22 października 2017, niedziela
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 6






Trąbi samochód, czyjaś ręka macha w pozdrowieniu, też podnoszę rękę, macham. Pojęcia nie mam kto i z kim mnie pomylił.


Rysunek: Andrzej Bobrowski







Wieś. Właściwie dwa bloki mieszkalne. Wyrosły przy wielkiej oborze. Czarne byki mają białe łaty na łbach. Długie rzęsy i jasne obwódki wokół oczu, nadają im dziecinny wygląd pandy. Każdy waży pół tony. Może ich być dwa tysiące, a może tylko pięćset. Wielkie stado. Mają swobodny dostęp do wybiegu, którego koniec ginie gdzieś wśród drzew lasu. Robią co chcą, a ludzie im usługują - tak to wygląda dla rowerzysty na spacerze.


Buty ze skóry jakoś łatwiej przełknąć niż futro z lisów.


Nie miałem pojęcia, że w środku Europy ktoś jeszcze żyje z hodowli bydła. Myślałem, że krowy to już tylko Argentyna, Azja i fermy w Ameryce, gdzie zatrudnia się ludzi, którzy nie czytają książek. Myślałem, że w Unii nie ma już pracy dla analfabetów, tylko dopłaty, żeby sobie jakoś dożyli. Oni jednak pracują.


W jednym bloku jest „Klub". Mają czynne. Czekam chwilę w pustej sali zanim ktoś zejdzie z mieszkania na piętrze do pracy. Z czystego akwarium gapi się na mnie czerwona wyłupiasta ryba. Kokieteryjnie, może nawet zalotnie? Na wszelki wypadek przestaję się garbić.


Rozlega się stukot damskich obcasów na schodach. Z piętra schodzi kobieta. Kto wie, może zaraz w drzwiach stanie dziewczyna mojego życia?... Nasłuchuję. Drobienie obcasów, sekundy wloką się niemiłosiernie. Skrzypienie drzwi i...


- Ale na ciepło są aby flaki – spoglądam w stronę głosu.

Może przerwałem jej oglądanie serialu? Zaczynam się czuć winny.


- Mogą być flaki – mówię.

- Z bułką te flaki?


- Z bułką.

- Ale bułek nie ma, aby chleb – na pewno przerwałem jej serial.

- Może być chleb – wygląda na zaskoczoną moją zgodą.
- Ale chleb jest z piątku, nie z dzisiaj – nie daje za wygraną.


- Może być z piątku – wydaje mi się, że łapię zalotne spojrzenie czerwonej ryby, więc się zgadzam na chleb z piątku.


- To idę wstawić – obraca się, żeby pójść wstawić moje flaki.

- Ale!... - unoszę palec do góry i ona staje w miejscu. - Ale niech te flaki będą, kurwa , gorące!!! I niech mi tu włączy jakąś muzykę! - i ona bez słowa włącza radio i rusza grzać moje flaki.


Jedna z tych, które nadają się już tylko do gotowania zupy i narzekania na to. Czego oczekiwałem?


Głośne radio gra w pustej sali.

Głos puszczalskiego muzykę, długo, popisowo i zobowiązująco objaśniającego, co za chwile puści; muzyka może być już tylko tłem.


WIELCY PUSZCZALSCY MUZYKĘ W RADIU. Uzbrojeni w głos kaznodziei łaskawie dopuszczającego wiernych do tajemnicy, tonem odkrywcy objawiający - w gruncie rzeczy – zawsze bezpieczną dla nich muzykę, którą już można, bo zdążyła się już sprawdzić na listach całego świata. Wielcy puszczalscy muzykę, ile wykończyli naszych kapel, których wolno im było bezpiecznie nie puścić. Wielcy wystraszeni puszczalscy muzykę. Dotyczy to też puszczalskich, którzy uważają, że ich to nie dotyczy; tych dotyczy to zwłaszcza.


Nie czekam na te flaki, ani na chleb z piątku. Podchodzę do akwarium z czerwoną egzotyką i zostawiam przy nim ładny banknot zadośćuczynienia za moją tu chwilową, nieoczekiwaną obecność.

- Nasz łosoś jest lepszy, bo nie czerwienieje! Prawdziwy łosoś nigdy nie czerwienieje, mała. Wiedziałaś o tym?! - mówię do czerwonej ryby i ruszam dalej szukać dziewczyny mojego życia.


Ciąg dalszy 23. kwietnia

 

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 7


Jakaś droga. Po prawej pole, po lewej las. Potem pole znika, wszystko dziczeje, droga staje się wąwozem, opadającym stromo w dół.

Rysunek: Andrzej Bobrowski


Lecę razem z nim jak w tunelu – w górze światło słońca, na dole chłodny półmrok. Gałęzie bocznych ścian chlastają po rękach i ramionach, widzę tylko kilkanaście metrów przed sobą. Reszta chowa się za zakrętem i odsłania nagle, by znów zginąć za kolejnym zakrętem coraz głębszego wąwozu. Ściany zbliżają się do siebie, dnem płynie jakiś strumyk albo ściek, nie mam czasu żeby to sprawdzić, gnam za szybko i wciąż muszę uważać na gałęzie z boku. Wyskakuję na kamieniu, nie zwalniam, lecę, niech się dzieje... wylatuję z zakrętu wprost na gałąź - drewniane widły celują w oczy, nie ma mowy o hamowaniu. Pół sekundy mojego życia w zwolnionym tempie, oglądam wszystko jakby okiem kamery: puszczam kierownicę, odrzucam ciało do tyłu, skręcam się wyrzucając środek ciężkość poza obrys roweru, przelatuję pod widłami, rzucam się do przodu, łapię kierownicę, prostuję, jakiś kamień wyrzuca mnie jeszcze metr w górę, nogi wciąż na pedałach, ląduję na dwóch kołach, hamuję, ja piórkuję! Normalnie mistrz świata! A ja tu się zbieram do umierania; nic innego mi się nie chce robić tylko zbierać do umierania. Pół sekundy temu byłem innym człowiekiem.


