18 grudnia 2017, poniedziałek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.6



Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska





- A tam nie jest coś po angielsku napisane na etykiecie froncie? To byśmy przeczytali i od razu wszystko wiedzieli co to – tak głos 77 rzeczowo powraca do przerwanej rozmowy.

- Tu jest aby po polsku coś, więc nie widać nawet – głos 3.

 

- Oj to szkoda że po angielsku nic – głos 77.

- No co zrobić?... - głos 3 rozkłada ręce.

 

Kupiła Konstancja knedle już z biedronki mąki dwa opakowania: jedno i co drugie, żeby pewność mieć niespodzianki śliwki we knedlu promocji, i dociera teraz do zewnętrznych kręgów zgromadzenia dużego jakiegoś, i zainteresowuje się od razu Konstancja bo lubi żyć na bieżąco być z dużymi sprawami: - Co tu miejsce ma przepraszam proszę mi informacji udzielić krótkiej, bo się spieszę w jednej sprawie osobistej wagi.

- Ja tu dopiero od pięciu minut, to się nie zorientowałem jeszcze, nie dopchałem, więc by się pani musiała kogoś bliżej dopchanego podpytać, bo ja też na wiadomość konkretniejszą oczekuję wciąż - głos 755 .

 

- Jakiś konkurs jest, czy festyn miasto urządziło, podobnież że puszkę można wygrać jakąś amerykańska konserwę czy inny artefakt – głos 749 informuje.

- O... jak artefakt to nie dla mnie – krzywi się pogardliwie Konstancja i oddala z knedlami w stronę domu czym prędzej i prędzej. Bo opakowania kupiła dwa, więc jedno co drugie musi być jeżeli życie uczciwym ma pozostać. I nie usłyszy Konstancja krzyków wrzawy zamieszania, że właściciela konserwy puszki sprawcę w krzakach śpiącego odkryli pojmali przebudzili i przed oblicze doprowadzili.

 

- Mamy cię bratku! - głos 4.

- Ludzie! Ale o co chodzi biega więcej?! - pojmany.

 

- Już ty nam powiedz lepiej! I nie pogrywaj! – głos 4, wskazując na puszkę konserwę.

- Nie pogrywaj z nami, gadaj zaraz, struny nie przeciągaj! – głos 3.

 

- Aaa!... moje kiełbaski giżyckie się znalazły – pojmany rozpogodzony rozluźniony.

- Jakie kiełbaski?! To konserwa przecież, nie kręć! - głos 4.

 

- Nie kręć!!! - głos 1, 2, 3, 4, chórem.

- No kupiłem se bułkę i konserwę kiełbasianą w giżyckim sosie żeby zakąsić przed zaśnięciem, bo coś nieświeży byłem po imprezie za bardzo, to wiadomo, przegryźć trzeba na robaka zgagę. To bułkę zjadłem i zdawało mi się że giżyckie też, ale widać tylko mi się zdawało, bo musiała mi pucha wylecieć zgubić jak chciałem o hydrant otworzyć. Dobrze żeście znaleźli, dziękuję – pojmany rozluźniony zadowolony.

 

- Dziękuję?!!! - głos 4.

- A co? - pojmany.

 

- A ilu tu ludzi przez ciebie stoi się zebrało przez ciebie?! Co w ważnych bardzo sprawach osobistych nie załatwia nic teraz nawet przez ciebie, esemesu nie śle do zet radia eremefu po samochód niewątpliwie, co?! To jest mało?! - głos 4.

- I co? - pojmany.

 

- I co?!!!... Ty łachudro jedna! - głos 3.

- Dawać go tu! Dawać! Dawać go!!! - głosy dalsze od 550 do 749.

 

I już policja zajeżdża na sygnale niezadowolona bardzo, bo o tej porze zwykle do domu czas na zupkę i co u żony słychać porozmawiać, życie małżeńskie pouprawiać trochę, a tu z przyzwyczajeń konieczność rezygnacji nagła nieoczekiwana.

 

- Co tu się dzieje?! - policja policyjnym tonem głosem gestem postawą policyjną.

- Mityng manifestację zgromadzenie se z nas zrobił, bez zezwolenia zaznaczam ale – głos 4.

 

- Cooo?!... Ja? - pojmany.

- Pozwolenie na zgromadzenie jest? - policja tonem gestem.

 

- Cooo?!... - pojmany.

- W takim razie jedziemy! - policja.

 

I pojechała policja na komendę komisariat poaresztować troszeczkę pojmanego, statystyki wykrywalności podreperować, ludzie się rozeszli, a puszka leży dalej jak leżała, bo nikt by się tak w biały dzień nie poniżył podnieść capnąć za widoku, co innego noc, co kształty zjada linie papilarne i tożsamość, ale to nie pora nocy jeszcze, a środka dnia to pora, więc widać z daleka za bardzo i daleko też widać.

cdn

 

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.7



Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska






Wczoraj już nic nie możesz zrobić, jutro też jeszcze nie, ale teraz jest dzisiaj i dzisiaj możesz wszystko.

 

A Zdziś już w domu, w równowadze dobrej odzyskanej obrazkiem znajomym przed oczami tym samym co wczoraj co jutro i zawsze racz mu dać panie. Zupkę zjadł, bo pora już była, taką wymioty udającą z koloru gęstości, ale parzącą pożywną świeżo we mikrofali zrobioną. Odbija teraz jedwabiście esencjonalnie, pod pachą drapie, z nosa wysupłuje okropnego coś, ale zaraz w spodnie wyciera palec i czuje że coś niezwykłego zrobić nachodzi go ochota, do nerwu życia się zbliżyć pouczestniczyć pokowboić.

 

SIUŚKÓW KOŃ się na fejsbuku ustylizowuje przewrotnie wariactwo udając, bo wie jakie to modne na fejsie pod wariata się podszywać udawać, najwięcej lajków polubień w wyścigu na oryginalny lans zdobyć. Miejsce zamieszkania Ryjowiec Fabryczny podaje, zawód pajtaś, hobby koszulę w zębach nosić daje, żeby jasne było że za wariata tu chce być. Tak go ta normalność już nudzi, że w niszy wariatów realizacji tylko upatrywać szansy mu pozostało – taki sygnał tu klarowny interpretacyjnie jednoznaczny zapodaje w swoim wariata mniemaniu.

