22 maja 2017, poniedziałek
Łukasz Najder komentarzy: 0

Piątek


W piątek, dzwonek u drzwi. Wyjrzałem: młody człowiek w garniturze. Otworzę, pomyślałem sobie, otworzę, bo może akurat coś wygrałem i mam tu do czynienia z posłańcem.


Otworzyłem. A jednak nie. Zawodowy uśmiech z plastiku, torba z fantami przy nodze, wyciągnięta prawica, w której leciutko drży kolorowa wizytówka. Oczy złowrogo rozświetlone poczuciem misji, musem wykręcenia planu. Zaczął.


- Dzień dobry, szanownemu panu! Poleca mnie pana sąsiad z piętra niżej. Idę właśnie od niego. On mnie do pana przysłał!


Profesjonalne, żywiołowe zagajenie. Stary numer. Pokiwałem w milczeniu głową, on uśmiechnął się i wziął głęboki oddech, żeby mi w końcu wyłożyć swoją ofertę w licznych szczegółach i z bonusami. Wtedy do przedpokoju weszła moja żona. Moja żona weszła do przedpokoju w stroju domowo-redaktorskim, co w tym przypadku oznacza ciemnofioletowe kapcie-króliki, niebieskie skarpetki w żółte osy, getry, czarny sweter z dorodnym lisem moszczącym się na tej czerni niczym rodowe godło, pod jedną pachą kotka Migot, pod drugą – ikeowa różowa świnka o imieniu Stefania. Stanęła, spojrzała. Na mnie patrzy tak każdego dnia, więc zdążyłem się już do tej zabójczej mieszanki arktycznego chłodu, ironii i politowania z lekka przyzwyczaić, zahartować, ale on nie był na to wszystko przygotowany. Coś jakby Darth Vader robił ci przegląd jamy ustnej – albo Józef Stalin zaprosił do gry w makao. Jegomość najpierw zbladł, potem raptem spurpurowiał i zaczął bełkotać o prestiżowych kosmetykach i o dostępnych za ich pomocą sukcesach życiowych, o zawrotnych promocjach. Moja żona wciąż stała i na niego patrzyła. Po jakichś 20 sekundach przerwał, ukłonił się i powiedział.


- No cóż... Do widzenia.


Był w tym pożegnaniu smutek, ale była i ulga.



Klick!!!

Gertruda Stein (1874 - 1946) komentarzy: 0

Fotoreportaż

 




Gertuda Stein sportretowana przez Picassa, 1906r, obecnie w Metropolitan Museum of Art, NYC,
Klick!!!

 

 

 




Polubiłam fotografów, jeden z nich przyszedł do mnie

i powiedział że kazano mu zrobić kilka moich zdjęć do

fotoreportażu. Fotoreportaż zdziwiłam się a co to jest,

fotoreportaż odparł to jakie cztery albo pięć zdjęć ukazujących

człowieka w akcji. A co by pan chciał

żebym robiła. No cóż zaproponował, tam leży pani walizeczka

lotnicza może by ją pani zaczęła rozpakowywać,

och odparłam ta robota należy do panny Toklas ja tego

nie potrafię, no więc powiedział tam jest telefon może by

pani do kogoś zatelefonowała, dobrze odparłam ale widzi

pan ja nigdy nie telefonuję, to też zawsze robi panna

Toklas, no to co pani proponuje zapytał, no cóż odparłam

mogłabym zdejmować albo nakładać kapelusz, albo

nakładać albo zdejmować płaszcz, lubię wodę więc mogę
wypić szklankę wody, świetnie zgodził się niech pani to

robi i podczas gdy to robiłam on mnie fotografował a nazajutrz

zobaczyłam w gazecie fotoreportaż o sobie.

Gertruda Stein „Autobiografia Każdego z nas”, tłumaczyła Mira Michałowska, Czytelnik, Warszawa 1980, strona 262 (napisane około 1936 roku)



O improwizowaniu po białych


Następnie pojechałyśmy do Cleveland i to też było

przyjemne, Cleveland było pierwszym amerykańskim

miastem które było bardzo brudne powiedziano nam

dlaczego ale już nie pamiętam, pamiętam tylko że ulice

były brudne. Nie zamieszkałyśmy w samym mieście powiedziano

nam że będzie nam lepiej w podmiejskim hotelu,wszyscy byli
sympatyczni w każdym razie jednej

osobie która powiedziała nam że marzy o jakiejś rozrywce
poradziłam żeby improwizowała na fortepianie
bo ja to bardzo lubię. Zapytała mnie jak to robię więc

wyjaśniłam jej że trzeba grać jednocześnie obiema rękami
wyłącznie na białych klawiszach, czarne klawisze

brzmią zbyt harmonijnie poza tym nie wolno brać akordów

bo akordy są zbyt nastrojowe należy więc grać wyłącznie
na białych klawiszach obiema rękami naraz przy

tym zupełnie obojętne jest co która ręka robi ale należy

stale patrzeć na klawiaturę, zobaczy pani to bardzo mila

rozrywka. Powiedziała że spróbuje, każdy to potrafi

chociaż może nie wszyscy, mnie to bardzo bawi.

A potem wsiadłyśmy do samolotu i poleciałyśmy do

Waszyngtonu to znaczy do Baltimore.(str 274 - 275)

 

 

 

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Ona i on








Miała prawie 16 lat i była nieszczęśliwa z bardzo wielu powodów. On miał lat 17 i też był bardzo nieszczęśliwy z wielu powodów. Gdy się spotkali, to wcale nie stali się dwa razy bardziej nieszczęśliwi.



Gdy się spotkali na zajęciach pe-o, z ratowania manekina, to byli bardzo szczęśliwi. I tak już pozostało. Powody nieszczęść przestały być ważne. Okazało się, że były ważne tylko z powodu braku innych, naprawdę ważnych powodów, dla których teraz mogą być szczęśliwi. Nauczył się dla niej grać piosenkę na czerwonej gitarze, a ona poprosiła babcię, żeby zrobiła mu na drutach ciepłe skarpetki w kolorowe prążki wokół kostek. Zimą pożyczył od ojca audi z czarnymi skórzanymi siedzeniami, które były podgrzewane i zrobił z nią parę kółek wokół ratusza na rynku. Kiedy już wygrzali sobie plecy, zwrócił auto ojcu. Bardzo podobała jej się ta przejażdżka. Latem pokazał jej jak się rzuca toporkiem – 600 gramów. Mieli w dupie cały świat. Nie rozumiał, kiedy powiedziała mu, że muszą przestać się spotykać. Ona też nie potrafiła tego dobrze wytłumaczyć. Wiedziała tylko, że nic nie trwa wiecznie, więc woli tak. Powiedziała, że woli teraz, gdy wszystko jeszcze od nich zależy, że będą mieli wspaniałe wspomnienia, a on na zawsze pozostanie jej jedyną miłością. Wtedy zdjął czapkę z napisem żywiec na krystalicznie czystej górskiej wodzie trade mark i potarł prawą dłonią skórę za prawym uchem.

- Życie nie polega tylko na wytwarzaniu wspomnień, nawet najlepszych – powiedział.

- Wiem, i się boję.

- A konkretnie?...

- Że przestaniesz być dla mnie wszystkim. Jak sobie wyobrażę, że kiedyś będę w stanie pomyśleć o tobie tak, jak moja mama o ojcu, to czuję obrzydzenie do siebie.

- Ale może ja to zrozumiem i dzielnie zniosę.

- No właśnie.

Przez krótką chwilę milczeli.

- Nie wiem, co miałbym bez ciebie robić – powiedział. – Co w ogóle mam zrobić teraz?

- To bez znaczenia co zrobisz. Dla mnie będziesz zawsze najważniejszy. Z powodu tego, co już zrobiłeś.

- Już mówisz o mnie jak o wspomnieniu.

- Nie próbuj go zepsuć. Proszę.

Znów przez chwilę milczeli i znów on przemówił pierwszy:

- A nie mogłabyś zacząć wspominać mnie za rok, na przykład?

- Mogę – zgodziła się po namyśle.

I w taki to sposób przeżyli rok, podczas którego wyprodukowali bardzo dużo bardzo dobrych, niezwyczajnych wspomnień. Teraz, kiedy to już są bardzo dawne wspomnienia, ona chętnie sięga do nich pamięcią, mimo, że potrafi już o nim pomyśleć gorzej niż jej matka o ojcu. On umarł pięć lat temu, dławiąc się kawałkiem białej kiełbasy podczas ostrego rzygania pod nocnym. Prawdę mówiąc, czekała już na śmierć tego człowieka, który przez ostatnich 12 lat zatruwał jej życie. Wiedziała, że sama wygląda wciąż atrakcyjnie, więc wszystko może się jej jeszcze zdarzyć. Ale nigdy nie żałowała tego roku, kiedy byli umówieni na wytwarzanie wspomnień. Wyprodukowali ich co nie miara. I nic tego nie potrafiło zmienić. Nawet nędzny żywot, jaki stał się później ich udziałem i jaki nauczyli się znosić, jak wszyscy.



Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Nie ma śniegu. Deszcze i mgły. Więc thriller


Zaatakowana



Gdy dotarła nad jezioro, mgła rozpuszczała kształty i zjadała całe krajobrazy. Zaparkowała, wypuściła z bagażnika psa i rzuciła mu kij tam, gdzie zawsze była plaża. Pies skoczył za kijem i natychmiast zniknął, jak wszystko. Ruszyła powoli, ostrożnie, a kiedy wyczuła pod butami piasek, poczuła się pewniej i przyspieszyła. Była tu już tyle razy, znała na pamięć każdy kąt. Zdziwiła się, gdy w miejscu, w którym spodziewała się dotknąć nogą wody, piasek był wciąż taki sam, mniej więcej suchy. Powoli przeszła jeszcze parę kroków, ale wody wciąż nie było, choć słyszała ją, chlupoczącą leniwie o filary pomostu. Przystanęła i zawołała psa. Po chwili jeszcze raz. Rozejrzała się wokół, ale wszędzie tak samo nie było nic.


Coś szło za nią. Sprawdziła w kieszeni czy nie ma papierosów, ale musiała zostawić w samochodzie. Znalazła tylko pilnik do paznokci. Zacisnęła go mocno w garści jak nóż. Obróciła się błyskawicznie, bo teraz coś zbliżało się od strony jeziora, stanęła przodem do napastnika.


- Bari, to ty?! – pies nie zaszczekał radośnie, jak zawsze, gdy słyszał jej głos. – Bari, chodź tu! Ale już! – to nie był pies.


- Muszę się ruszać, stojąc stanowię za łatwy cel – postanowiła.

Przebiegła kilkadziesiąt metrów, przykucnęła żeby być jak najmniej widoczną i zaczęła nasłuchiwać. Dotarło do niej, że wciąż zaciska w dłoni pilnik.


- Bożesz, ale się dałam zagonić – wyprostowała się, odetchnęła. – 32 lata, doktorat z ekonomi, trzy języki, od mojego kaprysu zależy czy jutro w mieście ludzie znajdą na półkach to, czy zupełnie coś innego, kariera jakiej mogą pozazdrościć wszyscy… i tak się dałam zagonić w tej mgle, paradne, dobrze że nikt tego nie widzi.


- No, Bari chodź już, wracamy – powiedziała swobodnie, zwyczajnym władczym tonem, wyćwiczonym w tysiącach codziennych sytuacji, jakie przyzwyczaiły ją do tego, że zawsze po zabraniu głosu rzeczy dzieją się jak powinny, jak tego oczekiwała i chciała, i co nauczyła się  uznawać za normalne. Wytłumaczyła sobie, że pies po prostu znalazł rybę wyrzuconą na brzeg i teraz żre ją pośpiesznie i najciszej, żeby ona mu jej nie odebrała i nie skarciła za samowolę. – No chodź, dobry pies, chodź – zachęciła rozgrzeszająco i ruszyła w stronę, gdzie zostawiła auto.


Najpierw usłyszała chlupot opadających z czegoś kaskad wody – i choć mógł to być odgłos wynurzającego się z jeziora monstrum, przytomnie wybrała wariant rybackiej łodzi cumującej po omacku we mgle – ale gdy rozległ się plusk, jakby zrzucono z samolotu czołg, wiedziała już, że monstrum na powrót zanurkowało, najprawdopodobniej by podpłynąć pod wodą. Rzuciła się do ucieczki jak oszalała. Od auta powinny dzielić ją już tylko metry, gdy z impetem rozpędu wpadła do lodowatej wody.


Nie próbowała rozumieć, analizować; czuła jak uzębiona paszcza już, już, już zaciska się na ciele, jak odrywa kawał, który jeszcze przed sekundą był nią, a teraz staje się zaledwie kęsem dla wodnego potwora… obróciła się błyskawicznie i gnała najdalej stąd!

Tym razem udało jej się wybrać dobry kierunek. Jeszcze parę kroków z prędkością pędzącego expresu i w rzednącej mgle zobaczy… swoje rude audi na parkingu i psa warującego przy przednim kole. Na jej widok pies podniesie się i merdając ogonem poda jej kij rzucony tam, gdzie zwykle znajdowała się plaża, którą znała jak własną sypialnię.

 

Foto: sieć, Klick!!!

 

You Tube komentarzy: 0

Trochę porządnego basu, nad tym przedświątecznym rozgardiaszem

You Tube komentarzy: 0

Miś stateczny

Facebook komentarzy: 0

Piąty dowód na istnienie życia poza Ziemią

Alexander Khokholov komentarzy: 0

Poniedziałek - wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał...