19 listopada 2017, niedziela
File Electronic Language International Festiwal (fb) komentarzy: 0

Podobno „the window of the coffee shop”, podobno…

James Huse komentarzy: 0

Kropla szlachetnej szarości w naszym kolorowym świecie

Kazu Harada komentarzy: 0

Artefakt

Jacob Tonski komentarzy: 0

Na balansie

Redakcja komentarzy: 0

Grochów Andrzeja Stasiuka




Andrzej Stasiuk „Grochów"

Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2012



Książka ma wypasioną twardą i laminowaną okładkę przyjemną w dotyku, i składa się z około 90-ciu stron na papierze Alto 80 g. Kosztuje 31 pięćdziesiąt. Ktoś powie: – Drogo! - Drogo?! – zdziwimy się wtedy. – Przecie to wypada tylko 35 groszy - mniej niż jeden papieros (60 groszy sztuka) - za stronę, na której Stasiuk daje dużo gęstych zdań dojrzałego pisarza, takich jak te tutaj, z tytułowego Grochowa, spisane pod wpływem kremacji zwłok  przyjaciela:


Str. 46 - 48

Kiedy wsuwali cię do pieca, wiedziałem już, że będę

chciał to wszystko opisać. Ponieważ nie mogłem zrobić

nic innego. Ten piec, to wnętrze, ten wózek przypominały

fabrykę naszych ojców. I potem naszą. To

wszystko działo się za szybą ale czułem zapach rozgrzanych

stalowych strużyn, zapach iskier tryskających
spod korundowych tarcz, zapach oleju, woń

tych wszystkich wydziałów, kuźni, hartowni, tłoczni.

Chociaż wszystko działo się za szybą. Gdy ruszyły

dmuchawy, które miały rozpalić płomień do tysiąca

stopni, zrobiło się jak w hucie. Nawet zielone kafle

na ścianach przypominały szatnię z tymi okropnymi

metalowymi szafkami, w których robocze ubrania zawsze

przechodziły oleistą wilgocią. Nie znosiłem tego

momentu, gdy tuż przed szóstą trzeba było się przebierać

w granatowy drelich. Był ciężki od fabrycznego

powietrza. Ciężki i zimny. Prawie jak z metalu.

Właściwie to nie ubierałem się w niego, tylko wsuwałem

z odrazą. Musiały minąć minuty, nim przeszedł
ciepłem ciała. Tłustawy dotyk wnętrza kieszeni. Opiłki

metalu. Teraz przypominam sobie, że materiał nie

był granatowy, ale szary. Szary jak to wszystko wokół,

z zielonkawymi korpusami radzieckich maszyn,

zasmolonym szkłem okien i podłogą z drewnianej

kostki, czarnej od smaru i brudu. Niezależnie od pory

dnia i roku te wszystkie hale, te wydziały wypełniał
zimowy świt. Nawet gdy było gorąco. Na przykład

w kuźni obok elektrycznych pieców. Albo w hartowni,

gdzie jasnopomarańczowy metal zanurzał się w olejowej

kąpieli. Tam też zalegało zimne, szare światło.

To było życie naszych ojców. A my mieliśmy je powtórzyć,

ponieważ czekało na nas już gotowe i nic innego

nie trzeba było robić. Z przystanku, rano, z tłumem

mężczyzn przez główną bramę wchodziłem do fabryki

jak do wnętrza własnego losu. Tak to można ująć,

chociaż wtedy ani ty, ani ja nie wiedzieliśmy, co to
los. Simple twist of fate... Ale dotyk drelichu był jak

dotyk wnętrza cudzej, zimnej skory. Mężczyźni na

Makowskiej przypominali naszych ojców, ale nigdy

nie przyszło nam do głowy, by zasiąść obok nich. Szliśmy

dalej, poza zasięg ich wzroku. Przez torowiska,

zagajniki, przez kolejne nasypy, by patrzeć na pociągi

odjeżdżające w głąb pejzażu, na Wschodni, na Centralny

albo do Władywostoku. Ponieważ od początku
było postanowione, że zdradzimy swoich ojców. Ponieważ

chcieliśmy odejść jak najdalej. Ponieważ nie

chcieliśmy wstawać przed świtem. Ponieważ wydawało

nam się, że tak wygląda wolność. Ponieważ byliśmy

zdrajcami.

