20 września 2017, środa
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria (fragment opowiadania, str. 117)










Jeden pan jest tak dobrze wytrenowany do bycia lubianym, że nigdy nie mówi tego co myśli, ale to, co ludzie chcą usłyszeć. I zawsze ma coś do powiedzenia. Dusza towarzystwa po prostu. I nikt nie posądza go o bezmyślność, chociaż nigdy nie mówi co myśli.


W młodości lubił co prawda zabierać głos w zgodzie z samym sobą, ale gdy spostrzegł, że wtedy wszyscy są urażeni lub tylko znudzeni, zaniechał wyrażania myśli na rzecz bycia lubianym. Wiadomo, żeby być starym i cwanym, najpierw trzeba być młodym i głupim.


Nawet żona, dopiero po roku małżeństwa zorientowała się, że on ma swoje bardzo konkretne zdanie na rozmaite podstawowe życiowe tematy, w dodatku inne niż ona. Ale już było za późno, bo rzuciła dla niego pracę i nie stać jej było teraz na rozwód, jak większość żon. W środowisku, w którym był tak lubiany, przyjęła rolę tła, i środowisko przyjęło ją w tej roli z ulgą. Z czasem wytrenowała się do roli tła tak doskonale, jak on do bycia lubianym, więc zapraszano ich i zapraszano, i bywali i bywali...


- Czy to jest o Tadziu Hoffmanskim, panie Darku?

- Ochujałeś cycu rybi?! Tadziu Hoffmański jest poetą przeraźliwie autentycznym. Traktuje się tak serio, że wydaje się to nienaturalne i zawsze wypada jak karykatura samego siebie. Do śmierci będzie mieszkał sam w suterenie, którą mu przydzieliła gmina.


- No, ale chyba nie o mnie pan tak źle myśli, co panie Darku?

- Nie myślę o tobie źle; w ogóle o tobie nie myślę.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O kongresie literackim


Tego lata do trzygwiazdkowego ośrodka położonego nad sztucznym zalewem w Kutasinie Górnej zjechali literaturoznawcy, profesorowie polonistyki, eseiści i krytycy literaccy. Przybyli wszyscy, świadomi wagi rozmowy, która się odbędzie.


Ponieważ zostało sporo miejsc, dokwaterowano co bardziej prominentnych recenzentów, po trzech na pokój. Każdy otrzymał śniadanie, leżak na plaży oraz voucher na masaż.


W samo południe to szacowne grono zasiadło w sali konferencyjnej mieszczącej pół tysiąca publiczności. W toku gorącej, lecz kompetentnej dyskusji znaleziono odpowiedzi na wszystkie nierozstrzygnięte dotąd spory i zagadnienia. Wymieniono istotne trendy w polskiej literaturze współczesnej, a następnie podsunięto pisarzom zagadnienia, których podjęcie będzie zaszczytnym obowiązkiem. Wyznaczono kierunki rozwoju poezji, prozy i eseistyki na następne dekady oraz ustalono ze stuprocentową pewnością, kiedy ukaże się powieść totalna, na którą wszyscy czekają od trzydziestu lat, jeśli nie lepiej. Ujawniono też nazwisko autora tego wyjątkowego arcydzieła.


Ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, prelegenci w sposób jasny i niebudzący wątpliwości określili, jaką postawę winien przyjąć autor wobec zagadnień społecznych i perturbacji politycznych. Dzięki temu każdy literat może żyć i tworzyć bez żadnych aksjologicznych wątpliwości.


Tego dnia w Kutasinie Górnej zabrzmiało jeszcze wiele innych rewelacji. Świat nie dowie się o żadnej z nich, albowiem na kongres, prócz prelegentów, nikt nie przyszedł.



Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Marcel Marien

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ręcznik








Robię bigos.
Na sercu byka.
Bykiem był półtonowy wół piżmowy,
przez lata największa atrakcja tybetańskiego cyrku.