Nie ma więcej zakrętów. Ostatnią prostą tunelu zamyka rozświetlone okno – za nim rozpalona słońcem łąka. Ktoś tam stoi. Chyba kobieta. Im bliżej, tym większa nadzieja – dziewczyna mojego życia czeka na mnie! Właśnie tutaj, w tej dzikości. Dla niej przeżyłem spotkanie z widłami, jestem gotów jak nigdy, przyspieszam.


- Dzień dobry – mówię, bo czuję że jednak coś powinienem.

Nie odpowiada. Stoi jak stała, żuje wargę, jak żuła. Nieoczekiwanie spluwa energicznie.
Od razu widać, że jeszcze wszystko sama koło siebie potrafi zrobić.


- Co za dzień! – mówię.


W górze rozlega się krakanie. Wrona przelatuje akurat nad naszymi głowami, niosąc w łapach swoje skurczone pięści, bo nie ma nic innego.

Ciąg dalszy 24. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 8


Para bocianów ocenia nogami stan swojego starego gniazda. Czy w tym Berlinie są w ogóle jakieś bociany?

Kobieta w samochodzie z naprzeciwka, w ciemnych okularach, trąbi, roześmiana macha ręką. Odpowiadam machnięciem. Nie zastanawiam się z kim mnie pomyliła.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Samochód na poboczu, otwarta klapa, ktoś przy nim majstruje.


- Zdechł, cholera – oświadcza twarz zaczerwieniona od przebywania w skłonie pod maską. Należy do człowieka wyglądającego jak podstarzały przedwojenny amant filmowy. Pomiędzy nami stoi rozchodząca się w szwach kobieta. Jest ubrana na niedzielę.


- Akurat jedziemy na pięćdziesięciolecie Franka – informują uszminkowane usta, jakbym był starym znajomym Franka.

- Ślubu? - zainteresowuję się.
- Nie, nie ślubu – 50 lat pracuje w rzeźni na posadzie wciąż – wyjaśnia z dumą ta sama buzia.
- Aaa!... - staram się, żeby w moim „Aaa!" pobrzmiewała wystarczająca ilość szacunku, zachwytu, zazdrości.
Kobieta łapie moją intencję i kiwając głową potakuje, że to naprawdę jest prawda. To, co ona uważa za powód do dumy i świętowania, dla mnie jest dowodem ludzkiego dramatu zmarnowania życia. 50 lat w jednej robocie, i jeszcze w rzeźni!


Pracę powinno się zmieniać raz w roku, dla higieny, nazwisko - co 5 lat, żeby się nie zanudzić, a pasje swoje co 10, dla uniknięcia rutyny – myślę, a do nich mówię:

- To co, spróbuję coś tutaj może.


Mężczyzna ustępuje miejsca i staje obok żony tak, że tworzą parę do zdjęcia dla światowego magazynu etnograficznego. Samochód jest mocno wysłużony i od razu widać, że od lat nikt do niego zaglądał. Wyjmuję z tyłu, zza paska nóż, żeby oskrobać końcówki świec i przeczyścić styki.

- Ale wielki nóż! - kobieta aż dotyka dłońmi skroni.
- Do obierania mandarynek w locie – dowcipkuję.
- Mandarynek?! - opuszcza dłonie na biodra.
- Wiadomo jakim oni teraz te mandaryny sypią świństwem – wyjaśniam. - Że jak się obłupuje, a potem dotknie palcami ust, to wyskakują bąble. Więc kiedy ktoś rzuca mi mandarynkę, to obieram ją w locie nożem, żeby nie tykać skórki - kończę, a oni się kompletnie nie śmieją. Potem kończę odkurzanie pod maską.


- Niech pan teraz spróbuje – mówię, i mężczyzna wsiada do auta, przekręca kluczyk... i samochód odpala, ku mojemu zaskoczeniu.


- No chodź Mirka ! - rozlega się przez okno i Mirka toczy się na swoje miejsce, a tocząc się wygląda jak bardzo elegancki pakunek, i patrzy we mnie i patrzy, i w końcu jej uszminkowana buzia mówi: - O ja! Taki nóż to jest Ho-ho! - i jest w tym i podziękowanie, podziw i zachwyt nabożny.


- Pozdrówcie Franka – kiwam im ręką już z roweru.

- A od kogo? - zaciekawia się jeszcze Mirka, zanim limuzyna uniesie ją na obchody.
- Od Nikogo.

Ciąg dalszy 25. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 9





Przelatują dwa motocykle. Piękne, kolorowe, prawdziwe dzieła sztuki. Z grubasami w skórach; wyrafinowana estetyka motorów, a język ich właścicieli – wolę o tym nie myśleć.


Rysunek Andrzeja Bobrowskiego






Za mną agresywne, mściwe trąbienie. Niebieski samochód za pół miliona.

Dlaczego najlepszymi wózkami zawsze wożą się gnoje?


Znów trąbienie! Szoferakowi w furgonetce życzę odwetowo wszystkiego najgorszego. Za chwilę odwołuję te życzenia - jadę przecież asfaltem, gdy obok biegnie równolegle droga dla rowerów! Zjeżdżam niezwłocznie na ścieżkę wyznaczoną dla takich jak ja. Chociaż jest niewygodna, z przyjemnością chronię się w bezpiecznej poprawności, która pozwala mi nie uważać i nie myśleć, teraz inni muszą uważać i myśleć za mnie.



                                                                                 x x x


Człowiek, który kiedyś był mną, jeździł tą samą szosą na rowerze. Wiem więc, że za wsią będzie rzeka, przy moście powinna rosnąć wielka wierzba. Kiedy stawało się pod nią, było się jak pod ogromnym kloszem z opadających w dół gałęzi. Wierzbowy świat, odcięty od reszty zieloną ścianą, z której waliły cienkie snopy słońca przez dziury w kloszu.


