26 lipca 2017, środa
Charlie Chaplin komentarzy: 0

Okropnie stary film z 1936 roku, ckliwie rozmiękczający, w dodatku niepokolorowany...

Niv Rozenberg komentarzy: 0

27 x 45

Jerzy Pilch komentarzy: 0

O piłce rozmawia z Dorotą Wodecką, w Magazynie Książki


Publiczne przyznanie się do braku ciekawości dla piłki uchodzi, droga pani, za znak intelektualnej wyższości. To jest zgubny klasowy zabobon - mówi pisarz Dorocie Wodeckiej.




Dużo miejsca w „Dzienniku" poświęcił pan piłce. Nie ma ważniejszych spraw?

Całe mnóstwo. Codziennie słyszałem, że jest mnóstwo ważniejszych spraw od piłki. Codziennie słyszałem, że premier jest infantylny, bo biega po boisku. I jeszcze się z tym afiszuje, a powinien się skrywać. Każdy naród byłby dumny ze sprawnego fizycznie, interesującego się piłką nożną przywódcy, z wyjątkiem Polaków, z wyjątkiem – dokładnie rzecz ujmując – polskich prawicowych rygorystów. Dla nich publiczne przyznanie się do braku ciekawości dla piłki uchodzi, droga pani, za znak intelektualnej wyższości. To jest zgubny klasowy zabobon. Kto jako dziecko nie wychował się na podwórku, ergo nie pograł tam w piłkę, ten na starość ma kompleksy. Krwawe. Kompleksy + władza = pożar.

   Czy moje rozległe pisanie o piłce było rodzajem polemiki z takim myśleniem? W jakiejś mierze tak.

   Pani i niestety nie tylko pani zdaniem intelektualiście nie powinni interesować się tak gminną dyscypliną jak futbol. Tymczasem takie zainteresowanie świadczy o wielu ciekawych rzeczach, np. kształtuje często u intelektualistów niepewny patriotyzm, uczy czci dla – masowo na każdy ważny mecz przywdziewanych – barw narodowych, przypomina słowa i nuty ważnych dla wspólnoty pieśni...


I "ćwiczy w dzielności, twardości, przebiegłości, a wreszcie - jak zauważył grający swego czasu na bramce Albert Camus - moralności".

- Niech pani nie udaje, że wie, o czym rozmawiamy. Pogrąża to panią. Camus Camusem. Pisarz wielki, ale - owszem - w piłkę grał na bramce. To jest zawsze trochę dwuznaczne, bo może był za słaby w polu, a może był tak dobry, że jako bramkarz kierował grą. Nie wiem.

   Piłkarze nie są od intelektualnej rozrywki. Oni dostarczają prarozrywkę. Spotkania piłkarskie są metaforą bitwy, zwłaszcza te o podtekście politycznym. Dość wspomnieć słynny mecz, nie piłkarski akurat, ale hokejowy, Rosja - Czechy po inwazji. Toż to było prawdziwe pole bitwy, przy użyciu kijów, w hełmach i w zbrojach. Piłka nożna rozgrywana na trawie jest bitwą pod Grunwaldem i jak każda bitwa zawsze uruchamia niesamowite pokłady głębinowych emocji.


Piłkarskie bitwy to jednak zwykle przegrywamy.

- Historycznie rzecz ujmując, historia polskiej piłki wygląda następująco: krótko przed wojną udział w mundialu i cztery bramki Wilimowskiego w meczu z Brazylią przegranym 5:6. Po wojnie nic, marnie idzie. Pierwszy znaczący sukces to zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim na Stadionie Śląskim w 1957 r. i dwie bramki Gerarda Cieślika strzelone Jaszynowi. Do dzisiaj jest to...


Do dzisiaj się pan uśmiecha.

- Bo to jest wydarzenie! Wygraliśmy z Ruskimi! Kibice Cieślika na ramionach z w triumfalnym pochodzie nieśli! Potem znów kilkanaście (nie licząc europejskich triumfów Górnika Zabrze) postnych lat i wreszcie wiek złoty! Złoto na olimpiadzie '72, rok później Grunwald Grunwaldów, czyli zwycięski remis na Wembley, awans do mistrzostw świata i srebrny medal. Następny mundial i piąte miejsce drużyny Gmocha. Rok 1982, czyli kolejny, i tym donioślejszy, że w stanie wojennym odniesiony, zwycięski remis z Ruskimi w ćwierćfinale i trzecie miejsce zespołu Piechniczka.


I od kilkudziesięciu lat nic. Pan też nie wierzy w żadną losu odmianę, bo pisze, że wszystko jedno, czy polscy piłkarze nie wyjdą z grupy na Euro w koszulkach bez orła, czy z orłem.

- Orzeł został tak zdewaluowany, że nie ma najmniejszego znaczenia. Dziś każdy na każdym straganie orła może nabyć i gdzie zechce przylepić. Za moich czasów nie do pomyślenia. Orła mogli nosić na dresach tylko reprezentanci kraju i od nich aż łuna biła.