Protestujesz, wrzeszczysz, wściekasz się jak pierwsza naiwna. Moje wyobrażenie o tobie nie pozwala mi rozmawiać z tobą kiedy jesteś w takim stanie. Kończy się na tym, że robisz swój bigos, na swojej patelni. Ze zrzynków z renifera.


Gra radio. „Dear Alice” z Eddim Gomezem na basie. Śpiewa Gayle Moran. Poznaliśmy się przy tej muzyce. To był twój czas. Wtedy, kiedy był, mogłaś mieć każdego. A wybrałaś mnie. Wyciszają końcówkę, żeby podać prognozę pogody. Mówią że pogody nie będzie.


Nie mam apetytu, ty też. Mówisz, że chcesz pojechać na wczasy, do Afryki. Chcesz jeździć na dzikim słoniu i na wielbłądzie.

Dopiłem kompot z mirabelek, ledwo dziobnięty talerz schowałem na później do lodówki. Sekundę zastanawiałem się czy nie wyjąć ze słoika korniszona na drogę, ale wziąłem tylko z parapetu kluczyki i papiery do samochodu.

W sklepie afrykańskim mieli tylko osła i krokodyla. Słonia ani wielbłąda nie było. Wyjąłem telefon. Odebrałaś za trzecim razem. Powiedziałaś że nie chcesz osła. Wróciłem z krokodylem.

Wskoczyłaś na stół i nie chciałaś zejść, zupełnie jakbyś zobaczyła pająka albo mysz, a to był tylko krokodyl. Zresztą gad okazał się tępym bydlakiem, który przez cały czas szukał okazji, żeby nas pożreć. Złapałem go za ogon, wyciągnąłem z domu i wrzuciłem do stawu z żabami.

Gdy wróciłem, zeszłaś już ze stołu. Siedziałaś i dojadałaś swój bigos ze zrzynków renifera. Otworzyłem lodówkę, wyjąłem swój bigos z serca byka i usiadłem naprzeciw.

Rano poszedłem nad staw. Krokodyl zżarł wszystkie żaby razem ze szlamem i węża którego się bałaś. Zaciągnąłem go do auta i odwiozłem do sklepu, bez żądania zwrotu kasy; niech weźmie go sobie ktoś, kto jest w większej i prawdziwej potrzebie posiadania krokodyla. Bo przecież nie potrzebowaliśmy krokodyla.

Po obiedzie powiedziałaś, że idziesz popływać, ale nie zabrałaś ręcznika. Nie wracałaś długo, więc wziąłem ręcznik i poszedłem nad staw. Okazało się, że czekasz na ręcznik.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na gnu (opowiadanie)











Mieszkaliśmy w naszym domu na pustyni. Nikt nie musiał nas ratować i my nie musieliśmy ratować.



Za oknem było widać piasek i słońce, czasem czuć było wiatr, w nocy przychodził księżyc. Powiedziałaś, że musimy coś zrobić. Poszedłem do szopy i przyniosłem farby i pędzelki. Na wielkiej ścianie naszej sypialni namalowałaś trawy sawanny, baobab, akacje, żyrafę, czarnego tukana z żółtym dziobem i rzekę z krokodylami gotową na przeprawę gnu. Usiedliśmy na podłodze i czekaliśmy aż gnu nadejdą. Całymi tysiącami, jak mają w zwyczaju. W nocy znów przyszedł księżyc, ale gnu nie przyszły.

Rano domalowałaś dla zachęty trzy zebry, jednak gnu nie pojawiały się. Za oknem słońce smażyło piasek na patelni pustyni, bo było już południe. Wyjęłaś z lodówki arbuza i pokroiłaś go na zimne, przyjemne, różowe półksiężyce. Usłyszeliśmy rumor, i przez otwarte okno wskoczył do pokoju lew.