 

Jest niepokojący stan szajby, niski wysokiej kultury poziom”, taki zaraz post pierwszy daje produkuje majstruje, i jak wytrawny fejsbukowicz normalny, czaty na morze lajków rozpoczyna, we wspaniałomyślności swojej obiecując sobie, że pierwszych stu do znajomych w ciemno przyjmie a'priori.

Jaki żałosny jest ten Prince w różowym garniaku stylu vintydż, ale niech tam, każde powołanie trzeba uszanować; ktoś chce być kimś, a inny tylko Printzem chce być, każdy może być każdym dzisiaj, a nawet najczęściej nikim, co też niezbędny jest do tła wyprodukowania dla kogoś – filozofuje Zdziś, to samo co Konstancja wideo na Youtubie obserwując; on czas oczekiwania na pierwszych stu znajomych zabijając, ona z nerw dla ukojenia, bo żadne z dwóch opakowań knedli z mąki biedronki nie było co drugim, jak opakowanie jedno miało być przecież w promocji zaręczali obiecywali.


I co postanawia Konstancja wzburzona? Na fejsbuku objawia niesprawiedliwość świata doznaną niesłusznie i zło brzydkie focią talerza po knedlach dokumentuje, podpisując żeby już wszystko było zdemaskowane jak należy: „Knedle kupiłam opakowania dwa i żadne nie było co drugie bo obydwa były pierwsze tylko. Ostrzegam! Udostępniajcie! KONIECZNIE!!!”

 

Na takie coś, wpis dziwny natrafia Zdziś, strony fejsbukowe wertując kartkując. Czyta raz, drugi raz czyta... W tym nie ma w ogóle nonsensu żadnego kompletnie, ocenia, To jest tak ostentacyjnie kłujące w oczy wariactwo, ekstrawagancja brawurowa po bandzie, że naprawdę... to musiała napisać osoba o horyzontach znużonych normalnością prawdziwie; żaden wariat by tak nie poszedł, nie odważył na aż tak się odkrycie. Czyta trzeci raz, żeby upewnić się zrozumieć że nic nie rozumie i klika lubię to i udostępnij wszystkim, a konstanciny wpis natychmiast pojawia się u wszystkich czyli u Zdzisia na stronie, na SIUSKÓW KOŃ ustylizowanej.

cdn

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

W moim mieście jest 42 wariatów - cz.8 (z dwudziestu)



Rysunek: Anna Cięciel-Łukaszewska





A co to, a kto to?... już śledzi Konstancja losy swego wpisu wszystkim udostępnienie, informacje o SIUŚKOWYM KONIU sczytuje wszystkie: O! Ryjowiec Fabryczny... pajtaś, koszulę w zębach nosić... o, to musi być znana osoba publiczna, medialnie rozpoznawalna, tutaj rozgłosu uniknąć pragnąca nie zananą pozostać, że tak tu swój autorytet jawnie skrywa, anonimowo przez prawdy nieujawnienie osobistej. To na pewno ciekawa osoba być musi, zapoznania się warta . Klika Konstancja w lubię to i nad odpowiedzią się zastanawia obmyśla żeby napisać, ale nie przestraszyć zaraz zrazić, a może nie napisać lepiej? Ale po co zaraz obojętnością dotykać tak osobę poważną, pomyśli jeszcze osoba że nosa Konstancja zadziera, do zrozumienia daje czasu brak dla osoby, i to publicznie na mediach społecznych; napisać trzeba, ale tak, żeby i nie napisać.

 

Piszę tutaj tylko tę kropkę w celu zagajenia, oto i ona.” - wypisuje Konstancja komentarz SIUŚKOWEMU KONIU i czekać zaczyna i kawę sobie robi nawet, a jak z kawą powraca to już jest lubię to od SIUŚKOWEGO KONIA. A zaraz się i to pojawia w komentarzu: „Zgrabna istoty sedna esencja, synteza nietuzinkowa” chwali KOŃ Zdziś SIUŚKOWY i jeszcze lubię to nacisnął.


- Ja chyba śnię – słyszy swój głos Konstancja Patrycja na głos wypowiedziany. - Taka znana osoba medialnie, rozgłosu niezdrowego uniknąć pragnąca anonimową pozostać, i tak się tu specjalnie dla mnie pofatygowała napisać serdecznie ciekawie. - I zaproszenie do SIUŚKOWEGO Zdzisia już klika niezwłocznie, a on trochę w panikę wpada zaraz, że ktoś coś tu do niego publicznie jawnie się zwraca w sprawie co on ma może a może nie wcale, ale zaraz odklikuje znajomość potwierdza natychmiast, żeby przez zwłokę głupią się nie narazić na ani chwilę złego myślenia o sobie przez kogoś, nie podpaść głupio publicznie.

 

I tak to dwoje wariatów - o czym nie wiedziało - do siebie pisało się zapoznało, co by siebie jak ognia unikało gdyby się spotkało.

Przydaje się jednak na coś ten fejsbuk oj przydaje, nie tak już modny znowu a nawet obśmiewany przez zawodowych szykanerów, próbujących uwagę na co inne przerzucić, najchętniej na siebie swoje, bo twoje może i dobre, ale moje lepsze, bo moje. A czy to źle, że wariat z wariatką? Prezydent prezydentów z sekretarką się parzy, żona niemiecka francuzka z hydraulikiem polskim i pop z popadią oraz pastor, nawet mąż z żoną czasami, a i dziewczyna z chłopakiem także również, to oni se tu nie mogą popisywać zaledwie? Oj, no bądźmy ludźmi więcej, tym bardziej że z punktu widzenia gatunku przetrwania kontynuacji przedłużenia to dobre jest konieczne bardzo, bo jakby dzisiaj nikt z nikim (bo coś komuś to siamto owamto tamto) to za 150 lat nikogo już nie będzie na świecie, ani wariatów też. I znów tylko same jakieś dinozaury paprocie, skrzypy i czekanie czekanie znów na meteoryt czekanie, co pierdolnie ewolucję powoła, co dopiero za miliony lat do takiego mozolnie zróżnicowania doprowadzi, że I Bono z U2 i Bielan Adam i Doris Masłowska tym samym gatunkiem Homo sapiens będą się stać mogli . A tak, to już dzisiaj wszystko mamy na pstryk klick za darmo, rzeczy się dzieją jak powinny i wiele się zdarzyć może dzisiaj już teraz a nie jutro kiedyś dopiero, więc na chuj po co te agresywne dyskusje w celu wywyższenia się przez poniżenie: że fejsbuk dla wariatów tylko, do dupy; a niech se wariaci gadają lajkują na normalność stylizują. Komuś to naprawdę przeszkadza wadzi?, naprawdę...

