19 listopada 2017, niedziela
Ludwik Cichy komentarzy: 1

Nina

Opowiadanie
Ilustracja: Giuseppe Mastromatteo

Nina

Zrodzona jestem z matki Józefy, ojca Józefa, na imię mam Antonina, ale wołają mnie Nina. Matka jest najgrubszą kobietą na całym osiedlu, a ojciec jego pośmiewiskiem. Na osiedle mówią Pańskie Chałupy, bo wygląda jak pańskie chałupy. Na matkę wołają Najtęga, na ojca Jósku. Nic o tym jeszcze nie wiem, nasz dom to cały mój świat i ten świat mi się bardzo podoba.



Aż poszłam do przedszkola. Tam pani zapytała dzieci, co jest najładniejsze na świecie, a ja się zgłosiłam i powiedziałam: moja mama! Wszyscy wybuchli śmiechem (pani też) i zaczęli we mnie rzucać papierkami (pani nie). To nie był najszczęśliwszy dzień mojego życia - nie wszystkim podoba się moja mama!!!
Wkrótce dotarło do mnie, że ojciec nigdy nie wychodzi z mamą, bo się jej wstydzi; chociaż wołali na niego Jósku, w dodatku na osiedlu Pańskie chałupy.

Kiedy my wychodziłyśmy gdzieś z mamą, zewsząd rozlegały się śmiechy, kpiny, docinki ubrane w najbrzydsze słowa, i zawsze śledziły nas wścibskie oczy, których wzrok ośliźle nas obklejał i spływał jak gęsta ślina obleśnego sadysty. Mama zaczęła wszędzie nosić wielki parasol i wyobrażałyśmy sobie, że te śliniaste ślepska spływają po nim a nie po nas.

Pod tym parasolem fajnie śpiewało się piosenki, a kiedy śpiewałyśmy to zaśliniony świat nie miał do nas dostępu. Moja gruba mama śpiewała pięknie (dzisiaj wiem, że jak Sara Vaughan i Nina Simone, z tym że nie miała na imię Sara ani Nina, a Józefa, i nie nazywała się Vaughan czy Simone, tylko wołali ją Najtęga, czasem Szafa).

Uczyłam się dobrze, a nawet najlepiej ze wszystkich, ale na olimpiady wysyłano dziewczynki lepszych rodziców. W niedziele wszyscy jeździli z rodzinami na festyn za miasto na Wyspę Konwaliową.

Marzyłam o takim wyjeździe, marzyłam, marzyłam i marzyłam, aż pewnej niedzieli powiedziałam do mojej mamy: - Tak bym chciała kiedyś też pojechać na Konwaliową mamo. Ale wcale nie musimy, bo jak pozwalasz mi pomagać przy prasowaniu to przecież czas przyjemnie płynie i czuję się taka pożyteczna.
(matka utrzymywała rodzinę z prania i prasowania koszul & galotów tych, co się nią brzydzili i obśmiewali)
Mama spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem, a potem swoim maminym i przytuliła mnie. Tej niedzieli naznosili wyjątkowo dużo koszul i galotów. Po pracy byłam tak zmęczona, że nie chciało mi się już marzyć o czymkolwiek.
- Też jesteś zmęczona mamo? - zapytałam, chociaż nie musiałam, bo było widać że jest.
- Ale tylko na buzi – uśmiechnęła się i jakoś udało się jej wyciągnąć mnie na spacer.


Szłyśmy za miasto, minęliśmy rondo przykorkowane samochodami z przyczepami z łódkami, motorówkami, surfingami – miasto było w drodze na festyn na Wyspie Konwaliowej – dotarłyśmy na wzgórze, skąd widać było kawalkadę szczęśliwych pojazdów.


- Jesteś już duża – powiedziała mama wpatrując się we mnie, jakby chciała się upewnić, że to co powiedziała jest prawdą, a potem wzięła mnie na ręce.
- Musisz mi coś obiecać.
- Co mamo?

- Cokolwiek się teraz stanie, nie możesz mnie puścić, rozumiesz?
- Rozumiem mamo – potwierdziłam i wczepiłam się w ogromne, ciepłe ciało.
Mama ugięła nogi w kolanach i odbiła się od wzgórza.


