22 maja 2017, poniedziałek
Witold Gombrowicz (1904 - 1969) komentarzy: 0

DZIENNIK 1957-1961, fragment 14

Rysunek: Tomasz Bohajedyn



1958

VIII

 

Poniedziałek

Odwiedziłem M. w szpitalu — kona od wielu miesięcy, coraz

gruntowniej, ale, jak mówią lekarze, będzie miał konania

jeszcze na dobrych parę tygodni. Leżał bez ruchu, głowa na

poduszce, zjadany po kawałeczku przez śmierć, co dzień troszkę

bardziej umarły. Czy, i jak bardzo, cierpiał?

 

 

W pokoju było też kilku żyjących - powiedziałbym

asystentów, bo asystowali... z minami zakłopotanymi i nie

wiedzącymi co począć, oddzieleni od tego męczennika przeświadczeniem,

że nie ma rady i trzeba doczekać, aż wyciągnie

kopyta. ,,Żyje się samemu i umiera się samemu" — myśl

Paskala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden

drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka człowiek

widzi, że jest sam... i sam na sam... jak te zwierzęta gasnące,

od których stado oddala się w noc zimową. Dlaczego śmierć

ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęca? Dlaczego agonie

nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście

ucywilizować śmierci?

 

 

Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród

nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego

nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego

tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych,

ale umieramy dziko. Zdarza się, że nieśmiała strzykawka lekarza

po kryjomu skróci męki zwiększonymi dawkami morfiny.

Wstydliwy zabieg, zbyt drobny jak na olbrzymią powszechność

umierania. Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby

do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można

by umrzeć - gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając

na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony,

mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty,

aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.

 

 

Dlaczego nie — zapytuję — dlaczego nie? Kto wam broni

ucywilizować śmierć? Religie? Ach, ta religia... dziś zabraniająca

samobójstwa, wczoraj nie mniej gromko zakazująca środków

znieczulających... przedwczoraj zezwalająca na handel

niewolników, gnębiąca Kopernika i Galileusza... ten Kościół

potępiający z hukiem piorunowym, a wycofujący się potem

dyskretnie, po cichu... jakąż macie gwarancję, że za lat kilkadziesiąt

dzisiejsze potępienie samobójcy nie zmięknie i nie

rozejdzie się nieznacznie po kościach? A póki co mamy umierać,

jak psy, w drgawkach i rzężeniach — cierpliwie mamy

czekać, ścieląc tę drogę powolną milionami konań okropnych,

o czym pisze się w nekrologach ,,po długich i ciężkich cierpieniach"?

No nie, rachunek za te „interpretacje” św. tekstów

jest już za wysoki i za krwawy, i lepiej aby Kościół wyrzekł się

scholastyki, zbyt arbitralnie wjeżdżającej w życie. Ostatecznie,

jeśli wierzący katolicy chcą umierać ciężko — ich sprawa.

Dlaczego jednak wy, ateiści, lub ludzie tylko luźnie związani

z Kościołem, nie odważycie się na coś tak prostego, jak zorganizowanie

sobie śmierci? Co was peszy? Zrobiliście, co trzeba,

aby bez trudności przeprowadzać się z miejsca na miejsce,

gdy zmieniacie mieszkanie ale, gdy idzie o przeprowadzkę na

tamten świat, chcecie, aby to odbywało się po staremu, przedwieczną

metodą zdychania?

 

 

Jakież mroczne jest to niedołęstwo wasze! Pomyśleć, iż

każdy z was wie doskonale: nikt z jego najbliższych nie wymknie

się konaniu, chyba że spotka go nadzwyczajne szczęście

śmierci nagłej i niespodziewanej; każdy zostanie stopniowo

zniszczony, aż czasem oblicze jego stanie się nie do rozpoznania

— i wiedząc o tym, znając ten los nieunikniony, palcem

nie ruszycie aby oszczędzić sobie męki. Czegóż się obawiacie?

Że zbyt wielu ludzi umknie, jeśli zanadto uchylicie furtki?

Pozwólcie umierać tym, co śmierć wybierają. Nie zmuszajcie

nikogo do życia niewygodą zgonu — to zbyt podle.

 

 

Szantaż, zawarty w sztucznym utrudnieniu śmierci, jest

świństwem, naruszającym najcenniejszą wolność człowieczą.

