19 listopada 2017, niedziela
Adam Wajrak komentarzy: 0

W puszczy jest teraz tak

Redakcja komentarzy: 0

Ktoś ma chwilę na dzień kobiet w poniedziałek może?

andrzejrysuje.pl komentarzy: 0

Niedzielne powroty

Monty Python komentarzy: 0

Kawał

Sylwia Chutnik komentarzy: 0

Home sik, matka sik




Tekst jest fragmentem opowiadania "Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych" z antologii "Nie pytaj o Polskę" wydawnictwa Amea, Kraków 2009.

Rysukek: Tomasz Bohajedyn






Sylwia Chutnik

Home sik, matka sik


Najbardziej bym chciała, aby mój syn był żołnierzem. Nie wyobrażam sobie, aby nie chciał iść do jakiegoś powstania. Kilka już było w naszym mieście, no ale jego nie było, więc nie mógł na nich być. Lecz gdyby tylko, zaraz, wybuch jakiś i zbiórka z generałem - o, już ja bym malca dopilnowała, aby pierwszy w szeregu się stawił. Mundurek mu już taki uszyłam, zgrzebny, choć elegancki nawet. Wewnątrz ma ukryte kieszenie, aby schować w nich rozkaz, krzyżyk i kromkę chleba. W Empiku sprzedawali ostatnio nawet hełmy na dziecięce główki. Kupiłam kilka, na zapas. Obkleiłam dla pewności grubą warstwą paper mache, aby mu główka nie pękła od zagubionej kuli.


Ja to lubię takie rezolutne maluchy. W piaskownicy sypią piachem, w przedszkolu kradną zabawki i gryzą innych. Taki to sobie i na wojnie poradzi. A jak nie poradzi, to już mu mamusia tyłek spierze pasem, że się chłopiec zastanowi nad sobą i pewne sprawy przemyśli.


Chlebak ma po dziadziusiu, który szedł jeszcze z Napoleonem, i potem jeszcze dwa razy na Syberię i z Piłsudskim i potem z Borem-Komorowskim. Wszędzie był! A co sobie świata chłopina nazwiedzał, że to głowa mała. U nas tradycje domowe są patriotyczne i ja sobie osobiście nie wyobrażam inaczej, aby syn nie był jakim wojskowym. Tylko żeby w papierach nie wylądował i służby zza biurka nie prowadził. O nie, to dla mężczyzny zbyt babska robota. Żołnierz musi śmierdzieć, musi walczyć, musi wiedzieć co to front. Bo bez tego to już różni pozapadali w choroby, zapili się i zabili nawet. Także nie, dziękuję, my rodzina porządna i uzależnień tolerować nie będziemy.


Dzieciak normalnie pójdzie się bić, coś tam sobie wybierze już sam. Czy to kontyngent, czy to jakiś konflikt mniejszy. Albo w domu spokojnie poczeka, to się znajdzie zaraz jakiś przewrót. Najpewniej to od Zachodu będzie szło, jakieś niepokoje. Takie mam przeczucie. Na wszelki wypadek zakupiłam już bilet na samolot do Berlina, tylko się miejscówkę zabukuje w odpowiednią porę i synek będzie pierwszy. On zawsze taki pierwszy. Jak pani w grupie pyta o coś, to on od razu rączkę do góry. Trochę się jąka, taki nieśmiały troszkę. Więc zaraz zapomina, co chciał powiedzieć. Ale ja mu tyle razy powtarzałam, że ma być wszędzie pierwszy i nieważne, co i jak, ale łapa do góry. Ludzie mają widzieć, że z byle jakiego domu nie pochodzi i swój rozum ma. Poza tym: jak na wojnie będą rozdawać prowiant, to jakby stał na szarym końcu, to co by dostał? Nic by nie dostał! Kostki do ogryzienia.



Dalek, Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

wiedeński high life - Jakobe Mansztajn (wyd. Portret, 2009)

 


Trzy z czterdziestu dziewięciu tekstów. Wszystkie autor udostępnił tutaj -
Klick!!!




Jakobe Mansztajn

wiedeński high life

(s. 23)

NARRACJA III

niebawem runą osiedlowe kioski i po dropsy

będzie trzeba gnać do tesco. siwy czuje

niewidzialną rękę rynku i stopniowy upadek

mniejszych form. takim jak my pluje się na głowy,

albowiem należymy do mniejszych form.


wiedeński high life: siedzimy przed kioskiem

i wsuwamy dropsy. wiatr owiewa nasze twarze,

jakby całował na do widzenia. do widzenia

i dobranoc. niebawem runą osiedlowe kioski,

przeminie era dropsów, wiedeński high life

 

szlag trafi. podział na kwestie stanie się

nieostry, siwy twierdzi, że to nawet dobrze -

najwyższy czas zacząć działać jako bohater

zbiorowy, bo liczba mnoga jest bezpieczna.

bezpieczeństwo w tej sytuacji będzie kluczowe

 

 

 

 

(s. 37)

TYBER

sobie, tobie i komu tam

proponują porządek: pozbierać latawce,

postery dawnych bohaterów zwinąć w rolkę.

do piwnicy znieść: rowerek, apteczkę z lego,

kolorowe puszki z biblijnego rfn wyrzucić.

cały drobny majdan, co zagraca przejście,

przesunąć pod ścianę. z piwnicy przynieść:

kilka słoików na zimę, polowe łóżko, koc.

systematycznie wchodzić w przyszłość.

opowiedzieć się wreszcie za szczęściem,

jakie jest, a nie jakiego się szuka. między

piwnicą a schodami przeżyć tragedię.

jedną z tych niewielkich, choć doszczętną



(s. 56)
W OBRONIE MITÓW

niebo kiedyś upadnie. różowy króliczek duracell,

który jest jak marzenie, też kiedyś upadnie.

siłę zaczniemy czerpać z kawy i papierosów,

jak w dobrych filmach, a miłość stanie się available

jedynie w wersji demo. bóg już całkiem wyjdzie

z wierszy, zostaną śmiech i zgrzytanie zębów.

zmieni się wiele, ale nas to nie dotknie, pamiętaj,

zmieni się wiele, ale nas to nie dotknie

Thomas Podhostnik komentarzy: 0

Pod kamieniami (opowiadanie)


Przekład: Elżbieta Kalinowska


Leżał w ciemnościach całkiem sam, nic go nie bolało, nie wierzył w swoją śmierć, słyszał maszyny ratunkowe.


Leżał z głową na grzejniku, ucho przyciśnięte do emalii. Grzejnik szumiał, był pusty. W górze wiercenie w dole szum, nic nie mógł na to poradzić. Musiał o czymś myśleć. Ucho przy grzejniku, udawać telegrafistę nadającego Morsem, czekać na sygnał zwrotny, klęczeć przy grzejniku, myśleć o sobie, kiedy był dzieckiem. O zabawach przy radiatorze, przy radio. O głosach kosmitów między stacjami na krótkich falach. Na krótkich falach. Przestał słyszeć wiercenie i sygnał alfabetem Morse'a. Szum. Apatia, pomyślał. Po wspomnieniach apatia. Przed śmiercią apatia. Jeszcze będzie myślał, ale nie będzie już słuchał siebie. Nie chciał umrzeć przy grzejniku. Nie chciał dłużej wspominać, chciał tylko słyszeć maszyny ratunkowe. Zeszły niżej. Gruz w ruchu, zmiażdżył mu stopę.


I mógł z tym żyć. Wiercenie ustało. Względy bezpieczeństwa, pomyślał. Muszą go szukać, muszą go znaleźć, przy pomocy kilofa i psiego pyska i łopaty. To może potrwać. Cichsze niż wiercenie i ciężkie maszyny. Musiał się skoncentrować i nasłuchiwać i wyczekiwać i uważać, żeby nie umarł, nie umarł z powodu akcji ratunkowej. Wydanie głosu nie było łatwe. Błoto w ustach i w nosie. Nadąć klatkę piersiową, naprzeć na kamienie. Czuć żebra w okolicy serca. Bóle wewnętrzne. Coś było złamane, być może ostre. Krzyczeć i nadziać się od środka, nadziać się na samego siebie, tego nie chciał. Nie chciał umrzeć na samego siebie. A więc zachować spokój, czekać na węszenie i skrobanie. Szum. Oderwał się grzejnik, przestał ogrzewać, wyciekł, potrzaskiwał. A on wyobraził sobie rurę, przykręconą do grzejnika, cienką, oderwaną na drugim końcu, białą rurę, zgiętą i skręconą, złamaną, wciąż przepuszczalną rurę. Wiercenie zaczęło się od nowa. I wstrząsało i wstrząsało i wstrząsało nim na wskroś. Akcja ratunkowa była do zniesienia. Nie mógł się obrócić, odwrócić plecami, musiał leżeć na boku, pozwalać obcierać sobie policzek. Piasek w uchu, żwir w oczach. Czekać, aż ratownicy się przebiją. Odezwał się, w końcu się odezwał, nawet jeśli nie miał powietrza. Poczuł wilgoć w ustach, to pewnie krew.

[...]


Boli, usłyszał. Jeszcze żył, nicpoń. No poczekaj, pomyślał. A co ma boleć, zapytał. Uderzenie w nos mnie nie zabije. Ma pan pręt w brzuchu, krwotok wewnętrzny. To prawda, słabo mnie słychać, ale czy z tego powodu od razu muszę umrzeć? Już pan jest w połowie martwy. Co pana obchodzą moje drobne dolegliwości? Chce mi pan pomóc? To podłość. Niech mi pan da żyć. Niech się pan wstydzi i szybko umrze. Usłyszał szum i syk, jakby parowała bryła lodu. Usłyszał szum.


Kilofy i łopaty. Kamień podniósł się. Wygrał. Skinęli mu głowami i podali rękę.

Ze szczęścia zatupał.


Klick!!!

Michał Socha komentarzy: 0

CHICK

CHICK from Mayki on Vimeo.

Gurbuz Dogan Eksioglu komentarzy: 0

Wracam w poniedziałek

design-dautore.com komentarzy: 0

Rety! Już Piątek...?!



Klick!!!



Happy weekend!


Klick!!!

Design iLike komentarzy: 0

Biały pies, czarny pies

Redakcja komentarzy: 0

Poświęcenie




Fragment wyjęty z "Anka cześć," Ludwika Cichego

Obraz: Vicky Mount Art. Klick !!!



Anka cześć,

zastanawiałaś się kiedyś, co to jest poświęcenie?

dobry pan…
„Boże, jeszcze muszę iść z tym biednym psem na spacer. Cały dzień czekał na te swoje piętnaście minut, to cały jego świat, sens istnienia. Nie chce mi się jak cholera, ale pójdę. Chodź, ty moje biedne psisko, dostaniesz swój spacer, nie będę chujem…”

… i dobry pies
„Sama przechadzka da się jeszcze jakoś znieść; nawet jak mi rzuca tego cholernego kija do tej cholernej lodowatej rzeki z niechlorowaną wodą, ale najgorsze jest to udawanie, że mnie to rajcuje, to spacerowanie z tym biednym facetem. Jakby nic nie istniało tylko spacery, jakby se kurwa do kina nie mógł pójść, na gadu-gadu albo jakie inne pierdo włączyć.”

Facebook komentarzy: 0

Poświęcenie Kościoła