- Mamo!... - wrzasnęłam
- Pamiętaj, co obiecałaś – powiedziała mama.
Patrzyłam jak miasto oddala się, staje się obrazkiem na mapie.
- Mamo! Ty latasz...?!
- Pamiętaj, co obiecałaś – usłyszałam głos mamy.


Miasto skurczyło się do rozmiarów kropki, pierwszy raz widziałam ocean choć z bardzo wysoka, potem poczułam że opadamy. Zatrzymałyśmy się na poziomie samolotów. Zajrzałam przez okno do wnętrza airbusa i zobaczyłam wielu eleganckich ludzi, wszyscy spali – jak oni mogli spać?! Jednak po prostu sobie spali, znużeni i znudzeni lataniem w niebie.

Wylądowałyśmy na samym brzegu Wyspy Konwaliowej, w oddali majaczył rzędy drzew, zza których dochodził zgiełk rozpędzonego festynu.
- Dlaczego tutaj? - byłam zawiedziona, bo chciałam, żebyśmy opadły prosto z nieba w samym środku zabawy i żeby wszyscy prześladowcy teraz oszaleli z zachwytu na nasz widok.

- Dlaczego, mamo?
- Bo oni nie potrafią latać – usłyszałam głos mamy. - Wyobraź sobie, co by się stało, gdybyśmy tam wylądowały; nic nie byłoby już jak dawniej. Naprawdę tego chcesz?
Wyobraziłam sobie: reporterzy, wozy telewizyjne, ekipy radiowe, fejsbuk, cały świat oklejony naszymi buziami oczekuje na to, co chciałby usłyszeć żebyśmy mu powiedziały i zobaczyć to, co chciałby żebyśmy mu pokazały; wolno nam być tym, czego chce świat popijający piwem bekonowe czipsy przed telewizorem.


- Wolę, żeby było normalnie mamo – powiedziałam.
- Jesteś już naprawdę duża – stwierdziła mama i byłam szczęśliwa czując, że jest dumna ze mnie, a potem wzięła mnie za rękę i podreptałyśmy w stronę festynu. Na samym brzegu zabawy kupiła mi duże lody i usiadłyśmy w cieniu, patrząc na ludzi kłębiących się wokół kiosków z muzyką. Ja i moja mama, która umiała latać, o czym wiedziałam tylko ja i ona.


Zrodzona z matki Józefy, ojca Józefa, na imię mam Antonina, ale w dzieciństwie wołali mnie Nina. Matka była najgrubszą kobietą na całym osiedlu, a ojciec jego pośmiewiskiem, osiedle nazywali Pańskie Chałupy. Nasz dom to był cały mój świat. W wieku lat siedmiu mama nauczyła mnie latać. Dzisiaj jestem dorosłą osobą, potrafię dolecieć dokąd chcę i kiedy chcę, i nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać.

- Nikt, mamo. Nauczyłaś mnie latać i nikt mnie już nie zatrzyma.


Ilustracja: Giuseppe Mastromatteo,
Klick!!!

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

piosenka dla billa murraya

 

 

 




11 grudnia 2013

[203] znów wypadłem z czasu, chociaż miałem nie. najpierw spadł śnieg, mnóstwo śniegu, wichura wywiewała dzieci z rąk matek, zimno wciskało się do mieszkania przez cienką szparę między progiem a drzwiami, a ja próbowałem nie wypaść za wszelką cenę, trzymałem się łóżka jakbym trzymał się ostatniej ciepłej myśli, ale w końcu na nic się to zdało, znów wypadłem z czasu.


tak mówię, gdy mnie to dopada. małe, ciemne, potwornie smutne. przychodzi nieoczekiwanie, z bylekąd i z byle powodu, czasem jesienią, ostatnio częściej zimą i rozsiada się w człowieku jakby przyszło do siebie. wtedy nie ma na co czekać, wtedy trzeba spierdalać, mówię sobie, uciec do lasu, na wewnętrzną wysłać się emigrację, najdalej od świata, dokąd łączność nie dociera, gdzie nie ma kontaktu z żywymi i gdzie sam ze sobą też mam mniej wspólnego.