Wierzbowy świat wciąż jest! Drzewo stoi jeszcze większe. Nigdy cię tu nie zabrałem. Byłem tu już z kimś innym.



                                                                                x x x


Dojeżdżam do domu bogacza. Jest teraz jeszcze większy. Na planie pałacu. Z ciężką bramą i podjazdem pod wejście z kolumnami. Przez trzydzieści lat obrósł nowymi zabudowaniami, altankami, mostkami na sztucznym strumieniu, egzotyczna roślinność eksplodowała do gigantycznych rozmiarów przyciętego ze znawstwem parku. Trudno przestać być bogatym. Łatwiej jest wciąż nim być. Osobiście słyszałem tylko o dwóch przypadkach ludzi, którzy sami zrezygnowali z bogactwa, i od razu tak porazili niezwykłością, że uznano ich za świętych, a czyn wyniesiono na ołtarze: św. Albert i św. Teresa.


I nikt nie rabuje bogatych żeby rozdawać biednym, ale żeby samemu stać się bogatym – przychodzi mi do głowy, gdy muszę sięgnąć po dzwoniący telefon.


- Dzisiaj znowu nie zjadłeś całej czekolady z orzechami. Ani nawet pół, a nawet nic - słyszę żonę.

- Zjem jutro – mówię do kawałka plastiku, nie zatrzymując się.


- O ile będzie jakieś jutro... – plastik powątpiewa głosem mojej żony.

- Będzie, bo zawsze było, więc czemu by akurat jutro miało nie być, skoro może?


- Obiecujesz? Jesteś chociaż pewien? - żona przebija się przez plastik

- Pewien, to jestem jednej rzeczy: żeby coś dzisiaj w życiu osiągnąć, to trzeba być bardzo przeciętnym; po prostu nikim.


- Coraz bardziej dziadziejesz na tych swoich wypadach – słyszę zdanie wypowiadane głosem terapeuty. - Wystarczą dwie, trzy godziny poza domem i od razu robisz się głęboki jak stary dziadyga.

- To przestaje wyglądać na naszą najbardziej udaną rozmowę – ostrzegam.


- A gdzie w ogóle jesteś?

- Minąłem dom bogacza.


- Tego, co ma pałacyk z ogródkiem z plastiku?

- Tego – potwierdzam.


- O!.. To ty nie wrócisz za godzinkę, jak obiecałeś...

- Ale wrócę.


- A masz chociaż chusteczki do nosa?

- Kupię sobie.


- Ciekawe gdzie, przecież tam jest 600 hektarów odludzia!

- Po co właściwie dzwonisz?


- Nudzi mi się.


Wjeżdżam w 600 hektarów pola.

Ciąg dalszy 26. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 10

Nieoczekiwanie odkrywam, że równinę przecina rzeka. A właściwie strumień. Zsiadam, kucam. Na dnie widzę rybę, prawdopodobnie pstrąga. Pstrąg patrzy na mnie bez strachu, ale z zainteresowaniem. Zupełnie jak ja na niego. Patrzymy na siebie ładną chwilę, a potem on odpływa, a ja odjeżdżam szukać miejsca, w jakim powinienem się znaleźć, żeby spotkać dziewczynę mojego życia

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Wielka łąka. Za jej bezkresem już nic, tam mogą być tylko nieznane kraje – Butan, a nawet Chiny. Ale jest las, a raczej kawałek lasu. Za to z prawdziwymi drzewami. Wpadam tam, żeby się wysikać w naturalnej osłonie przed wiatrem. Nagle dostrzegam człowieka. Jest speszony moim nieoczekiwanym pojawieniem; przerwałem mu samobójstwo. Stoimy zakłopotani, gdy dzwoni telefon. Odbieram, żeby zyskać na czasie.


- Jemy stanowczo za mało warzyw – objawia teatralnie zatroskany głos żony.

- I musiałaś mi to powiedzieć akurat teraz?


- A co, miałam zadzwonić do Aldony?

- Ja mogę zadzwonić do Aldony w tej sprawie.


- Sama później zadzwonię do Aldony i trochę postękam.

- Jak chcesz.


- Wcale nie jest jak chcę

- Ok, dzwoń do Aldony.


On już zdążył odwrócić się i zniknąć. Jeszcze słyszę odgłosy łamanych gałęzi, na które następuje uciekający, zawstydzony człowiek.


Wciąż przydaje się do czegoś ta moja biedna żona – myślę i powracam do roweru. Przede mną typowy, nużący monotonią nizinny krajobraz. Postanawiam szybko pojechać, zobaczyć czy nie ma mnie w jakimś ciekawszym miejscu.


Jadę w kierunku
możesz zabłądzić.

Ciąg dalszy 28. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 12




Przystanek autobusowy na rozdrożu, w szczerym polu. Dwie linijki rozkładu jazdy i wielka tablica z zakazem palenia. Przy niej, wystrojony w białą koszulę do miasta - wiejski poeta (filozof, albo inna pierdoła) zaciąga się bez filtra.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



- Ukryta kamera?... – rozglądam się - dookoła żywej duszy. W każdym razie, zsiadam z roweru.


- Wstałem dzisiaj pół godziny przed przebudzeniem – zagaja (Pythonem, nic nie szkodzi, wszystko wybaczone) zanim jeszcze zdążam powiedzieć dzień dobry, więc po prostu siadam obok, czekając na ciąg dalszy. Który jednak nie następuje; siedzę obok wystrojonego faceta, który co jakiś czas puszcza chmurę na tablicę z zakazem palenia.


- Ranny ptaszek – przerywam ciszę, bo czuję, że czeka na jakieś ośmielenie. - Zawsze tak wcześnie wstajesz, przed przebudzeniem?

- Tylko jak rzucam palenie.


- A dzisiaj akurat rzucasz?

- Co niedzielę! - chwali się. - Przychodzę tu ze wsi, szmat drogi na powietrzu, wentyluję ciało i mózg, potem wypalam kilka pod rząd bez przyjemności, żeby się upewnić, że rzuciłem.