Jak już tak potrzebujesz zrealizować swoją naturalną ludzką potrzebę wywyższenia się ponad innych przez ich poniżenie obśmianie, to na tapetę weź Kulturę Wysoką Sztukę, co nikogo nie obchodzi a ciebie może, bo
SZTUKA WYSOKA służy głównie do tego, żebyś obcując z nią mógł zrealizować swoją naturalną chęć wywyższenia się ponad tych, którzy z nią nie obcują, i poczuł się wyjątkowo i komfortowo.


W moim małym mieście jest 42 wariatów, poznasz wariata po tym, że go nie widać, bakterię poznasz po tym też, ale ich bardziej nie widać, bo więksi są i starać się więcej muszą. Doceń to i nie demaskuj, życiorysów nie rujnuj, na sztukę wysoką się przeżuć polecamy, co nikogo nie obejdzie twoja demaskatorska aktywność w temacie.

Gdy wariat robi pranie, to do wieszania niebieskiego używa niebieskich klamerek, do żółtego prania żółtych, do czerwonego wyłącznie czerwonych, bo to jest logiczne racjonalne niepodważalnie. A czy ktoś widział wariata wyskakującego z samolotu z gaśnicą butlą gazową? On zawsze wybierze spadochron, bo wie, że skakanie ze spadochronem jest domeną wyłącznie ludzi normalnych. Za nic nie skoczy z gaśnicą, nigdy do takiej opcji rozważania nie przyzna się, nawet przy wódce, której nie pije ani.

Wariata poznasz po tym, że go nie widać. I bakterię poznasz że jej nie widać. Ale wariata bardziej nie widać, bo trenuje ćwiczy znikanie, tożsamości w tłumie rozpuszczanie. Teraz jest już jutro i puszka konserwa przestała leżeć na placu chodniku, ale nie wariat ją capnął o nie. Chociaż pewności nie ma, bo noc już była co kształty zjada widzenie, że nic nie widać, a wariata nie widać też - bakteria co jej nie widać, puszki by nie dała rady - więc może i wariat. A jakie to ma znaczenie, jak on się pod normalnego podszywa z akuratnością niemiecką wyćwiczoną tak, że lepszy jest w roli od tego, co go gra; ważne że giżyckie kiełbaski na marnację nie poszły. Nie sprawdzisz już kto konserwę capnął, sprawcy nie zobaczysz, bo wczoraj nic już nie zrobisz. A teraz dzisiaj jest i na fejsbuk pora, jak ty tam nic nie zrobisz nie napiszesz, to inny napisze ktoś, nie zalajkujesz, to ciebie nie zalajkują. Zrób to teraz zaraz, bo jutro jeszcze nie zrobisz nic i wczoraj już nie zrobisz też. Takie to są dwa dni w tygodniu martwe: wczoraj i jutro. Ale teraz jest dzisiaj twoje.





Cezary Ostrowski komentarzy: 0

Żydzi kontra Immanuel, rozdział: Picasso odwiedza palnetę małp

Błażej Baraniak komentarzy: 0

Rok 2006 albo i siedem?

Większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu.




List z dwóch podróży do Wrocławia i jednej do Opola


Pod koniec sezonu zawsze sporo premier; nawet nie wymienię wszystkich, które obejrzałem w nadziei na: 1. – znalezienie tych najciekawszych, które można przywieźć do Leszna, 2. – znalezienie reżysera, któremu chciałbym powierzyć pracę nad którymś z dramatów Stanisława Grochowiaka (notabene po ponad trzech ćwierćwieczach nieobecności zawodowych ludzi teatru w naszym mieście inaczej jak tylko gościnnym przejazdem).


I kłopot. Troje reżyserów, których inscenizacje obejrzałem niemal wszystkie w ich karierze – Maja Kleczewska, Piotr Kruszczyński i Wiktor Rubin – tak dało mi popalić, że sam nie wiem, co tu zrelacjonować i czy, po ponad ćwierćwieczu teatralnego wałęsania, ja się jeszcze do tego nadaję. Przemawiają do mnie, każde po swojemu, ale o sprawach, które dla mnie chyba oczywiste. Nie sprawiają, że tracę dech i szukam punktu na niebie albo ziemi, który mógłby być dla mnie jakimś punktem odniesienia. Przejadłem się, albo – co innego – moje ostatnie lektury oraz hałas dookolny spowodowały, że w teatrze chętnie wyglądam ciszy, przede wszystkim ciszy.


Bo to jest tak: pod moim oknem, a mieszkam na parterze w samym śródmieściu, gdzie uliczki wąskie, niebudowane dla ruchu pojazdami mechanicznymi. Miejsce niby odległe od rynku o rzut beretem, ale dla ruchu niezamknięte, na spacerowisko niezamienione, toteż za ścianą mego ponadwustuletniego domu w całkiem świeżej plombie zagnieździł się producent lodów. Teraz sezon dla lodowytwórców, toteż od pół do szóstej rano pod moim oknem parkuje dostarczyciel produktów, z których lody się wytwarza. Wolę nie wiedzieć, co to za produkty, natomiast – chcąc nie chcąc – co dzień słyszę najpierw hamowanie, potem trzaskanie drzwiami, a w trakcie wyładunku radio „Hałas.fm" oraz przynajmniej ze dwie rozmowy odbywane przez telefon komórkowy. Mniejsza, że znam treść rozmów biznesowo-lodowych (nie mam zamiaru współpracować z konkurencją, bo lody wszelkie szczerze znienawidziłem), mniejsza, że zasnąć nie sposób, bo za lodziarzami rusza lawina innych użytkowników mojej cichej kiedyś ulicy, a wszyscy oni mają komórki i bardzo pilne sprawy do obgadania przez telefon o każdej porze dnia i nocy.


I jest jeszcze tak: większa część populacji współcześnie nie mówi, tylko wrzeszczy, nie zamyka drzwi (od aut, pokojów, domów i czego tam jeszcze), tylko nimi trzaska. Trzęsę się zatem w posadach razem z moim domem, trenuję nie z własnego wyboru stoicki spokój i czytam Czarodziejską górę Tomasza Manna. Na przemian z innymi lekturami, w których ludzie wprawdzie już używali kolei żelaznej, ale przedkładali ten praktyczny wynalazek nad podróż w czymś zaprzężonym w konie tylko wówczas, kiedy tak było szybciej i w żaden sposób nie dało się uniknąć hałasu żelastwa. Bo trzeba Wam wiedzieć, że ludzie, zanim zaczęli wrzeszczeć, zwracali się do siebie taką siłą głosu, żeby nawzajem się słyszeć, a gdy kto z jakichś powodów przygłuchł, używał trąbki do słuchania. Mało tego – ludzie zwracali się do siebie pełnymi zdaniami, niejednokrotnie złożonymi, i używali co najmniej paru tysięcy słów dla precyzji kontaktu.


