20 września 2017, środa
Ana TERESA-KATYA komentarzy: 0

Ma być ładny dzień, w sam raz na pranie

David Ligare komentarzy: 0

I... jest ładny dzień

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Tydzień z głowy (449)




O darmosze

8 maja 2017


Doszedłem do tego punktu w życiu, kiedy masa ludzi czegoś ode mnie oczekuje. Dzwonią i piszą bliźni moi, pustosząc zgliszcza spokoju. Proszą, żebym zadzwonił, napisał, a także przeczytał, przyjechał, oddał i się spotykał.



Odkąd zostałem zawodowym pisarzem, nie napisałem niczego za darmo (z jednym wyjątkiem, który oszczędzam na puentę). Za wszystkie spotkania autorskie biorę pieniądze. Nie czytam żadnych tesktów przesyłanych przez młodych autorów i tak dalej.


Pewną aberracją jest moje okazjonalne angażowanie się w akcje dobroczynne. Niestety, we wszystkich przypadkach ta dobroczynność nie przyniosła niczego dobrego.


Mógłbym napisać, że moja niechęć do pracy za darmo wynika ze zdrowego zawodowego etosu. Urzędnik nie pracuje za darmo, sprzątaczka, menedżer i prezydent naszego wesołego kraju również, więc dlaczego należy oczekiwać takiego trudu od pisarza? Być może ludzie kultury mają jakieś szczególne zobowiązania wobec społeczeństwa. Wydaje mi się jednak, że nie mają.


Chodzi o coś innego. Jeśli, na przykład przeczytam tekst jakiegoś młodego autora (co znów, chyba powinienem robić, bo sam byłem młodym autorem i moje teksty czytano) poświęcę czas, który mógłbym przeznaczyć na pisanie, albo oddać moim bliskim. To samo dotyczy przyjeżdżania, uczestniczenia i wypowiadania się na tematy najróżniejsze. W tym ostatnim wypadku mam dodatkowy argument. Otóż, nie znam się kompletnie na niczym.


Kiedy byłem młody wydawało mi się, że czas jest niemal nieograniczony i to nie w perspektywie lat ale jednego dnia. Od świtu do nocy mogłem zrobić wszystko co chciałem i powinienem. Od dawna tak nie jest. Mam czas na pracę i bliskich mi ludzi. No dobrze, lubię też pójść na siłkę, poczytać książkę i pograć na konsoli. Nie wyrywajcie mi sztangi z dłoni bo się wkurwię i co wtedy.


Praca jest pracą. Nie wykonuje się jej za darmo, z jednym zapowiedzianym wyjątkiem.


Ten tekst jest za darmo. I inne teksty tutaj. Proszę.

Klick!!!

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

W chwale



Drodzy Państwo, parę dni temu wracam autem do domu, jest dzień wolny, ulice puste, nigdzie się nie śpieszę. W radio Rihanna, w sercu cisza i spokój. I gdy tak toczę się powoli do świateł, obok mojego auta coś spada. To spada piłka. Na pustym ryneczku po prawej, z pięć metrów od ulicy, kilku kolesi kopie sobie w gałę. A że stetryczały już ze mnie człowiek, to myślę coś w stylu: "Ależ nieroztropne zachowanie!". Dosłownie tak myślę, chociaż sam jak pajac drę w aucie ryja do Rihanny.


W każdym razie jeden z kolesi wbiega na ulicę, i "wbiega" to może nawet nie jest najlepsze słowo, bo raczej wtacza się slalomem tym swoim wielkim cielskiem zakończonym groźną głową, niezdarnie chwyta piłkę i z całej siły wykopuje przed siebie. I "przed siebie" to też nie jest najlepsze słowo, bo zamiast do przodu - piłka leci do tyłu, odbija się od budynku i trafia w moje auto.


A ja wtedy czuję imperatyw. Taki moralny imperatyw, żeby wyjść z auta i powiedzieć: "Człowieku, no kurwa, masz boisko sto metrów stąd, a napierdalasz przy samej ulicy. Czy ty jesteś poważny?". Coś takiego mniej więcej mówię w swojej głowie, ale jednocześnie coraz bardziej obawiam się o swoje życie, bo typ nie dość, że na oko tak ze sto dziesięć kilo, to jeszcze ewidentnie jest na imprezie. A ja kiedyś chciałbym mieć rodzinę, też grać ze swoim synem w piłkę, raz do roku jeździć na all inclusive do Tunisu i ogólnie być żywy, a nie zabity na ulicy. Ale jak ktoś piłką lutuje, nawet przypadkiem, w moją złotą kobrę, to czuję, że nie ma innego wyjścia. Że wyjście jest tylko jedno. Biorę więc głęboki oddech, odpinam pasy, powoli otwieram drzwi i zanim zgaśnie światło, koleś mówi: "Przepraszam". Na co ja: "W porządku, nic się nie stało". I odjeżdżam. W chwale.

Źródło, Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Wiosna (opowiadanie)



Na łące stały łagodne, rozmarzone krowy, a pomiędzy nimi wałęsały się gęsi. Gęsi przyleciały z dalekich, egzotycznych krajów, krowy były tutejsze. Poruszyła się ziemia i najbliższa krowa potrząsnęła nerwowo łbem, inne nie zwróciły na to uwagi. To nie było trzęsienie ziemi, po prostu kret usypywał kolejny kopiec, zaczynając od spodu. Gęsi miały w sobie gotowe do zniesienia jajka, niektóre dwa, inne pięć, a jedna siedem. Dokądkolwiek szły gęsi, tam razem z nimi podążały te jajka. Wieczorem wszystkie przeniosą się na trzęsawiska wokół jeziora, ale teraz są jeszcze na łące. Trawa nie jest wysoka, bo dopiero ruszyła na wiosnę. Gęsi bardzo lubią taką młodą, soczystą trawę, krowy jedzą ją także, bo innej jeszcze nie ma. Rzeką, którą lato zamieni w wysychającą strugę, płynęły węgorze. Nad zagajnikiem wikliny przy wodnym zakolu, górowała stara olcha z gniazdem misternie tkanym przez remiza. Lis, który przywarował do ziemi w cieniu zagajnika obserwował gęsi. Przepuścił już parę dobrych okazji, a nawet teraz, mimo że gęś zbliżyła się na długość skoku, nie zaatakował. Powstrzymywała go ostra woń człowieka przynoszona przez wiatr z krzaków czeremchy, gęsto porastającej drogę po przeciwnej stronie stada krów. Lis niepotrzebnie się powstrzymywał, bo człowiek w krzakach był teraz niegroźny, a nawet w ogóle go tam nie było; pozostał po nim but - gumofilcowy kalosz, dobrze przepocony, bijący ciężkoprzystojną, męską wonią pegeeru. Ale tego lis nie mógł wiedzieć, ani tego, że człowiek ten powróci do stanu trzeźwości bez jednego buta, w dodatku prawego.


Rysunek: Andrzej Bobrowski


HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER komentarzy: 0

Wielka majówka ruszyła...