- Wielu dzisiaj rzuca, taka moda – studzę jego zapał. - No i umiera przez to coraz więcej ludzi niepalących.

- Najwięcej wypadków na drodze powodują ludzie trzeźwi, ale czy z tego wynika, że dla zwiększenia bezpieczeństwa należy pić? - odgryza się.


- Ty nie umrzesz?

- Każdy powinien umrzeć, zanim stanie się za cwany. Bo inaczej, stałby się za mądry. Wszystko by go śmieszyło w pewnym momencie. I nie chciałoby mu się rozmnażać. I gatunek byłby zagrożony. Dlatego człowiek musi umrzeć, zanim stanie się za cwany, zanim stanie się zagrożeniem.


- A ja tu, widzisz, jadę szukać dziewczyny mojego życia – zmieniam temat na bardziej przyziemny. - Nie widziałeś jej gdzieś tutaj, jak tyle łazisz wentylować ciało na bezdrożach?

- Nie, nie widziałem dziewczyny twojego życia. Swojej zresztą też nigdzie tu nie spotkałem.


- Może powinieneś zacząć rzucać palenie w jakimś innym, nowym miejscu? Może tam by ci się udało ją napotkać.

- Kiedy tu mi się najlepiej rzuca.


- Nie korci cię, żeby wsiąść do pierwszego lepszego autobusu?

- Tu nie jeżdżą autobusy.


- Przecież jest przystanek!

- A co... – puszcza mi chmurę w twarz – nie podoba ci się mój przystanek?


- Może kiedyś przyjedzie tu jakiś autobus i cię stąd zabierze.

- Tutaj nie jeżdżą autobusy – powtarza tonem człowieka pewnego swych racji.


Uzbrojonego w tę pewność, postanawiam go zostawić. I zostawiam.

Ciąg dalszy 30. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 13







Telefon. Teatralny głos żony.


Rysunek: Andrzej Bobrowski






- Mówią, że będzie padać!

- Kto tak mówi?


- Telewizor

- I?...


- Robi się ciemno, ma być burza, musisz wracać, gdzie jesteś?

- Bladego pojęcia nie mam gdzie jestem.


- Dobra, to nie ruszaj się stamtąd nigdzie. Przyjadę po ciebie za kwadrans

- Nawet o tym nie myśl.


- Tylko żartowałam przecież.



                                                         x x x


Zaczyna padać jak cholera. Chowam się w stogu słomy – wyjmuję z niego parę snopów i z wnętrza pieczary gapię się na kawałek świata cięty gradem. Burza stulecia? W prostokątnym ekranie słomianego telewizora pojawia się nagle małe zwierzątko – kuna?, tchórz?, łasica? Rozlega się szelest słomy i przybysz znika gdzieś obok, nade mną, albo pod moją podłogą. Jestem mniej straszny od gradowych błyskawic.


Burza kończy się równie nagle, jak się zaczęła; po prostu, zabiera swoje przybory: grady, błyskawice, bicze wodne, strugi i idzie sobie straszyć w inne miejsce. Wygramalam się ze swojej pieczary prosto w ciąg dalszy słonecznego dnia. Ścieram rękawem krople z siodła i ruszam dalej swoją drogą. Zwierzątko pewnie za chwilę zrobi to samo: dotrze tam, dokąd się wybierało.




                                                          x x x


Przez drogę przebiegają trzy dziki. Nie wiem skąd się wzięły i one też nie wiedzą skąd ja tu nagle. Stają jak wryte i ja też staję jak wryty.


- Chuuuu!!! – pohukuję jak torreador i tupię nogą.

Powinny zerwać się do oszalałej ucieczki, ale one chyba nic o tym nie wiedzą.


- Chuuuu!!! – świnie gapią się na mnie coraz bezczelniej, a ja dostrzegam jakie są wielkie i – głowę daję – wciąż rosną! W dodatku zaczynają coś chrumkać pomiędzy sobą, a potem pohukiwać na mnie: - U!, U!!, Uhr!!! – ryczy stado gotowe do ataku.


- Kiedy ruszą, przeskoczę ponad pierwszym, odbiję się od grzbietu drugiego, a lądując złapię ostatniego za ogon i wyrżnę nim o ziemię, dalej będę improwizował – taki mam tylko plan i wielką wiarę w moc zakręcenia nad głową dwustukilowym dzikiem, gdy dzwoni telefon: dzyń, dzyń, dzyń... Dziki zrywają się do ucieczki.


- Gdzie jest pilot od telewizora?! – z telefonu bije arktyczny chłód, który na mnie nie robi już wrażenia.

- Zadzwoniłaś w samą porę – mówię rozbawiony. - Naprawdę się cieszę.


- Akurat... A nie wiesz może, gdzie znajdę pilota? - telefon pyta już teraz ludzkim głosem.

- Nie wiem. Zadzwoń do Aldony – radzę.


- Dzwoniłam do Aldony, ale nie odbiera.

- Na pewno zaraz oddzwoni. Ja nawet nie wiem gdzie się podziały pestki z pomarańczy, co zawsze były, a od paru lat ich nie ma. I nie mów mi, że to dobrze, bo oznacza że postęp wciąż postępuje.


- Jak zwykle, zmieniasz temat. Mistrz uniku. A ja dalej nie mam pilota.

- Cieszę się, że zadzwoniłaś, naprawdę. Nie masz pojęcia, jak twój telefon zmienił sytuację.


- Jaką sytuację?

- Nie muszę już kręcić tym odyńcem nad głową i walić nim o ziemię.


- Jezu! Sama poszukam tego pilota...


Po dzikach zostały tylko tropy. Wielkie jak końskie kopyta. Kto wie, może telewizja uratowała mi życie?


A właściwie, kto wyciąga te pestki z pomarańczy, grejpfrutów i z winogron też? Jak i po co? – zastanawiam się ruszając dalej.

