25 lipca 2017, wtorek
Kinga Dunin komentarzy: 0

Bogaci to świnie


Słusznie Jaś Kapela powątpiewa na przykładzie Tomasz Lisa w to, czy jeśli więcej się zarabia, to lepiej się pracuje . Nie lepiej, tylko przyjemniej. A poza tym, jak się wydaje, zależność jest odwrotna. Im gorzej Lis pracuje, tym więcej zarabia, co zapewne dałoby się nawet matematycznie przedstawić.

Fragment artykułu Kingi Dunin, cały punkt widzenia tutaj, Klick!!!

Chociaż tu chciałabym się mylić. Niestety, to może być „stała kapitalistyczna" – im szkodliwsza, gorsza i bardziej bezsensowna jest twoja praca – tym więcej możesz za nią dostać pieniędzy. Wiadomo, lepiej wypychać biusty silikonem, niż być internistą od wszystkiego, którego wszyscy potrzebują. Jak doprowadzisz bank do upadku, zawsze jeszcze zdążysz wypłacić sobie ogromną premię, za to sprzątaczce już nie zapłacisz ostatniej pensji. Lepiej napisać Dom nad rozlewiskiem niż Ulissesa. Lepiej wykonywać pracę równą zero i być np. potomkiem miliardera, żyjącym z kapitału, niż sadzić ryż w Bangladeszu. Przykłady można by mnożyć.


Mit merytokratyczny – w zasadzie każdy dostaje tyle, na ile sobie zasłużył – to jedna z głównych ideologicznych bajek w kapitalizmie, a jeśli nie sprawdza się w praktyce, należy traktować to jako przygodną niedoróbkę. Można też wykonać inny krok, udowadniając, że jednak się należy. Jest on bardzo prosty: skoro ktoś jest gotów za jakąś pracę, a nawet jej brak, tyle zapłacić, to właśnie tyle jest ona warta. I co więcej, jest to w pewnym sensie prawda! Tyle jest warta w ramach tego systemu.


Rzeczywistość lepiej chyba opisuje Pismo Św. (Mat. 13, 12): „Albowiem temu, kto ma, będzie dane i obfitować będzie; a temu kto nie ma i to co ma, będzie odjęte". I tak to wygląda: przewagi się kumulują, podobnie jak wszelkie niedogodności. Nożyce nierówności rozwierają się coraz bardziej.


Kiedy mit merytokratyczny zaczyna się chwiać, zawsze można go podeprzeć następną nogą kapitalizmu, jaką jest „prawo dżungli": z natury tak mamy, że konkurujemy, a że jedni są lepsi, drudzy gorsi – trudno, a dla niektórych nawet darmo – nierówności są po prostu naturalne. Wystarczy kilka prostych obserwacji przyrodniczych: oto Król Lew siedzi na górze mięsa wielkości Mont Everestu, a pomniejsze lwy oblizują nagie kości, które im czasem rzuca.


Dla tych, którzy nie kupują fałszywych obietnic merytokratycznych, i których nie zadowalają również wyjaśnienia fideistyczne ani naturalistyczne, jest to po prostu niesprawiedliwość, z którą należałoby coś zrobić. I nie chodzi tylko o to, że to nieludzkie, że jedni mają nieprawdopodobnie dużo, gdy inni zdychają z głodu. Żeby nad tym biadać, stać nawet „Gazetę Wyborczą". I rozmaite szlachetne organizacje. I Petera Singera. Wszystkich, którzy chcą, aby bogaci oddali biednym, najlepiej z własnej woli. Przez grzeczność, niedopatrzenie albo niedomyślenie jednak nie dopowiada się tego, co dopowiedzieć należy. Bogaci nie zasłużyli na to, co mają, skorzystali z systemowych mechanizmów, które produkują nie tylko ich bogactwo, ale też nierówność i biedę.


Zastanawiam się, czy to dopowiedzenie nie jest testem na lewicowość. Sam postulat równiejszego podziału dóbr może być też chrześcijański. Lewicowość natomiast zaczyna się od momentu, kiedy kwestionuje się cały kapitalistyczny mechanizm.


Kiedyś, eksperymentalnie, zadawałam swoim znajomym – wszyscy byli egalitarystami – proste pytanie: czy bogaci zasłużyli na swoje bogactwo, czy jest ono wynikiem wyzysku, spekulacji i rozmaitego rodzaju „rent"?


Dowiedziałam się jednego. Jest to pytanie, na które boimy się odpowiadać. Po latach treningu użycie słowa „wyzysk" grozi śmiercią (publiczną) lub kalectwem (populizmu).

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Najbogatszy Anioł potencjalny (opowiadanie)





 

Istota ludzka, składająca się z wysokości: 153 centymetry, wagi 48 kilogramów oraz wyglądu schludnej sekretarki prezesa o staroświeckich przekonaniach religijnych, taka istota zasiadła na skraju łóżka luksusowej sypialni i operując z wprawą tamponikiem i lustrem robiła sobie buzię przed snem.

 

- Boże, ale ja jestem nieprzyzwoicie bogata – pomyślała do odbicia w lustrze. – A będę jeszcze bogatsza.

- Taki los.. – odbicie uśmiechnęło się do niej a ona puściła mu oko.

 

Dostrzegła zaczerwienioną krostę w kącie lewej brwi. Nacisnęła paznokciami syfek z dwóch stron i wyszedł cały włos z zaropiałą cebulką.

 

- Jak pierze… - przypomniała sobie kury, które musiała skubać po sparzeniu wrzątkiem z zakamienionego czajnika, w miednicy ustawionej na wiejskim podwórku, na którym spędzała dzieciństwo. – Może wyrosną mi skrzydła? Wtedy będę już Aniołem.

 

Perspektywa zostania Aniołem spodobała jej się bardziej niż konsekwentnie i mozolnie co dnia realizowana strategia zostania najbogatszą kobietą świata. Była romantycznie kusząca no i… od razu dawała gwarancję spektakularnego bycia istotą wyższą od faceta.

Ludzie stale szukają skróconych dróg do szczęścia. Nie ma skróconych dróg -
mózg przytomnie podrzucił jej zdanie Hemingwaya, jedną z setek sentencji, jakich wyuczyła się, by wypowiadać jako własne w sytuacjach, których umiała już nie przegapiać.

 

- O kurczę!!! – zegar zalarmował, że już 22., a ona był z tych co muszą, bo chcą na dziewiątą, więc zostawiła wszystko w diabły i nakazała sobie sen relaksujący sto procent, w pościeli gwarantującej i warunkach sprzyjających bogato. Do 5.30, kiedy rozpocznie robienie buzi w odwrotnym porządku i w ogóle stworzy siebie tak, by nie wyglądać jak te jej dyrektorki i dyrektorzy, co im wszystko jedno, bo przecież i tak stworzeni są tylko do roli tła.


Ilustracja: Ana Teresa Fernandez,
Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

Koty Masłowskiej




Książka Masłowskiej przed napisaniem wzbudzała większe emocje niż po wydaniu, a nawet w ogóle się teraz o niej nie mówi. Może jest za gruba?



Fragmenty z trzech stroniczek

Kochanie, zabiłam nasze koty, nowa powieść Doroty Masłowskiej, wydawnictwo Noir sur Blanc, 2012.
Polecamy.





s. 32


...więcej nie poszła na zajęcia. Sprawdzała martwy

ekran swojego telefonu kilkanaście razy na godzinę.

Tak jakby miała wszelkie przesłanki, by oczekiwać na

wiadomość z wyznaniem miłości, oświadczynami, pozytywnym

wynikiem testu ciążowego i terminem porodu.

