będzie, jojczy matula przed chatą. po jednej stronie brokat, splendory i buźka twoja upudrowana w śniadaniowej telewizji; po drugiej – jałowy widnokrąg i od tygodni nie napisałeś nawet jednego cennego zdania. niech ten kurz opadnie, mówię sobie, niech się rzeczpospolita próżna do cna we mnie wyczerpie i potem wrócimy do siebie, na dawne klepisko. znów będziemy jak bohater swoich wierszy i z kieszeni powiewać nam będzie sztandar wyjebania, i znowu, pamiętniczku, będziemy niewinni, i znowu na powrót we wszystko sobie uwierzymy.

Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lepiej żyć, niż nie żyć - cz. 8


grafika:Andrzej Bobrowski



Siwe włosy, kruczymi kosmykami poprzetykane jeszcze tu i tam gdzieniegdzie, indiański wódz utykający dostojnie na drogę wkracza w celu przeprawy na drugi jej brzeg. Zwalnia S-3, staje, z szacunkiem pierwszeństwo daje. Lecz, oj... to nie wódz, to wiedźma zużyta przez długi życiorys, kuśtyka żwawo, wózek dziecięcy zapakowany kartonami i żelastwem złomu pcha przed sobą, a gdy brzeg osiąga, staje i... Dziękuję ludzkim językiem wypowiada.

- Mogę dać pani pieniądze? - pyta kierowca poruszony spektaklem tu przed nim rozegranym.
- Daj dziesięć złotych, więcej nie. Dziesiątką nie zepsujesz mnie, i nie będę musiała być wdzięczna – taką rzeczową informację sprzedaje wiedźma za złotych dziesięć. - Ale musisz tu przyjść do mnie, bo ja nie podejdę o nie do ciebie.

Otwierają się drzwi S-3, wysiada, do wiedźmy podchodzi, banknot odliczony wręcza.

- Jak długo powinno się żyć? - pyta, czując, że jednak coś powinien zagaić dla ocieplenia suchości aktu wręczania.

- Nie za długo. Bez przesady. Lepiej mniej, ale lepiej. Wspomnień wyprodukować ile się da, żeby się miało co z żalem zostawić - składa banknot na pół wiedźma, tę połowę znów na pół i przepoławia jeszcze raz, a potem złącza dłonie, pociera jedną o drugą, chucha na nie, klaszcze i pokazuje puste powietrze. - Przyjęłam – oświadcza, bez uśmiechu, bez kokieterii, w ogóle bez.

- O! - kiwa głową z uznaniem dla jej cyrkowej sztuczki.
- A pierwszy człowiek na świecie miał na imię Mieszko. I przyleciał z kosmosu na meteorycie zabić dinozaury, żeby powstała ewolucja. I zaraz z małpy zrobił się Pan Twardowski, co pierwszy sprzedał duszę diabłu za koguta i odleciał na księżyc. Potem Święty Mikołaj Kopernik wstrzymał słońce i ruszył ziemię, ale rad – rada nie rada – musiała wymyślić kobieta Skłodowska, i tak powstał świat czyli Polska. A przy niej powyrastały stopniowo, w miarę zapotrzebowania: Ameryka, Londyn oraz francuskie winorośle, żeby Polacy mieli gdzie za chlebem jeździć, i powstały Niemcy, żeby produkować mercedesy dla Polaków, ale u nich recesja straszliwa, więc słabo produkują i nie wszyscy w Polsce jeszcze mercedesami jeżdżą. A zaraz potem ewolucja wyłoniła Chorwację, żeby Polacy mogli mieć dokąd pojechać się wykąpać.


- O!...
- Trzeba ruszać do domu teraz, umyć się, ogarnąć grabiami z brudów świata, kompot z węgierek ogórkiem kiszonym zakąsić, a do tego kiszka na gorąco - święta kicha polska! Ze sarepską, nie żadna tam stołowa helmanc-lajt pegaz. I bułka wrocławska chrupiąca, nie jakaś kajzerka tylko wrocławska chrupiąca. No, takie cuda się same nie zdarzają; sprawianie sobie przyjemności to jednak ciężka praca, wcale nie taka łatwa. Ale czas już do domu, obrazek znajomy ten sam co wczoraj i jutro przed oczami ustawić dla skołatanych nerwów poluzowania.



Do siebie to mówi? Czy nie do siebie?

- Jakby tak nie było domu, to byś nawet nie wiedział, że z niego wyszedłeś i wciąż zawsze byś był w drodze, bo skąd byś wiedział, że masz dokąd wrócić. Się nagadałam za tę dziesiątkę, starczy, w sam raz będzie chyba. Teraz zejdę z pola widzenia kamery prowadzącej, jak jeszcze jest okazja ciekawie zniknąć, podejrzę czy nie ma mnie w domu i co akurat w nim robię, bo ciekawa jestem. Tyle ode mnie. Lepiej mniej, ale lepiej – zapamiętasz?
- Lepiej mniej, ale lepiej.

- Dotarło – uśmiecha się i za pchanie wózka zabiera.

Audiencja zakończona.

Charles Bukowski komentarzy: 0

- Mamusiu, jak się rozbija jajko?