Wszystko, co powyżej, piszę dla wyjaśnienia, dlaczego Radio Morele i Grejpfruty z upodobaniem codziennie nadaje rytualne pięć minut CISZY, upiera się przy lekturze Schopenhauera, Manna, Grochowiaka i współczesnych poetów odróżniających przecinek od spacji.


A także dlatego, żeby – w sobie właściwy, a najpewniej słabo słyszalny sposób – wyartykułować protest przeciwko światu, którego metaforą jakże niemetaforyczną niech będzie doświadczenie, którego skutki musiałem poczuć na własnej skórze podczas ostatnio transmitowanego meczu piłki nożnej między reprezentacjami narodowymi Holandii i Rosji (podobno już nie sowieckiej). Otóż po powrocie z Wrocławia, gdy z mym asystentem zdrożeni chcieliśmy wypić wieczorny kufelek zimnego piwa i zastanowić się w dialogu nad dziełem, którym raczyliśmy się na widowni Teatru Współczesnego, zmuszeni byliśmy uczestniczyć w fenomenie współczesnej recepcji sportu masowego. Bo Leszno nie tylko tym się charakteryzuje, że mając 70 tysięcy mieszkańców, nie ma ani jednego kina z prawdziwego zdarzenia (ostatnie zamknięto i usiłowano przerobić na świątynię sztuki handlowania detalicznego), za to także nie ma STREFY KIBICA, jak w innych miastach. Bo w Lesznie całe miasto jest strefą kibica, zatem literalnie w każdym ogródku (kiedyś zwano je wiedeńskimi) piwnym na rynku pod ratuszem zainstalowano wielkie ekrany i wielkie głośniki transmitujące w czasie mistrzostw piłkarskich mecze futbolowe, a przy okazjach żużlowych – takież. Nie było dokąd uciekać, bo nasz klub Alicja B. Toklas tego dnia zamknięty (barman uciekł nad jezioro), zatem trzeba było być świadkiem dzikiego entuzjazmu leszczyńskich kibiców, gdy Rosjanie (z holenderskim trenerem) dokopali Holendrom. Rusofobem nie jestem, ale jak żyję, czegoś takiego nie doświadczyłem i nie wiem, jak mam to rozumieć.


W związku z tym, co powyżej – chaos mam w głowie, czego skutkiem w felietonie tym także rządzi chaos, a i puenty doszukiwać się będzie trudno. Może poza tą jedną: czekam na zaproszenie jakiego kuzyna umieszczonego gdzieś 5 tysięcy metrów nad poziomem zero, do jakiegoś zakładu dra Bahrensa, a gdy tam już się znajdę, nie będę trawił czasu na debaty z profesorem Settembrinim, tylko zastanowię się, dlaczego warto zobaczyć ostatnie dzieła Kleczewskiej, Rubina i Kruszczyńskiego. Bez uprzedniego przebijania sobie bębenków we własnych uszach.


Błażej Baraniak, przy współpracy TB

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

hau hau

 






hau hau

23 sierpnia 2015

[224] kochany pamiętniczku, kiedy dorabiasz się własnego taga na pudelku, oznacza to przynajmniej dwie rzeczy.


pierwsza jest taka, że udało ci się. zostałeś przyjęty w poczet książąt polskich, państwo docenia twój trud. druga jest taka, że gdzieś najwidoczniej popełniłeś błąd.


pod tagiem widnieją rzeczy, za które skarciłbym się, gdybym lat mniej trochę miał i brzytwę poglądów ostrzejszą. ale lata lecą, pamiętniczku, i zamiast tężeć – środek mój nieoczekiwanie mięknie jak biszkopcik w mleku i ten wieszak-kręgosłup z wolna zamienia się w strudel. w ostatnich tygodniach odwiedzałem telewizję jakbym wchodził do siebie, brałem udział w sesjach zdjęciowych dla kolorowych pism, brylowałem na salonach i uśmiechałem się na zawołanie aż policzki trzaskały. dostroiłem się nadzwyczaj łatwo, a przecież była umowa, pamiętniczku, żywcem nas nie wezmą.


i co to teraz będzie, jojczy matula przed chatą. po jednej stronie brokat, splendory i buźka twoja upudrowana w śniadaniowej telewizji; po drugiej – jałowy widnokrąg i od tygodni nie napisałeś nawet jednego cennego zdania. niech ten kurz opadnie, mówię sobie, niech się rzeczpospolita próżna do cna we mnie wyczerpie i potem wrócimy do siebie, na dawne klepisko. znów będziemy jak bohater swoich wierszy i z kieszeni powiewać nam będzie sztandar wyjebania, i znowu, pamiętniczku, będziemy niewinni, i znowu na powrót we wszystko sobie uwierzymy.

Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lepiej żyć, niż nie żyć - cz. 8


grafika:Andrzej Bobrowski



Siwe włosy, kruczymi kosmykami poprzetykane jeszcze tu i tam gdzieniegdzie, indiański wódz utykający dostojnie na drogę wkracza w celu przeprawy na drugi jej brzeg. Zwalnia S-3, staje, z szacunkiem pierwszeństwo daje. Lecz, oj... to nie wódz, to wiedźma zużyta przez długi życiorys, kuśtyka żwawo, wózek dziecięcy zapakowany kartonami i żelastwem złomu pcha przed sobą, a gdy brzeg osiąga, staje i... Dziękuję ludzkim językiem wypowiada.

- Mogę dać pani pieniądze? - pyta kierowca poruszony spektaklem tu przed nim rozegranym.
- Daj dziesięć złotych, więcej nie. Dziesiątką nie zepsujesz mnie, i nie będę musiała być wdzięczna – taką rzeczową informację sprzedaje wiedźma za złotych dziesięć. - Ale musisz tu przyjść do mnie, bo ja nie podejdę o nie do ciebie.

Otwierają się drzwi S-3, wysiada, do wiedźmy podchodzi, banknot odliczony wręcza.

- Jak długo powinno się żyć? - pyta, czując, że jednak coś powinien zagaić dla ocieplenia suchości aktu wręczania.