Ciąg dalszy nastąpi

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 14


Najpierw go słyszę, a dopiero potem dostrzegam człowieka łażącego z trąbką po polu.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Na zmianę wypuszcza całe fontanny dźwięków, albo tylko krótkie wianuszki, które nie układają się w żadną melodię jaką kiedykolwiek słyszałem.


- Niech pan nie przestaje, proszę na mnie nie zwracać uwagi, przejadę tylko i już mnie nie ma – próbuję usprawiedliwić moją nagłą obecność, bo przerwał.

- Ale ja nie mam nic przeciwko publiczności – uśmiecha się i uwalnia z zamka zebraną w trąbce ślinę i zaraz się zawstydza widząc, że na to patrzę.


- To dlaczego gra pan na takim odludziu?

- Publiczność mnie nie lubi.


- Jest pan mało zdolny?

- Jestem okropnie zdolny!


- No tak...

- Mam na to papiery!... - sięga ręką do kieszeni i zaczyna ją rozpinać, naciskam więc pedał i ruszam powoli.


- A nie wie pan, czy tam jest czyste powietrze? - celuję paluchem w stronę, w którą właśnie ruszam. Pytam, żeby nie dotknąć go obojętnością i nie wpędzić w depresję; pokazuję że może być do czegoś przydatny, że liczę się z jego zdaniem.

- O, tam jest bardzo czyste powietrze! – ożywia się, a potem, jak wszyscy nadzwyczajnie przejęci swoją osobą, realizuje nieodpartą potrzebę wytłumaczenia się, krzycząc za moją odjeżdżającą osobą: - Interesują mnie wyłącznie dźwięki, które nie są w żadnej skali, do niczego nie należą!


- Żeby zagrać dźwięki, które do niczego nie należą, to najpierw trzeba poznać wszystkie, które do czegoś należą. Żeby wiedzieć, czego nie grać! - odkrzykuję i zatrzymuję się. - Żeby mieć coś w dupie, to warto wiedzieć, co się ma w dupie – dodaję.


- Pan też jest muzykiem!!! – cieszy się swoim odkryciem.

- Nie, ale ponieważ znam się na wszystkim, to na muzyce też muszę – zwierzam się człowiekowi grającemu na trąbce dla hektarów rzepakowej oziminy.


- Po prostu szukam dźwięków, które leżą poza skalami – powtarza, bardziej dla siebie niż dla mnie, żeby zrozumieć co właściwie tutaj robi.

- To stosuj fałszywe nuty, fałszywe dźwięki – zaczynam tracić cierpliwość.


- Kiedy nie umiem.

- To zacznij się uczyć.


- Próbuję, ale co zagram, to zawsze jest w jakiejś skali.

- O!... Żeby dobrze i czysto grać fałszywie, to trzeba naprawdę dużo ćwiczyć, pracować nad tym, inaczej zawsze będziesz grał w jakiejś skali, jak wszyscy.


- Nie chcę grać jak wszyscy... - wzdycha.

- Już jesteś wyjątkowy. Grasz nieczysto, ale za to nierówno.


- Serio? - cieszy się.

- Naprawdę możesz zajść wysoko w sztuce wysokiej. Kto wie jak wysoko... Jeżeli będziesz się bardzo przykładać, to może uda ci się zostać najbardziej niezrozumianym muzykiem świata, może nawet męczennikiem trąbki?... spoglądam na niego i on spogląda na mnie.


- Nie wiem, czy o to mi chodzi.

- Masz duży potencjał - mówię nieszczerze, bardzo szczerym tonem, bo umiem bardzo wiarygodnie udawać szczerego. Zostałem zaprawiony w prawieniu pochlebstw i jeszcze się nie odprawiłem. - Trochę się spieszę, ale może mógłbyś jeszcze coś zagrać? - i on zaczyna grać, więc przyspieszam, żeby szybko znaleźć się w krainie czystego powietrza, którą zapowiadał.


Jeśli jesteś przeciętny, to nawet jeżeli usiłujesz malować bardzo, ale to bardzo źle, twoja przeciętność zostanie dostrzeżona
– to nie on, jego bym już nie usłyszał, to Salvador Dali, którego kwestia właśnie mi się przypomniała, gdy zaległa cisza.


Znów jadę.

Ciąg dalszy nastąpi

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 15







Ta kobieta, która mnie z kimś pomyliła... im dłużej staram się o niej nie myśleć, tym bardziej jej twarz wydaje mi się znajoma. Znajoma z agencji, w której straciłem prawie rok? Ale przecież to jest 20 lat stąd!


Rysunek: Andrzej Bobrowski





Potrafię już nie myśleć o ludziach z reklamy. Wykonują tak niepoważne zajęcie, że muszą to uzasadniać przesadnie poważnym myśleniem o nim; codzienne udawanie brania się na serio, ciągłe zmuszanie do braku wątpliwości, wyłącznie pewność swych racji i nerwowe poszukiwanie nowych uzasadnień; ogłupiająca gonitwa za racją - do jakich karykatur to prowadzi?


LUDZIE REKLAMY. Co tam jakiś Proust, Dostojewski... my tu dopiero produkujemy literaturę; co tam Modigliani, Toulouse Lautrec... my tu ale walimy sztukę! Codziennie, ciężko, w znoju i na wczoraj wyrabiamy kilogramy prawdziwej sztuki na okrągło zegara i na każdy temat! Prawdziwa, perfekcyjnie sprofilowana sztuka! Nowa jakość. Lepsza niż stara, bo nowa; lepiej być pierwszym czy lepszym? – oto jest pytanie! Dlaczego nie pierwszym i lepszym? Dlaczego nie pierwszym lepszym?
Potrafimy cuda. Dlaczego nie rozbudzić w łysym pokusy zakupu szamponu z ceramidami, z opcją wymiany na punkty z logiem stacji lepszych bo drożejących paliw? Czemu pozbawiać go tej rozkoszy – nie będziemy dyskryminować łysego! Cuda, to nasza specjalność w służbie nowej jakości lepszego życia dla każdego. Nie prześpij okazji, dołącz do pierwszych lepszych!


