19 listopada 2017, niedziela
Joanna Dziwak komentarzy: 0

Gry losowe. Odcinek 58.



Gdzieś na świecie miały miejsce historyczne wydarzenia, sławni, francuscy aktorzy wyjeżdżali z kraju stając się sławnymi, rosyjskimi aktorami, ktoś dokonywał przełomowego odkrycia, ktoś inny dostawał nominację do Oscara, w życiu znacznej części populacji nic nie było już takie jak wcześniej. Tylko w życiu Arkadiusza Pszczoły wszystko było takie jak zawsze.


Uważał, że napisanie swojego najlepszego wiersza ma jeszcze przed sobą. Uważał tak od wielu lat, świadomość ta pomogła mu przetrwać upadek komunizmu, sejm I, II i kolejnych kadencji, wszystkie pielgrzymki papieża Polaka do ojczyzny, wszystkie zapowiadane końce świata i wszystkie porażki reprezentacji Polski. Nie wszystek umrę, zostanie po mnie mój najlepszy wiersz, którego napisanie mam jeszcze przed sobą, zwykł myśleć Arkadiusz Pszczoła w chwilach egzystencjalnych kryzysów. Było to naprawdę przemijające: w świecie, w którym wszystko się kończy i przemija, jedyną pewną i stałą rzeczą było to, że najlepszy wiersz Arkadiusza Pszczoły jeszcze nie powstał.


Coś tam niby się w jego życiu działo, ale on nie przejmował się tym za bardzo, na wszelkie wyroki losu reagował ze spokojem entomologa, który widział już wszystkie motyle świata. Raz na przykład miał prawdziwą narzeczoną. Miał dwadzieścia kilka lat i kilka milionów złotych w kieszeni – było to jeszcze przed denominacją. Był to jednak związek trudny i na odległość: ona mieszkała w Zabrzu, a on w Bytomiu. Ktoś powie, że to niewielka odległość i będzie miał rację. Ktoś inny powie, że każda, nawet najmniejsza odległość może być przeszkodą i też będzie miał rację. Arkadiusz Pszczoła stanowił trzecią stronę w tym sporze: uważał, że jest to duża odległość. Odległość, która skłania do pisania pełnych tęsknoty wierszy. Odległość, która czyni romans tragicznym. Kiedy narzeczona Arkadiusza Pszczoły, Marzena, zaproponowała, że może przeprowadzić się do Bytomia i może wręcz zamieszkać z nim, Arkadiusz Pszczoła doszedł do wniosku, iż jest to właśnie ten moment, kiedy należy zakończyć tę znajomość. Uświadomił sobie w jednej chwili, że na pewno nie napisze nigdy swojego najlepszego wiersza, jeśli ta kobieta się do niego wprowadzi, postawi na parapetach wymagające pielęgnacji rośliny doniczkowe, zostawi włosy w umywalce.


– Zaczyna się od rośliny doniczkowej – tłumaczył. – Następnie będziesz chciała mieć ze mną chomika. Być może kanarka. Coś, co wymaga uwagi i opieki, czyniąc życie nie do zniesienia. A w końcu powiesz, że sama chcesz się rozmnażać i tego nie zniosę. To znaczy nie samego rozmnażania, ale tego, co jest później. Kochałem cię, gdy mieszkałaś w Zabrzu, ale teraz, kiedy myślami i jedną nogą jesteś już w Bytomiu, przestałem cię kochać.


Marzena najpierw rozpłakała się, a potem zabrała swoje myśli i nogę z powrotem do Zabrza. Oddała z godnością pierścionek zaręczynowy za kilka milionów złotych i powróciła do swojego zwykłego życia bibliotekarki ze Śląska. Choć miała dopiero dwadzieścia kilka lat, naszła ją dojrzała refleksja, że życie nie jest przeważnie tak jak w książkach. Ale z drugiej strony nie jest też takie jak w telewizji. Życie jest po prostu takie jak w życiu, pomyślała Marzena, na długo zanim przeczytała powieści Paulo Coelho. Kilka miesięcy później spotkała mężczyznę, który nie był Arkadiuszem Pszczołą. W krótkim czasie miała z nim rośliny doniczkowe, chomika, a w końcu nawet dziecko. Przeniosła się z Zabrza do Mysłowic, gdzie wciąż była bibliotekarką, ale dodatkowo po pracy robiła też pierogi lub kluski śląskie. Lubiła to. Czasem wracały do niej wspomnienia o dawnym narzeczonym, ale wtedy zaczynała rozwiązywać krzyżówkę lub myśleć, co zrobić na obiad, by uczynić świat lepszym. On natomiast nigdy nie myślał specjalnie o Marzenie. Kobieta jak kobieta. W samej Polsce jest dwadzieścia milionów kobiet, które nie czują potrzeby przeprowadzenia się do Bytomia i wywierania tym samym negatywnego wpływu na twórczość Arkadiusza Pszczoły.