Gdyż moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej

sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie ,,być,

albo nie być?" — i swobodnie na nie odpowiedzieć. To życie,

na które zostałem skazany, może mnie zdeptać i zhańbić

z okrucieństwem bestii dzikiej, ale jest we mnie jedno wspaniałe

i suwerenne urządzenie — że mogę sam siebie pozbawić

życia. Jeśli zechcę, mogę nie żyć. Nie prosiłem się na świat,

ale przynajmniej pozostaje mi prawo odejścia... i to jest fundament

mojej wolności. A także godności (bo żyć z godnością

znaczy żyć dobrowolnie). Ale fundamentalne prawo ludzkie

do śmierci, z tych co to powinny być zamieszczone w konstytucji,

uległo stopniowej a nieznacznej konfiskacie — na wszelki

wypadek urządziliście to tak, aby było jak najtrudniej... i jak

najstraszniej… aby było trudniej i straszniej, niż być powinno

przy obecnym poziomie techniki. To nie tylko wyraża waszą

ślepą afirmację życia, w skali już zupełnie zwierzęcej — to

przede wszystkim jest wyrazem niesamowitej gruboskórności

waszej, gdy idzie o ból, którego jeszcze nie doświadczacie,

o agonię, która jeszcze nie jest wasza — to ta głupia lekkomyślność,

z jaką się znosi umieranie, póki ono jest jeszcze cudzym

umieraniem. Te wszystkie względy i względziki — dogmatyczne,

nacjonalistyczne, życiowo-praktyczne — cała ta teoria,

cała ta praktyka, roztacza się jak ogon pawi... z dala od śmierci.

Jak najdalej.

 

 

Fragment pochodzi z:
Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn



 

Irving Penn komentarzy: 0

Miles Davis (1926 – 1991)

Redakcja komentarzy: 0

Takich reklam możecie podsyłać więcej

Facebook komentarzy: 0

Komentarz dnia

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Na wczoraj, dziś, jutro itd...

Vimeo komentarzy: 0

Wszystko wrzeszczy

Sensory Overload (Interacting with Autism Project) from Miguel Jiron on Vimeo.



"Większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu."

Błażej Baraniak 2010, Klick!!!

Joanna Dziwak komentarzy: 0

Gry losowe. Odcinek 49.


Arkadiusz Pszczoła z Bytomia napisał właśnie wiersz. Po tygodniu kryzysu twórczego, picia litrów mocnej herbaty, po tygodniu złowrogich myśli i stopniowej utraty wiary we własny talent literacki, po tygodniu rozpaczliwego serfowania po internecie, siadł po prostu przy biurku, spojrzał posępnym wzrokiem na widok z okna (a z okna widział kościół i sklep Biedronka) i napisał na kartce: „Łzawa apokalipsa kapitalizmu". To tytuł i pierwszy wers zarazem. Mocne, pomyślał Arkadiusz Pszczoła i uśmiechnął się do swoich myśli.


Wciąż patrzy przez okno, więc wykorzystajmy tę chwilę i poznajmy historię jego życia. Arkadiusz Pszczoła nie zawsze mieszkał w Bytomiu. Jako siedmioletnie dziecko przeżył dramat przeprowadzki, który na stałe odcisnął się na jego osobowości. Z Siemianowic Śląskich do Bytomia. Z Górnego Śląska na Górny Śląsk. Z dwupokojowego mieszkania do dwupokojowego mieszkania. Z jednej podstawówki do innej podstawówki. Od pani Hani do pani Halinki. Arkadiusz Pszczoła od małego nienawidził zmian. Nie był jak inne dzieci: od zabaw na podwórku wolał książki. Rodzice mieli trochę o to pretensje, zwłaszcza ojciec. Sugerował matce Arkadiusza Pszczoły, Marzenie, że syn nie jest dzieckiem jego, a sąsiada z bloku w Siemianowicach, z którym witała się zawsze – jak na gust ojca Arkadiusza Pszczoły, Mirosława – w zbyt poufały sposób. Sąsiad z bloku w Siemianowicach był polonistą, nosił zamaszyste prochowce i używał zagranicznej wody kolońskiej. Wszyscy mężczyźni z bloku darzyli go niechęcią, wszystkie kobiety liczyły na to, że spotkają go w windzie.


Dalej, oraz pozostałe odcinki,
Klick!!!

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Kochanie, zabiłam nasze koty



Ludwik Cichy: Jak bym zachęcił do przeczytania nowej Masłowskiej.


Akcja zaczyna się w miejscu, w którym się kończy, więc kończy się już na samym początku.

Jednak ciocia Doris potrafiła z właściwą jedynie sobie umiejętnością upakować pomiędzy te dwa bliźniacze bieguny bardzo wiele słów. Wyszarpanych z siebie nadludzkim wysiłkiem w miłosiernym celu obsłużenia czytelniczych rozbudzeń. Złożyła z nich zdania, które usiłowała mozolnie (tysiące papierosów i kaw, jak mówi) połączyć w całość 150 stron.

I dokonała tego. A przy okazji twórczego znoju (skutkiem ubocznym niejako) wyprodukowała sporo  brawurowych fragmentów, czy nawet opowiadań, jakich nikt poza nią nie byłby w stanie.



Powstała książka - ze sztywną okładką, wydana przez prawdziwe wydawnictwo – którą można rozpocząć od 42. strony, albo od 82., czy na przykład 91. Wtedy szybciej się ją zaliczy niczego specjalnie nie tracąc, a będzie się miało zdanie na temat.


Warto wydać 29 złotych, żeby się o tym przekonać.


Jeżeli powie ktoś, że to słaba książka jest, to mogę się zgodzić, że jak na Masłowską to owszem, przy czym dodam, że to jest bardzo dobra słaba książka, właściwie najlepsza słaba rzecz, jaką przeczytałem w całości.


Nigdy bym tak nie zachęcił do czytania innych popisywaczy, ale dla Doroty Masłowskiej zawsze znajdę i czas i pasję zachęcania.





Jakobe Mansztajn o Kotach na swoim blogu:

[172] kochany pamiętniczku, do nowej książki masłowskiej podszedłem z entuzjazmem pierwszoroczniaka, który jeszcze nie wie z kim i co, ale już mu się bardzo podoba, i gdzieś w połowie westchnąłem głęboko zdumiony, iż dawno nie czytałem tak zabawnej momentami polskiej powieści, która byłaby zarazem tak dalece wypatroszona z fabuły i w swojej treści właściwie dość prozaiczna.


to nie jest do końca zarzut, albowiem nie jest również tajemnicą, iż masłowska czai się przede wszystkim w zdaniach, wartkich linijkach, które – proszę mi wybaczyć sentyment – biją niekiedy po dłoni oraz twarzy niczym nawciągana nauczycielka życia, a przynajmniej takie mam o dorocie wspomnienie, żywe wciąż jak pamięć o pierwszej dziewczynie, i to są oczywiście ładne wspomnienia, ale dziadek józef wielokrotnie powtarzał nad obiadem, że nie można żyć przeszłością i – jak zapewniała sama dorota – w nowej książce będziemy mieli do czynienia z klasyczną narracją, a nie formalnym pierdololo. czyli raczej fabuła, struktura i tak dalej, co już na dzień dobry wydaje się wystrzałowym pomysłem: oto bowiem matka ponowoczesnej polszczyzny ma mówić językiem przodków.


akcja kochanie, zabiłam nasze koty dzieje się w usa i bohaterowie płacą dolarami, ale na kilometr czuć od nich smalec i kiełbasę. nie potrzeba tu komisji śledczej, aby stwierdzić, iż rzecz w rzeczywistości wydarza się w polsce, a główna bohaterka, farah, jest nowym rodzajem polaka, do szpiku kości przesiąkniętym płynem do pukania tkanin i banalnymi frazesami z kartek urodzinowych. nowy rodzaj polaka, pomimo całej swojej estetyczno-poznawczej nadbudowy złożonej z sushi, brandowych fatałaszków i ekologii, na której jeździ jak matka madzi na koniu – u rdzenia swojego istnienia przede wszystkim panicznie się boi. w takim sensie ogólnym, a podstawowymi desygnatami tego strachu są wykluczenie, samotność i śmierć.


ostatecznie jednak powieść mniej opowiada historię, a bardziej znów grzebie palcem w języku. masłowska nie bawi się już wprawdzie składnią jak kostką rubika, ale narracja dalej jest roztrzęsiona niczym autobus w speed, poetyckie woltyżerki przecinane są suspensami rodem z harlequinów, kalki językowe stają się nowym językiem, a formalna granica między autorem a bohaterami jego książki zostaje po wielokroć zagięta. bohaterowie w tym procederze stwarzania świata uczestniczą i składają się na cały ten pejzaż językowo-formalny, ale pozostają raczej przeźroczyści i nieistotni i po lekturze czytelnikowi znów zostaje właściwie tylko wspomnienie języka w rozpadzie. to ostatecznie daje efekt nieco kontrowersyjnej mieszanki, wychodzi powieść, która jedną nogą próbuje iść równo po chodniku, a drugą robić fikołki.


to jednak dalej nie jest do końca zarzut, albowiem ten język w rozpadzie dość wiarygodnie odzwierciedla rozpad człowieka, o którym pisze masłowska, czyli trochę powtórka z rozrywki, ale dla mnie w sumie bomba. tylko że tym razem bardziej jednak bomba hukowa. co bowiem rozczarowuje w stopniu rozmontowującym moją tutaj dyplomację, to prozaiczność refleksji, której język powieści już nie dźwiga. można odnieść wrażenie, że to, na czym książka się zasadza, na co przez sto stron zarzuca sidła ironii – a więc dziki konsumpcjonizm, rzeczywistość wirtualna, mowa ludzka ograniczona do 160 znaków – to obszary wiedzy, z których masłowska wyprowadza refleksje, przerobione już parę lat temu przez dzieci internetów. w rezultacie zamiast dostać linijką między oczy, czytelnik dostaje sztafaż zdezaktualizowanych memów. taki czytelnik po lekturze odkłada książkę jakby nic się nie stało i stopniowo potęguje w nim wrażenie, że kochanie, zabiłam nasze koty zostało napisane nie dla niego, ale bardziej dla jego mamy. ma po wszystkim oczywiście przyjemność, dobrze napisana książka o niczym jest bowiem lepsza niż chujowo napisana książka o wszystkim, ale to ostatecznie też jest średni argument.


Klick !!!

Redakcja komentarzy: 0

Nogi w służbie przekraczania progu dostrzegalności osoby ludzkiej