Dosyć! Mam nie myśleć, nie wspominać, nie wymądrzać! Jadę szukać dziewczyny mojego życia!


Mrożek miał rację: Choćbyś nie wiem jak bardzo chciał nic nie robić i nigdzie nie być, to i tak zawsze gdzieś będziesz robił coś.


Przyjemnie byłoby nigdzie nie być, nic nie robić, nie myśleć...

Sprawianie sobie przyjemności to jednak ciężka robota, no wcale nie taka łatwa.

                                                                 

                                                                  x x x


Coś mignęło na szarej drodze, zazłociło... grosik na szczęście. A chuj z grosikiem! Jadnak, jak nie podniosę, to może być nieszczęście. A jakież to jeszcze może mnie spotkać nieszczęście? A co mi szkodzi podnieść, przecież zawsze lepsze jest jakieś szczęście od każdego nieszczęścia. Zatrzymuję się, podnoszę.


Dwie duże krowy stoją w młodej trawie i gapią się na coś albo na nic, a trzy leżą i przeżuwają. Mijam je bez zainteresowania z ich strony. Na ławeczce przy przystanku pięć dziewczyn czeka na autobus. Wystawiły pyszczki do słońca i opalają zamknięte powieki.


Zwalniam, żeby przejechać bezszelestnie i nie przeszkadzać, ale kiedy cień rowerzysty przemyka po ich twarzach, otwierają oczy i wszystkie wybuchają głośnym śmiechem. Zawstydzone, że tak tu zostały przyłapane na zbytku opalania się, usiłują histerycznym chichaniem pokryć zmieszanie, jakbym co najmniej nakrył je na jakimś gorącym uczynku.


Coś chciałem zagaić, gdy równo z piskiem hamulców uniósł się swąd dartego asfaltu i bordowa beemwica wyhamowała z fasonem centymetry od dziewczyn. Wypadło trzech byczastych w klubowych szalikach i rzuciło się do drągów podtrzymujących młode klony przy drodze. Kierowca przegazowywał ponaglając nerwowo. Trzeci drąg, przyspawany do klonu parcianą taśmą, został wyrwany razem z drzewkiem i razem z nim wciągnięty do zdenerwowanej bordo-beemki. Hałas dartego asfaltu i stare żelastwo ciężko wyczłapało z grząskiego pobocza wraz z zawartością, której śpieszno było przekonać kogoś do swoich racji, czy tam tylko podyskutować o niej przy pomocy drągów. Dziewczyny nie chichotały już przepraszająco. Patrzyły na mnie złym wzrokiem pod tytułem: co ty tu kurwa robisz, jak jest taka sprawa do załatwienia ważna?!!!


Spojrzałem w niebo, gdzie kołował myszołów, dla którego – jako niejadalni – byliśmy absolutnie nieinteresujący.


HOŁOTA to też ludzie. Cała sukinsyneria, te wszystkie proste, wulgarne gnoje naładowane testosteronem też potrzebują jakiegoś miejsca dla popisu, gdzie mogą zaistnieć, by jak wszyscy, zrealizować tę naturalną ludzką potrzebę. Hołota też ma swoje patriotyzmy, zupełnie jak normalni ludzie. I jak normalni ludzie, jest gotowa ponieść uszczerbek na zdrowiu, zwalczając inne patriotyzmy w obronie swojego. Ma swoje autorytety, dekalog popisów, swoją listę obciachów (np.: W życiu by się tak nie poniżyłem, żeby jakąś książkę przeczytać), i swoją ligę hierarchii: hołota wiejska tęskni za awansem do ligi miejskiej, a ta ze Wschodu marzy by stać się jak ta na Zachodzie (O! W takim Berlinie toby się dopiero ale hołociło światowo!...). Hołota pragnie tego, co wszyscy: uznania, podziwu i zachwytów, bo hołota to też ludzie, tyle że bez możliwości wyboru, w dodatku na własne życzenie.


I nasza hołota jest bezcenna, bo daje wspaniale czyste tło, najlepsze tło na świecie – bez niego nie wiedział byś kim jesteś, co w ogóle znaczysz.


SZTUKA WYSOKA. Służy głównie do tego, żebyś obcując z nią mógł zrealizować swoją naturalną ludzką potrzebę wywyższenia się ponad tych, którzy z nią nie obcują, i poczuł się wyjątkowo i komfortowo.


- Myszołów – powiedziałem, i to było jedyne słowo, jakie tu padło przez pół ostatniej minuty.


Rozległ się gwizd i z lasu wytoczyła się tłusta lokomotywa buchająca prawdziwą parą; ale to było już kwadrans później.


CDN

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 16





Przez ścieżkę przebiega łasica. Nie ma ogona. Najpierw zastanawiam się nad tym, gdzie go zgubiła, a potem myślę, że może odkryłem nowy gatunek. Stawiam na tę drugą opcję i od razu czuję się raźniej w roli odkrywcy, a nie tylko obserwatora.


Rysunek: Andrzej Bobrowski





Telefon:


- Pies wyje za tobą. Gdzie jesteś?!

- Daj mu wołowiny.
- A skąd ja wytrzasnę wołowinę?!
- Stoi w srebrnym garnku na schodach.
- I będę musiała tego dotykać...
- To jest udziec wołowy na marchwi i porach, pyszny. Ja to jem.
- No, tego się mogłam spodziewać po tobie, że jesz psie żarcie. Ale... co tu się dziwić w ogóle, jak otaczają cię źli ludzie.
- Źli?
- Otaczasz się niewłaściwymi ludźmi.
- Posłuchaj, ja nie spotykam już żadnych ludzi. Od lat.


Za sosnami, zakosami biegnie goły chłopiec... Nie, to wiatr hula workiem po cemencie pomiędzy pniami.