Dee Dee, aktualna kobieta Chinaskiego.

Szybki rysunek: Anka Cięciel





 

"Kobiety", Charles Bukowski


19 rozdział

Wydawnictwo NOIR SUR BLANC, 1996, przełożył Lesław Ludwig

 

 

 

 

 

Dee Dee musiała odebrać syna z lotniska. Wracał z Anglii na

 

wakacje do domu. Miał 17 lat, a jego ojciec był w przeszłości

 

pianistą, który często dawał recitale - jak mi wyznała Dee Dee.

Polubił jednak amfetaminę i kokę, a później poparzył sobie palce w

jakimś wypadku. Nie mógł już grać. Rozwiedli się przed kilku laty.

 

Syn miał na imię Renny. Dee Dee wspomniała mu o mnie

 

w trakcie kilku międzykontynentalnych rozmów telefonicznych,

jakie z nim przeprowadziła. Dojechaliśmy na lotnisko akurat w

chwili, kiedy pasażerowie opuszczali samolot. Dee Dee i Renny

padli sobie w objęcia. Chłopak był wysoki i chudy, bardzo blady.

Nad jednym okiem zwisał mu loczek. Wymieniliśmy uścisk dłoni.

 

Poszedłem po bagaże, kiedy zaczęli ze sobą rozmawiać. Nazywał

 

ją ,,mamusią". Kiedy dotarliśmy do samochodu, usiadł na

 

tylnym siedzeniu i zapytał:

 

- Mamusiu, kupiłaś mi ten rower?

 

- Zamówiłam. Odbierzemy go jutro.

 

- Czy to dobry rower, mamusiu? Chcę mieć taki z dziesięcioma

 

biegami, hamulcem ręcznym i noskami na pedałach.

 

- To dobry rower, Renny.

 

- Jesteś pewna, że będzie na jutro gotowy?

 

Pojechaliśmy do domu. Zostałem na noc. Renny miał własną

 

sypialnię.

 

 

 

 

 

Rano siedzieliśmy wszyscy w jadalni, czekając na przybycie

 

pokojówki. W końcu Dee Dee podniosła się, żeby sama przyrządzić

 

śniadanie. Renny zapytał:

 

- Mamusiu, jak się rozbija jajko?

 

Dee Dee spojrzała na mnie. Dobrze wiedziała, co sobie myślę.

 

Zachowałem milczenie.

 

- Dobrze, Renny, chodź tutaj, to ci pokazżę.

 

Renny podszedł do kuchenki. Dee Dee wzięła do ręki jajko.

 

- Widzisz, tłuczesz skorupkę uderzając jajkiem o brzeg patelni...

 

o tak... i pozwalasz jajku wypłynąć na patelnię, widzisz, w ten

 

sposób...

 

- Aha.

 

- To proste.

 

- A jak się je gotuje?

 

- Smaży się je. Na maśle.

 

- Mamusiu, nie mogę zjeść tego jajka.

 

- Dlaczego?

 

- Bo żółtko się rozlało!

 

Dee Dee odwróciła się i rzuciła mi spojrzenie mówiące: ,,Hank,

 

błagam, tylko nic nie mów..."

 

 

 

 

 

Kilka dni później znów siedzieliśmy przy stole. Jedliśmy śniadanie,

 

a pokojówka robiła coś w kuchni. Dee Dee powiedziała do

 

Renny'ego:

 

- Masz już teraz swój rower. Chciałabym, żebyś w wolnej

 

chwili przywiózł ze sklepu karton z 6 butelkami coli. Po powrocie

 

do domu chcę wypić jedną lub dwie coca-cole.

 

- Ależ, mamusiu, te butelki są ciężkie! Nie możesz ich sama

 

kupić?

 

- Renny, pracuję przez cały dzień i jestem zmęczona. Ty

 

możesz je kupić.

 

- Ale, mamusiu, sklep jest na górce. Będę musiał pedałować

 

pod górę.

 

- Nie ma tam żadnej górki. O czym ty mówisz?

 

- No, może nie widać jej tak od razu, gołym okiem, ale to

 

naprawdę pod górkę...

 

- Renny, masz kupić colę, rozumiesz?

 

Renny wstał, poszedł do sypialni i trzasnął drzwiami.

 

Dee Dee odwróciła wzrok.

 

- Wystawia mnie na próbę. Chce się przekonać, czy go kocham.

 

- Ja kupię colę - powiedziałem.

 

- Już dobrze. Ja to zrobię.

 

W końcu żadne z nas jej nie kupiło...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 1.







Jadę na

poszukiwania dziewczyny
mojego
życia


Rys. Andrzej Bobrowski





Moja biedna żona została pisarką. Lubianą. I bardzo ją to wciągnęło. Całymi dniami nic tylko pisze i pisze grube książki, od których psują się oczy i niebezpiecznie poszerzają horyzonty. I spotyka się, i spotyka - z tymi, z którymi warto się spotkać, i całymi dniami unika całej reszty, w tym mnie.

-
Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - postanawiam. - Jutro.