Widywaliśmy go już wcześniej, ale tylko przez lornetkę, jak na granicy zniechęcenia wciąż próbuje wytropić coś, czego na pustyni nie ma. Prawdopodobnie, wyposzczony monotonią pustki, uległ pokusie twojego soczystego obrazu oczekującego nadejścia gnu. Przysiadł na podłodze obok i dyszał nieprzyjemnie, aż spiorunowałaś go wzrokiem i przestał. Zapadło długie krępujące milczenie. Nieznośne.

Powiedziałaś żebym coś zrobił. Poszedłem do szopy po sztucer Remingtona. Wróciłem i znacząco odbezpieczyłem karabin. W dodatku oświadczyłaś, że nie brzydzę się przemocą. Lew spojrzał na mnie, a gdy potwierdziłem skinieniem głowy tę oczywistą nieprawdę, odbił się od podłogi i wskoczył w obraz.

Usłyszałem jego ryk, ale nie wiem czy pod baobabem, czy wśród akacji, spojrzałem na brzeg rzeki, tam, gdzie maiły nadejść gnu, ale już nic nie zobaczyłem, bo chlusnęłaś na ścianę wiadrem białej farby i obraz zniknął zanim nadeszły.

Wyjęłaś ze skrytki brązowy odkurzacz Zelmer i posprzątałaś po lwie. Potem, jak nigdy nic, zjedliśmy zimne, przyjemne, różowe półksiężyce arbuza i poczekaliśmy na księżyc. Nie zawiódł. Przyszedł wieczorem, jak zawsze. Księżyc nigdy nie zawodzi.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Przerwa, i po przerwie (opowiadanie)




W tamtym czasie mieszkaliśmy w koronach drzew.

Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy autem do sklepu i kupiliśmy kawałek starego lasu, a kiedy go przywieźli i rozładowali, ruszyliśmy po nim połazić. Wtedy natknęliśmy się na człowieka, który żył na drzewach. Dostarczyli go razem z kawałkiem lasu, który kupiliśmy.

Zapakowali też wiele innych żyjątek, ale żubra, jelonka, motylki i inne ozdoby odkryliśmy dużo później, jego wypatrzyłaś od razu.


Wyglądał na szczęśliwego, więc postanowiliśmy spróbować tak jak on zamieszkać w koronach drzew, bo nie mieliśmy nic przeciwko byciu szczęśliwymi. Nie kupiliśmy żadnej drogi prowadzącej do naszego lasu, więc nie dojeżdżały tu autobusy ani tramwaje i nie przybywał nikt, kto mógłby nam przeszkodzić w byciu szczęśliwymi.


Na gałęzi wielkiego, starego dębu znaleźliśmy zawieszone na nylonowej lince dokumenty: paragon zakupu uprawniający do zwrotu towaru w razie niezadowolenia, książkę zażaleń i gwarancję na trzy lata.


Zamieszkaliśmy po sąsiedzku, na drzewie obok tego zajętego przez człowieka kupionego z lasem. Nie miał nic przeciwko, a wkrótce wywiązały się pomiędzy nami dobrosąsiedzkie relacje: ty posyłałaś mu przez wiewiórkę świeżo upieczone, pachnące cynamonem pierniczki z lukrem, a on odsyłał odwrotnie prawdziwą płynną wodę deszczową, niechlorowaną, ty parzyłaś herbatę, a on przesyłał cygara skręcone z dobrego zioła. Naprawdę, ustawały powody dla których chciałoby nam się złazić z koron drzew na ziemię.


Zrozumiałem świat lamparta, obserwującego ze swego legowiska na górze to, co dzieje się na dole, i czułem się jak lampart. Po nocy pod niebem z gwiazdami, pachnącej świeżością pierwszego razu, zaczął nas budzić świt, i nastał ranek. Sąsiad nieoczekiwanie zlazł z wysokości na ziemię, więc i my, zaciekawieni, postanowiliśmy zrobić to samo. Pokazał nam gdzie rosną prawdziwe dzikie borówki. Rwaliśmy je garściami. Obok rosły też jagody, wielkie i czarne jak porzeczki. Trudno powiedzieć, co było lepsze. Zajadaliśmy się równo i borówkami i jagodami z radością odkrywcy. Po śniadaniu, sąsiad doprowadził nas przez chaszcze do słonecznej polanki. Tam nazbieraliśmy suszonych ziół, porobiliśmy skręty i powróciliśmy w korony drzew na relaks.