Otrzymała za to pocztą informację o wygranej, która

okazała się informacją o możliwości wygranej, i gazetkę

świadków Jehowy, a gdy chciała wyrzucić ją do śmietnika,

z jej stronic spojrzeli na nią ludzie tak uśmiechnięci,

przyzwoici i czyściutko oprani, że przez chwile pomyślała,

że nieprzystąpienie do nich może być w jej obecnej

sytuacji taktycznym błędem, którego pewnego dnia nie

będzie sobie mogła wybaczyć.

Oprócz tego nie otrzymywała wiele korespondencji,

oczywiście nie liczę tu ofert powiększania piersi. Jeśli

chodzi o nie, to nie pozwalano, by zapomniała, że zawsze

ma taką możliwość.



s.35


To prawda, że kogoś poznała.

Przynajmniej nie była to do końca nieprawda.



s. 42, 43


Zawsze mogłam liczyć, że do buta przyklei mi się stary hamburger, a kolo jadłodajni dla ubogich przyczepi się jakiś mówiący do siebie wielki skórzasty Murzyn w un peu nieswieżej czapce Świętego Mikołaja.


,,Co taka śliczna dupcia robi tu sama? — woła taki za każdą Bogu ducha winną staruszką kolebiącą się przez wielkomiejską dżunglę z rozedrganym balkonikiem. — Gdzie narzeczony, hę? Zostawił, umówił się, a nie przyszedł? Umów się ze starym łachudrą, a zrobię twojej małej tak dobrze, jak potrafią tylko chłopaki, co się na

tym znają"


W spodniach, które jednocześnie robią mu za worek, a może nawet i dom, trzyma taki gagatek zazwyczaj skóry po bananach, części od magnetowidów, a czasem i kał, który zawsze jeszcze może się na coś przydać. Te portki są tak brudne, że są już wodoodporne. Jeśli nie kuloodporne! Są w stu procentach organiczne i pewnie można nauczyć je reagować na tonacje głosu albo przeprowadzać niewidomych przez jezdnię.... Mógłby śmiało zgłosić się z tym patentem do NorthFace albo do Quechuy.

Ale uwierzcie, on woli swój straceńczy żywot.


Tak, tu można spotkać każdego: i żebraka, i księcia. I nagiego króla, o ile tylko któryś z tych zbzikowanych projektantów ogłosił, że w tym sezonie najmodniejsze są ciuchy uszyte z powietrza...


...A zaraz na trzecim w butiku-hotelu na złotej sofie pod obrazami Kjowebgiyra Anogiwa, który osiąga teraz zawrotne ceny, niby nigdy nic siedzą córki senatorów i różnych prominentów i zalewają się w trupa, przeglądając ,,Obrzydliwie bogate pipsko dziś"...

,,Czym najlepiej rzucać w telewizor plazmowy? Testujemy kieliszki do szampana".

,,Tato, rozbiłam twój śmigłowiec! Wyciągnij korzyści z zabawnej wpadki".

,,Co zrobić, by pekińczykowi nie waliło z ryja".

,,Czy wiesz, ze psy to ssaki?! Ciekawostki naukowe".


Już zdaje ci się, że jedyne ich zajęcie to krzyczenie: O mój Boże! O mój Boże! I rozglądanie się wokół, czy wielkie wrażenie, jakie robią, rozkłada się równomiernie po tym padole łez. Ale jak tylko spróbujesz przywlec się do nich jak wór nikomu niepotrzebnego śmiecia, nie licz na miłosierdzie, one wezmą cię w obroty. Najpierw powiedzą, żebyś skoro nie masz chleba, jadł ciastka; a potem że skoro nie masz ciastek, to żebyś jadł tort śmietanowy z organicznymi malinami. ,,Nie mam takiego tortu" — szepniesz, przełykając boleśnie ślinę, ,,To powiedz, żeby ci przysłali samolotem ze Szwajcarii". Czego jak czego, ale nienawidzą wyuczonej bezradności, z nimi też się nigdy nikt nie pieścił. Też kiedyś nie miały domu, więc nie biadoliły tylko kupiły sobie pałac we Florencji. Też kiedyś nie miały porsche, to kupiły sobie ferrari. Więc jeśli jesteś już takim wyświechtanym, gówno wartym tobą, to chociaż zlituj się i się stąd bujaj, bo zawołają ochronę. One nie znają Litości, żaden liczący się chirurg plastyczny w tym mieście nie ma tak na nazwisko!