- Nie za długo. Bez przesady. Lepiej mniej, ale lepiej. Wspomnień wyprodukować ile się da, żeby się miało co z żalem zostawić - składa banknot na pół wiedźma, tę połowę znów na pół i przepoławia jeszcze raz, a potem złącza dłonie, pociera jedną o drugą, chucha na nie, klaszcze i pokazuje puste powietrze. - Przyjęłam – oświadcza, bez uśmiechu, bez kokieterii, w ogóle bez.

- O! - kiwa głową z uznaniem dla jej cyrkowej sztuczki.
- A pierwszy człowiek na świecie miał na imię Mieszko. I przyleciał z kosmosu na meteorycie zabić dinozaury, żeby powstała ewolucja. I zaraz z małpy zrobił się Pan Twardowski, co pierwszy sprzedał duszę diabłu za koguta i odleciał na księżyc. Potem Święty Mikołaj Kopernik wstrzymał słońce i ruszył ziemię, ale rad – rada nie rada – musiała wymyślić kobieta Skłodowska, i tak powstał świat czyli Polska. A przy niej powyrastały stopniowo, w miarę zapotrzebowania: Ameryka, Londyn oraz francuskie winorośle, żeby Polacy mieli gdzie za chlebem jeździć, i powstały Niemcy, żeby produkować mercedesy dla Polaków, ale u nich recesja straszliwa, więc słabo produkują i nie wszyscy w Polsce jeszcze mercedesami jeżdżą. A zaraz potem ewolucja wyłoniła Chorwację, żeby Polacy mogli mieć dokąd pojechać się wykąpać.


- O!...
- Trzeba ruszać do domu teraz, umyć się, ogarnąć grabiami z brudów świata, kompot z węgierek ogórkiem kiszonym zakąsić, a do tego kiszka na gorąco - święta kicha polska! Ze sarepską, nie żadna tam stołowa helmanc-lajt pegaz. I bułka wrocławska chrupiąca, nie jakaś kajzerka tylko wrocławska chrupiąca. No, takie cuda się same nie zdarzają; sprawianie sobie przyjemności to jednak ciężka praca, wcale nie taka łatwa. Ale czas już do domu, obrazek znajomy ten sam co wczoraj i jutro przed oczami ustawić dla skołatanych nerwów poluzowania.



Do siebie to mówi? Czy nie do siebie?

- Jakby tak nie było domu, to byś nawet nie wiedział, że z niego wyszedłeś i wciąż zawsze byś był w drodze, bo skąd byś wiedział, że masz dokąd wrócić. Się nagadałam za tę dziesiątkę, starczy, w sam raz będzie chyba. Teraz zejdę z pola widzenia kamery prowadzącej, jak jeszcze jest okazja ciekawie zniknąć, podejrzę czy nie ma mnie w domu i co akurat w nim robię, bo ciekawa jestem. Tyle ode mnie. Lepiej mniej, ale lepiej – zapamiętasz?
- Lepiej mniej, ale lepiej.

- Dotarło – uśmiecha się i za pchanie wózka zabiera.

Audiencja zakończona.

Charles Bukowski komentarzy: 0

- Mamusiu, jak się rozbija jajko?


Dee Dee, aktualna kobieta Chinaskiego.

Szybki rysunek: Anka Cięciel





 

"Kobiety", Charles Bukowski


19 rozdział

Wydawnictwo NOIR SUR BLANC, 1996, przełożył Lesław Ludwig

 

 

 

 

 

Dee Dee musiała odebrać syna z lotniska. Wracał z Anglii na

 

wakacje do domu. Miał 17 lat, a jego ojciec był w przeszłości

 

pianistą, który często dawał recitale - jak mi wyznała Dee Dee.

Polubił jednak amfetaminę i kokę, a później poparzył sobie palce w

jakimś wypadku. Nie mógł już grać. Rozwiedli się przed kilku laty.

 

Syn miał na imię Renny. Dee Dee wspomniała mu o mnie

 

w trakcie kilku międzykontynentalnych rozmów telefonicznych,

jakie z nim przeprowadziła. Dojechaliśmy na lotnisko akurat w

chwili, kiedy pasażerowie opuszczali samolot. Dee Dee i Renny

padli sobie w objęcia. Chłopak był wysoki i chudy, bardzo blady.

Nad jednym okiem zwisał mu loczek. Wymieniliśmy uścisk dłoni.

 

Poszedłem po bagaże, kiedy zaczęli ze sobą rozmawiać. Nazywał

 

ją ,,mamusią". Kiedy dotarliśmy do samochodu, usiadł na

 

tylnym siedzeniu i zapytał:

 

- Mamusiu, kupiłaś mi ten rower?

 

- Zamówiłam. Odbierzemy go jutro.

 

- Czy to dobry rower, mamusiu? Chcę mieć taki z dziesięcioma

 

biegami, hamulcem ręcznym i noskami na pedałach.

 

- To dobry rower, Renny.

 

- Jesteś pewna, że będzie na jutro gotowy?

 

Pojechaliśmy do domu. Zostałem na noc. Renny miał własną

 

sypialnię.

 

 

 

 

 

Rano siedzieliśmy wszyscy w jadalni, czekając na przybycie

 

pokojówki. W końcu Dee Dee podniosła się, żeby sama przyrządzić

 

śniadanie. Renny zapytał:

 

- Mamusiu, jak się rozbija jajko?

 

Dee Dee spojrzała na mnie. Dobrze wiedziała, co sobie myślę.

 

Zachowałem milczenie.

 

- Dobrze, Renny, chodź tutaj, to ci pokazżę.

 

Renny podszedł do kuchenki. Dee Dee wzięła do ręki jajko.

 

- Widzisz, tłuczesz skorupkę uderzając jajkiem o brzeg patelni...

 

o tak... i pozwalasz jajku wypłynąć na patelnię, widzisz, w ten

 

sposób...

 

- Aha.

 

- To proste.

 

- A jak się je gotuje?

 

- Smaży się je. Na maśle.

 

- Mamusiu, nie mogę zjeść tego jajka.

 

- Dlaczego?

 

- Bo żółtko się rozlało!

 

Dee Dee odwróciła się i rzuciła mi spojrzenie mówiące: ,,Hank,

 

błagam, tylko nic nie mów..."