Zaciągaliśmy się raz po raz, bez zachłanności, tylko dla podtrzymania żaru. Patrzyłem w twoje oczy, a one wyglądały tak, jakby cieszyły się że w nie patrzę. Patrzyłem na twoje czoło nad oczami, na nos i na usta pod nimi, które uśmiechały się, jakby cieszyły że na nie patrzę. Patrzyłem na ciebie, a ty wyglądałaś na absolutnie szczęśliwą z tego powodu.


Pod wieczór człowiek na sąsiednim drzewie znów z niego zszedł, zrobiliśmy to samo. Pokazał nam gdzie rosną kurki. Były czyste, żółte, sprężyste, wyglądały zdrowo i świeżo. Nabieraliśmy sporo kurek, a człowiek rozpalił ognisko i pokazał jak upiec kurki żeby nie zrobił się z nich brejowaty sos. Zjedliśmy kurki bez obowiązkowego chleba. Zrobiła się już noc. Ognisko dogasało, więc człowiek podsycił je suchymi gałęziami.


W sumie mieliśmy już wracać w korony drzew, gdy rozległa się syrena i pojawiła się nieprzyjazna straż pożarna uzbrojona w swoje regulaminowe racje. Zaraz za nimi nadjechała błyskająca ostrymi światłami, wyjąca dyskoteka radiowozu. Nie miałaś ochoty na kontakt z policją stworzoną do bicia ludzi za pieniądze. Podeszłaś do wielkiego starego dębu, zerwałaś z gałęzi zwisające na nylonowej taśmie dokumenty zakupu, wybrałaś numer sklepu i zdecydowanym tonem oznajmiłaś chęć zwrócenia towaru oraz zażądałaś zwrotu pieniędzy. Jako uzasadnienie podałaś, że od zarania dziejów las służy ludziom do palenia ognisk w podstawowych celach bytowych, a ten nie, więc uważasz go za wybrakowany. Reklamację przyjęto. Zgodnie z procedurami określonymi w umowie, serwis przyjechał w ciągu kwadransa i spakował nasz były las razem z ogniskiem, sąsiadem, strażą i agresywną policją, jeszcze zanim ta zdołała rozpakować swój ulubiony paralizator.


Zostaliśmy sami. Wciąż była noc, wciąż na niebie świeciły gwiazdy. Ująłem cię za rękę i wróciliśmy do domu. Ty pierwsza wzięłaś prysznic. Kiedy brałem go ja, rozesłałaś na łóżku nową, dobrze wyprasowaną, pachnącą pościel.


Jak dobrze wziąć gorący prysznic po tak długiej przerwie, pomyślałem.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W domu (opowiadanie)

Powiedziałaś przy śniadaniu, że nasz dom cię przytłacza, że wygląda jak opustoszały: przestrzenie, szkło, nikiel, marmury, porcelana, obrazy; nieprzyjemne muzeum, sterylne laboratorium. Powiedziałaś, że chcesz mieć jakieś zwierzątko. Zapytałem jakie. Chciałabyś mieć kreta, z matowym, puszystym futerkiem i różowym noskiem. Dojadłem bułkę z suszoną kiełbasą, dopiłem herbatę. Bułkę z dżemem żurawinowym na razie zostawiłem, może poczekać.




Założyłem buty, polazłem do szopy i wyjechałem z niej taczką. Na taczce miałem łopatę i kilof. Przywiozłem z łąki czarną, wilgotną ziemię na mieszkanie dla kreta w naszym mieszkaniu. Usypałem duży kopiec na marmurowej posadzce i dojadłem bułkę z dżemem żurawinowym. Podałaś kawę w najlepszym serwisie od mamy. Potem wsiedliśmy do auta, zapaliliśmy papierosy i zaciągaliśmy się. W dobrych nastrojach jechaliśmy do zoo sklepu.