Kochanie, zabiłam nasze koty, nowa powieść Doroty Masłowskiej, wydawnictwo Noir sur Blanc, 2012

Ludwik Cichy komentarzy: 0

42 wariatów (opowiadanie)

 

W moim małym mieście jest 42 wariatów. Ale ciężko spotkać wszystkich razem. Ta sztuka jeszcze mi się nie udała, a nawet nigdy nie byłem blisko. Nie załamuję się, bo przecież tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje. Dzisiaj na przykład, jeszcze ani jednego wariata nie spotkałem.


Pod piekarnią natknąłem się na słynnego lokalnie Adzia Ariona Adelę Dziamskiego, ale to się nie liczy, to jest sława kolorytu lokalnego czyli patriotyzm małych ojczyzn i godność. Adziu Adela wciąż ma pod sześćdziesionę i wciąż wygląda zaledwie na mocno zużytego szesnastolatka, jakim go poznałem. Bezdomność widać służy czasami i niektórym się na coś przydaje.

- Kup mi pół chleba – wyróżnił mnie z tłumu przechodniów Adziu .
- Pół chleba – powiedziałem do młodej ekspediującej, ale zaraz otworzyłem drzwi i dopytałem Adzia: - Pokrojony?

- A co kurwa, dziwne?! - raczył odpowiedzieć, na chwilę tylko odrywając się od patrolowania nerwu miasta.

- Ale pokrojony, jeśli by pani mogła – zasugerowałem łagodnie do ekspediującej, która natarła na wibrującą maszynę tnącą z taką ostentacją, że od razu poczułem ile kosztuje ją to krojenie, i ten woreczek foliowy jeszcze musiała poszukać, jesuu... udało mi się znaleźć dwa złote i uciekłem szybko, żeby było jasne że nie ma być 66 groszy reszty, uff...
- No, to możesz teraz dać ćmika – Adziu docenił mój gest i postanowił się odwzajemnić.
Nie miałem ćmika.

- Oż ty cycu jeden! Ale nie przejmuj się – Adziu klepnął mnie jednak w ramię pokazując ludzką twarz.

Mogłem sobie już pójść. I poszedłem. Żadnego wariata nie spotkałem. Chociaż obszedłem rynek dookoła. Pełne koło. Ani tych z lewa ani z prawej strony sceny. Ale też było siarczyście mroźno. Więc wszystkie lewe i prawe wariaty zrobiły to samo, co zawsze robią wszystkie wariaty w obliczu narodowej klęski niezwyczajnej – wspólnie zastrajkowały przez niewychodzenie, czyli ostentacyjnie dotkliwe dla publiki pozostanie w ciepłych pieleszach. Nie spotkałem dzisiaj żadnego wariata… może jutro? Może jutro się ociepli i będzie im łatwiej zamanifestować lokalnie poprzez wystąpienie  z domowych, fejsbukowych taczanek-bamboszy?

Ilustracja:
Kenne Gregoire,
Klick!!!

Jerzy Ziemacki/Przekrój komentarzy: 0

Zmierzch ery lajków


Nie dajmy się zwieść internetowym statystykom. Fanów można sobie kupić. Tysiąc lajków na Facebooku kosztuje 40 zł, a 10tys. wyświetleń na YouTube jest warte tyle, co jedna pizza. Jednak specjaliści w branży wieszczą, że epoka martwych dusz w sieci właśnie się kończy.

