23 kwietnia 2018, poniedziałek
Richard Brautigan komentarzy: 0

Upadek sombrera. Opowieść japońska




Richard Brautigan, pisarz amerykański, popełnił samobójstwo w 49 roku życia. Napisał "Łowienie pstrągów w Ameryce" i parę jeszcze rzeczy - wśród nich "Upadek sombrera" - które nie odniosły już sukcesu, co może dziwić, bardzo.


Przeczytaj fragmenty:





Richard Brautigan, Upadek sombrera. Powieść japońska, Wydawnictwo Tenaten, Warszawa 1992, przekład Jan Zieliński


fragmenty

str. 5 - 9
Sombrero


Sombrero spadło z nieba i wylądowało na głównej ulicy miasteczka tuż przed burmistrzem, jego kuzynem i pewnym bezrobotnym. Ostre pustynne powietrze wygoliło dzień do czysta. Niebo było błękitem ludzkich oczu, które na coś czekają. Nie istniał najmniejszy powód, żeby sombrero miało spaść z nieba. Nie przelatywał akurat samolot ani helikopter, nie przypadało też tego dnia żadne święto religijne.


Pierwsza łza uformowała mu się w prawym oku. To oko zawsze pierwsze zaczynało płakać. Po nim ruszało lewe. Uznałby, że to ciekawe, gdyby wiedział, że prawe oko pierwsze zaczynało płakać. Lewe oko przystępowało do płaczu tak szybko po prawym, że nie wiedział, które zaczęło pierwsze, ale to było zawsze prawe.


Był wprawdzie bardzo spostrzegawczy, nie na tyle jednak, żeby wiedzieć, które oko pierwsze zaczęło płakać. Jeśli w ogóle na podstawie tak drobnej informacji można budować definicję percepcji.


- Czy to sombrero? - spytał burmistrz. Burmistrz zawsze mówi pierwszy, zwłaszcza jeśli nie uda mu się osiągnąć w polityce wyższej pozycji niż burmistrz małego miasteczka.

- Tak - odparł jego kuzyn, który sam chciałby zostać burmistrzem.

Bezrobotny nic nie powiedział. Czekał, z której strony zawieje wiatr. Nie

chciał się wychylać. Być bezrobotnym w Ameryce to nie żarty.

- Spadło z nieba - powiedział burmistrz, spoglądając na nieskazitelnie czyste błękitne niebo.

- Tak - powiedział kuzyn burmistrza.


Bezrobotny nic nie powiedział, ponieważ miał nadzieję na pracę. Nie chciał zaprzepaścić choćby najniklejszej szansy. Będzie lepiej dla wszystkich, jeśli tylko grube ryby będą się wypowiadać.


Trzej mężczyźni rozejrzeli się wokoło w poszukiwaniu powodu, dla którego sombrero miałoby spaść z nieba, ale nic nie znaleźli; bezrobotny też nie znalazł żadnego powodu.


Sombrero było nowiutkie.

Leżało na ulicy, dnem skierowane ku niebu. Rozmiar: 18,5.


- Dlaczego kapelusze spadają z nieba? - spytał burmistrz.

- Nie wiem - odparł jego kuzyn.


Człowiek poszukujący pracy zastanawiał się, czy kapelusz byłby dla niego dobry.

Teraz łzy płynęły z obojga oczu.

O, Boże...


Sięgnął ręką do maszyny do pisania, jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, co zapina rozporek nieboszczykowi leżącemu w trumnie i wyciągnął kartkę, zawierającą wszystko, co powyżej napisano, z wyjątkiem własnego płaczu, z którego zresztą nie zdawał sobie sprawy, ponieważ płakał ostatnio tak często, że było to jakby wypicie szklanki wody, co nieraz robi się odruchowo, nie będąc nawet spragnionym i czego się potem nie pamięta.


Podarł kartkę zawierającą wszystko, co przed chwilą przeczytaliście na temat sombrera. Podarł ją starannie na wiele malutkich kawałków, które następnie rzucił na podłogę.


Następnego ranka zacznie pisać od nowa o czymś, co nie będzie miało nic wspólnego ze spadającym sombrerem.


Jego praca polegała na pisaniu książek. Był znanym amerykańskim satyrykiem. Trudno znaleźć księgarnię, która by nie miała co najmniej jednej jego książki.


Dlaczego więc płakał?

Czy sława nie wystarcza?

Odpowiedź jest całkiem prosta.

Jego przyjaciółka, Japonka, odeszła.

Po prostu go porzuciła.


Taki był powód jego łez, jakie zaczęły płynąć, już nie pamiętał z którego oka, powód płaczu, jaki stał się jego chlebem powszednim, odkąd porzuciła go ta Japonka.


W niektóre dni płakał tyle, że myślał, iż mu się to śni.




Japonka


Kiedy Yukiko spała, jej włosy spały obok, długie i japońskie. Ona sama nie wiedziała, że jej włosy śpią. Proteina też potrzebuje odpoczynku. Yukiko o tym nie myślała. Jej myśli były w zasadzie bardzo proste.

Rano czesała włosy.

To była pierwsza rzecz, jaką robiła po przebudzeniu. Zawsze czesała je bardzo starannie. Czasem na czubku głowy, zgodnie z japońską tradycją, robiła sobie kok. Czasem zostawiała włosy rozpuszczone, sięgały jej wówczas do pupy.

W San Francisco było parę minut po dziesiątej wieczór. Krople deszczu znad Pacyfiku uderzały w szybę koło łóżka, ale ona ich nie słyszała, pogrążona we śnie. Z reguły spała wyśmienicie i potrafiła sypiać bardzo długo, dwanaście godzin albo i dłużej, lubując się w tym, jakby naprawdę robiła coś innego, spacerowała albo gotowała obiad. Jeść też lubiła.

Kiedy on darł kartkę papieru, zawierającą słowa o spadającym z nieba sombrero, ona spała, a jej włosy spały obok niej - długie i ciemne.

Włosy śniły, że jest rano i że ona starannie je czesze.

Jeszcze kilka fragmentów, Klick!!!

Wojciech Konikiewicz komentarzy: 0

Ostry zespół Grotowskiego



Wszyscy są zszokowani, że jakaś pani z Tefałenu nie wiedziała kto to. Ja absolutnie nie - wydarzenie to jest logiczną konsekwencją stanu kultury w państwie rządzonym przez Dyzmów i produkującym masowo niedouków udających inteligentów, w tym magistrów, abiturientów etc.


Konia z rzędem temu, kto zauważy jakiegoś polityka w filharmonii, na festiwalu (wyjąwszy żenujace ustawki w rodzaju Przystanku Woodstock), w klubie jazzowym, rockowym, galerii sztuki. Proszę zauważyć, że np. żaden skandal w Polsce nie miał za scenerię takich miejsc, natomiast działy się takowe na ulicy, w knajpie, przed knajpą, w burdelu. Dlaczego? Ano dlatego. Statystyka nie kłamie - to jest właśnie środowisko naturalne naszej "elity" politycznej, jej nisza ekologiczna, a w niej ulubione pożywienie: dziwki, żarcie, gorzała.


Owszem, przychodzi jeden moment, kiedy cała ta banda neandertalów budzi się i ze skacowanych gąb wyrzuca przed kamerami: kultura, naród, tożsamość itd. - to wybory.


W tle wspierają ich wtedy z zawodowym uśmiechem celebryci - najlepiej aktorzy, bo tych ludek ciemny z facjat zna i się ucieszy, bo rozpozna: tu Kmicic, tam gospodyni domowa z serialu i szczęście pełne. Po wyborach - i po problemie z "tom całom kulturom"! Fonoteka  Polskich Nagrań do sprzedania? Sprzedać! Przy okazji Ziutek zarobi. Dziedzictwo narodowe? Jakie dziedzictwo? Kasa, Misiu - kasa!


Telewizja publiczna zgodnie z nazwą - jest publiczna: jak dom. Za pieniądze z chęcią zdejmie majtki i zrobi wszystko: w szczególności nie zrobi niczego, co groziłoby brakiem zarobku, bądź stratą kasy. Jako listek figowy marna i bezbudżetowa TVP Kultura, a reszta: goła. No i trwa masowy wychów bezmózgowej, bezkulturowej trzody. Do brania kredytów jest przystosowana - i to wystarczy.


Dziękuję tej pani AW, kawał dobrej roboty odwaliła...



Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

Yayoi Kusama


Napisała do nas Mariko z Artsy.net.

Mariko obejrzała gdzieś w Internecie nasz materiał o zjawiskowej artystce Yayoi Kusama, która uwiodła nas przed laty swoją czystą oryginalnością -
oto ten materiał:
http://www.moreleigrejpfruty.com/Malarze,37.html



Mariko, która zajmuje się w Artsy.net twórczością Yayoi Kusama uważa, że nowo otwarta strona o artystce może być dla morelowych czytelników bardzo interesująca – „zawiera biografię, ponad 70 prac, ekskluzywnych artykułów o Kusama, jak również materiały z jej wystaw, na przykład ekskluzywny materiał z najnowszej wystawy Kusama w Singapurze."


Oto link do strony polecanej przez Mariko: https://www.artsy.net/artist/yayoi-kusama


Oraz: Kusama's recent show in Singapore

Janek Koza komentarzy: 0

Poniedziałek

Facebook komentarzy: 0

.................................................................................

Janek Koza komentarzy: 0

Rysuje


Klick!!!


Męczennicy fejsbuka

ona
Wyglądała na swój wiek i była sympatycznie nieładna, co od razu wyróżniało ją z tła. Odchudzała się od kiedy pamięta. Codziennie, rygorystycznie i bezskutecznie.


on

Krzepki i zdrowy, zbójecko przystojny (piękny, godny bicia na monetach profil). Najchętniej przemawiał wtedy, kiedy akurat nie miał nic do powiedzenia, więc było to niekrępujące.


Dwa ludzkie byty spędzały życie w przerwach  pomiędzy papierosami w mieście o pocztówkowej urodzie.


Ona:
- Wszystko, co robię, nie przydaje się do niczego. W ogóle nie bardzo mam co przestać. I wydaje mi się, że wszyscy są już zmęczeni mną tak, jak ja jestem już sobą zmęczona. Jak mam być szczera.

On: - Nie mam kompletnie nic do myślenia – pomyślał. – Nie mam kompletnie nic do myślenia, jak mi mówisz takie coś – powiedział. - I przeważnie nie podoba mi się to, co podoba się wszystkim.


Ona:
- Może zostalibyśmy męczennikami fejsbuka?...

On: - Dobra. Ale jutro.

(bajkopisarz)

Wielkopolska. Kultura u podstaw komentarzy: 0

Nowy serwis, a w nim Dziedzic Pruski:



Klick!!!


Skąpany w blasku pikseli

Jest dziwna magia w ekranie. Magia, co sprawia że wszystko wygląda inaczej. Nie lepiej i nie gorzej. Odmiennie. Dajmy na to taki kwiatek w oknie. Zwykły, przypadkowy. Z ulicy banalny. A na ekranie może porażać kontekstem. Taka jest siła ekranu.


Podobnie z innymi przedmiotami, krajobrazami, ludźmi. Zwłaszcza z ludźmi. U nich dochodzi tak zwana fotogeniczność. Zjawisko, które sprawia, że szara mysz może zostać boginią seksu, a smutny biuralista idolem nastolatek. Ciągną więc do ekranu tabuny myszy i biuralistów, każde w nadziei na swoje kilka oka mgnień.


Dupy nie urywa

Czasem jest tak, że się staramy. Z całych sił. Na przykład żeby zrobić jakiś wykon. Piosenkę śliczną, malunek, Jezuska Frasobliwego z korzenioplastyki. I cały zasób wkładamy w to, cały potencjał. By była rzecz żywa.


Innym razem znów nie. Na luziku, ot tak. Po prostu robimy coś z czapy.


Oba sposoby są dobre, oba wskazane. Każdy niesie inną energię i rozmawia z otoczeniem inaczej, ale żeby któryś był lepszy, to nie powiem. Drugi łatwiejszy jest bez wątpienia.


Potem przyczajamy się i czekamy. Jak będzie? Co powie ludzkość? Czy Państwa Środka wstrzymają oddech? Emocje, szalone emocje. Potem euforia, ziew lub zgoła frustracja. Jak to tak, to ja na rzęsach swych ślicznych stawałam/łem, a tu Państwa Środka się nie zrywają, na koń nie skaczą?


Innym znów razem, jak wspomniano wyżej, wszystkie te państwa u stóp nam padają, choć ledwie palcem ruszyliśmy. Dlaczego?


Bo rezultat nie zawsze jest efektem pracy li tylko. Czasem zwykłego fartu trzeba. O czym dobrze jest wiedzieć i pamiętać. Bo orka sama w sobie dupy nie urywa. Efekt zależy również od pogody.

Klick!!!