Żebym tylko nie zapomniał...
Na 55-te urodziny postawię w ogrodzie słup ogłoszeniowy i od razu, kiedy rano wstanę, to przeczytam i zaraz wszystko będę wiedział. Nic mi się już nie zapomni!


Teraz ona czyta mi na głos początek rozdziału nowej książki. Ma kłopoty z przecinkami, więc czyta głośno, żeby usłyszeć, czy zdanie dobrze siedzi:

Człowiek z natury jest dobry. Dla samego siebie.
I każdy jest tym, który lubi siebie najbardziej spośród miliardów na świecie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. Każdego dnia. Zawsze.

Lubi przyozdabiać się w krawaty, które nadają mu zwodniczy, szacowny wygląd. I wtedy z wyglądu się składa i z wody...


- Powiesz coś? – jej głos przerywa ciszę, która zapada, gdy zapominam wpaść w zachwyt.
- Człowiek składa się z wyglądu i z wody – mówię.

- No tak... - jej zbolałe westchnienie. Rozmowa jest zakończona.

Napisała trzy książki. W tym jedną w sztywnej okładce. Ale to pierwsza i najcieńsza przyniosła jej sporą sumę. Moja żona jest lubianą pisarką, więc pisze dalej. Jest już na tyle zamożna, że stać by ją było nawet na rozwód. Ale się nie rozwodzi. Gdybym lubił jeszcze myśleć o sobie dobrze, pomyślałbym, że z mojego powodu. Ale nie myślę już
o sobie wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. A przynajmniej już nie każdego dnia. I dzisiaj też nie jest tym dniem.



                                                                 x x x

- Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - mówię.
- Kiedy wracasz?
- Za pół, może za godzinę…
- Zawsze tak mówisz, a potem robią się z tego trzy, cztery godziny – mówi, i wiem, że ma rację. Zna mnie lepiej niż ja sam; życie spędziła na tropieniu moich tajemnic.
- Znowu się przeziębisz i będziesz chory przez dwa tygodnie, albo kogoś pobijesz i znowu będziemy mieli kolegium do zapłacenia. Lepiej byś w ogrodzie posiedział, pograbił coś, zapalił ognisko, wypił setkę czy jak już musisz dwie.

Ma rację – przyznaję w myślach, ale nie chcę już palić ogniska, ani pić w ogrodzie. Jestem pewien, że ona wie co myślę. Co to w ogóle za pomysł, żeby czytać cudze myśli?! Postanawiam wyjechać niezwłocznie.


- Weź chociaż telefon, wczoraj ci naładowałam – biorę telefon, wsiadam na rower i jadę się przeziębić, mieć kolegium itd. Jadę szukać dziewczyny mojego życia.

Ciąg dalszy 14. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 2.

 




Pojęcia nie mam, co mógłbym teraz robić w Warszawie, Berlinie, albo innym modnym miejscu. Znów jestem w mieście, z którym większość ludzi na świecie łączy tylko to, że nigdy tu nie przyjadą. Jadę rowerem.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Mijam ostatnie zabudowania. Mały chłopiec przed sklepem przygląda się rowerzyście i ze stulonej dłoni wyjada orzeszki.


30 lat temu nie było tu żadnego sklepu. Ani asfaltu. Jeździłem tędy na rowerze ojca. Dawał mi go w soboty, na godzinę.


Gromada pań z kijkami nordic rozpierzcha się nagle na boki jak stado kuropatw, chociaż dzwonię od jakiegoś czasu. Nie zatrzymuję się, może powinienem? Gdy się oddalam zbijają się w gromadkę i ożywiają. Mówią głośno, żebym słyszał - cham, szalejący na szpanerskim rowerze, który wytrącił je z rytmu odchudzania w niedzielę.


Wyjeżdżam z półmroku lasu. Jasność łąki prosto w oczy. Pod słońce widzę coś pędzącego wprost na mnie. Pies. Jest wielki. Oślepione oczy nie rozpoznają jeszcze czy to rottweiler, doberman czy przerośnięty stafford, ale bije od niego charakter typu bydlę i podłe zamiary. Piorunuję go wzrokiem, pokazuję zęby, warczę basem. Pies zwalnia, przypada do ziemi, a potem zrywa się do ucieczki. Jestem niejadalny.


Dziewczyna, słuchawki na uszach, kije nordic, też uprawia niedzielne odchudzanie. Wszystkie kobiety się odchudzają, czy życie staje się przez to lżejsze?


Biegacz. Teraz biegająca para. Znowu biegacz.

Jak to się mogło stać? Że tylu ludzi, i to na całym świecie, uwierzyło że bieganie jest bardzo, ale to bardzo zdrowe? Chociaż bieganie wcale nie jest zdrowe, a nawet nie jest naturalne dla człowieka, bo ewolucyjnie nie do forsownych maratonów został ukształtowany, a co najwyżej do krótkiego sprintu w pogoni za kobietą, a kobieta do sprinterskiej ucieczki przed facetem. Bieganie - kolejna z używek człowieka. I tyle, nie ma co drzeć szat!




                                                                    x x x


Długa monotonna prosta. Nie myślę.


Zatrzymuję się w oazie przy ścieżce rowerowej. Ćwiczę trochę na ławce, podciągam się na beli stropowej wiaty. Nadjeżdżający samochód zwalnia. Przyglądają mi się, nawet nie skrywają rozbawienia. Kobieta na tylnym siedzeniu wgryza się w hamburgera. Albo w wielką skibę? - nie dowiem się, już odjechali. W moim kraju, co rano rzuca się na chleb miliard zębów. Wszystkie pragną potem gumy do żucia zębów z reklamy. Każdy ma swojego dentystę, dentyści zacierają ręce. Nic tak nie sprzyja dentystom jak spustoszenie, jakie czyni w zębach guma „po każdym posiłku".


Jestem sam, dłonie wsparte na brzegu ławki, nogi skrzyżowane przede mną. Nie przeszkadzają mi butelki za plecami ani śmieci wokół kosza. W oddali, za polem oziminy, ponad nastroszonymi wierzbami widzę stąd dach. Kiedyś żywa czerwona karpiówka, teraz zszarzała, omszała plama. Znam ten dom, wciąż potrafię poruszać się po obejściu: staw, pomost z brodami wodorostów, łódka, olchy, po lewej drewniane wrota w ścianie stodoły, po prawej stajnia na 30 boksów, wybrukowana aleja lipowa prowadząca pod dom z wysokimi sufitami. Za nim padok przechodzący w park, nasza ławka, nasz mostek nad strugą, nasze rozmowy, pierwsze trzymanie się za rękę, początek liceum...


W Poznaniu mieszkamy w różnych akademikach, zdaliśmy już na jakieś studia przypadkowe, każde na inne. Zbliża się wojna jaruzelska, umawiamy się na Moście Teatralnym. Coś się dzieje. Tłum ludzi. Nigdy nie widziałem tylu w jednym miejscu. Naprzeciwko ściana ciężkozbrojnych zomowców. Wskakuję na tramwajową wiatę, wypatruję, aż dostrzegam twoją czerwoną czapkę zaledwie parę metrów dalej. Jesteś... szepcesz mi do ucha przestraszona, gdy wreszcie dopycham się do ciebie przez tłum i obejmuję. Tłum faluje, zomowiec w ciężkich buciorach, z pałą, w przyłbicy goni kogoś. Potrąca ciebie, w każdym razie wydaje mi się, że mógł się o ciebie otrzeć. Puszczam się za nim, podcinam od tyłu, drab wali na pysk o bruk, tłum zamyka się nad nim. Jakieś ręce poklepują mnie po ramionach, ktoś ściska mi dłoń i daje kartkę z powielacza. Przez moment jestem bohaterem. Początek legendarnej kariery? Pół godziny później czytamy tę kartkę w twoim pokoju. To informacja o zebraniu konspiracyjnych struktur. Nigdy na nie pójdę, mam w dupie legendarną karierę; to nie ja zostanę Wałęsą; znajdzie się ktoś, kto zrobi to za mnie. Mam w dupie ten świat, jesteś tylko ty.


Twój ojciec wynajmuje ci mieszkanie, dla bezpieczeństwa, tyle się słyszy o tych akademikach. Prawie nie ruszamy się z niego przez pół roku.


Przychodzi czas, gdy dojrzewasz do tego, że jak każda dziewczyna, chcesz wyjechać do Niemiec, spotkać jakiegoś miłego, praktycznego Niemca, zagranicznego jak z Ameryki.


Ja akurat jestem tak zajęty byciem zakochanym w tobie, że tego nie zauważam. I wyjeżdżasz.

ciąg dalszy 16 kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 3.



Zimno. Twardość ławki, na której siedzę bez ruchu. Jak długo?

Rysunek:  Andrzej Bobrowski


Ruszam na najniższym przełożeniu, żeby szybko rozgrzać lodowaty pot. Wzdłuż drogi stare jabłonie z gruzłowatymi naroślami na pniach. Wciąż świeci słońce, ale jeszcze nie ma liści. Amerykanie właśnie skonstruowali sztuczne liście, generujące ekologiczną energię bez fotosyntezy! Dlaczego przypominam sobie akurat to zdanie? Ze względu na jego beztroską głupotę?



Nagła potrzeba głupoty, niezobowiązującej do niczego. Bez konsekwencji, bez konieczności przewidywania następstw (żeby broń boże czegoś nie przegapić na ważną przyszłość!). Głupota jest łatwiejsza. Łatwa jak rozrywka, jak Ameryka po prostu.



Mógłbym być mistrzem głupoty osiedla, gminy, powiatu, może okręgu; nawet królem bym mógł być głupców w kraju. Uzbrojony w czar garnituru nadającego zwodniczy szacowny wygląd, obiecałbym tylko wszystkim wszystko i od razu by mnie wybrali wójtem, burmistrzem, posłem, czy innym nacinaczem frajerów, plotącym z wyżyn doznanego z dnia na dzień autorytetu. Dlaczego zaniechałem takiego powołania rozwojowego i wznoszącego na szczyty? Mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć jest przecież takie proste, a na dodatek przyjemne. Ot, jedno z moich zaniechań świadomych.


Drzewo. Ale nie rodzynkowe, jak mogłoby być: każdy owoc półkilogramowy, a w nim gotowe popaczkowane torebki na jeden chaps. Niestety, po prostu zwykłe drzewo, takie samo jak przed stu i tysiącem lat.. Dlaczego wolimy latać na Marsa zamiast wymyślać praktyczne, wygodne rzeczy?
Na świecie jest wciąż więcej kreatywności niż rozumu.

Lata temu dałem ogłoszenie:

Poszukuję ilustratorów do bajek, co je piszę dla zarobku do dużych wydawnictw dla dzieci.
- biegła znajomość języków w mowie i piśmie – niemile widziana;
- wykształcenie, kreatywność, nastawienie na karierę, służalczość oraz płeć, wiek i orientacja – bez najmniejszego znaczenia.
Wystarczy umieć narysować misia opadającego z nieba na parasolu, z punktu widzenia jelonka gapiącego się na to z dołu. Tak, żeby nie trzeba było podpisywać rysunku: "To jest miś na spadochronie widziany przez sarenkę z dołu."

Nikt nie odpowiedział – wszyscy znają języki, są kreatywni, chcą być gotowi do poświęceń na pstryk w każdej gównianej sprawie.

Zaczynam być głodny. Wjeżdżam w półmrok lasu. Pojęcia nie mam co mógłbym teraz robić w Berlinie.





                                                                   x x x


Dzwoni telefon. Głos pragnący mi sprzedać nadzwyczajną okazję, pyta najpierw czy ja to ja. Mówię, że ja to nie ja.

- A nie wie pan, gdzie pan jest? – dopytuje.
- Właśnie wyjechałem.

- Rozumiem. A kiedy pan znów będzie?
- Jak znajdę dziewczynę mojego życia.

- To mogę zadzwonić za godzinę?
- Już za godzinę?...

Więc życie jest takie proste.

Szary, prążkowany kot wskakuje na drzewo przede mną, i zaraz zeskakuje, by znów na nie wskoczyć. Wygląda, jakby się dla mnie popisywał.

- Kici, kici, chodź tu… nie bój się, kici, kici… - zakicam.
- Halo! Mógłby pan powtórzyć ostatnią kwestię?...

- Kici, kici.
- Proszę?...

- Powtórzyłem ostatnią kwestię.
- Rozumiem. Proszę mi wierzyć – naprawdę pana rozumiem. Zadzwonię za godzinę.

Dostałem godzinę na znalezienie dziewczyny mojego życia.


Ciąg dalszy 17. kwietnia



Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 4




Wieś. Najazd na czerwony gotycki kościół i rozwidlenie przed solidnym murem z wielkich parafialnych głazów: w lewo do pomnika przyrody, w prawo do rezerwatu ptaków; na wprost nie można, bo kościół.


Gdzieś tu powinna być pompa... Pić chce mi się teraz bardziej niż jeść.

Rysunek: Andrzej bobrowski


Nie ma już pompy, nici z nie chlorowanej wody. Wciąż jest sklep, teraz samoobsługowy. Mają sprajta i paczkowane parówki. Biorę parówki. Sprajta wypijam „na miejscu".


- Macie może papierosy na sztuki?

- Jak...?! – kobieta niedosłyszy.


- Papierosy, na sztuki! – mój głos mnie zaskakuje, dawno nie krzyczałem.

- Nie trzeba od razu wrzeszczeć, nikt głuchy nie jest! – krzyczy kobieta. – Nie ma na sztuki!


- A co się z nimi stało, zawsze tu były!

- To chyba za komuny, ale!


- To dziękuję bardzo.

- Jak?!


- Dziękuję bardzo! – znów podnoszę głos. Krzyk mnie zawstydza.


WSTYD: - Wczoraj nie byłem na solarium, wszyscy się na mnie gapią dzisiaj! - Gdzie to słyszałem? Kiedy?


Kobieta wsypuje mi resztę prosto do podstawionej dłoni:

- Tanie też mam! – kusi. – Mam zagraniczne, mam nasze, ale wszystkie w paczkach. Eleganckie i niedrogie!
- Miłego dnia! – wychodzę przed sklep, gdzie jest parasol, krzesło i ławka.


Pod parasolem jest zajęte. Przez tworzywo idealne dla artysty fotografującego sztukę wysoką - nigdy nie widziałem tak zużytego człowieka. Nawet na filmie. Postać zaczyna się gdzieś w otchłani walonków gumofilców, a kończy ćmikiem przyrośniętym do warg. Homo sapiens - ten sam gatunek co ja.


Małe, cwane, świńskie oczka ani na moment nie odklejają się ode mnie, wpisując mnie w rolę długo oczekiwanej atrakcji – jestem wydarzeniem dnia.


Na stoliku otwarta paczka mocnych i zapalniczka z babą. Prawą ręką pstryka paczkę w moją stronę - musiał słyszeć naszą rozmowę; nie jest taki stary, tylko zniszczony, może jesteśmy w równym wieku? – na lewej ma nawinięty łańcuch.