   Z orłem wszelako czy bez - lepiej, by Polska wyszła z grupy i doszła choćby do ćwierćfinału, bo wtedy wybaczone zostaną niedociągnięcia organizacyjne. Tak jak teraz Polska jest w budowie, tak po Euro czeka nas Polska w przerwanej, w nieukończonej budowie, i to dopiero będzie atrakcja. Teraz praca wre, bo termin, ale potem? Pali się? Całe dekady wykańczania tego, co miało być gotowe w czerwcu 2012. Ale jeśli Polacy zrobią wynik i staniemy się europejską potęgą piłkarską, to wtedy latami rozkopane pobocza, latarki ręczne zamiast świateł i krzesełka zamiast linii ciągłej nie będą ważne. Przeciwnie: będą czczone.

(...)


Źródło: Książki, magazyn do czytania,
Klick!!!

Cała rozmowa w papierowym wydaniu magazynu Książki, za 9,99 zł

Redakcja komentarzy: 0

Do Euro aż 25 dni, a do dnia dziecka 18

Redakcja komentarzy: 0

Oto, jak Dorota Masłowska rozstała się z Przekrojem,


z wzajemnością. Był marzec roku 2004.




Od kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, nie znam już żadnych interesujących osób. Wszyscy mają wszystkie zęby. To nie jest moja muzyka.







Pożegnalny felieton Doroty Masłowskiej


To jest ostatni odcinek, nie będę tego przed nikim ukrywać, że już więcej nie będzie. Łączę się w bólu ze swoimi czytelnikami, łączę się również w uldze z tymi, co dostawali dreszczy, ponieważ ja też dostawałam dreszczy, wszyscy wiedzą, że nienawidziłam i nie jest to postkokieteria. Nie ma o czym mówić. Nie ma nic tak odświeżającego jak wracając ze szkoły, zwolnić się z pracy. Jest to prawdziwy luksus.


Jest to teledysk wspomnieniowy, na którym pokazane jest, jak muzycy w zwolnionym tempie wysiadają z autobusu, niosąc dziurawy bęben, jest to smutek zwijającego się namiotu cyrkowego. Z baru odpada kolejny uczestnik i odchodzi w ciemność przy piosence Portishead. Tak się właśnie czuję. „Ballada o lekkim zabarwieniu erotycznym" też już się kończy, za to w marcu ma wyjść nowa płyta Blonde Redhead. Od kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, nie znam już żadnych interesujących osób. Wszyscy mają wszystkie zęby. To nie jest moja muzyka. Raz po raz słyszę od pana i wydawcy: „Przestań tak przeklinać". Przestałam palić papierosy. Przestałam też wszystko. Zupełnie przestałam być miłą osobą, którą zawsze byłam, natomiast niezwykle zaczęło zależeć mi, żeby nie palić u mnie w mieszkaniu, nie chodzić w butach i nie siadać na pościeli. To są teraz moje priorytety. Punk is dead. Obejrzałam dwa odcinki „M jak miłość".


Przyjechałam do tego miasta chyba tylko, żeby nienawidzić. Nie wychodzić z domu, oglądać Romanticę, kupować płyty za 60 złotych, strzelać z palca do redaktorek pism o przedmiotach i ta zadowolona z siebie onanistyczna nędza bez aspiracji, bez marzeń o wyjeździe za szeroko pojętą granicę, wieczna dyskoteka, epicentrum Polski, Rumunia przybrana krepą i pomarańczką, czy ja mogłabym to tak zostawić? Czy nie jestem uzależniona od swojego obrzydzenia i podstawowego uczucia, które czuję, pogardy? Od podsłuchiwania rozmów, od udawania osób? Od kupowania apokryfów o Jolancie Kwaśniewskiej? Od szydzenia ze studentek polonistyki? Don't be fooled by the rocks that I've got. Nie ma o czym mówić, erotyczna fascynacja światem przedstawionym to nadal nie jest to, do czego zmierzam.


Jak powszechnie wynika z tradycji greckiej, przed ponurą przepowiednią można uciekać, ale nie można uciec, przed ponurą przepowiednią ucieka się, ale raczej w kółko. Linie papilarne są niezmywalne. W galopującej bezsenności piszę swoją drugą złą powieść, nie ma o czym mówić, poza tym ku swojemu własnemu zaskoczeniu jako osoba pozbawiona jakichkolwiek poglądów zostałam z zawodu osobą, która uważa wszystko. To mi się wydaje beznadziejne.

Tak więc żegnam wszystkich, na koniec jedno haiku i jedno przysłowie, wszystko zawsze kończy się źle, uwielbiam wygłaszać takie opinie, to zawsze budzi uzasadniony niesmak.


Dorota Masłowska

"Przekrój" nr 10/2004

Rysunek: Tomasz Bohajedyn

Cichy&Parda komentarzy: 0

Przysłowia polskie (3)

Kacper Zamarło & Company komentarzy: 0

Casting

Berndnaut Smilde komentarzy: 0

Czarodzieje są wśród nas

You Tube komentarzy: 0

Do czego służy Lady Gaga?

Chen Wen Ling komentarzy: 0

Czerwony nad morzem