Johnny Winter komentarzy: 0

Biały kruk

Joanna Dziwak komentarzy: 0

Gry losowe. Odcinek 11.


Przez ten cały sentymentalizm, Jo nie zabrała z pociągu walizki. Może to i lepiej, bo nie wiadomo, co by tam jeszcze znalazła i gdzie zmuszona byłaby wysiadać, gdzie uciekać. Tymczasem była w miejscu, którego nie potrafiła zlokalizować na mapie i mogła czuć się jak bohaterka swojego ulubionego filmu „Thelma & Louise", z tą drobną różnicą, że bez przyjaciółki, bez samochodu i poszukującej jej gorliwie policji. Och, gdyby tak ktoś poszukiwał Jo! Wtedy jej życie byłoby zupełnie inne.


Wydostała się ze stacji kolejowej, w częściowym zamroczeniu ignorując tablicę z nazwą tej przypadkowej miejscowości. Szybko zdała sobie sprawę, że nie ma przy sobie zbyt dużo pieniędzy, więc będzie zmuszona coś wygrać. Opcja napadu z bronią i obrabowania stacji benzynowej lub sklepu z pączkami nie była póki co możliwa, ponieważ jedyną dostępną jej bronią była gałąź z drzewa. Musiała więc znaleźć pierwszy bar z automatami do gier i pilnie polepszyć swoją sytuację.


Miasteczko było małe i zapyziałe, na oko kilka wąskich uliczek. Starzy mieszkańcy dawno poumierali, młodzi wyjechali, zostali tylko pracownicy punktów kredytowych i alkoholicy. Nieliczne kury domowe odchowujące nieliczne potomstwo. Nastolatki mające problemy z nauką i z frustracji zakładające garażowe zespoły, których nikt nie chce słuchać.


Jo mijała kolejne podupadające sklepiki, wypatrując baru, który odmieni jej los. Było chyba dopiero koło południa, wszędzie pusto, pora kiedy znudzeni brakiem przestępstw policjanci kupują pączki z dziurką i kawę na wynos. W końcu jest i knajpa, nazywa się „Łoś", a stojący za barem właściciel naprawdę przypomina łosia. To musi być najbardziej ludne miejsce w tej miejscowości, myśli Jo, mimo wczesnej godziny, w tym małym wnętrzu tłoczy się jakieś dwadzieścia osób. Lokalna prostytutka zawiera właśnie nowe, intratne znajomości. Ma pewnie ponad pięćdziesiąt lat i tę samą sukienkę od co najmniej piętnastu. Wszyscy tu piją piwo, Jo też zamawia piwo i zanim zdąży uciec do upragnionej owocowej maszyny, pan łoś już pyta ją o życie osobiste, miejsce zamieszkania i inne takie. Standardowe pytania podstarzałych, podupadłych facetów.


– A z narzeczonym jak? Jeden na co dzień i jeden od święta? – i nie czekając na odpowiedź śmieje się uradowany własną błyskotliwością.


Mężczyźni, jak beznadziejni by nie byli, mają zazwyczaj bardzo wysoką samoocenę. To zaczyna się już w szkole, kiedy chłopcy odzywają się na lekcjach dużo częściej niż dziewczynki, często jedynie po to, żeby usłyszeć swój wspaniały głos. Jeśli nawet taki jeden jest ostatnim nieudacznikiem, w wolnych chwilach rzeźbiącym w kasztanach i tak znajdzie powód, żeby uważać się za wyjątkowego. Każdy jeden w tym barze jest na to chodzącym, a raczej słaniającym się na nogach przykładem.


Jo chce być jednak miła, więc śmieje się razem z panem łosiem z jego wspaniałego żartu, zabiera piwo i ucieka do maszyny. Wyrzuca wszystkie drobne z kieszeni, przeszukuje torebkę i zaczyna inwestować.

(...)

Cały odcinek,
Klick !!!

You Tube komentarzy: 0

Pan Żaba, minuta z

Kris Scheifele komentarzy: 0

Ciastko dla Godżila

Victor Wooten komentarzy: 0

Wooten, 2010 rok, raczej wciąż nówka

Pablo S. Herrero and David de la Mano komentarzy: 0

Korzenie człowieka na murze ulicy i na oczach...

Cichy&Parda komentarzy: 0

Na piątek i sobotę, w swoim ulubionym rytmie

Delphine Boel Brussels komentarzy: 0

blabla