Na końcu łańcucha wielki szkielet obciągnięty skórą wiejskiego psa ze źle gojącą się raną na łbie. Tak jak został zdjęty, prosto od budy. Leży u stóp zniszczonego człowieka i nie spuszcza ze mnie wzroku. Każdy weterynarz z łatwością wykazałby kilkanaście chorób i stuprocentowych oznak znęcania się nad zwierzętami. Uśmiecham się życzliwie, sięgam po papierosa i... jestem szybszy od psa, który jak z procy strzela na długość łańcucha.


UZBROJONY W PSA


- Hojt! – uzbrojony w psa przywołuje go do porządku, a potem rzuca jednego papierosa w moją stronę. Łapię też zapalniczkę. Przypalam i odrzucam. Jedną parówkę kopię w stronę psa. Kiełbasa zatrzymuje się przy pysku. Zwierzę nie reaguje.

Parę machów w milczeniu.


- Na! – uzbrojony przyzwalająco przerywa ciszę i pies pożera parówkę jednym kłapnięciem. Długo się oblizuje. Ostrożnie, na wyciągniętej dłoni zbliżam drugą parówkę do psiego pyska, metr, półłł... zwierze marszy wargi, odsłania ostrzegawczo długie, pożółkłe kły.


Odpuszczam.

Wyniszczony śmieje się, ujawniając coś z górnych trzonowych.


Wszystko jasne: pies desperacko broni wszystkiego, co ma. Strzęp człowieka trzymający go na łańcuchu, to cały świat, za który dałby się zabić. Innego nie zna, nie ma nic więcej do obrony.


A gdybym teraz trzepnął starego i zabrał psa do mojego lepszego świata z ogrodem, piaskownicą, spacerami, weterynarzem, osobistym fryzjerem raz w miesiącu?...


Psa od mojego raju dzieli jeden telefon po policję, albo pogotowie dla zwierząt. To takie proste - dobry świat według mojego najlepszego przepisu.


OBROŃCY ZWIERZĄT. Dręczonych, gnojonych, torturowanych. Wciąż więcej nienawiści i agresji dla oprawców, niż rzeczywistej chęci pomocy dręczonym. Niczym nie zmącone istnienie Chin, które źle traktują Chiny.


Brakuje mi kawy do papierosa, gaszę. Zostawiam parówki dla psa i ruszam.

Ciąg dalszy w poniedziałek


Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 5










Ciężko się rozkręcam,
ale rozkręcam.


Rysunek: Andrzej Bobrowski



Jestem rozkręcony. Zbaczam w polną drogę; nie zobaczę rezerwatu ptaków. Co zobaczę? Po kwadransie droga kończy się. Biorę rower na ramię i biegnę, potem idę. Monotonia pola, tropy saren w oziminie, tropy w rzepaku, na budzącej się łące, znów w oziminie... Nie tylko las służy do produkcji tropów.


Płaszczyzna ciągnie się po horyzont, nic się nie dzieje. Nuda, ale też pojęcia nie mam, co takiego mógłbym teraz robić w Berlinie.




                                                               x x x


Zbliżam się do większej wsi. Dzieci puszczają latawca na łące.


Dwie listewki złączone na krzyż, obramowane szpagatem, naprężony papier i warkocz z pomarszczonych gazet. Za moment twarz namalowana na papierowej czaszy, spojrzy z wysokości wielkimi oczami. Lata temu też malowaliśmy wielkie oczy na latawcach.


Przy wjeździe do wsi, pod ławką leży pijak. Sprawdzam czy żyje.

- Piję, bo żona mnie nie lubi – ożywia się.
- A dlaczego cię nie lubi?
- Bo piję.


Logika mocna jak z żelaza. Wsiadam na rower.


Za wsią, policja zamaskowana w krzakach, zabija czas polując na ludzi spieszących samochodami w normalnych, prywatych życiowych sprawach.




                                                                         x x x


Nie mogę przypomnieć sobie twojej twarzy, ale widzę wyraźnie twoje czerwone buty, kiedy pakuję cię do pociągu Warszawa - Berlin. To już było po wojnie, ale komuna wciąż trzymała. Kupowaliśmy razem te buty i trochę drogich ciuchów. Wejdźmy tu – powiedziałaś i w sklepie jubilerskim kupiłem ci pierścionek. To nie był najpiękniejszy pierścionek świata. Pierwszy obiad z twoimi rodzicami. Z trudem ukrywali przerażenie, gdy powiedziałaś, że się zaręczyliśmy. Włożyli tyle wysiłku w wyprawę córki do lepszego świata...

Podobnie jak dzisiaj, tak i wtedy wyjazd z Polski uważany był za sukces, albo wielką szansę na życiowy sukces, choćby tylko za granicę, do głupiego Berlina.


Pociąg ruszył, życzyłem ci szczęścia i wszystkiego; życzyłem, żebyśmy się już nigdy nie spotkali.


Ponieważ straciłem wszystko i nie miałem już nic, to mogłem spokojnie sięgnąć po wszystko, bez obawy utraty czegokolwiek z tego, czego już nie miałem. I sięgnąłem.


Ciąg dalszy 21 kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 6






Trąbi samochód, czyjaś ręka macha w pozdrowieniu, też podnoszę rękę, macham. Pojęcia nie mam kto i z kim mnie pomylił.