 

 

 

 

 

Kilka dni później znów siedzieliśmy przy stole. Jedliśmy śniadanie,

 

a pokojówka robiła coś w kuchni. Dee Dee powiedziała do

 

Renny'ego:

 

- Masz już teraz swój rower. Chciałabym, żebyś w wolnej

 

chwili przywiózł ze sklepu karton z 6 butelkami coli. Po powrocie

 

do domu chcę wypić jedną lub dwie coca-cole.

 

- Ależ, mamusiu, te butelki są ciężkie! Nie możesz ich sama

 

kupić?

 

- Renny, pracuję przez cały dzień i jestem zmęczona. Ty

 

możesz je kupić.

 

- Ale, mamusiu, sklep jest na górce. Będę musiał pedałować

 

pod górę.

 

- Nie ma tam żadnej górki. O czym ty mówisz?

 

- No, może nie widać jej tak od razu, gołym okiem, ale to

 

naprawdę pod górkę...

 

- Renny, masz kupić colę, rozumiesz?

 

Renny wstał, poszedł do sypialni i trzasnął drzwiami.

 

Dee Dee odwróciła wzrok.

 

- Wystawia mnie na próbę. Chce się przekonać, czy go kocham.

 

- Ja kupię colę - powiedziałem.

 

- Już dobrze. Ja to zrobię.

 

W końcu żadne z nas jej nie kupiło...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 1.







Jadę na

poszukiwania dziewczyny
mojego
życia


Rys. Andrzej Bobrowski





Moja biedna żona została pisarką. Lubianą. I bardzo ją to wciągnęło. Całymi dniami nic tylko pisze i pisze grube książki, od których psują się oczy i niebezpiecznie poszerzają horyzonty. I spotyka się, i spotyka - z tymi, z którymi warto się spotkać, i całymi dniami unika całej reszty, w tym mnie.

-
Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - postanawiam. - Jutro.

Żebym tylko nie zapomniał...
Na 55-te urodziny postawię w ogrodzie słup ogłoszeniowy i od razu, kiedy rano wstanę, to przeczytam i zaraz wszystko będę wiedział. Nic mi się już nie zapomni!


Teraz ona czyta mi na głos początek rozdziału nowej książki. Ma kłopoty z przecinkami, więc czyta głośno, żeby usłyszeć, czy zdanie dobrze siedzi:

Człowiek z natury jest dobry. Dla samego siebie.
I każdy jest tym, który lubi siebie najbardziej spośród miliardów na świecie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. Każdego dnia. Zawsze.

Lubi przyozdabiać się w krawaty, które nadają mu zwodniczy, szacowny wygląd. I wtedy z wyglądu się składa i z wody...


- Powiesz coś? – jej głos przerywa ciszę, która zapada, gdy zapominam wpaść w zachwyt.
- Człowiek składa się z wyglądu i z wody – mówię.

- No tak... - jej zbolałe westchnienie. Rozmowa jest zakończona.

Napisała trzy książki. W tym jedną w sztywnej okładce. Ale to pierwsza i najcieńsza przyniosła jej sporą sumę. Moja żona jest lubianą pisarką, więc pisze dalej. Jest już na tyle zamożna, że stać by ją było nawet na rozwód. Ale się nie rozwodzi. Gdybym lubił jeszcze myśleć o sobie dobrze, pomyślałbym, że z mojego powodu. Ale nie myślę już
o sobie wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. A przynajmniej już nie każdego dnia. I dzisiaj też nie jest tym dniem.



                                                                 x x x

- Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - mówię.
- Kiedy wracasz?
- Za pół, może za godzinę…
- Zawsze tak mówisz, a potem robią się z tego trzy, cztery godziny – mówi, i wiem, że ma rację. Zna mnie lepiej niż ja sam; życie spędziła na tropieniu moich tajemnic.
- Znowu się przeziębisz i będziesz chory przez dwa tygodnie, albo kogoś pobijesz i znowu będziemy mieli kolegium do zapłacenia. Lepiej byś w ogrodzie posiedział, pograbił coś, zapalił ognisko, wypił setkę czy jak już musisz dwie.

Ma rację – przyznaję w myślach, ale nie chcę już palić ogniska, ani pić w ogrodzie. Jestem pewien, że ona wie co myślę. Co to w ogóle za pomysł, żeby czytać cudze myśli?! Postanawiam wyjechać niezwłocznie.


- Weź chociaż telefon, wczoraj ci naładowałam – biorę telefon, wsiadam na rower i jadę się przeziębić, mieć kolegium itd. Jadę szukać dziewczyny mojego życia.

Ciąg dalszy 14. kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 2.

 




Pojęcia nie mam, co mógłbym teraz robić w Warszawie, Berlinie, albo innym modnym miejscu. Znów jestem w mieście, z którym większość ludzi na świecie łączy tylko to, że nigdy tu nie przyjadą. Jadę rowerem.

Rysunek: Andrzej Bobrowski



Mijam ostatnie zabudowania. Mały chłopiec przed sklepem przygląda się rowerzyście i ze stulonej dłoni wyjada orzeszki.


30 lat temu nie było tu żadnego sklepu. Ani asfaltu. Jeździłem tędy na rowerze ojca. Dawał mi go w soboty, na godzinę.


Gromada pań z kijkami nordic rozpierzcha się nagle na boki jak stado kuropatw, chociaż dzwonię od jakiegoś czasu. Nie zatrzymuję się, może powinienem? Gdy się oddalam zbijają się w gromadkę i ożywiają. Mówią głośno, żebym słyszał - cham, szalejący na szpanerskim rowerze, który wytrącił je z rytmu odchudzania w niedzielę.


Wyjeżdżam z półmroku lasu. Jasność łąki prosto w oczy. Pod słońce widzę coś pędzącego wprost na mnie. Pies. Jest wielki. Oślepione oczy nie rozpoznają jeszcze czy to rottweiler, doberman czy przerośnięty stafford, ale bije od niego charakter typu bydlę i podłe zamiary. Piorunuję go wzrokiem, pokazuję zęby, warczę basem. Pies zwalnia, przypada do ziemi, a potem zrywa się do ucieczki. Jestem niejadalny.


Dziewczyna, słuchawki na uszach, kije nordic, też uprawia niedzielne odchudzanie. Wszystkie kobiety się odchudzają, czy życie staje się przez to lżejsze?


Biegacz. Teraz biegająca para. Znowu biegacz.