 

 

 

                                                            x x x


Znowu pies. A nawet dwa. Duży, czarny z łańcuchem, tak jak oderwał się od budy, i mały wsiowy pikuś podążający za czarnym olbrzymem. Gdzie duży siknie, to on też, gdzie się zatrzyma, co obwącha... mały wiernie powtarza jego zachowania. Dwa szwendające się wiejskie psy, próbujące zrobić coś ze swoją wolnością.


Stary inkasent Łabędzki znał wszystkie psy w mieście lepiej niż weterynarze. I te dobre, i te złe, te koszmary, i Perełki, i Murzynki, Reksy, rottwailery i kaukazy. Naszemu psu - a właściwie psu mojej mamy, którego nikt nie traktował serio - inkasent Łabędzki z rozpędu okazywał najwyższy respekt, natychmiast uruchamiając drzemiącą w nim bestię. To był jedyny przejaw aktywności tego psa: dziko obszczekać inkasenta. Zdarzało się to w czasach, kiedy jeszcze nawet nie przeczuwałem, że na lata najprzyjemniejszym widokiem na świecie stanie się dla mnie zieleń świeżo wydrukowanej studolarówki. Ze strzępów wspomnień wyłania się zmierzły bachor, który wymaga świata do usług – natychmiast chce wszystkiego, co chce.


Kim wydam się sobie za 10 lat? Co pomyślę o człowieku na rowerze, który gapi się na dwa psy oderwane od budy, upajające się sikaniem gdzie popadnie?


Pojęcia nie mam, bo mieć nie mogę – jak zniknął stary Łabędzki. Kiedy umierał nie było mnie już w miasteczku; pewnie już rozmawiałem daleko stąd w dwóch językach, za pensję jak z totolotka.


Ciąg dalszy 6. maja

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 17



Policja. Odruchowo zwalniam. Srebroniebieska furgonetka ukryta za betonowym przystankiem autobusowym. Dwóch dorosłych oficerów w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, tak są zajęci przepisywaniem zeszytów.

Rysunek: Andrzej Bobrowski


Pochyleni, w najwyższym skupieniu - prawie słyszę szelest kulek ich długopisów pracowicie przenoszących policyjne ważności z jednego zeszytu do drugiego. Ciężko uwierzyć, że to te same kanalie hamujące postęp przez pałowanie ludzi strajkujących w sprawie zmian na ulicach całego świata. Chcę szybko pomyśleć o czymś miłym, szukam jakiegoś neutralnego obrazu we wspomnieniach, ale wszystko, co mi akurat przychodzi do głowy, to widok samego siebie w salce katechetycznej – siedzę za karę sam w ostatniej ławce i piszę sto razy: „Nie będę więcej strzelał z procy na lekcji religii do siostry Jadwigi." Wcale nie celowałem w siostrę, i wcale nie z procy; odtąd mijanie się z prawdą i skłonność do sensacyjnej nadinterpretacji będzie mi się już zawsze kojarzyła z kościołem. Nie zdoła tego zmienić nawet złoty zegarek i rower, jakie dostanę od chrzestnych na komunię.



                                                                 x x x


Asfaltowa droga, kierunkowskaz z nazwą miasta i odległością 12 km. Zaraz wjadę tam, skąd wyjechałem, tylko z drugiej strony.


Jakiś kierowca zwalnia, puka się w czoło (właściwe wali) i zaraz przyspiesza. Oglądam się za siebie, czy nie odpadło mi tylne koło, przeczesuję czuprynę, bo może przykleił mi się liść, albo żurawie uwiły sobie tam gniazdo i wysiadują, a ja o tym nic nie wiem. Kończą mi się pomysły.


Dlaczego to walenie w czoło odnoszę do siebie? Bezrefleksyjnie i automatycznie, od razu ja, tak jestem przejęty własną osobą. Jakby nie mogły istnieć żadne inne powody pukania w czoło.


Przypomina mi się zdanie z nowej książki żony:

Każdy jest tym, który lubi siebie najbardziej spośród miliardów na świecie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. Każdego dnia. Zawsze.


Facet po prostu akurat odkrył w kieszeni zgubiony wczoraj kawał mózgu i wepchnął go sobie do głowy i popukał w czoło, żeby lepiej usiadł w zapadkach. Ot co.

Ciąg dalszy nastąpi

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 18






Znów jadę na ścieżce rowerowej. Mijam ruiny wielkiego wiatraka. Kiedy widziałem go ostatnio, miał skrzydła, i te skrzydła się obracały. Została jeszcze droga podjazdowa z brukiem przerośniętym chwastami.


Rysunek: Andrzej Bobrowski








Zamiast remontu, postawiono ławeczkę, żeby sobie popatrzeć. Siadam i popatruję. Zimno. Kołyszę się w przód i w tył, żeby się rozgrzać. Zakładam ręce za głowę i odchylam do tyłu, dotykając włosami ziemi. Nabieram ochoty na trochę ćwiczeń, brzuch, pompki, spacer na rękach w te i wewte, przeskoki i wszystko, co można z ławką zrobić.


Z daleka, od strony miasta majaczą trzy sylwetki. Nie biegną, ale zbliżają się szybko. Siadam więc i udaję, że tak tylko sobie tutaj siedzę, żeby nie wzięli mnie za wariata. Dokończę jak przejdą.


- Przepraszam, czy mógłby pan na chwilę podnieść lewą nogę do góry – zwraca się najmniejszy z przybyłej trójki. Pozostali stają tak, że jeden blokuje drogę z jednej strony ławki, a drugi z przeciwnej.


Widzę to tak: najpierw katują mnie, wydając upokarzające polecenia, potem kopią gdzie popadnie, skaczą po głowie, na koniec odciągają półżywego do lasku za plecami, oblewają benzyną, podpalają i sikają na mnie w ekstazie zabawy. Ostatni mój widok w życiu, to półkolisty obrys głazu na tle nieba, opadającego na mój łeb. Wszystko gaśnie.


Unoszę nogę.