Rysunek: Andrzej Bobrowski







Wieś. Właściwie dwa bloki mieszkalne. Wyrosły przy wielkiej oborze. Czarne byki mają białe łaty na łbach. Długie rzęsy i jasne obwódki wokół oczu, nadają im dziecinny wygląd pandy. Każdy waży pół tony. Może ich być dwa tysiące, a może tylko pięćset. Wielkie stado. Mają swobodny dostęp do wybiegu, którego koniec ginie gdzieś wśród drzew lasu. Robią co chcą, a ludzie im usługują - tak to wygląda dla rowerzysty na spacerze.


Buty ze skóry jakoś łatwiej przełknąć niż futro z lisów.


Nie miałem pojęcia, że w środku Europy ktoś jeszcze żyje z hodowli bydła. Myślałem, że krowy to już tylko Argentyna, Azja i fermy w Ameryce, gdzie zatrudnia się ludzi, którzy nie czytają książek. Myślałem, że w Unii nie ma już pracy dla analfabetów, tylko dopłaty, żeby sobie jakoś dożyli. Oni jednak pracują.


W jednym bloku jest „Klub". Mają czynne. Czekam chwilę w pustej sali zanim ktoś zejdzie z mieszkania na piętrze do pracy. Z czystego akwarium gapi się na mnie czerwona wyłupiasta ryba. Kokieteryjnie, może nawet zalotnie? Na wszelki wypadek przestaję się garbić.


Rozlega się stukot damskich obcasów na schodach. Z piętra schodzi kobieta. Kto wie, może zaraz w drzwiach stanie dziewczyna mojego życia?... Nasłuchuję. Drobienie obcasów, sekundy wloką się niemiłosiernie. Skrzypienie drzwi i...


- Ale na ciepło są aby flaki – spoglądam w stronę głosu.

Może przerwałem jej oglądanie serialu? Zaczynam się czuć winny.


- Mogą być flaki – mówię.

- Z bułką te flaki?


- Z bułką.

- Ale bułek nie ma, aby chleb – na pewno przerwałem jej serial.

- Może być chleb – wygląda na zaskoczoną moją zgodą.
- Ale chleb jest z piątku, nie z dzisiaj – nie daje za wygraną.


- Może być z piątku – wydaje mi się, że łapię zalotne spojrzenie czerwonej ryby, więc się zgadzam na chleb z piątku.


- To idę wstawić – obraca się, żeby pójść wstawić moje flaki.

- Ale!... - unoszę palec do góry i ona staje w miejscu. - Ale niech te flaki będą, kurwa , gorące!!! I niech mi tu włączy jakąś muzykę! - i ona bez słowa włącza radio i rusza grzać moje flaki.


Jedna z tych, które nadają się już tylko do gotowania zupy i narzekania na to. Czego oczekiwałem?


Głośne radio gra w pustej sali.

Głos puszczalskiego muzykę, długo, popisowo i zobowiązująco objaśniającego, co za chwile puści; muzyka może być już tylko tłem.


WIELCY PUSZCZALSCY MUZYKĘ W RADIU. Uzbrojeni w głos kaznodziei łaskawie dopuszczającego wiernych do tajemnicy, tonem odkrywcy objawiający - w gruncie rzeczy – zawsze bezpieczną dla nich muzykę, którą już można, bo zdążyła się już sprawdzić na listach całego świata. Wielcy puszczalscy muzykę, ile wykończyli naszych kapel, których wolno im było bezpiecznie nie puścić. Wielcy wystraszeni puszczalscy muzykę. Dotyczy to też puszczalskich, którzy uważają, że ich to nie dotyczy; tych dotyczy to zwłaszcza.


Nie czekam na te flaki, ani na chleb z piątku. Podchodzę do akwarium z czerwoną egzotyką i zostawiam przy nim ładny banknot zadośćuczynienia za moją tu chwilową, nieoczekiwaną obecność.

- Nasz łosoś jest lepszy, bo nie czerwienieje! Prawdziwy łosoś nigdy nie czerwienieje, mała. Wiedziałaś o tym?! - mówię do czerwonej ryby i ruszam dalej szukać dziewczyny mojego życia.


Ciąg dalszy 23. kwietnia

 

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 7


Jakaś droga. Po prawej pole, po lewej las. Potem pole znika, wszystko dziczeje, droga staje się wąwozem, opadającym stromo w dół.

Rysunek: Andrzej Bobrowski


Lecę razem z nim jak w tunelu – w górze światło słońca, na dole chłodny półmrok. Gałęzie bocznych ścian chlastają po rękach i ramionach, widzę tylko kilkanaście metrów przed sobą. Reszta chowa się za zakrętem i odsłania nagle, by znów zginąć za kolejnym zakrętem coraz głębszego wąwozu. Ściany zbliżają się do siebie, dnem płynie jakiś strumyk albo ściek, nie mam czasu żeby to sprawdzić, gnam za szybko i wciąż muszę uważać na gałęzie z boku. Wyskakuję na kamieniu, nie zwalniam, lecę, niech się dzieje... wylatuję z zakrętu wprost na gałąź - drewniane widły celują w oczy, nie ma mowy o hamowaniu. Pół sekundy mojego życia w zwolnionym tempie, oglądam wszystko jakby okiem kamery: puszczam kierownicę, odrzucam ciało do tyłu, skręcam się wyrzucając środek ciężkość poza obrys roweru, przelatuję pod widłami, rzucam się do przodu, łapię kierownicę, prostuję, jakiś kamień wyrzuca mnie jeszcze metr w górę, nogi wciąż na pedałach, ląduję na dwóch kołach, hamuję, ja piórkuję! Normalnie mistrz świata! A ja tu się zbieram do umierania; nic innego mi się nie chce robić tylko zbierać do umierania. Pół sekundy temu byłem innym człowiekiem.