W sklepie nie mieli nic z kretów. Wyjaśnili, że krety są jeszcze pod ochroną, więc w najbliższym czasie nie spodziewają się dostawy. Uprzejmie zaproponowali rybki. Nie chciałaś rybek. Próbowali zainteresować cię papużką, lecz im się nie udało. Wtedy pojawił się sam kierownik sklepu i przyniósł pudełko. Otworzył wieko i wyjął gekkona. Zachwalał go jako jaszczurkę, którą, jak się puści na mnóstwocalowy ekran telewizora, to łazi po nim z góry na dół i z powrotem, bo ma przyssawki na łapach. Nie mieliśmy telewizora, więc nie wzięliśmy gekkona, żeby się nie męczył nie mając po czym łazić.

Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad. Wziąłem z szopy łopatę, poszedłem na ogród i zasadziłem się w warzywnych grządkach. Do wieczora nic się nie działo, potem zresztą też nic. Dopiero o świcie usłyszałem lepki ślizg uciekających przed czymś dżdżownic i pojawił się on. Poczekałem aż podje i zacznie usypywać kopczyk, wtedy podważyłem ziemię łopatą i przeniosłem bezbronnego kreta do nowego domu w naszym mieszkaniu. Błyskawicznie zniknął w kopcu usypanym na marmurowej posadzce. Gdy się obudziłaś już go nie było widać.

Siedziałaś przed kopcem cały dzień, ale kret się nie pokazał. Zapytałaś czy on na pewno tam jest, czy tylko żartuję. Przez następny dzień też do ciebie nie wyszedł. Zapewniłem, że kret jest w kopcu na sto procent, ale nie wiem czy mi uwierzyłaś. Rozumiałem, że jest inaczej niż miało być. Miało być zwierzątko z matowym, puszystym futerkiem i ruchliwym różowym noskiem, a jest tylko nieruchomy, nudny kopiec ziemi.

Każdego dnia pytałaś, czy kret tam ciągle jest, a ja zapewniałem, że tak. Po tygodniu miałem dosyć twoich podejrzeń i postanowiłem ci to udowodnić. Zacząłem rękami rozkopywać kopiec ziemi i rozkopałem go do ostatniej grudki, aż do marmurowej posadzki. Kreta nie było.

Nie miałem odwagi spojrzeć ci w twarz. Nic nie powiedziałem, bo o nic nie zapytałaś. Poszłaś spać do swojego pokoju.

Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się mogło stać.

Rysunek: Anna Cięciel

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Długie łatwe popołudnie (opowiadanie)

Usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem. Pani ubrana w perły i pan z teczką mieli dobre twarze uzbrojone w entuzjazm, w kącikach ust czaił im się gotowy do startu uśmiech. Zamknąłem drzwi, bo wiedziałem że będą chcieli sprzedać mi coś, o czym bym nawet nie pomyślał. Zapukali jeszcze raz, z taką samą kulturą, w której czaiła się pewność swych racji.




Otworzyłaś ty. Wpuściłaś panią ubraną w perły i pana z teczką. Wyszedłem do szopy, otworzyłem beczkę, nabrałem z wnętrza pół wiaderka czarnej mazi, wziąłem pod rękę drabinę, szczotkę i poszedłem smołować dach. Grzało słońce, więc smołowało się dobrze. Ale przykleił się motyl, duży i niebieski. Kiedy udało mi się go oswobodzić, był już cały utytłany w dziegciu. Musiałem go dobić żeby nie cierpiał. Dokończyłem smołowanie i wróciłem do domu. Twoich gości już nie było. Powiedziałaś, że miałem rację zamykając im drzwi przed nosem, bo to byli oszuści. Chcieli ci sprzedać zapałki za pięć dolarów, a dopiero kiedy odmówiłaś stanowczo, zaproponowali nowoczesne zapalniczki żarowe za dwa i pół dolary sztuka. Kupiłaś dwie, bo przecież nie dasz się nabrać na zapałki za pięć dolców, skoro w cenie jednego pudełka można mieć dwie bardzo fajne żarowe zapalniczki. Dla mnie wybrałaś z niebieskim motylem, dla siebie z różowym królikiem.