Kapitalizm również nie zmienił nic zasadniczo w jego życiu. Wszyscy wokół uczyli się angielskiego i obsługi komputera, pili colę i marzyli o polonezie caro. Arkadiusz Pszczoła dostał za to spadek po babci z USA, więc naukę angielskiego mógł sobie na razie darować. Robił herbatę i patrzył przez okno, przez które widział tylko kościół – sklep Biedronka miał się tam pojawić dopiero za kilka lat.



Wszystkie odcinki,
Klick!!!

Ironia i sarkazm pomagają mi znieść głupotę innych komentarzy: 0

Dowcip na dziś

Puławski Ośrodek Kultury komentarzy: 0

Proszę, dziękuję

David Bowie komentarzy: 0

Nowy David Bowie na urodziny (66 lat)

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Chyba z powodu urodzin Bowiego przypomniał mi się ten stary sen











Dzisiaj w nocy, około drugiej, przyśnił mi się Michael Jackson. Postanowiłem mu o tym opowiedzieć.



Usiadłem na kamieniu w cieniu cedru przy bramie do jego osobistego domku i czekałem aż wróci z roboty. Czekałem długo. Widać mocno musiał być tego dnia zajęty pracą nad podtrzymywaniem swojego wciąż jeszcze chodliwego wizerunku bestii ze zrujnowaną twarzą, śpiewającej, tańczącej i procesującej się z nieletnimi podstępnie wabionymi do Jacksonlandu oraz trwoniącej miliony dla kaprysu.

Wypaliłem pół paczki i kończyłem ćwiartkę kolorowej, kiedy się wreszcie  zjawił. Najpierw usłyszałem narastający z oddali dudniący odgłos jego sfatygowanego dżipa (- Wciąż nie miał czasu pojechać do blacharza pospawać tłumik – skonstatowałem. - Cały Michael) a potem dojrzałem auto z trudem rzężące pod górę długiego podjazdu. Był sam. Już lekko nawalony i bez maski, ale jeszcze w czerwonych portkach od jakiegoś munduru z piosenki.


- Jesteś sam? – zapytał w ramach powitania.


- Zawsze jestem sam.


- Ty sobie możesz na to pozwolić – zauważył z wyrzutem. - Byś otworzył bramę?


- Znów nie kupiłeś bateryjek do pilota!


- Zalatany jestem, naprawdę. Kurcze, coraz więcej tych młodych się rodzi zdolnych i nic nie można na to poradzić. Muszę nieźle kombinować żeby się utrzymać, możesz mi wierzyć.


- Wierzę – powiedziałem i otworzyłem wrota.


- Śniłeś mi się dzisiaj o drugiej w nocy. Wpadłem, żeby ci o tym powiedzieć.


- Dobrze zrobiłeś, dzięki. Rany, jaki jestem skonany - Michael opadł na fotel kupiony na wyprzedaży.


- To może zajdę innym razem?


- Zostań! Naprawdę dzięki, że ci się śniłem. Nie wiesz ile to dla mnie znaczy.


- Wyluzuj Majk, już możesz.


- To od czego zaczniemy? – zapytał już zwyczajniej po ludzku.


- Właściwie już zacząłem, od kolorowej – wyznałem szczerze.


- Ja też wziąłem kilka łyków jakiegoś octu, wiesz jak to jest, jak musisz po całych dniach latać publicznie w jakimś idiotycznym mundurze i udawać kogoś, za kogo chcą cię brać…


- Trochę się tylko w tym może i orientuję, bo wciąż bezkarnie mogę mieć takie hece w dupie.


- Zazdroszczę ci – wyraźnie poweselał, mając w szybkiej perspektywie niekrępujące i terapeutyczne łojenie. - A zazdrość moja złożona jest; wielowątkowa i wielopłaszczyznowa, ale ogólnie jest, i szczera, prosto z mózgu; naprawdę można wierzyć w czystość szczerości moich radosnych intencji. Zero fałszu, po prostu zdrowe, dziewicze, prymitywnie ludzkie, kulturalne uczucie. To może byśmy wzięli coś takiego, o, takie tutaj słodkie coś więcej mam, wygląda przyjemnie – pokazał mi wyjęty zza fotela napoczęty litr czystej.