Jak to się mogło stać? Że tylu ludzi, i to na całym świecie, uwierzyło że bieganie jest bardzo, ale to bardzo zdrowe? Chociaż bieganie wcale nie jest zdrowe, a nawet nie jest naturalne dla człowieka, bo ewolucyjnie nie do forsownych maratonów został ukształtowany, a co najwyżej do krótkiego sprintu w pogoni za kobietą, a kobieta do sprinterskiej ucieczki przed facetem. Bieganie - kolejna z używek człowieka. I tyle, nie ma co drzeć szat!




                                                                    x x x


Długa monotonna prosta. Nie myślę.


Zatrzymuję się w oazie przy ścieżce rowerowej. Ćwiczę trochę na ławce, podciągam się na beli stropowej wiaty. Nadjeżdżający samochód zwalnia. Przyglądają mi się, nawet nie skrywają rozbawienia. Kobieta na tylnym siedzeniu wgryza się w hamburgera. Albo w wielką skibę? - nie dowiem się, już odjechali. W moim kraju, co rano rzuca się na chleb miliard zębów. Wszystkie pragną potem gumy do żucia zębów z reklamy. Każdy ma swojego dentystę, dentyści zacierają ręce. Nic tak nie sprzyja dentystom jak spustoszenie, jakie czyni w zębach guma „po każdym posiłku".


Jestem sam, dłonie wsparte na brzegu ławki, nogi skrzyżowane przede mną. Nie przeszkadzają mi butelki za plecami ani śmieci wokół kosza. W oddali, za polem oziminy, ponad nastroszonymi wierzbami widzę stąd dach. Kiedyś żywa czerwona karpiówka, teraz zszarzała, omszała plama. Znam ten dom, wciąż potrafię poruszać się po obejściu: staw, pomost z brodami wodorostów, łódka, olchy, po lewej drewniane wrota w ścianie stodoły, po prawej stajnia na 30 boksów, wybrukowana aleja lipowa prowadząca pod dom z wysokimi sufitami. Za nim padok przechodzący w park, nasza ławka, nasz mostek nad strugą, nasze rozmowy, pierwsze trzymanie się za rękę, początek liceum...


W Poznaniu mieszkamy w różnych akademikach, zdaliśmy już na jakieś studia przypadkowe, każde na inne. Zbliża się wojna jaruzelska, umawiamy się na Moście Teatralnym. Coś się dzieje. Tłum ludzi. Nigdy nie widziałem tylu w jednym miejscu. Naprzeciwko ściana ciężkozbrojnych zomowców. Wskakuję na tramwajową wiatę, wypatruję, aż dostrzegam twoją czerwoną czapkę zaledwie parę metrów dalej. Jesteś... szepcesz mi do ucha przestraszona, gdy wreszcie dopycham się do ciebie przez tłum i obejmuję. Tłum faluje, zomowiec w ciężkich buciorach, z pałą, w przyłbicy goni kogoś. Potrąca ciebie, w każdym razie wydaje mi się, że mógł się o ciebie otrzeć. Puszczam się za nim, podcinam od tyłu, drab wali na pysk o bruk, tłum zamyka się nad nim. Jakieś ręce poklepują mnie po ramionach, ktoś ściska mi dłoń i daje kartkę z powielacza. Przez moment jestem bohaterem. Początek legendarnej kariery? Pół godziny później czytamy tę kartkę w twoim pokoju. To informacja o zebraniu konspiracyjnych struktur. Nigdy na nie pójdę, mam w dupie legendarną karierę; to nie ja zostanę Wałęsą; znajdzie się ktoś, kto zrobi to za mnie. Mam w dupie ten świat, jesteś tylko ty.


Twój ojciec wynajmuje ci mieszkanie, dla bezpieczeństwa, tyle się słyszy o tych akademikach. Prawie nie ruszamy się z niego przez pół roku.


Przychodzi czas, gdy dojrzewasz do tego, że jak każda dziewczyna, chcesz wyjechać do Niemiec, spotkać jakiegoś miłego, praktycznego Niemca, zagranicznego jak z Ameryki.


Ja akurat jestem tak zajęty byciem zakochanym w tobie, że tego nie zauważam. I wyjeżdżasz.

ciąg dalszy 16 kwietnia

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 3.



Zimno. Twardość ławki, na której siedzę bez ruchu. Jak długo?

Rysunek:  Andrzej Bobrowski


Ruszam na najniższym przełożeniu, żeby szybko rozgrzać lodowaty pot. Wzdłuż drogi stare jabłonie z gruzłowatymi naroślami na pniach. Wciąż świeci słońce, ale jeszcze nie ma liści. Amerykanie właśnie skonstruowali sztuczne liście, generujące ekologiczną energię bez fotosyntezy! Dlaczego przypominam sobie akurat to zdanie? Ze względu na jego beztroską głupotę?



Nagła potrzeba głupoty, niezobowiązującej do niczego. Bez konsekwencji, bez konieczności przewidywania następstw (żeby broń boże czegoś nie przegapić na ważną przyszłość!). Głupota jest łatwiejsza. Łatwa jak rozrywka, jak Ameryka po prostu.



Mógłbym być mistrzem głupoty osiedla, gminy, powiatu, może okręgu; nawet królem bym mógł być głupców w kraju. Uzbrojony w czar garnituru nadającego zwodniczy szacowny wygląd, obiecałbym tylko wszystkim wszystko i od razu by mnie wybrali wójtem, burmistrzem, posłem, czy innym nacinaczem frajerów, plotącym z wyżyn doznanego z dnia na dzień autorytetu. Dlaczego zaniechałem takiego powołania rozwojowego i wznoszącego na szczyty? Mówienie ludziom tego, co chcą usłyszeć jest przecież takie proste, a na dodatek przyjemne. Ot, jedno z moich zaniechań świadomych.


Drzewo. Ale nie rodzynkowe, jak mogłoby być: każdy owoc półkilogramowy, a w nim gotowe popaczkowane torebki na jeden chaps. Niestety, po prostu zwykłe drzewo, takie samo jak przed stu i tysiącem lat.. Dlaczego wolimy latać na Marsa zamiast wymyślać praktyczne, wygodne rzeczy?
Na świecie jest wciąż więcej kreatywności niż rozumu.

Lata temu dałem ogłoszenie:

Poszukuję ilustratorów do bajek, co je piszę dla zarobku do dużych wydawnictw dla dzieci.
- biegła znajomość języków w mowie i piśmie – niemile widziana;
- wykształcenie, kreatywność, nastawienie na karierę, służalczość oraz płeć, wiek i orientacja – bez najmniejszego znaczenia.
Wystarczy umieć narysować misia opadającego z nieba na parasolu, z punktu widzenia jelonka gapiącego się na to z dołu. Tak, żeby nie trzeba było podpisywać rysunku: "To jest miś na spadochronie widziany przez sarenkę z dołu."