Nie ma więcej zakrętów. Ostatnią prostą tunelu zamyka rozświetlone okno – za nim rozpalona słońcem łąka. Ktoś tam stoi. Chyba kobieta. Im bliżej, tym większa nadzieja – dziewczyna mojego życia czeka na mnie! Właśnie tutaj, w tej dzikości. Dla niej przeżyłem spotkanie z widłami, jestem gotów jak nigdy, przyspieszam.


- Dzień dobry – mówię, bo czuję że jednak coś powinienem.

Nie odpowiada. Stoi jak stała, żuje wargę, jak żuła. Nieoczekiwanie spluwa energicznie.
Od razu widać, że jeszcze wszystko sama koło siebie potrafi zrobić.


- Co za dzień! – mówię.


W górze rozlega się krakanie. Wrona przelatuje akurat nad naszymi głowami, niosąc w łapach swoje skurczone pięści, bo nie ma nic innego.

Ciąg dalszy 24. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 8


Para bocianów ocenia nogami stan swojego starego gniazda. Czy w tym Berlinie są w ogóle jakieś bociany?

Kobieta w samochodzie z naprzeciwka, w ciemnych okularach, trąbi, roześmiana macha ręką. Odpowiadam machnięciem. Nie zastanawiam się z kim mnie pomyliła.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Samochód na poboczu, otwarta klapa, ktoś przy nim majstruje.


- Zdechł, cholera – oświadcza twarz zaczerwieniona od przebywania w skłonie pod maską. Należy do człowieka wyglądającego jak podstarzały przedwojenny amant filmowy. Pomiędzy nami stoi rozchodząca się w szwach kobieta. Jest ubrana na niedzielę.


- Akurat jedziemy na pięćdziesięciolecie Franka – informują uszminkowane usta, jakbym był starym znajomym Franka.

- Ślubu? - zainteresowuję się.
- Nie, nie ślubu – 50 lat pracuje w rzeźni na posadzie wciąż – wyjaśnia z dumą ta sama buzia.
- Aaa!... - staram się, żeby w moim „Aaa!" pobrzmiewała wystarczająca ilość szacunku, zachwytu, zazdrości.
Kobieta łapie moją intencję i kiwając głową potakuje, że to naprawdę jest prawda. To, co ona uważa za powód do dumy i świętowania, dla mnie jest dowodem ludzkiego dramatu zmarnowania życia. 50 lat w jednej robocie, i jeszcze w rzeźni!


Pracę powinno się zmieniać raz w roku, dla higieny, nazwisko - co 5 lat, żeby się nie zanudzić, a pasje swoje co 10, dla uniknięcia rutyny – myślę, a do nich mówię:

- To co, spróbuję coś tutaj może.


Mężczyzna ustępuje miejsca i staje obok żony tak, że tworzą parę do zdjęcia dla światowego magazynu etnograficznego. Samochód jest mocno wysłużony i od razu widać, że od lat nikt do niego zaglądał. Wyjmuję z tyłu, zza paska nóż, żeby oskrobać końcówki świec i przeczyścić styki.

- Ale wielki nóż! - kobieta aż dotyka dłońmi skroni.
- Do obierania mandarynek w locie – dowcipkuję.
- Mandarynek?! - opuszcza dłonie na biodra.
- Wiadomo jakim oni teraz te mandaryny sypią świństwem – wyjaśniam. - Że jak się obłupuje, a potem dotknie palcami ust, to wyskakują bąble. Więc kiedy ktoś rzuca mi mandarynkę, to obieram ją w locie nożem, żeby nie tykać skórki - kończę, a oni się kompletnie nie śmieją. Potem kończę odkurzanie pod maską.


- Niech pan teraz spróbuje – mówię, i mężczyzna wsiada do auta, przekręca kluczyk... i samochód odpala, ku mojemu zaskoczeniu.


- No chodź Mirka ! - rozlega się przez okno i Mirka toczy się na swoje miejsce, a tocząc się wygląda jak bardzo elegancki pakunek, i patrzy we mnie i patrzy, i w końcu jej uszminkowana buzia mówi: - O ja! Taki nóż to jest Ho-ho! - i jest w tym i podziękowanie, podziw i zachwyt nabożny.


- Pozdrówcie Franka – kiwam im ręką już z roweru.

- A od kogo? - zaciekawia się jeszcze Mirka, zanim limuzyna uniesie ją na obchody.
- Od Nikogo.

Ciąg dalszy 25. kwietnia