Obejrzałem zapalniczki. Były fajne, bardzo nowoczesne, żarowe, takie, jakie rozdają za darmo na stoiskach reklamowych. Teraz pozostało jeszcze tylko znaleźć dla nich zastosowanie. Odkulałem jeża drzemiącego pod drzwiami garażu, wyprowadziłem auto i pojechałem do miasta kupić papierosy. Przywiozłem różową paczkę dla ciebie i niebieską dla mnie. Odpaliliśmy zapalniczki z motylem i z królikiem. Paliliśmy zaciągając się.

Zaparzyłaś kawę, a ja zmiksowałem jarmuż z bananem, ananasem i pietruszką. Usiedliśmy na podłodze, znowu odpaliliśmy zapalniczki. Zapowiadało się długie, łatwe, przyjemne popołudnie.


Rysunek: Andrzej Bobrowski




Charles Bukowski komentarzy: 0

Kawałek Faktotum

Charles Bukowski komentarzy: 0

O starości i o młodości

Charles Bukowski komentarzy: 0

- Jesteś najmniej znanym sławnym facetem, jakiego znam.

Cezary Krysztopa komentarzy: 0

Orędzie pana króla do narodu

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Sen o podboju Tarnowa





W moim śnie włamuję się do krakowskiego ogrodu zoologicznego i uwalniam trzy słonie indyjskie, które tam zamieszkują.


Nie wiem, co prawda, czy w Krakowie żyją akurat trzy słonie, ale w moim śnie tyle ich tam było.


Ze zwierząt formuję armię na wzór wielkiego Hannibala. Dosiadam największej sztuki, dwie pozostałe wiernie podążają za mną. Schodzimy krętą drogą ze wzgórza Pustelnik, maszerujemy przez uśpiony Salwator, Łagiewniki, Wieliczkę. Nikt nas nie zatrzymuje. Zagubieni imprezowicze upuszczają butelki i przyklękają na jedno kolano.


Prowadzę swoje słonie nową autostradą. Kierowcy zwalniają albo trąbią na wiwat. Najodważniejsi porzucają swoje samochody i podążają za mną, zbrojni w lewary, siekierki strażackie i puszki Harnasia osadzone w skarpetkach.


W ten sposób do rogatek Tarnowa dociera zorganizowana spontanicznie armia. Bitwa rozgrywa się w krwawych promieniach świtu. Siły tarnowian, mimo męstwa, zostają stratowane, a nawet rozgromione.


Do drugiego starcia dochodzi przed ratuszem, już w pełnym słońcu. Urzędnicy, strażnicy miejscy, nieliczni policjanci oraz kontrolerzy biletów srożą się za pasem wilczych dołów i naprędce wzniesionych fortyfikacji. Atakuję klinem, którego dziób stanowią moje trzy słonie i ja sam, wymachujący zajuszoną pałką. Po kwadransie pada ostatni bohaterski kanar, zatłuczony własnym terminalem.


Taranuję bramę i wdzieram się do ratusza, gdzie wciąż broni się burmistrz, skryty za szpalerem biustów swoich sekretarek. Opada kurz. Schodzę ze słonia, ze szczątek burmistrza wygrzebuję klucze do miasta i zasiadam w gabinecie. Sen dobiega końca w tym właśnie momencie.


Nie mam pojęcia, czemu śnią mi się takie rzeczy, ale chyba niezbyt dobrze świadczą o mojej osobie. Znamionują niepotrzebne okrucieństwo i poszukiwanie chwały niewielkim kosztem. Niewiele wiem o Tarnowie, ale wydaje się miastem spokojnym, sympatycznym i bardzo łatwym do podbicia.



Źródło, Klick!!!