Nikt nie odpowiedział – wszyscy znają języki, są kreatywni, chcą być gotowi do poświęceń na pstryk w każdej gównianej sprawie.

Zaczynam być głodny. Wjeżdżam w półmrok lasu. Pojęcia nie mam co mógłbym teraz robić w Berlinie.





                                                                   x x x


Dzwoni telefon. Głos pragnący mi sprzedać nadzwyczajną okazję, pyta najpierw czy ja to ja. Mówię, że ja to nie ja.

- A nie wie pan, gdzie pan jest? – dopytuje.
- Właśnie wyjechałem.

- Rozumiem. A kiedy pan znów będzie?
- Jak znajdę dziewczynę mojego życia.

- To mogę zadzwonić za godzinę?
- Już za godzinę?...

Więc życie jest takie proste.

Szary, prążkowany kot wskakuje na drzewo przede mną, i zaraz zeskakuje, by znów na nie wskoczyć. Wygląda, jakby się dla mnie popisywał.

- Kici, kici, chodź tu… nie bój się, kici, kici… - zakicam.
- Halo! Mógłby pan powtórzyć ostatnią kwestię?...

- Kici, kici.
- Proszę?...

- Powtórzyłem ostatnią kwestię.
- Rozumiem. Proszę mi wierzyć – naprawdę pana rozumiem. Zadzwonię za godzinę.

Dostałem godzinę na znalezienie dziewczyny mojego życia.


Ciąg dalszy 17. kwietnia



Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 4




Wieś. Najazd na czerwony gotycki kościół i rozwidlenie przed solidnym murem z wielkich parafialnych głazów: w lewo do pomnika przyrody, w prawo do rezerwatu ptaków; na wprost nie można, bo kościół.


Gdzieś tu powinna być pompa... Pić chce mi się teraz bardziej niż jeść.

Rysunek: Andrzej bobrowski


Nie ma już pompy, nici z nie chlorowanej wody. Wciąż jest sklep, teraz samoobsługowy. Mają sprajta i paczkowane parówki. Biorę parówki. Sprajta wypijam „na miejscu".


- Macie może papierosy na sztuki?

- Jak...?! – kobieta niedosłyszy.


- Papierosy, na sztuki! – mój głos mnie zaskakuje, dawno nie krzyczałem.

- Nie trzeba od razu wrzeszczeć, nikt głuchy nie jest! – krzyczy kobieta. – Nie ma na sztuki!


- A co się z nimi stało, zawsze tu były!

- To chyba za komuny, ale!


- To dziękuję bardzo.

- Jak?!


- Dziękuję bardzo! – znów podnoszę głos. Krzyk mnie zawstydza.


WSTYD: - Wczoraj nie byłem na solarium, wszyscy się na mnie gapią dzisiaj! - Gdzie to słyszałem? Kiedy?


Kobieta wsypuje mi resztę prosto do podstawionej dłoni:

- Tanie też mam! – kusi. – Mam zagraniczne, mam nasze, ale wszystkie w paczkach. Eleganckie i niedrogie!
- Miłego dnia! – wychodzę przed sklep, gdzie jest parasol, krzesło i ławka.


Pod parasolem jest zajęte. Przez tworzywo idealne dla artysty fotografującego sztukę wysoką - nigdy nie widziałem tak zużytego człowieka. Nawet na filmie. Postać zaczyna się gdzieś w otchłani walonków gumofilców, a kończy ćmikiem przyrośniętym do warg. Homo sapiens - ten sam gatunek co ja.


Małe, cwane, świńskie oczka ani na moment nie odklejają się ode mnie, wpisując mnie w rolę długo oczekiwanej atrakcji – jestem wydarzeniem dnia.


Na stoliku otwarta paczka mocnych i zapalniczka z babą. Prawą ręką pstryka paczkę w moją stronę - musiał słyszeć naszą rozmowę; nie jest taki stary, tylko zniszczony, może jesteśmy w równym wieku? – na lewej ma nawinięty łańcuch.


Na końcu łańcucha wielki szkielet obciągnięty skórą wiejskiego psa ze źle gojącą się raną na łbie. Tak jak został zdjęty, prosto od budy. Leży u stóp zniszczonego człowieka i nie spuszcza ze mnie wzroku. Każdy weterynarz z łatwością wykazałby kilkanaście chorób i stuprocentowych oznak znęcania się nad zwierzętami. Uśmiecham się życzliwie, sięgam po papierosa i... jestem szybszy od psa, który jak z procy strzela na długość łańcucha.


UZBROJONY W PSA


- Hojt! – uzbrojony w psa przywołuje go do porządku, a potem rzuca jednego papierosa w moją stronę. Łapię też zapalniczkę. Przypalam i odrzucam. Jedną parówkę kopię w stronę psa. Kiełbasa zatrzymuje się przy pysku. Zwierzę nie reaguje.

Parę machów w milczeniu.


- Na! – uzbrojony przyzwalająco przerywa ciszę i pies pożera parówkę jednym kłapnięciem. Długo się oblizuje. Ostrożnie, na wyciągniętej dłoni zbliżam drugą parówkę do psiego pyska, metr, półłł... zwierze marszy wargi, odsłania ostrzegawczo długie, pożółkłe kły.


Odpuszczam.

Wyniszczony śmieje się, ujawniając coś z górnych trzonowych.


Wszystko jasne: pies desperacko broni wszystkiego, co ma. Strzęp człowieka trzymający go na łańcuchu, to cały świat, za który dałby się zabić. Innego nie zna, nie ma nic więcej do obrony.


A gdybym teraz trzepnął starego i zabrał psa do mojego lepszego świata z ogrodem, piaskownicą, spacerami, weterynarzem, osobistym fryzjerem raz w miesiącu?...


Psa od mojego raju dzieli jeden telefon po policję, albo pogotowie dla zwierząt. To takie proste - dobry świat według mojego najlepszego przepisu.


OBROŃCY ZWIERZĄT. Dręczonych, gnojonych, torturowanych. Wciąż więcej nienawiści i agresji dla oprawców, niż rzeczywistej chęci pomocy dręczonym. Niczym nie zmącone istnienie Chin, które źle traktują Chiny.


Brakuje mi kawy do papierosa, gaszę. Zostawiam parówki dla psa i ruszam.

Ciąg dalszy w poniedziałek