Fragment artykułu Jerzego Ziemackiego, Przekrój nr 2


Agencje handlujące lajkami prześcigają się w ofertach: „1000 realnych lajków za 8 dolarów"; „10 000 lajków wysokiej jakości z Niemiec"; „20 000 lajków z Europy plus gratisy"; „100 000 lajków lub zwrot pieniędzy". Rynek nabijania firmom i osobom statystyk jest bardzo dynamiczny. Również w Polsce: 2 tys. lajków kosztuje u nas 99 zł i 99 gr. Za 4 zł można mieć „120 unikalnych Polaków, z możliwością podziału na województwa". Jeden polski fan wart jest 4 gr. Firmy handlujące lajkami zapewniają, że są uczciwe i działają zgodnie z prawem. I w większości przypadków tak właśnie jest. Otrzymujemy tyle lajków, ile kupiliśmy. Cała operacja jest legalna. To znaczy nie jest nielegalna. A ściślej: nie jest to działanie niezgodne z prawem kalifornijskim (Facebook podlega tamtejszej jurysdykcji).


Admin wrzuca zdjęcie cierpiącego kotka, które należy polubić, by pomóc biednemu zwierzęciu. W rzeczywistości miłośnicy kotów lajkują duży koncern samochodowy.


Handel kwitnie również na portalu YouTube. – Oferuję panu cały pakiet: 100 tys. wyświetleń, lajki filmu (łapki w górę) oraz widzów kanału za 400 zł – mówi mi przez telefon pracownik Social Planet, firmy specjalizującej się w sprzedawaniu wyświetleń na YouTube. I zachęca: – Zawsze dorzucamy kilka tysięcy gratis.

(...)


Cały artykuł w Przekroju nr 2,
Klick !!!


Foto, Klick !!!

Jan Potocki komentarzy: 0

Rękopis znaleziony w Saragossie

Redakcja komentarzy: 0

Ssaki (mammals)


Kącik "Ssaki" się nam rozrasta.


Klick !!!


Christopher Wright


Klick !!!


Design iLike


Klick !!!



HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER


Klick !!!


HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER


Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

Ostatnio dużo się mówi o eutanazji


Temat modny ale nie nowy przecież; w ubiegłym stuleciu też był modny, a jakieś pół wieku temu napisał o umieraniu Gombrowicz. Co napisał Witold Gombrowicz:



Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn



Poniedziałek


Odwiedziłem M. w szpitalu — kona od wielu miesięcy, coraz

gruntowniej, ale, jak mówią lekarze, będzie miał konania

jeszcze na dobrych parę tygodni. Leżał bez ruchu, głowa na

poduszce, zjadany po kawałeczku przez śmierć, co dzień troszkę

bardziej umarły. Czy, i jak bardzo, cierpiał?



W pokoju było też kilku żyjących - powiedziałbym

asystentów, bo asystowali... z minami zakłopotanymi i nie

wiedzącymi co począć, oddzieleni od tego męczennika przeświadczeniem, że nie ma rady i trzeba doczekać, aż wyciągnie

kopyta. ,,Żyje się samemu i umiera się samemu" — myśl

Paskala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden

drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka człowiek

widzi, że jest sam... i sam na sam... jak te zwierzęta gasnące,

od których stado oddala się w noc zimową. Dlaczego śmierć

ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęca? Dlaczego agonie

nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście

ucywilizować śmierci?



Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród

nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego

nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego

tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych,

ale umieramy dziko. Zdarza się, że nieśmiała strzykawka lekarza

po kryjomu skróci męki zwiększonymi dawkami morfiny.

Wstydliwy zabieg, zbyt drobny jak na olbrzymią powszechność

umierania. Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby

do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można

by umrzeć - gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając

na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony,

mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty,

aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.