- A miałbyś coś, tego?…


- Tak więcej piwo, czy kolę?


- Niech będzie kola.


Wypiliśmy. I od razu drugi raz.


- A co tam słychać na mieście? – zapytał, i widać było, że jedynie dla podtrzymania rozmowy pyta, że w tym pytaniu o wszystko, tylko nie o odpowiedź idzie, bo myślami jednak wciąż jeszcze był w pracy, co mnie nie obrażało – bo prawie nic nie jest już w stanie, a co dopiero Michael - ale podkurwiło odrobinę jednak.


- Wciąż wszyscy wszystkich oszukują dla braw i pieniędzy – zbyłem pytanie ogólnikiem i polałem czekając aż wreszcie stanie się tu obecny. Wypiliśmy.


- Coś ci puszczę, takiego Rachmaninowa sobie kupiłem na płycie czy coś, fajne bardzo, szkoda, że ci moi nie robią takich kawałków.


- Musisz?


- Naprawdę ci się spodoba – kusił, a ja dalej nie miałem ochoty na żadną orkiestrę.


- Dobra zapuszczaj, ale pod warunkiem, że zatańczysz do tych kawałków.


Michaela nie trzeba było dwa razy prosić, bo taniec to był jego naturalny stan po wódce, i tańczył magicznie i wciągająco. Cały Michalel, prosty Murzyn po pracy. Cieszyłem się, że udało mi się go wypreparować z roboty, która stawała się już jego nawet nie codziennością ale obsesją. Dokończyliśmy butelkę, ale miał następną. Zapomniałem z czym już do niego przyszedłem, nie opowiedziałem mu mojego snu o Michaelu Jacksonie. Tak bywa, gdy można za darmo, za dużo i bezkarnie. Rano, jeszcze przed świtem, obudził mnie odświeżony, w masce i w wykrochmalonym mundurze – czarnym i w cekiny.


- Muszę pruć, żeby obudzić się w mojej posiadłości jak należy – wytłumaczył się. – Jak będziesz wychodził, zostaw klucze nie pod wycieraczką, bo jeszcze jakaś łajza mi tu wlezie, ale w tym pomarańczowym żółwiu pod rododendronem wiesz gdzie.


- Jasne, Michael – potwierdziłem co do mnie rozmawia, a po chwili do obolałej głowy na mojej szyi dotarł charkot silnika z rozwalonego tłumika auta staczającego się po pochyłości zjazdu.  Wstałem koło południa i posprzątałem grabiami i szmatką, czyli zatarłem wszystkie, nawet najdrobniejsze ślady mojej obecności w domu Jacksona tak, jakby mnie tu w ogóle nigdy nie było. Wróciłem do siebie i spałem sobie do wieczora. Kiedy otworzyłem oczy, wzrok od razu napotkał znajome scenografie  i poczułem się u siebie jak zawsze; nie miałem nawet pewności czy w ogóle gdzieś się stąd wczoraj ruszałem, czy tylko tak mi się śniło. Włączyłem Internet i nigdzie nie było wzmianki o Michaelu Jacksonie i o mnie; kompletnie nic się nie stało, rzeczy dalej działy się jak powinny. Uspokojony, mogłem pozwolić sobie na dalszy spokojny sen. I sobie pozwoliłem...


Budzik dzwoni jakby był za darmo.
W radio puszczają, że Bowie ma urodziny.


Rysunek: Tomasz Bohajedyn

Redakcja komentarzy: 0

Pojawił się AUTENTYK, polecamy!


 

Randomowe autentyki (sprzed tygodnia, może kilku).


Prowadzę auto, bo właściciel zaniemógł. Auto jest trochę obładowane, bo bagażnik musiał być pusty. Pewnie dlatego butla z gazem ląduje na tylnym siedzeniu, a na nią wrzucane są wszystkie rzeczy które wieziemy. Właściciel odpala szluga, ale postanawia go zaraz wyrzucić. Na tą butlę z gazem. Stajemy. Panikuję tylko ja, bo kiep żarzy się gdzieś pod gratami, drzwi się nie otwierają, trzeba szybko wyładować rzeczy... Na szczęście po wszystkim właściciel puścił na cały regulator uspokajający sam szum z radia. Bardzo mu się podobał.