w praktyce to nic nadzwyczajnego: śpię po prostu krócej, właściwie nie śpię. głównie budzę się, przewracam z boku na bok, a gdy skapituluję, gdy przewracaniem się zmęczę, patrzę w białą ścianę, która wtedy zawsze jest czarna, i samo mnie dopada, samo przychodzi, to małe, ciemne, potwornie smutne, i rozsiada się we mnie jakby przyszło do siebie.


na zegarku ta sama zwykle godzina. druga trzydzieści. budzę się o drugiej trzydzieści. ciemno na zewnątrz i ciemno w środku, i wszędzie cisza potworna, więc w końcu musi pojawić się i ona, zbłąkana myśl, jakaś refleksja oderwana granatem od głowy. z początku mała rzecz, do zdławienia, wydawać by się mogło, niegroźna jak kuleczka śniegu, ale już pozamiatane, ruszyła lawina. małe, ciemne i potwornie smutne zamienia się w duże, ciemne i potwornie smutne.


od lat tak spędzam noce, gdy to mnie dopada. o drugiej trzydzieści otwieram oczy i patrzę na białą ścianę, która wtedy jest czarna, patrzę na drzewa za oknem, których nigdy nie widać, a w głowie mojej zaczyna się toczyć niegroźna kuleczka śniegu, niegroźna wojenka, lecz nim się zorientuję, zdążę zwariować. taka jest natura bezsennych nocy.


zatem wstaję, włączam światło, próbuję zrobić dzień, choć nigdy się nie udaje. świat o drugiej trzydzieści jest uparty, jest dalej ciemnym nieszczęściem, więc trzeba inaczej. włączam komputer, włączam film z billem murrayem. to moje paliatywne rozwiązanie na bezduszność bezsennych nocy – bill i jego twarz, w której kryją się same dobre rzeczy, cała wyobrażona dobroć i ciepło świata tego.


kładę się na boku, jednym okiem patrzę w odbiornik, drugim próbuję przechytrzyć to ciemne, które się we mnie rozwija, i o niczym innym już nie myślę. nie myślę o zielonych wzgórzach afryki, o szczęśliwych porankach, szczęśliwym życiu, nie myślę o książkach, do których za dnia wybiegam myślami, o tobie ani o sobie, ani nawet o niedokończonym wierszu. unoszę się ciężko na powierzchni i odliczam sekundy, aby wcelować w ten krótki moment, który nigdy nie nadchodzi, pomiędzy ciemnym a jeszcze ciemniejszym, gdy będzie można wreszcie puścić się i swobodnie jak kamyk opaść na dno.


Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Grunt, żeby mieć coś do powiedzenia ważnego





Fot: Yves Lecoq




(opowiadanie)




- Zapalimy...

- Jak z filtrem, to przesmrodzę faktycznie, czemu nie...


- Dwie chmury i po sprawie.

- Nie ma sprawy.


- A ty wiesz jak mnie gira bolała wczoraj?! O! Te kolano, aż do pięty, jedno rwanie. A ty wiesz jak mnie będzie jutro bolała?! Zobaczysz jak mnie będzie jutro gira bolała, zobaczysz, wiem co mówię, mówię ci.

- A jaką ja mam apatie dzisiaj?!


- A wczoraj jakie miałem apatie?! Mówię ci, takie mam apatie, a świata to w ogóle... taka znieczulica jest. Kompletna jest znieczulica, do tego stopnia!

- Taaa... to jest prawda. Wiesz co, to jest taka prawda, że naprawdę... wiesz...


- Nic się nie chce. No nic, choćby się i człowiekowi co chciało!

- A co się ma chcieć, jak się nawet nic nie chce?


- O! Za komuny się działo. Skiby ze smaluszkiem się wzięło, poszło się na strajk, postrajkowało na styropinie trochę, wypiło za lepszą Polskę, pośpiewało ze swoimi solidarnie aż miło jak złoto. Gdzie tam teraz między ludźmi solidarność?

- Za komuny ludzie byli bliżej i taka jest bynajmniej święta prawda.


- I pomarańcze były, że ho!

- Nawet w gazetach o nich pisali.


- I statkiem se płynęły, aż z tych ciepłych krajów, co je prawdziwy Murzyn uprawiał. A nie teraz z kauflandu za dwa złote i smakują jak za dwa złote.

- O! Murzyn ma technikę uprawy, łatwo Murzyna nie podrobisz.


- Tak jest, a ja tu idę właśnie dalej po na grilla coś.