- Tu było moje pięć złotych – oświadcza najmniejszy. – A teraz nie ma – patrzy mi w oczy złym wzrokiem. – Ten frajer zajebał moje pięć złotych! – obraca się w stronę największego i rozkłada bezradnie ręce. – Ta łachudra okrada Prawdziwych Polaków! – celuje we mnie paluchem tak, że mógłbym go odgryźć. – To przez niego nie ma co jeść! I musimy wypierdalać z tego żydowskiego kraju na wysługi do angoli. Do ciebie mówię, ty żydowska pizdo!

- No, mamy cię jebany pedale żydowski!...
- Zajeb mu Zbiniu! Zobaczymy jaki teraz będzie mądry ten stary komuch jebany. Nie peniaj Bibiu, śmiało! Zajeb cwela!


Wstaję.

Żeby zobaczyli jaki jestem duży. Trochę większy niż wydawałem się siedząc. Wyszarpuję nóż i mały odskakuje.


- Chodź tu Biniu! Zajebię tę kurwę kamlotem! – wrzeszczy trzeci i zgina się w pół, żeby wyszarpnąć kawałek bruku prowadzącego do wiatraka. I tak zgiętego w pół, dopadam kopniakiem. Koziołkuje w powietrzu i rozprostowuje się dopiero pod opadnięciu na brukowany podjazd.


- Za to, że jutro porysujesz mi samochód dla zabicia czasu – dopadam i kopię go w łeb najmocniej jak mogę, żeby tamci widzieli jak mocno kopię. Doskakuję do małego, markuję uderzenie nożem, a gdy się zasłania, łapię za włosy, zginam w pół i nadziewam jego głowę na kolano, na drugie i znów na to samo. Odrzucam bezwładne ciało na bruk, obok nieprzytomnego.


- Cześć – mówię do największego, który wymachuje nerwowo odpustową sprężynówką. W jednej ręce trzymam ten „kamlot", w drugiej wielki nóż, i jestem porządnie rozgrzany. Patrzy na mnie i czuje, że może mu się nie udać. Obraca się i wieje. Trafiam go „kamlotem" w tył głowy, ale nie pada, chwieje się tylko, więc puszczam się za nim, podcinam, a gdy pada siadam na plecach i recytuję pięściami: - Za to, że-jutro-podpalisz–mojego–ulubionego–bez-dom-ne-go-dla–za-bi-cia–cza-su!!!. Podciągam go do pozostałych nieprzytomnych.


Siadam na ławce i zaczynam analizować co się stało? Na pewno żyję, i oni też, chwilowo trochę mniej. Gdy zaczynam się oskarżać o to jak musiały boleć te kopnięcia w twarz, uderzenia w brzuch, złamanie ręki – bo chyba temu największemu jednak złamałem – gdy rozkręcam tę winę w sobie do skraju obłędu – dzwoni telefon.


- Gdzie jesteś?

- Przy ruinie wiatraka.


- To się składa, bo właśnie wracam od Aldony i akurat nie mam specjalnych planów, to będę za pięć minut, chętnie obejrzę te zgliszcza.

- Ok.


Chowam telefon do kieszeni. Mam wrażenie, że w tym samym momencie zatrzymuje się duże srebrne volvo. Otwierają się drzwi i długi biały papieros podtrzymywany ręką mojej żony wymaszerowuje w kierunku ruiny wiatraka.


- Twoi koledzy? – pyta siadając obok mnie na ławce.

- Niezupełnie.


- Ale miałeś z nimi kontakt?

- Tylko przez chwilę.


- Wiedziałam, że nie można cię samego wypuszczać nigdzie za długo, od razu dziczejesz i zadajesz się z niewłaściwymi ludźmi. Ale nie chcę się powtarzać.

- Zobaczę, co z nimi.


- Nie musisz, już zobaczyłam – dochodzą. Lepiej spadajmy. Wrzucisz rower do bagażnika?


Wrzucam rower do bagażnika.


- Kawał zbója z ciebie, wiesz – mówi na rondzie. – Przyjrzałam się im dokładnie. Niezłe młode byki. Leżą sobie, i to bez żadnych obrażeń, poza chwilową nieprzytomnością. Odbierzesz?


Dzwoni mój telefon.


- Odbierz – mówię – będę miał pewność, że to nie ty dzwonisz.

- Cha, cha, cha... Halo – odbiera telefon i po minucie wyłącza go bez słowa.


- Jakiś podekscytowany, młody głos przeprasza cię, że nie zadzwonił za godzinę, jak zapowiadał, przeprasza i ma nadzieję, że znalazłeś dziewczynę swojego życia. Zadzwoni jutro, bo ma dla ciebie okazję.

- Ok.


- I co mu powiesz? Znalazłeś, czy nie?

- Parę razy byłem blisko – mówię, wpatrując się w bociana lądującego na słupie nieczynnej latarni ulicznej. Gałąź, którą przytaszczył w czerwonym dziobie, wplata między inne, ułożone na pałąku i kloszu lampy.


Ona też dostrzega wielkiego ptaka i zwalnia. Sznurek spowolnionych aut, formujący się za naszym volvo, nie robi na niej wrażenia.


Ptak udeptuje gniazdo, odchyla głowę do tyłu, rozdziawia dziób i zaczyna klekotać tak głośno, że słychać to w aucie. Pojawia się drugi bocian. Kołuje i ląduje pewnie, bez cienia wątpliwości.


- Gdybyśmy wciąż mieszkali w tym Berlinie, to musielibyśmy wydać fortunę na wycieczkę do ekologicznego rezerwatu, żeby zobaczyć takiego bociana – mówi, a potem potwornie wielokonny silnik ponaglony jej nogą, zabiera nas stąd jak z procy. Zmykam oczy, za dużo się dzieje za oknami.


Alarm syreny pogotowia gdzieś w pobliżu, zmusza do uniesienia powiek. Zaraz opuszczam je z powrotem; to przecież nie może być jeszcze ta karetka, która wyruszy do nas dopiero za kilka chwil.

Koniec