Siedziałem w klubie z nowo poznanymi ludźmi, którzy oficjalnie i ostentacyjnie wyjmują na stół "groszki" ("guziki") i je konsumują. Następnie w oczekiwaniu na Trainspotting równie ostentacyjnie skręcają sobie baty i je po prostu palą. Następnie jeden z nich pyta mnie:

- Słuchaj, czy mógłbyś nam kupić po piwie, bo nie mamy osiemnastu lat i nam nie będą chcieli sprzedać?


Jadę stopem, rozmawiamy z kierowcą, kiedy ten nie wiedzieć dlaczego zaczyna mi krzyczeć do ucha:

- PO-BUUU-DKAAA!!!
- Też mi żart... - mówię.
- Jaki żart?! Nie dość, że pan śpisz od pół godziny, to jeszcze nie idzie dobudzić, a ja minąłem pański zjazd!




Autentyk z 2004.


Graliśmy kiedyś koncert przed bardzo małą publicznością, w dodatku w sztok pijaną. Z podłogi mogło się podnieść tylko dwóch panczurów, ale byli tak nawaleni, że nie mogli na siebie trafić w pogo. Choć próbowali.




Autentyk z 21.03.


Zasłyszana rozmowa telefoniczna: "Słuuuchaj, jest taka sprawa, że świnia zabiła się o studnię... Wchodzisz w to? ... 4,5 zł za kilo..."




Autentyk z 05.09.2012:


(zaczyna kierowca):

- No i u mnie we wsi był taki uzdrowiciel, co wszystko potrafił uleczyć. Z całego świata się zjeżdżali i jego rodzina opływała w luksusy. Ale zachorował i zmarł.
- To sam siebie nie mógł uleczyć?
- Mawiali, że już trochę nie dowidział.




Autentyk z września 2012


Jadę autem (tak, autem!) do Wro. Spieszy mi się, bo mam poważną rozmowę kwalifikacyjną. Ale dostaję ze stresu rozwolnienia i staję na każdej stacji benzynowej. Więc jestem jeszcze bardziej spóźniony niż sobie wyobrażałem. Wyciskam z pożyczonego auta ile się tylko da. Jest ślisko, pada, godziny szczytu, duży ruch. Wchodzę w zakręt ze zbyt dużą prędkością (<110) i wpadam w poślizg. Mój pierwszy w życiu poślizg, nie wiem jak się zachować. Auto zaczyna mi się kręcić przelatuję przez wszystkie pasy, auta mijają mnie cudem w ostatnim momencie. Zatrzymuję się. Po prostu się zatrzymuję. W nic nie uderzyłem, nie drasnąłem auta, nie trafiłem w przejeżdżające samochody. Nic zupełnie mi się nie stało. Nikomu. Nic. Jakiego trzeba mieć farta, w jakich kategoriach takie szczęście opisać? Brak mi nawet jakiejkolwiek skali na opis. Tego samego dnia tak po prostu zmarł bez wcześniejszego ostrzeżenia młody koleś ode mnie z dzielnicy.




Autentyk z 2008.


Jest środek nocy, pada, zimno, czyli idealna pogoda na łapanie stopa. Zatrzymuje mi się wielkie auto z alufelgami. Z przodu dwóch koksów, z tyłu ich dziewczyny, do których się dosiadam. Wypadamy na dłuższą prostą, koks-kierowca uchyla szyberdach, wychodzi na niego i kieruje stopami. Koks-pasażer w tym czasie ręką dociska gaz. Obaj krzyczą do swoich dziewczyn:

- Boicie się, hę, kurwa, boicie?!
Ale dziewczyny ani drgną znudzone. Więc koks-kierowca każe mi uchylić tylne okno i prezentuje numer: czy zdążę przed zakrętem wyjść szyberdachem, wrócić tylnym oknem i złapać kierownicę, bo koks-pasażer cały czas trzyma gaz. Sram więc w gacie, bo naprawdę to robi, ale skoro te laski są targetem, to staram się je zachęcić do bania się:
- Kurdę dziewczyny, ja bym się bał, naprawdę, cholernie bym się bał...
Na co jedna z nich odpowiada
- E. Oni tak od paru tygodni. W kółko ten sam numer. W ogóle nie są kreatywni.


strona AUTENTYK ÓW,
Klick !!!

Olafur Eliasson komentarzy: 0

...

Janek Koza komentarzy: 0

Rysuje w nowym roku

PORYSUNKI komentarzy: 0

Witajcie w nowym roku!