- Ja też lecę, bo zaraz będzie mój odcinek. Też oglądacie na posacie?


- Ja na jedynce przeważnie bardziej wolę, bo nie mam posatu.

- To na razie. I pozdrów Witka, jak będziesz widział brata.


- Na razie... Ale ja jestem Witek.

- Łee, zawsze was mylę, bo tak samo gadacie, jakbym Witka spotkał, no.


- Dobra jest, co za różnica; grunt, żeby mieć coś do powiedzenia ważnego.

- I o to chodzi, żeby było bardziej jakoś bynajmniej, a nie tylko wciąż to samo.



Yves Lecoq, foto.
Klick!!!

You Tube komentarzy: 0

Gitarzysta

You Tube komentarzy: 1

Mały Józef rzeźbi Wielką Anglię polskim aminokwasem i diamentową sztangą

Piotr Parda komentarzy: 0

Dom wschodzącego słońca

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Rysuje

Andrzej Bobrowski komentarzy: 0

Plakat

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Nagranie z kamery hotelowej



Rysunek: Andrzej Bobrowski
Nagranie z hotelowej kamery




- O czym czytasz?

- Że gepard pędzi 100 na godzinę, dogania impalę, podcina jej nogi, zarywają w ziemię, chmura pyłu opada i gepard się do niej zabiera. Taki obiad, jak nigdy nic. 100 na godzinę, bęc o ziemię i nic mu się nie stało.

- Co to jest impalę? – zapaliła swoją nocną lampkę i rozpoczęła kremowanie szyi przed snem.

- Taka murzyńska sarenka.

- Jaka? – zakręciła słoiczek z kremem vichy sięgnęła po inny słoiczek.

- Taka nie za duża, w sam raz.

- Może by nam takie coś pasowało do ogrodu? – odkręciła drugi słoiczek. – Może byśmy sobie kupili? Jak to wygląda?

- Brązowe, z białym brzuchem chyba.

- A, to nie, za dużo by było brązu. Jak się nazywają te brązowe, co już mamy?

- Daniele.

- No daniele, nie ma co za dużo w jednym kolorze. Coś żółte by się przydało.

- Papugi?

- Nie chcę papugi, tylko by srały na kwiatki, a co jeszcze piszą w gazetach?

- Tak tylko przeglądam, żeby oczy zmęczyć przed snem…

- Dobrze ci w okularach, wiesz?...

- Uhm.

- Może bym sobie też kupiła – odkręciła trzeci słoiczek z kremem – co myślisz?

- Po co ci?

- Czy ja wiem, coś bym sobie kupiła.

- To sobie kup, po to są pieniądze, żeby kupowały dla ciebie co chcesz – przewrócił kartkę.

- Ale co?

- Co chcesz.

- Nie wiem co bym miała chcieć, ciebie się pytam… No popatrz, nie zakręciłam słoiczka i teraz nie wiem która nakrętka jest do którego kremu. Kurde, powinni to jakoś zaznaczać! A nie tak, że teraz nie wiem co zrobić…

Trzymała w dłoni otwarty słoik i patrzyła na dwie leżące nakrętki, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać.

- Spróbuj niebieską.

- Obydwie są niebieskie, kurde! Powinni zrobić tak, że do niebieskiego kremu jest niebieska, a do różowego różowa, a do białego biała, kurde, a nie, że wszystkie kremy co kupuję są niebieskie.

- Pokaż – odłożył gazetę i ponad jej brzuchem sięgnął po najbliższą nakrętkę – spróbuj tą.

- No, ta pasuje – zakręciła słoiczek i sięgnęła po kolejny. – Ale i tak powinni coś z tymi cholernymi kremami zrobić, a nie tak byle jak, że się potem kobieta musi męczyć niepotrzebnie i denerwować przed snem. A skąd wiedziałeś, że to ta?

- Nie wiedziałem; wszystkie są takie same i pasują.

- Takie same? To może oni tam do środka to samo wkładają i tylko zmieniają napisy na etykietkach? Nie… no chyba nie – odpowiedziała sama sobie. – Ale i tak ten świat jest taki okropny.

 

rysunek: Andrzej Bobrowski




Marius van Dokkum komentarzy: 0

Kiedy pada, rodzą się prawdziwe pasje