26 lipca 2017, środa
Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

22.10


25 października 2012

[173] albo to. stoisz w kolejce po bilet, w ciągu kilku lat w jednej z takich kolejek umrzesz lub będziesz sprawcą przestępstwa, ale jeszcze nie dziś. dziś upływa ci przyjemnie, to znaczy nic się nie stało, ziemia bez przygód kołuje w stronę wieczora i myślisz, że to chyba jeden z tych dni w roku, kiedy świat bardziej przypomina chomika w akwarium niż pająka, który siedzi ci na twarzy. to cię najwidoczniej rozczula, bo chwilę później z uwagą śledzisz lot ptaków w zwartym szyku ponad budynkami i mimo że zwykle gówno cię obchodzi, skąd i dokąd eksmitują się skowronki, bociany, jerzyki, to gapisz się jak zaczarowany i myślisz sobie, że dziś mamy dzień doskonale żaden, obojętny i bez wyraźnych właściwości, czyli twój ulubiony rodzaj czasu.

w tej samej chwili zastanawiasz się ile takich dni przeżyła staruszka stojąca za tobą w kolejce. twarz ma zwiędłą, choć serdeczną. pewnie nie przeżyła ich zbyt wiele, skoro życie spędziła w dwudziestym wieku, ale zapewne dwudziesty pierwszy wiek odpokutował jej z nawiązką we wnukach, które teraz co gwiazdkę, urodziny, dzień strażaka, wnuka i dzień babci obsiadają ją całą jak koty hrabala. w dłoni trzyma siatkę z drobnymi zakupami i podejrzewasz, że dziś wyjątkowo chowa w niej coś słodkiego dla któregoś z tych małych szatanów, a nie jak w każdy pozostały dzień – tabletki obniżające ciśnienie, kostkę masła i flaszkę syropu wykrztuśnego. tak myślisz w tej krótkiej chwili, stojąc między zwiędłą staruszką a okienkiem z biletami, i z tego zamyślenia zapominasz, co chciałeś, wstrzymując kolejkę, i wtedy z twarzy zwiędłej staruszki – tej, która słodyczami tak lubi rozpieszczać wnuki – wydobywa się twarde jak szczęk metalu no przecież rusz się, człowieku i wszystko wraca do normy.

jakobe.art.pl

Debra Killings komentarzy: 0

Love

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Zaatakowana


(Opowiadanie, środa 24 października 2012 )




Zaatakowana


Gdy dotarła nad jezioro, mgła rozpuszczała kształty i zjadała całe krajobrazy. Zaparkowała, wypuściła z bagażnika psa i rzuciła mu kij tam, gdzie zawsze była plaża. Pies skoczył za kijem i natychmiast zniknął, jak wszystko. Ruszyła powoli, ostrożnie, a kiedy wyczuła pod butami piasek, poczuła się pewniej i przyspieszyła. Była tu już tyle razy, znała na pamięć każdy kąt. Zdziwiła się, gdy w miejscu, w którym spodziewała się dotknąć nogą wody, piasek był wciąż taki sam, mniej więcej suchy. Powoli przeszła jeszcze parę kroków, ale wody wciąż nie było, choć słyszała ją, chlupoczącą leniwie o filary pomostu. Przystanęła i zawołała psa. Po chwili jeszcze raz. Rozejrzała się wokół, ale wszędzie tak samo nie było nic.


Coś szło za nią. Sprawdziła w kieszeni czy nie ma papierosów, ale musiała zostawić w samochodzie. Znalazła tylko pilnik do paznokci. Zacisnęła go mocno w garści jak nóż. Obróciła się błyskawicznie, bo teraz coś zbliżało się od strony jeziora, stanęła przodem do napastnika.


- Bari, to ty?! – pies nie zaszczekał radośnie, jak zawsze, gdy słyszał jej głos. – Bari, chodź tu! Ale już! – to nie był pies.


- Muszę się ruszać, stojąc stanowię za łatwy cel – postanowiła.

Przebiegła kilkadziesiąt metrów, przykucnęła żeby być jak najmniej widoczną i zaczęła nasłuchiwać. Dotarło do niej, że wciąż zaciska w dłoni pilnik.


- Bożesz, ale się dałam zagonić – wyprostowała się, odetchnęła. – 32 lata, doktorat z ekonomi, trzy języki, od mojego kaprysu zależy czy jutro w mieście ludzie znajdą na półkach to, czy zupełnie coś innego, kariera jakiej mogą pozazdrościć wszyscy… i tak się dałam zagonić w tej mgle, paradne, dobrze że nikt tego nie widzi.


- No, Bari chodź już, wracamy – powiedziała swobodnie, zwyczajnym władczym tonem, wyćwiczonym w tysiącach codziennych sytuacji, jakie przyzwyczaiły ją do tego, że zawsze po zabraniu głosu rzeczy dzieją się jak powinny, jak tego oczekiwała i chciała, i co nauczyła się  uznawać za normalne. Wytłumaczyła sobie, że pies po prostu znalazł rybę wyrzuconą na brzeg i teraz żre ją pośpiesznie i najciszej, żeby ona mu jej nie odebrała i nie skarciła za samowolę. – No chodź, dobry pies, chodź – zachęciła rozgrzeszająco i ruszyła w stronę, gdzie zostawiła auto.


Najpierw usłyszała chlupot opadających z czegoś kaskad wody – i choć mógł to być odgłos wynurzającego się z jeziora monstrum, przytomnie wybrała wariant rybackiej łodzi cumującej po omacku we mgle – ale gdy rozległ się plusk, jakby zrzucono z samolotu czołg, wiedziała już, że monstrum na powrót zanurkowało, najprawdopodobniej by podpłynąć pod wodą. Rzuciła się do ucieczki jak oszalała. Od auta powinny dzielić ją już tylko metry, gdy z impetem rozpędu wpadła do lodowatej wody.


Nie próbowała rozumieć, analizować; czuła jak uzębiona paszcza już, już, już zaciska się na ciele, jak odrywa kawał, który jeszcze przed sekundą był nią, a teraz staje się zaledwie kęsem dla wodnego potwora… obróciła się błyskawicznie i gnała najdalej stąd!

Tym razem udało jej się wybrać dobry kierunek. Jeszcze parę kroków z prędkością pędzącego expresu i w rzednącej mgle zobaczy… swoje rude audi na parkingu i psa warującego przy przednim kole. Na jej widok pies podniesie się i merdając ogonem poda jej kij rzucony tam, gdzie zwykle znajdowała się plaża, którą znała jak własną sypialnię.

 

Foto: sieć, Klick!!!

PWSFTviT komentarzy: 0

Kariera Muchy

Redakcja komentarzy: 0

Czy zgłosiłeś już swoją kandydaturę do władz PZPN-u?

Redakcja komentarzy: 0

Pozwólmy księżom podskakiwać!

Till Nowak komentarzy: 0

GMO zaczyna robić karierę w polskich mediach

Redakcja komentarzy: 0

Poniedziałek...