24 września 2017, niedziela
Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Sen o podboju Tarnowa





W moim śnie włamuję się do krakowskiego ogrodu zoologicznego i uwalniam trzy słonie indyjskie, które tam zamieszkują.


Nie wiem, co prawda, czy w Krakowie żyją akurat trzy słonie, ale w moim śnie tyle ich tam było.


Ze zwierząt formuję armię na wzór wielkiego Hannibala. Dosiadam największej sztuki, dwie pozostałe wiernie podążają za mną. Schodzimy krętą drogą ze wzgórza Pustelnik, maszerujemy przez uśpiony Salwator, Łagiewniki, Wieliczkę. Nikt nas nie zatrzymuje. Zagubieni imprezowicze upuszczają butelki i przyklękają na jedno kolano.


Prowadzę swoje słonie nową autostradą. Kierowcy zwalniają albo trąbią na wiwat. Najodważniejsi porzucają swoje samochody i podążają za mną, zbrojni w lewary, siekierki strażackie i puszki Harnasia osadzone w skarpetkach.


W ten sposób do rogatek Tarnowa dociera zorganizowana spontanicznie armia. Bitwa rozgrywa się w krwawych promieniach świtu. Siły tarnowian, mimo męstwa, zostają stratowane, a nawet rozgromione.


Do drugiego starcia dochodzi przed ratuszem, już w pełnym słońcu. Urzędnicy, strażnicy miejscy, nieliczni policjanci oraz kontrolerzy biletów srożą się za pasem wilczych dołów i naprędce wzniesionych fortyfikacji. Atakuję klinem, którego dziób stanowią moje trzy słonie i ja sam, wymachujący zajuszoną pałką. Po kwadransie pada ostatni bohaterski kanar, zatłuczony własnym terminalem.


Taranuję bramę i wdzieram się do ratusza, gdzie wciąż broni się burmistrz, skryty za szpalerem biustów swoich sekretarek. Opada kurz. Schodzę ze słonia, ze szczątek burmistrza wygrzebuję klucze do miasta i zasiadam w gabinecie. Sen dobiega końca w tym właśnie momencie.


Nie mam pojęcia, czemu śnią mi się takie rzeczy, ale chyba niezbyt dobrze świadczą o mojej osobie. Znamionują niepotrzebne okrucieństwo i poszukiwanie chwały niewielkim kosztem. Niewiele wiem o Tarnowie, ale wydaje się miastem spokojnym, sympatycznym i bardzo łatwym do podbicia.



Źródło, Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Pierwszy dzień lata



Powiedziałaś, że chcesz mieć staw w ogrodzie, takie swoje małe jeziorko z lilią wodną i dzikim karpiem. Wziąłem z szopy łopatę i poszedłem kopać staw dla ciebie.


W południe przyniosłaś mi obiad. W jednym garnku była ulubiona szczawiowa z jajkiem a w drugim kartofle, panierowany boczek i młoda kapusta. Zjadłem obiad i wylizałem garnki. Powiedziałaś, że nie lubisz kiedy wylizuję garnki, więc obiecałem że nie będę tego robił.

Oczyściłem łopatę z gliny, do której się dokopałem, i wskoczyłem do rowu kopać dalej. Ukazała się pierwsza woda. Była brzydka i mulista.

Wtedy przyjechałaś naszym autem i powiedziałaś, że staw który kopię, jest niedobry i lepiej kupmy sobie lepszy w sklepie. Oczyściłem łopatę, wrzuciłem ją do bagażnika i pojechaliśmy do miasta.

Długo szukaliśmy sklepu, w którym sprzedają gotowe stawy. W końcu go znaleźliśmy. Był świetnie zaopatrzony. Mieli stawy angielskie, francuskie, japońskie, chińskie, egzotyczne, morskie i krajowe. Niemieckich nie mieli, bo się skończyły, a nowa dostawa miała być dopiero za tydzień. Ale i tak byłaś zachwycona, więc ja też podziwiałem wszystko jak urzeczony. Woda w stawach nie była brzydka i mulista jak w moim dole, była krystaliczna i miała świeży lazurowy odcień.

Nie mogłaś się zdecydować, który staw kupić, więc zaproponowałem żebyśmy wzięli po kawałku z każdego, bo sprzedawali nie tylko w całości, ale cięli też na trójkąty jak tort. Wybrałaś ćwiartkę stawu z lilią i dzikim karpiem, a sprzedawca dorzucił do niej bociana gratis, wzięłaś też spory klin francuski z żabą i ślimakiem, jeszcze większy klin z bambusem i małą pandą, bo lubisz misie.

Kazałaś dorzucić klin ze skałą morską i jaszczurką, a sprzedawca zapytał czy ma być legwan czy raczej waran. Wybrałaś jedną jaszczurkę i uśmiechnęłaś się do sprzedawcy, więc natychmiast drugą dorzucił gratis. Zastanowiłem się czy nie strzelić tego lizusa w pysk, ale postanowiłem to odłożyć na później.

Wybrałaś jeszcze do całości klin z małą dżonką i zasuszonym Chińczykiem sternikiem, a lizusowaty sprzedawca z miejsca wystartował z propozycją dorzucenia orientalnej parasolki dla ciebie, która ochroni takie zjawiskowe wdzięki przed słońcem. Przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy spojrzałaś na niego zalotnie, uśmiechnęłaś i przyjęłaś ten gratis.

Rozgrzany sprzedawca zaoferował, że niezwłocznie zapakuje wszystkie twoje kawałki tortu i osobiście dostarczy gdzie tylko zechcesz, za darmo i z największą przyjemnością. Mówił do ciebie jakby mnie tu w ogóle nie było, a ty śmiałaś się jak wtedy, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Tego już było za dużo. Strzeliłem lubieżnego drania w pysk.

Wpadła ochrona, ale nie chcieli się bić.

Wróciliśmy do domu bez zakupów. Chciałem sobie odgrzać kolację, ale nie było, więc zjadłem korniszona i popiłem kompotem z renklod. Rano wziąłem łopatę z szopy i poszedłem kopać staw dla ciebie. Woda nie była już taka mulista, im głębiej kopałem, tym napływała czystsza. Na pięciu metrach natrafiłem na krystaliczną. Powinna ci się spodobać.


Grafika: Andrzej Bobrowski