22 sierpnia 2017, wtorek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 14


Najpierw go słyszę, a dopiero potem dostrzegam człowieka łażącego z trąbką po polu.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Na zmianę wypuszcza całe fontanny dźwięków, albo tylko krótkie wianuszki, które nie układają się w żadną melodię jaką kiedykolwiek słyszałem.


- Niech pan nie przestaje, proszę na mnie nie zwracać uwagi, przejadę tylko i już mnie nie ma – próbuję usprawiedliwić moją nagłą obecność, bo przerwał.

- Ale ja nie mam nic przeciwko publiczności – uśmiecha się i uwalnia z zamka zebraną w trąbce ślinę i zaraz się zawstydza widząc, że na to patrzę.


- To dlaczego gra pan na takim odludziu?

- Publiczność mnie nie lubi.


- Jest pan mało zdolny?

- Jestem okropnie zdolny!


- No tak...

- Mam na to papiery!... - sięga ręką do kieszeni i zaczyna ją rozpinać, naciskam więc pedał i ruszam powoli.


- A nie wie pan, czy tam jest czyste powietrze? - celuję paluchem w stronę, w którą właśnie ruszam. Pytam, żeby nie dotknąć go obojętnością i nie wpędzić w depresję; pokazuję że może być do czegoś przydatny, że liczę się z jego zdaniem.

- O, tam jest bardzo czyste powietrze! – ożywia się, a potem, jak wszyscy nadzwyczajnie przejęci swoją osobą, realizuje nieodpartą potrzebę wytłumaczenia się, krzycząc za moją odjeżdżającą osobą: - Interesują mnie wyłącznie dźwięki, które nie są w żadnej skali, do niczego nie należą!


- Żeby zagrać dźwięki, które do niczego nie należą, to najpierw trzeba poznać wszystkie, które do czegoś należą. Żeby wiedzieć, czego nie grać! - odkrzykuję i zatrzymuję się. - Żeby mieć coś w dupie, to warto wiedzieć, co się ma w dupie – dodaję.


- Pan też jest muzykiem!!! – cieszy się swoim odkryciem.

- Nie, ale ponieważ znam się na wszystkim, to na muzyce też muszę – zwierzam się człowiekowi grającemu na trąbce dla hektarów rzepakowej oziminy.


- Po prostu szukam dźwięków, które leżą poza skalami – powtarza, bardziej dla siebie niż dla mnie, żeby zrozumieć co właściwie tutaj robi.

- To stosuj fałszywe nuty, fałszywe dźwięki – zaczynam tracić cierpliwość.


- Kiedy nie umiem.

- To zacznij się uczyć.


- Próbuję, ale co zagram, to zawsze jest w jakiejś skali.

- O!... Żeby dobrze i czysto grać fałszywie, to trzeba naprawdę dużo ćwiczyć, pracować nad tym, inaczej zawsze będziesz grał w jakiejś skali, jak wszyscy.


- Nie chcę grać jak wszyscy... - wzdycha.

- Już jesteś wyjątkowy. Grasz nieczysto, ale za to nierówno.


- Serio? - cieszy się.

- Naprawdę możesz zajść wysoko w sztuce wysokiej. Kto wie jak wysoko... Jeżeli będziesz się bardzo przykładać, to może uda ci się zostać najbardziej niezrozumianym muzykiem świata, może nawet męczennikiem trąbki?... spoglądam na niego i on spogląda na mnie.


- Nie wiem, czy o to mi chodzi.

- Masz duży potencjał - mówię nieszczerze, bardzo szczerym tonem, bo umiem bardzo wiarygodnie udawać szczerego. Zostałem zaprawiony w prawieniu pochlebstw i jeszcze się nie odprawiłem. - Trochę się spieszę, ale może mógłbyś jeszcze coś zagrać? - i on zaczyna grać, więc przyspieszam, żeby szybko znaleźć się w krainie czystego powietrza, którą zapowiadał.


Jeśli jesteś przeciętny, to nawet jeżeli usiłujesz malować bardzo, ale to bardzo źle, twoja przeciętność zostanie dostrzeżona
– to nie on, jego bym już nie usłyszał, to Salvador Dali, którego kwestia właśnie mi się przypomniała, gdy zaległa cisza.


Znów jadę.

Ciąg dalszy nastąpi

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 15







Ta kobieta, która mnie z kimś pomyliła... im dłużej staram się o niej nie myśleć, tym bardziej jej twarz wydaje mi się znajoma. Znajoma z agencji, w której straciłem prawie rok? Ale przecież to jest 20 lat stąd!


Rysunek: Andrzej Bobrowski





Potrafię już nie myśleć o ludziach z reklamy. Wykonują tak niepoważne zajęcie, że muszą to uzasadniać przesadnie poważnym myśleniem o nim; codzienne udawanie brania się na serio, ciągłe zmuszanie do braku wątpliwości, wyłącznie pewność swych racji i nerwowe poszukiwanie nowych uzasadnień; ogłupiająca gonitwa za racją - do jakich karykatur to prowadzi?


LUDZIE REKLAMY. Co tam jakiś Proust, Dostojewski... my tu dopiero produkujemy literaturę; co tam Modigliani, Toulouse Lautrec... my tu ale walimy sztukę! Codziennie, ciężko, w znoju i na wczoraj wyrabiamy kilogramy prawdziwej sztuki na okrągło zegara i na każdy temat! Prawdziwa, perfekcyjnie sprofilowana sztuka! Nowa jakość. Lepsza niż stara, bo nowa; lepiej być pierwszym czy lepszym? – oto jest pytanie! Dlaczego nie pierwszym i lepszym? Dlaczego nie pierwszym lepszym?
Potrafimy cuda. Dlaczego nie rozbudzić w łysym pokusy zakupu szamponu z ceramidami, z opcją wymiany na punkty z logiem stacji lepszych bo drożejących paliw? Czemu pozbawiać go tej rozkoszy – nie będziemy dyskryminować łysego! Cuda, to nasza specjalność w służbie nowej jakości lepszego życia dla każdego. Nie prześpij okazji, dołącz do pierwszych lepszych!


Dosyć! Mam nie myśleć, nie wspominać, nie wymądrzać! Jadę szukać dziewczyny mojego życia!


Mrożek miał rację: Choćbyś nie wiem jak bardzo chciał nic nie robić i nigdzie nie być, to i tak zawsze gdzieś będziesz robił coś.


Przyjemnie byłoby nigdzie nie być, nic nie robić, nie myśleć...

Sprawianie sobie przyjemności to jednak ciężka robota, no wcale nie taka łatwa.

                                                                 

                                                                  x x x


Coś mignęło na szarej drodze, zazłociło... grosik na szczęście. A chuj z grosikiem! Jadnak, jak nie podniosę, to może być nieszczęście. A jakież to jeszcze może mnie spotkać nieszczęście? A co mi szkodzi podnieść, przecież zawsze lepsze jest jakieś szczęście od każdego nieszczęścia. Zatrzymuję się, podnoszę.


Dwie duże krowy stoją w młodej trawie i gapią się na coś albo na nic, a trzy leżą i przeżuwają. Mijam je bez zainteresowania z ich strony. Na ławeczce przy przystanku pięć dziewczyn czeka na autobus. Wystawiły pyszczki do słońca i opalają zamknięte powieki.


Zwalniam, żeby przejechać bezszelestnie i nie przeszkadzać, ale kiedy cień rowerzysty przemyka po ich twarzach, otwierają oczy i wszystkie wybuchają głośnym śmiechem. Zawstydzone, że tak tu zostały przyłapane na zbytku opalania się, usiłują histerycznym chichaniem pokryć zmieszanie, jakbym co najmniej nakrył je na jakimś gorącym uczynku.


Coś chciałem zagaić, gdy równo z piskiem hamulców uniósł się swąd dartego asfaltu i bordowa beemwica wyhamowała z fasonem centymetry od dziewczyn. Wypadło trzech byczastych w klubowych szalikach i rzuciło się do drągów podtrzymujących młode klony przy drodze. Kierowca przegazowywał ponaglając nerwowo. Trzeci drąg, przyspawany do klonu parcianą taśmą, został wyrwany razem z drzewkiem i razem z nim wciągnięty do zdenerwowanej bordo-beemki. Hałas dartego asfaltu i stare żelastwo ciężko wyczłapało z grząskiego pobocza wraz z zawartością, której śpieszno było przekonać kogoś do swoich racji, czy tam tylko podyskutować o niej przy pomocy drągów. Dziewczyny nie chichotały już przepraszająco. Patrzyły na mnie złym wzrokiem pod tytułem: co ty tu kurwa robisz, jak jest taka sprawa do załatwienia ważna?!!!


Spojrzałem w niebo, gdzie kołował myszołów, dla którego – jako niejadalni – byliśmy absolutnie nieinteresujący.


HOŁOTA to też ludzie. Cała sukinsyneria, te wszystkie proste, wulgarne gnoje naładowane testosteronem też potrzebują jakiegoś miejsca dla popisu, gdzie mogą zaistnieć, by jak wszyscy, zrealizować tę naturalną ludzką potrzebę. Hołota też ma swoje patriotyzmy, zupełnie jak normalni ludzie. I jak normalni ludzie, jest gotowa ponieść uszczerbek na zdrowiu, zwalczając inne patriotyzmy w obronie swojego. Ma swoje autorytety, dekalog popisów, swoją listę obciachów (np.: W życiu by się tak nie poniżyłem, żeby jakąś książkę przeczytać), i swoją ligę hierarchii: hołota wiejska tęskni za awansem do ligi miejskiej, a ta ze Wschodu marzy by stać się jak ta na Zachodzie (O! W takim Berlinie toby się dopiero ale hołociło światowo!...). Hołota pragnie tego, co wszyscy: uznania, podziwu i zachwytów, bo hołota to też ludzie, tyle że bez możliwości wyboru, w dodatku na własne życzenie.