Dlaczego nie — zapytuję — dlaczego nie? Kto wam broni

ucywilizować śmierć? Religie? Ach, ta religia... dziś zabraniająca

samobójstwa, wczoraj nie mniej gromko zakazująca środków

znieczulających... przedwczoraj zezwalająca na handel

niewolników, gnębiąca Kopernika i Galileusza... ten Kościół

potępiający z hukiem piorunowym, a wycofujący się potem

dyskretnie, po cichu... jakąż macie gwarancję, że za lat kilkadziesiąt dzisiejsze potępienie samobójcy nie zmięknie i nie

rozejdzie się nieznacznie po kościach? A póki co mamy umierać,

jak psy, w drgawkach i rzężeniach — cierpliwie mamy

czekać, ścieląc tę drogę powolną milionami konań okropnych,

o czym pisze się w nekrologach ,,po długich i ciężkich cierpieniach"?

No nie, rachunek za te „interpretacje" św. tekstów

jest już za wysoki i za krwawy, i lepiej aby Kościół wyrzekł się

scholastyki, zbyt arbitralnie wjeżdżającej w życie. Ostatecznie,

jeśli wierzący katolicy chcą umierać ciężko — ich sprawa.

Dlaczego jednak wy, ateiści, lub ludzie tylko luźnie związani

z Kościołem, nie odważycie się na coś tak prostego, jak zorganizowanie sobie śmierci? Co was peszy? Zrobiliście, co trzeba, aby bez trudności przeprowadzać się z miejsca na miejsce,

gdy zmieniacie mieszkanie ale, gdy idzie o przeprowadzkę na

tamten świat, chcecie, aby to odbywało się po staremu, przedwieczną metodą zdychania?



Jakież mroczne jest to niedołęstwo wasze! Pomyśleć, iż

każdy z was wie doskonale: nikt z jego najbliższych nie wymknie

się konaniu, chyba że spotka go nadzwyczajne szczęście

śmierci nagłej i niespodziewanej; każdy zostanie stopniowo

zniszczony, aż czasem oblicze jego stanie się nie do rozpoznania

— i wiedząc o tym, znając ten los nieunikniony, palcem

nie ruszycie aby oszczędzić sobie męki. Czegóż się obawiacie?

Że zbyt wielu ludzi umknie, jeśli zanadto uchylicie furtki?

Pozwólcie umierać tym, co śmierć wybierają. Nie zmuszajcie

nikogo do życia niewygodą zgonu — to zbyt podle.



Szantaż, zawarty w sztucznym utrudnieniu śmierci, jest

świństwem, naruszającym najcenniejszą wolność człowieczą.

Gdyż moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej

sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie ,,być,

albo nie być?" — i swobodnie na nie odpowiedzieć. To życie,

na które zostałem skazany, może mnie zdeptać i zhańbić

z okrucieństwem bestii dzikiej, ale jest we mnie jedno wspaniałe

i suwerenne urządzenie — że mogę sam siebie pozbawić

życia. Jeśli zechcę, mogę nie żyć. Nie prosiłem się na świat,

ale przynajmniej pozostaje mi prawo odejścia... i to jest fundament

mojej wolności. A także godności (bo żyć z godnością

znaczy żyć dobrowolnie). Ale fundamentalne prawo ludzkie

do śmierci, z tych co to powinny być zamieszczone w konstytucji,

uległo stopniowej a nieznacznej konfiskacie — na wszelki

wypadek urządziliście to tak, aby było jak najtrudniej... i jak

najstraszniej... aby było trudniej i straszniej, niż być powinno

przy obecnym poziomie techniki. To nie tylko wyraża waszą

ślepą afirmację życia, w skali już zupełnie zwierzęcej — to

przede wszystkim jest wyrazem niesamowitej gruboskórności

waszej, gdy idzie o ból, którego jeszcze nie doświadczacie,

o agonię, która jeszcze nie jest wasza — to ta głupia lekkomyślność,

z jaką się znosi umieranie, póki ono jest jeszcze cudzym

umieraniem. Te wszystkie względy i względziki — dogmatyczne,

nacjonalistyczne, życiowo-praktyczne — cała ta teoria,

cała ta praktyka, roztacza się jak ogon pawi... z dala od śmierci.

Jak najdalej.


Fragment pochodzi z:

Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn