26 lipca 2017, środa
Marek Raczkowski komentarzy: 0

Na niedzielę

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Nie mam nic do roboty, więc nic nie robię. Sobota.

 

 

Nie mam nic do roboty, więc nic nie robię. Sobota.

A w Rosji mieszka tylu ludzi, i pozwalają żeby rządził nimi Putin… - pozwalam przyjść do głowy myśli pierwszej lepszej (bo jak nic nie robię, to nic, więc się nie wysilam nawet żeby myśli do głowy nie przychodziły jakieś, nie wysilam się przepędzić).

Są ludzie gotowi twierdzić, że przy produkcji muzyki powstają większe emocje niż przy produkcji ciasteczek. Jak niewiele wiedzą o pieczeniu pysznych ciasteczek! - nie wysilam się przepędzić, bo sobota.

Człowiek z wyglądu składa się i z wody Przy czym jego woda jest jego prywatną sprawą, a wygląd już nie – przy sobotnim postanowieniu o nicnierobieniu i takie coś bezkarnie przelatuje sobie przez głowę, i nic z tym nie robię. Bo dzisiaj nic ma być.

Nawet największy kretyn, sto lat później, ma daleko większą wiedzę niż największy mędrzec sto lat wcześniej – a niech tam; co mnie do tego, sobota.

Większość ludzi, która chodzi do pracy jest nieszczęśliwa z tego powodu, a kiedy ją tracą, wariują z nieszczęścia – może tak, może inaczej? Może jutro znajdę link doboga.pl? W końcu w niedzielę powinny się zdarzać odświętne rzeczy, a jutro niedziela; przynajmniej zawsze była w niedzielę.

Na razie sobota, nic nie robię, więc nawet nie przewiduję, że będzie jakieś jutro i że pojadę do wielkiego miasta pociągiem, w którym podsłucham rozmowę chłopaka do dziewczyny ukochanej: - Wszystko, co robię, nie przydaje się do niczego.

Na szczęście, nic jeszcze o tym nie wiem, bo jest sobota, nie mam nic do roboty, więc nie robię nic…  




Ilustracja: Chen Wen Ling,
Klick!!!



lingvistov.ru komentarzy: 0

rysuje

Janek Koza komentarzy: 0

rysuje


Klick!!!   



Redakcja komentarzy: 0

Trochę Gombrowicza


Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, fragment/cytat



1958
IV

 

 

Wtorek

 

 

Zdarzyło mi się wczoraj... Coś jak dalszy ciąg psa w estancji...

Gdybym powiedział, że nic nie może się równać pod

pewnymi względami, w pewnym znaczeniu, ohydzie dylematu,

jaki przeżyłem... Że znalazłem się tam gdzie człowieczeństwo

musi wymiotować... Mógłbym to powiedzieć. Mogę też

dręczyć się tym — lub nie dręczyć — to właściwie ode mnie

zależy.

 

Leżałem w słońcu, sprytnie zaszyty w łańcuchu górskim,

jaki tworzy piasek naniesiony wiatrem na krańcu plaży. Są

to góry piaskowe, wydmy, obfite w przełęcze, zbocza, doliny,

labirynt obły i sypki, gdzieniegdzie porosły krzakiem wibrują -

cym pod nieustannym parciem wiatru. Zasłaniała mnie spora

Jungfrau, szlachetnie kubiczna, wyniosła — ale o dziesięć

centymetrów od mojego nosa rozpoczynał się wicher, sieczą -

cy bez wytchnienia Saharę, paloną słońcem. Żuki jakieś —

nie wiem, jak je nazwać — pracowicie snuły się po tej pustyni

w celach niewiadomych, I jeden z nich, nie dalej niż na odległość

mojej ręki leżał do góry nogami. Wiatr go przewrócił. Słońce

piekło mu brzuch, co zapewne było wyjątkowo nieprzyjemne

zważywszy, że ten brzuch zwykł zawsze pozostawać w cieniu —

leżał przebierając łapkami i wiadomo było, że nic innego

mu nie pozostaje jak tylko to monotonne i rozpaczliwe przebieranie

łapkami — i już omdlewał, po wielu może godzinach,

już konał.

 

Ja, olbrzym, niedostępny mu swoim ogromem, który to

ogrom czynił mnie dla niego nieobecnym — przyglądałem się

temu machaniu... i, wyciągnąwszy rękę wydobyłem go z kaźni.

Ruszył naprzód, przywrócony w jednej sekundzie życiu.

 

Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identycznego

żuka, w identycznym położeniu. I wymachiwał łapkami. Nie

chciało mi się ruszać... Ale — dlaczego tamtego uratowałeś,

a tego nie?... Dlaczego tamten... gdy ten?... Uszczęśliwiłeś

jednego, drugi ma się męczyć? Wziąłem patyk, wyciągnąłem

rękę — uratowałem.

 

Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem nieco dalej identycznego

żuka, w identycznym położeniu. Przebierającego łapkami.

A słońce paliło mu brzuch.

 

Czyż miałem przemieniać moją sjestę w karetkę Pogotowia

dla konających żuków? Ale zanadto już zadomowiłem się

w tych żukach, w ich wymachiwaniu cudacznie bezbronnym...

i chyba zrozumiecie, jeśli już zacząłem to ratowanie, nie miałem

prawa zatrzymać się w dowolnym miejscu. Byłoby zbyt straszne

wobec tego trzeciego żuka — zahamować akurat na progu

jego klęski... zbyt okrutne i niemożliwe jakieś, nie do popełnienia...

Ba! Gdybyż pomiędzy nim a tymi, których wybawiłem,

była jakaś granica, coś co mogłoby upoważnić mnie do zaprzestania

— ale właśnie nie było nic, tylko dalszych 10 cm

piasku, ciągle ta sama przestrzeń piaskowa, ,,trochę dalej"

wprawdzie, ale tylko ,,trochę". A przebierał łapkami tak samo!

Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem ,,trochę" dalej jeszcze

cztery żuki, wymachujące i palone słońcem — nie było rady,

wstałem w całym ogromie swoim i uratowałem wszystkie.

Poszły.

 

Wtedy oczom moim ukazał się stok lśniąco-gorąco-piaszczysty

sąsiedniego zbocza, a na nim z pięć lub sześć punkcików

wymachujących: żuki. Pośpieszyłem z ratunkiem. Wybawiłem.

I już tak sparzyłem się z ich męką tak bardzo w nią wsiąkłem,

że widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wą.-

wozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym

piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą!

Ale, wiedziałem, to nie może trwać wiecznie — wszak nie tylko

ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane,

więc musi nadejść moment, w którym powiem ,,dość" i musi

nastąpić ten pierwszy żuk nie uratowany. Który? Który?

Który? Co chwila mówiłem sobie ,,ten" — i ratowałem go

nie mogąc się zdobyć na tę straszną, nikczemną prawie arbitralność

— bo i dlaczego ten, dlaczego ten? Aż wreszcie do-

konało się we mnie załamanie, nagle, gładko, zawiesiłem w sobie

współczucie, stanąłem, pomyślałem obojętnie ,,no, dość tego",

rozejrzałem się, pomyślałem ,,gorąco" i ,,trzeba wracać",

zabrałem się i poszedłem. A żuk, ten żuk, na którym przerwałem,

pozostał wymachując łapkami (co właściwie było mi już

obojętne, jak gdybym zraził się do tej zabawy — ale wiedziałem,

że ta obojętność jest mi narzucona przez okoliczności

i niosłem ją w sobie, jak rzecz obcą).


Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie

Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

 

 


Janek Koza komentarzy: 0

rysuje

Vontrompka komentarzy: 0

Rysuje

Mimimbla komentarzy: 0

Święto pracy