I nasza hołota jest bezcenna, bo daje wspaniale czyste tło, najlepsze tło na świecie – bez niego nie wiedział byś kim jesteś, co w ogóle znaczysz.


SZTUKA WYSOKA. Służy głównie do tego, żebyś obcując z nią mógł zrealizować swoją naturalną ludzką potrzebę wywyższenia się ponad tych, którzy z nią nie obcują, i poczuł się wyjątkowo i komfortowo.


- Myszołów – powiedziałem, i to było jedyne słowo, jakie tu padło przez pół ostatniej minuty.


Rozległ się gwizd i z lasu wytoczyła się tłusta lokomotywa buchająca prawdziwą parą; ale to było już kwadrans później.


CDN

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 16





Przez ścieżkę przebiega łasica. Nie ma ogona. Najpierw zastanawiam się nad tym, gdzie go zgubiła, a potem myślę, że może odkryłem nowy gatunek. Stawiam na tę drugą opcję i od razu czuję się raźniej w roli odkrywcy, a nie tylko obserwatora.


Rysunek: Andrzej Bobrowski





Telefon:


- Pies wyje za tobą. Gdzie jesteś?!

- Daj mu wołowiny.
- A skąd ja wytrzasnę wołowinę?!
- Stoi w srebrnym garnku na schodach.
- I będę musiała tego dotykać...
- To jest udziec wołowy na marchwi i porach, pyszny. Ja to jem.
- No, tego się mogłam spodziewać po tobie, że jesz psie żarcie. Ale... co tu się dziwić w ogóle, jak otaczają cię źli ludzie.
- Źli?
- Otaczasz się niewłaściwymi ludźmi.
- Posłuchaj, ja nie spotykam już żadnych ludzi. Od lat.


Za sosnami, zakosami biegnie goły chłopiec... Nie, to wiatr hula workiem po cemencie pomiędzy pniami.

 

 

 

                                                            x x x


Znowu pies. A nawet dwa. Duży, czarny z łańcuchem, tak jak oderwał się od budy, i mały wsiowy pikuś podążający za czarnym olbrzymem. Gdzie duży siknie, to on też, gdzie się zatrzyma, co obwącha... mały wiernie powtarza jego zachowania. Dwa szwendające się wiejskie psy, próbujące zrobić coś ze swoją wolnością.


Stary inkasent Łabędzki znał wszystkie psy w mieście lepiej niż weterynarze. I te dobre, i te złe, te koszmary, i Perełki, i Murzynki, Reksy, rottwailery i kaukazy. Naszemu psu - a właściwie psu mojej mamy, którego nikt nie traktował serio - inkasent Łabędzki z rozpędu okazywał najwyższy respekt, natychmiast uruchamiając drzemiącą w nim bestię. To był jedyny przejaw aktywności tego psa: dziko obszczekać inkasenta. Zdarzało się to w czasach, kiedy jeszcze nawet nie przeczuwałem, że na lata najprzyjemniejszym widokiem na świecie stanie się dla mnie zieleń świeżo wydrukowanej studolarówki. Ze strzępów wspomnień wyłania się zmierzły bachor, który wymaga świata do usług – natychmiast chce wszystkiego, co chce.


Kim wydam się sobie za 10 lat? Co pomyślę o człowieku na rowerze, który gapi się na dwa psy oderwane od budy, upajające się sikaniem gdzie popadnie?


Pojęcia nie mam, bo mieć nie mogę – jak zniknął stary Łabędzki. Kiedy umierał nie było mnie już w miasteczku; pewnie już rozmawiałem daleko stąd w dwóch językach, za pensję jak z totolotka.


Ciąg dalszy 6. maja

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 17



Policja. Odruchowo zwalniam. Srebroniebieska furgonetka ukryta za betonowym przystankiem autobusowym. Dwóch dorosłych oficerów w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, tak są zajęci przepisywaniem zeszytów.

Rysunek: Andrzej Bobrowski


Pochyleni, w najwyższym skupieniu - prawie słyszę szelest kulek ich długopisów pracowicie przenoszących policyjne ważności z jednego zeszytu do drugiego. Ciężko uwierzyć, że to te same kanalie hamujące postęp przez pałowanie ludzi strajkujących w sprawie zmian na ulicach całego świata. Chcę szybko pomyśleć o czymś miłym, szukam jakiegoś neutralnego obrazu we wspomnieniach, ale wszystko, co mi akurat przychodzi do głowy, to widok samego siebie w salce katechetycznej – siedzę za karę sam w ostatniej ławce i piszę sto razy: „Nie będę więcej strzelał z procy na lekcji religii do siostry Jadwigi." Wcale nie celowałem w siostrę, i wcale nie z procy; odtąd mijanie się z prawdą i skłonność do sensacyjnej nadinterpretacji będzie mi się już zawsze kojarzyła z kościołem. Nie zdoła tego zmienić nawet złoty zegarek i rower, jakie dostanę od chrzestnych na komunię.



                                                                 x x x


Asfaltowa droga, kierunkowskaz z nazwą miasta i odległością 12 km. Zaraz wjadę tam, skąd wyjechałem, tylko z drugiej strony.


Jakiś kierowca zwalnia, puka się w czoło (właściwe wali) i zaraz przyspiesza. Oglądam się za siebie, czy nie odpadło mi tylne koło, przeczesuję czuprynę, bo może przykleił mi się liść, albo żurawie uwiły sobie tam gniazdo i wysiadują, a ja o tym nic nie wiem. Kończą mi się pomysły.


Dlaczego to walenie w czoło odnoszę do siebie? Bezrefleksyjnie i automatycznie, od razu ja, tak jestem przejęty własną osobą. Jakby nie mogły istnieć żadne inne powody pukania w czoło.


Przypomina mi się zdanie z nowej książki żony:

Każdy jest tym, który lubi siebie najbardziej spośród miliardów na świecie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. Każdego dnia. Zawsze.


Facet po prostu akurat odkrył w kieszeni zgubiony wczoraj kawał mózgu i wepchnął go sobie do głowy i popukał w czoło, żeby lepiej usiadł w zapadkach. Ot co.

Ciąg dalszy nastąpi

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 18






Znów jadę na ścieżce rowerowej. Mijam ruiny wielkiego wiatraka. Kiedy widziałem go ostatnio, miał skrzydła, i te skrzydła się obracały. Została jeszcze droga podjazdowa z brukiem przerośniętym chwastami.


Rysunek: Andrzej Bobrowski








Zamiast remontu, postawiono ławeczkę, żeby sobie popatrzeć. Siadam i popatruję. Zimno. Kołyszę się w przód i w tył, żeby się rozgrzać. Zakładam ręce za głowę i odchylam do tyłu, dotykając włosami ziemi. Nabieram ochoty na trochę ćwiczeń, brzuch, pompki, spacer na rękach w te i wewte, przeskoki i wszystko, co można z ławką zrobić.


Z daleka, od strony miasta majaczą trzy sylwetki. Nie biegną, ale zbliżają się szybko. Siadam więc i udaję, że tak tylko sobie tutaj siedzę, żeby nie wzięli mnie za wariata. Dokończę jak przejdą.


- Przepraszam, czy mógłby pan na chwilę podnieść lewą nogę do góry – zwraca się najmniejszy z przybyłej trójki. Pozostali stają tak, że jeden blokuje drogę z jednej strony ławki, a drugi z przeciwnej.


Widzę to tak: najpierw katują mnie, wydając upokarzające polecenia, potem kopią gdzie popadnie, skaczą po głowie, na koniec odciągają półżywego do lasku za plecami, oblewają benzyną, podpalają i sikają na mnie w ekstazie zabawy. Ostatni mój widok w życiu, to półkolisty obrys głazu na tle nieba, opadającego na mój łeb. Wszystko gaśnie.


Unoszę nogę.


- Tu było moje pięć złotych – oświadcza najmniejszy. – A teraz nie ma – patrzy mi w oczy złym wzrokiem. – Ten frajer zajebał moje pięć złotych! – obraca się w stronę największego i rozkłada bezradnie ręce. – Ta łachudra okrada Prawdziwych Polaków! – celuje we mnie paluchem tak, że mógłbym go odgryźć. – To przez niego nie ma co jeść! I musimy wypierdalać z tego żydowskiego kraju na wysługi do angoli. Do ciebie mówię, ty żydowska pizdo!

- No, mamy cię jebany pedale żydowski!...
- Zajeb mu Zbiniu! Zobaczymy jaki teraz będzie mądry ten stary komuch jebany. Nie peniaj Bibiu, śmiało! Zajeb cwela!


Wstaję.

Żeby zobaczyli jaki jestem duży. Trochę większy niż wydawałem się siedząc. Wyszarpuję nóż i mały odskakuje.


- Chodź tu Biniu! Zajebię tę kurwę kamlotem! – wrzeszczy trzeci i zgina się w pół, żeby wyszarpnąć kawałek bruku prowadzącego do wiatraka. I tak zgiętego w pół, dopadam kopniakiem. Koziołkuje w powietrzu i rozprostowuje się dopiero pod opadnięciu na brukowany podjazd.


- Za to, że jutro porysujesz mi samochód dla zabicia czasu – dopadam i kopię go w łeb najmocniej jak mogę, żeby tamci widzieli jak mocno kopię. Doskakuję do małego, markuję uderzenie nożem, a gdy się zasłania, łapię za włosy, zginam w pół i nadziewam jego głowę na kolano, na drugie i znów na to samo. Odrzucam bezwładne ciało na bruk, obok nieprzytomnego.


- Cześć – mówię do największego, który wymachuje nerwowo odpustową sprężynówką. W jednej ręce trzymam ten „kamlot", w drugiej wielki nóż, i jestem porządnie rozgrzany. Patrzy na mnie i czuje, że może mu się nie udać. Obraca się i wieje. Trafiam go „kamlotem" w tył głowy, ale nie pada, chwieje się tylko, więc puszczam się za nim, podcinam, a gdy pada siadam na plecach i recytuję pięściami: - Za to, że-jutro-podpalisz–mojego–ulubionego–bez-dom-ne-go-dla–za-bi-cia–cza-su!!!. Podciągam go do pozostałych nieprzytomnych.


Siadam na ławce i zaczynam analizować co się stało? Na pewno żyję, i oni też, chwilowo trochę mniej. Gdy zaczynam się oskarżać o to jak musiały boleć te kopnięcia w twarz, uderzenia w brzuch, złamanie ręki – bo chyba temu największemu jednak złamałem – gdy rozkręcam tę winę w sobie do skraju obłędu – dzwoni telefon.


- Gdzie jesteś?

- Przy ruinie wiatraka.


- To się składa, bo właśnie wracam od Aldony i akurat nie mam specjalnych planów, to będę za pięć minut, chętnie obejrzę te zgliszcza.

- Ok.


Chowam telefon do kieszeni. Mam wrażenie, że w tym samym momencie zatrzymuje się duże srebrne volvo. Otwierają się drzwi i długi biały papieros podtrzymywany ręką mojej żony wymaszerowuje w kierunku ruiny wiatraka.


- Twoi koledzy? – pyta siadając obok mnie na ławce.

- Niezupełnie.


- Ale miałeś z nimi kontakt?

- Tylko przez chwilę.


- Wiedziałam, że nie można cię samego wypuszczać nigdzie za długo, od razu dziczejesz i zadajesz się z niewłaściwymi ludźmi. Ale nie chcę się powtarzać.

- Zobaczę, co z nimi.


- Nie musisz, już zobaczyłam – dochodzą. Lepiej spadajmy. Wrzucisz rower do bagażnika?


Wrzucam rower do bagażnika.


- Kawał zbója z ciebie, wiesz – mówi na rondzie. – Przyjrzałam się im dokładnie. Niezłe młode byki. Leżą sobie, i to bez żadnych obrażeń, poza chwilową nieprzytomnością. Odbierzesz?


Dzwoni mój telefon.


- Odbierz – mówię – będę miał pewność, że to nie ty dzwonisz.

- Cha, cha, cha... Halo – odbiera telefon i po minucie wyłącza go bez słowa.


- Jakiś podekscytowany, młody głos przeprasza cię, że nie zadzwonił za godzinę, jak zapowiadał, przeprasza i ma nadzieję, że znalazłeś dziewczynę swojego życia. Zadzwoni jutro, bo ma dla ciebie okazję.

- Ok.


- I co mu powiesz? Znalazłeś, czy nie?

- Parę razy byłem blisko – mówię, wpatrując się w bociana lądującego na słupie nieczynnej latarni ulicznej. Gałąź, którą przytaszczył w czerwonym dziobie, wplata między inne, ułożone na pałąku i kloszu lampy.


Ona też dostrzega wielkiego ptaka i zwalnia. Sznurek spowolnionych aut, formujący się za naszym volvo, nie robi na niej wrażenia.


Ptak udeptuje gniazdo, odchyla głowę do tyłu, rozdziawia dziób i zaczyna klekotać tak głośno, że słychać to w aucie. Pojawia się drugi bocian. Kołuje i ląduje pewnie, bez cienia wątpliwości.


- Gdybyśmy wciąż mieszkali w tym Berlinie, to musielibyśmy wydać fortunę na wycieczkę do ekologicznego rezerwatu, żeby zobaczyć takiego bociana – mówi, a potem potwornie wielokonny silnik ponaglony jej nogą, zabiera nas stąd jak z procy. Zmykam oczy, za dużo się dzieje za oknami.


Alarm syreny pogotowia gdzieś w pobliżu, zmusza do uniesienia powiek. Zaraz opuszczam je z powrotem; to przecież nie może być jeszcze ta karetka, która wyruszy do nas dopiero za kilka chwil.

Koniec

Shinichi Maruyama komentarzy: 0

Porządki wiosenne?

Piotr Świderek komentarzy: 0

Rysuje

Magdalena Danaj komentarzy: 0

Rysuje

Facebook komentarzy: 0

...

George Underwood komentarzy: 0

Na Wielkanoc

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Kanarek


Rysunek: Andrzej Bobrowski


Kanarek


Krople opadały jeszcze ze starego dębu na równinie, gdy tęcza postawiła na nim swoją soczystą stopę.


Drugą oparła na sośnie, obok której stała jeszcze jedna sosna.


Trzecia sosna była najwyższa i wystawała z łukowatej tęczowej nogawki.


Rosło tu jeszcze więcej sosen, bo tęcza stanęła okrakiem pomiędzy wielkim, samotnym dębem na równinie, a sosnowym lasem, ciągnącym się aż do jeziora.


Trzy łabędzie poderwały się z wody i przelatywały pod łukiem z kolorów, by dołączyć do stada pasącego się na równinie. Leciały tak nisko, że gdyby akurat przechodził tędy prezes, mógłby podrzucić do góry parasol i zawiesić go na białym wieszaku z pomarańczową końcówką.


Ale prezes był wieziony limuzyną z szoferem. Auto sunęło po moście nad rzeczką wypływającą z jeziora. Szofer widział i tęczę i łabędzie, a prezes nie, bo wpatrywał się w kanarka w klatce.


Kupił go dla córeczki na roczek i teraz zastanawiał się, czy dobrze dobrał kolor ptaka do pokoju dziecka. Kanarek nic nie widział, bo okna przy tylnym siedzeniu były przyciemnione, a kanarki lubią słońce – gdy nie świeci, to zamykają oczy i czekają na jutro.


Dużo słońca jest na Jamajce, ale wyspę opanowały kolibry i kanarków nie wpuszczają.


Ale to nie te piękne ptaszki o sercu bijącym 2000 razy na minutę noszą sandałki z opony; takie sandałki noszą wyłącznie tamtejsi ludzie, którzy są szczęśliwi, bo żyją w ciepłym klimacie i nie mają odcisków od odśnieżania.


Na Jamajce też grają w piłkę. Najbardziej znanym graczem był Bob Marley, który grał także na gitarze Gibson, zrobionej dla niego przez nieulubionych Amerykanów. Za to śpiewał dla nich chętnie po amerykańsku za dolary, za które kupował marihuanę. Dla siebie, kolegów i dla najbliższych.


Ponieważ śpiewał bardzo dużo, mógł kupować bardzo dużo marihuany dla szerokiego grona, aż w końcu wszyscy na Jamajce uzależnili się od szczęścia marihuany i byli bardzo szczęśliwi. Kobiety też starały się wyglądać jak wszyscy weseli ludzie na Jamajce.


Ponieważ rabarbar jest praktycznie za darmo, Bob Marley nie mógł go kupować za dolary i się od niego uzależnić.


Nie można się uzależnić od czegoś co jest bezwartościowe, do czego nie da się tęsknić ani o tym marzyć. W literaturze nie znajduje się ani jedna wzmianka o uzależnieniu od rabarbaru.


W książce, którą czytała żona prezesa w oczekiwaniu na męża, też nie było ani słowa o rabarbarze. Książka była o Majach. Wynikało z niej, że Majowie zajmowali się głównie obcinaniem głów, w dni świąteczne wyrywali serce. W wolnym czasie pracowali nad rozwojem techniki rycia w kamieniu, przez co uwiecznili swoje upodobania dla potomności.


W kraju Majów nie latały kolibry - bo jak wiadomo kolibry upodobały sobie Jamajkę - ani kanarki.


Kanarek dla córki prezesa został schwytany w swoim kanaryjskim kraju przez szóste dziecko bezdomnego i wymieniony na haczyk do łowienia rzeczy praktycznych, czyli ryb.


Ale nie karpi wigilijnych, bo karpie żyją w jeziorze, obok którego sunęła limuzyna z prezesem.


Te karpie – a i płocie, szczupaki oraz troć – nieświadome zaszczytu doznanego z powodu przejazdu prezesa po okolicy, zajmowały się tym co zwykle, czyli pływaniem z miejsca na miejsce.


Ptaki także zajmują się przenoszeniem z miejsca na miejsce. Na przykład łabędzie, które wystartowały z jeziora, teraz lądowały w innym miejscu, wśród stada pasącego się na równinie.


Widać je z daleka, ale one też widzą z daleka, więc gdy zbliży się lis, one go zobaczą i szybko przeniosą się nad jezioro. Tęczy już wtedy nie będzie.


Ale dla prezesa nie będzie to miało żadnego znaczenia – córce spodoba się kanarek, ale żonie nie spodoba się jego kolor – musi szybko załatwić ekipę malarzy i dekoratorów w celu błyskawicznej zmiany barw dziecięcego pokoju. Tak, żeby zadowolić i córkę i żonę.


Dla szczęśliwości rodziny prezes – jak wszyscy - jest gotów na wszystko.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Jerzy Kosiński komentarzy: 0

Kroki


Jerzy Kosiński (14 czerwca 1933 w Łodzi - 3 maja 1991 w Nowym Jorku)





Kroki, 1968
PIW, Warszawa 1989

 

Pierwsza historia z tego zbioru

 
JECHAłEM coraz dalej na południe. Wioski były

małe i ubogie; gdy tylko się w którejś zatrzymałem,
wokół samochodu zbierał się tłum, a dzieci śledziły
każdy mój ruch.

Postanowiłem spędzić parę dni w ogołoconej z roślinności,
pełnej pobielonych chat wiosce; chciałem
odpocząć, a także oddać do prania i reperacji odzież.
Kobieta, która się podjęła tej pracy, wyjaśniła, że
zrobi to szybko i sprawnie, ponieważ ma pomocnicę – młodą
dziewczynę, sierotę, zmuszoną do zarabiania

na własne utrzymanie. Wskazała na dziewczynę
patrzącą na nas z okna.

Kiedy wróciłem następnego dnia, żeby odebrać
uprane rzeczy, we frontowym pokoju się na nią natknąłem.
Od czasu do czasu podnosiła na mnie oczy,
a ilekroć napotkałem jej wzrok, usiłowała ukryć zainteresowanie
moją osobą i coraz niżej pochylała głowę nad szyciem.

Przekładając dokumenty do kieszeni świeżo uprasowanej
marynarki zauważyłem, z jaką ciekawością
spogląda na plastikowe karty kredytowe, które na
chwilę położyłem na stole. Zapytałem, czy wie, do
czego służą; odrzekła, że nigdy czegoś takiego nie widziała.

 
Powiedziałem, że przy pomocy każdej z tych

kart można kupić meble, pościel, naczynia kuchenne,
jedzenie, odzież, pończochy, obuwie, torebki, perfumy,
niemal wszystko, co się chce — bez płacenia za
to pieniędzmi.


Niedbałym tonem wyjaśniłem dziewczynie, że

mogę również używać swoich kart w najdroższych
sklepach pobliskiego miasta, że wystarczy je pokazać,
by podano mi jedzenie w jakiejkolwiek restauracji,
że mogę zatrzymać się w najlepszych hotelach
i że wszystko to dostępne jest zarówno dla mnie, jak
i dla wybranych przeze mnie osób. Chciałbym ją zabrać
ze sobą — dodałem — ponieważ podoba mi się
i jest ładna, mam też wrażenie, że chlebodawczyni
nie traktuje jej dobrze. Jeżeli sobie życzy, może pozostać
ze mną jak długo zechce.


Ciągle nie patrząc na mnie dziewczyna spytała —

jak gdyby pragnąc się upewnić — czy będą jej potrzebne
pieniądze. Po raz wtóry powiedziałem, że jeżeli
mamy ze sobą karty i postanowimy z nich korzystać,
ani jej, ani mnie pieniądze nie będą potrzebne.
Obiecałem, że zwiedzimy razem różne miasta, a nawet
różne kraje; nie będzie musiała pracować ani robić
czegokolwiek poza dbaniem o siebie, kupię jej, co
tylko zapragnie, będzie mogła nosić wspaniałe stroje
i pięknie dla mnie wyglądać i zmieniać uczesanie czy
nawet kolor włosów, jak często zechce. Aby tak się
stało, wystarczy, aby nie mówiąc nikomu ani słowa,
późno w nocy wyszła z domu i spotkała się ze mną
przy drogowskazie na krańcu wioski. Zapewniłem ją,
że gdy już znajdziemy się w mieście, do jej chlebodawczyni
wysłany zostanie list wyjaśniający, że jak
wiele dziewcząt przed nią opuściła dom, by znaleźć
pracę w wielkim mieście. W końcu powiedziałem, że
będę na nią czekał tej nocy i bardzo liczę na to, że
przyjdzie.


Karty kredytowe leżały na stole. Dziewczyna wstała

i wpatrywała się w nie ze czcią, w której było niedowierzanie;
wyciągnęła prawą rękę, by ich dotknąć,
ale natychmiast ją cofnęła. Wziąłem jedną z kart
i podałem jej. Trzymała ją delikatnie w palcach jak
sakralny opłatek, unosząc ku światłu, by zbadać
wytłoczone na niej litery i cyfry.


Ciąg dalszy Klick!!!


Richard Brautigan komentarzy: 0

Upadek sombrera. Opowieść japońska




Richard Brautigan, pisarz amerykański, popełnił samobójstwo w 49 roku życia. Napisał "Łowienie pstrągów w Ameryce" i parę jeszcze rzeczy - wśród nich "Upadek sombrera" - które nie odniosły już sukcesu, co może dziwić, bardzo.


Przeczytaj fragmenty:





Richard Brautigan, Upadek sombrera. Powieść japońska, Wydawnictwo Tenaten, Warszawa 1992, przekład Jan Zieliński


fragmenty

str. 5 - 9
Sombrero


Sombrero spadło z nieba i wylądowało na głównej ulicy miasteczka tuż przed burmistrzem, jego kuzynem i pewnym bezrobotnym. Ostre pustynne powietrze wygoliło dzień do czysta. Niebo było błękitem ludzkich oczu, które na coś czekają. Nie istniał najmniejszy powód, żeby sombrero miało spaść z nieba. Nie przelatywał akurat samolot ani helikopter, nie przypadało też tego dnia żadne święto religijne.


Pierwsza łza uformowała mu się w prawym oku. To oko zawsze pierwsze zaczynało płakać. Po nim ruszało lewe. Uznałby, że to ciekawe, gdyby wiedział, że prawe oko pierwsze zaczynało płakać. Lewe oko przystępowało do płaczu tak szybko po prawym, że nie wiedział, które zaczęło pierwsze, ale to było zawsze prawe.


Był wprawdzie bardzo spostrzegawczy, nie na tyle jednak, żeby wiedzieć, które oko pierwsze zaczęło płakać. Jeśli w ogóle na podstawie tak drobnej informacji można budować definicję percepcji.


- Czy to sombrero? - spytał burmistrz. Burmistrz zawsze mówi pierwszy, zwłaszcza jeśli nie uda mu się osiągnąć w polityce wyższej pozycji niż burmistrz małego miasteczka.

- Tak - odparł jego kuzyn, który sam chciałby zostać burmistrzem.

Bezrobotny nic nie powiedział. Czekał, z której strony zawieje wiatr. Nie

chciał się wychylać. Być bezrobotnym w Ameryce to nie żarty.

- Spadło z nieba - powiedział burmistrz, spoglądając na nieskazitelnie czyste błękitne niebo.

- Tak - powiedział kuzyn burmistrza.


Bezrobotny nic nie powiedział, ponieważ miał nadzieję na pracę. Nie chciał zaprzepaścić choćby najniklejszej szansy. Będzie lepiej dla wszystkich, jeśli tylko grube ryby będą się wypowiadać.


Trzej mężczyźni rozejrzeli się wokoło w poszukiwaniu powodu, dla którego sombrero miałoby spaść z nieba, ale nic nie znaleźli; bezrobotny też nie znalazł żadnego powodu.


Sombrero było nowiutkie.

Leżało na ulicy, dnem skierowane ku niebu. Rozmiar: 18,5.


- Dlaczego kapelusze spadają z nieba? - spytał burmistrz.

- Nie wiem - odparł jego kuzyn.


Człowiek poszukujący pracy zastanawiał się, czy kapelusz byłby dla niego dobry.

Teraz łzy płynęły z obojga oczu.

O, Boże...


Sięgnął ręką do maszyny do pisania, jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, co zapina rozporek nieboszczykowi leżącemu w trumnie i wyciągnął kartkę, zawierającą wszystko, co powyżej napisano, z wyjątkiem własnego płaczu, z którego zresztą nie zdawał sobie sprawy, ponieważ płakał ostatnio tak często, że było to jakby wypicie szklanki wody, co nieraz robi się odruchowo, nie będąc nawet spragnionym i czego się potem nie pamięta.


Podarł kartkę zawierającą wszystko, co przed chwilą przeczytaliście na temat sombrera. Podarł ją starannie na wiele malutkich kawałków, które następnie rzucił na podłogę.


Następnego ranka zacznie pisać od nowa o czymś, co nie będzie miało nic wspólnego ze spadającym sombrerem.


Jego praca polegała na pisaniu książek. Był znanym amerykańskim satyrykiem. Trudno znaleźć księgarnię, która by nie miała co najmniej jednej jego książki.


Dlaczego więc płakał?

Czy sława nie wystarcza?

Odpowiedź jest całkiem prosta.

Jego przyjaciółka, Japonka, odeszła.

Po prostu go porzuciła.


Taki był powód jego łez, jakie zaczęły płynąć, już nie pamiętał z którego oka, powód płaczu, jaki stał się jego chlebem powszednim, odkąd porzuciła go ta Japonka.


W niektóre dni płakał tyle, że myślał, iż mu się to śni.




Japonka


Kiedy Yukiko spała, jej włosy spały obok, długie i japońskie. Ona sama nie wiedziała, że jej włosy śpią. Proteina też potrzebuje odpoczynku. Yukiko o tym nie myślała. Jej myśli były w zasadzie bardzo proste.

Rano czesała włosy.

To była pierwsza rzecz, jaką robiła po przebudzeniu. Zawsze czesała je bardzo starannie. Czasem na czubku głowy, zgodnie z japońską tradycją, robiła sobie kok. Czasem zostawiała włosy rozpuszczone, sięgały jej wówczas do pupy.

W San Francisco było parę minut po dziesiątej wieczór. Krople deszczu znad Pacyfiku uderzały w szybę koło łóżka, ale ona ich nie słyszała, pogrążona we śnie. Z reguły spała wyśmienicie i potrafiła sypiać bardzo długo, dwanaście godzin albo i dłużej, lubując się w tym, jakby naprawdę robiła coś innego, spacerowała albo gotowała obiad. Jeść też lubiła.

Kiedy on darł kartkę papieru, zawierającą słowa o spadającym z nieba sombrero, ona spała, a jej włosy spały obok niej - długie i ciemne.

Włosy śniły, że jest rano i że ona starannie je czesze.

Jeszcze kilka fragmentów, Klick!!!