5 czerwca 2020, piątek
Villy Sorensen komentarzy: 0

MNOGOŚĆ (1955 rok)

...

grafika: Andrzej Bobrowski

MNOGOŚĆ
Villy Sorensen

 

       Nagle, jak to od wieków przewidywano, ludzie rozmnożyli

się tak bardzo, że nie starczało już miejsca dla wszystkich.

Rząd, od lat obradujący nad zapobieżeniem katastrofie

gwałtownego przyrostu, spoglądał z zaniepokojeniem na

coraz liczniejszy tłum pod oknami i uznał, że to ludność

w nadmiarze protestuje przeciwko nadmiernej ludności.

 

 

       Tymczasem zgromadzonych nie interesowała wcale polityka

demograficzna, lecz szukali sobie miejsca, a plac rządowy,

którego wcale już nie było widać, nie różnił się wyglądem

od innych placów zwanych dawniej otwartymi i ozdabianymi

nawet posągami. W ścisku ginęli wprawdzie najmniejsi

i najsłabsi, ale nie mogło to na dłuższą metę skutecznie zahamować

przyrostu. A dawniej wszystko było łatwe. Nie było

tylu ludzi, bo mniej ich było do rozmnażania, w razie zaś

poważnych problemow wewnętrznych, wystarczyło je skierować

na zewnątrz i wypowiedzieć wojnę.

 

       Rozważano to również obecnie, jednakże przyrost ludności

nie był problemem narodowym, lecz międzynarodowym, w żadnym

kraju nie było już tyle miejsca, by warto go było zdobywać,

a choć bomby wroga, o ile nie stawiano by im przeszkód,

mogłyby zmniejszyć ludność o liczbę zabitych podczas

bombardowania, rozwiązałoby to najwyżej problemy

lokalne, skoro obszary zbombardowane stałyby się niezdatne

do zamieszkania nie wiadomo na jak długo i nie moglłyby

przyjąć napływu ludności z obszarów nie zbombardowanych,

zagęszczonyoh wskutek napływu uchodźcow.

 

       Jedynym radykalnym rozwiązaniem było zniszczenie

wszystkich krajów i szefowie rządów odbywali spotkania na szczycie,

żeby przedyskutować tę sprawę pierwszorzędnej wagi, w końcu

jednak odrzucili to rozwiązanie, gdyż groziło im bezrobociem,

wobec czego cała ich praca dla przyszłości ludzkości poszłaby

na marne. Każdy z nich został więc z własnym problemem,

jednakowym dla wszystkich.

 

 

       Rządy narodowe kontynuowały swoje obrady rządowe,

a problemy przyrostu narastały tak gwałtownie, że rosnąca

ludność posunęła się aż do wnętrza budynków rządowych,

bez żadnych złych intencji, lecz po prostu z braku

miejsca.

 

       Rząd uchwalił, że należało wprowadzić zakaz rodzenia

i zwiększyć śmiertelność wśród niemowląt już bardzo

dawno, tak by ludności było obecnie w sam raz. Jednak poprzednie

rządy zaniechały tak nieludzkich środków z pobudek

humanitarnych, a teraz i tak było za późno. Zważywszy,

że wysoki wiek przeciętny w sposób istotny przyczynił się

do katastrofy, należało go radykalnie obniżyć, co można było

osiągnąć jedynie przez uśmiercenie wszystkich najstarszych

poczynając od końca, i tak też uczyniono.

 

       Co prawda trudno było pochwycić ginących

w tłumie delikwentów, wiele też czasu upłynęło,

nim przerzedziło się na tyle, by starczyło

miejsca na usunięcie podeszłych wiekiem trupów.

 

 

        Chociaż większość ludzi z braku mieszkań przebywała

na swieżym powietrzu, pełnym nieświeżych zapachów

i bakterii, pojawiły się nowe epidemie chorób, wobec których

lekarze byli bezradni, choroby powodujące nawet u najchudszych

puchnięcie aż do rozpuku, choć nikt nie pękał,

przeciwnie — nowy straszny wirus zdawał się zapewniać

zaatakowanym życie wieczne. Rzadom nie pozostało nic innego,

jak ustalić niesprzekraczalną, pod karą śmierci, granicę

wieku, w praktyce jednak należałoby ustalić ją tak nisko,

że wszyscy członkowie rządów dawno by ją przekroczyli,

stając się wieloletnimi przestępcami. Rządy wyciągnęły z tego

wnioski i w konsekwencji podały się do dymisji.

 

 

       Teraz groził powszechny chaos i niepowszednia anarchia.

Cóż, kiedy każda jednostka miała nader ograniczone

pole do występku będąc otoczona bliźnimi, którzy określali

jej miejsce w społeczenstwie. Wszystkco szło więc po staremu

na przekór czarnowidzom i krytykom: na świecie pozostawało

dokładnie tylu ludzi, dla ilu było miejsce, nadwyżkę

gnieciono lub zadeptywano na śmierć. A że społeczeństwo,

w którym nikt nie zajmuje więcej niż mu przysługuje, nie

potrzebuje pisanych praw, ludzie szanowali jak nigdy przedtem

niepisane prawo, zapisane z dawna w ich sercach: czyń

bliźniemu swemu jak i sobie samemu.


Marcin Król komentarzy: 0

Notatki

Notatki 10, 14 kwietnia
Zgoda to także zgoda na rozmowę. Nie na pogawędkę, dyskusję, debatę, dialog (w innym rozumieniu niż u Platona), deliberację i tak dalej. Rozmowy w naszych czasach właściwie nie prowadzimy.

Rozmowa trwa długo, a jej uczestników może być od jednego do trzech. Rozmowa najczęściej wymaga kontaktu osobistego, ale niekoniecznie. Może być korespondencyjna. Można ją prowadzić z samym sobą w duchu. Rozmowa jest zawsze poważna, chociaż jej temat nie musi być poważny. Zgoda na rozmowę oznacza niezbędne skupienie na jej temacie, a przede wszystkim na rozmówcy. Rozmowa może być na określony temat lub bez tematu. Może mieć cel praktyczny lub w ogóle nie mieć celu ani konkluzji. Sama przyjemność rozmowy wystarczy.

Sens rozmowy polega na rozmawianiu. Nie ma utylitarnego charakteru. Z rozmowy bowiem nic nie wynika. To jest dla nas dzisiaj nie do przyjęcia, bo nie ma czasu, bo telewizja i internet, bo nie potrafimy się skupić na niczym, co bezinteresowne. Prowadzimy więc idiotyczne wymiany zdań w rodzaju: gdzie państwo jadą na wakacje. Pozorujemy rozmowę, chociaż zdanie jej uczestników nic nas nie obchodzi. A przecież bez bezinteresownej rozmowy stosunki z innymi ludzi stają się beznadziejnie błahe. Oczywiście, możemy się razem napić, ale z tego nie urodzi się rozmowa.
Rozmowa to pożywka dla ducha. To okazja do przebywania w innym świecie, w którym drugi człowiek jest naszym dramatycznie istotnym towarzyszem. Bez niego, bez rozmowy nie potrafimy żyć. Bezinteresowność jest warunkiem istnienia dobrej wspólnoty. A kluczem do bezinteresowności – rozmowa. Nie o głupocie naszego rządu, ale o tym, jak zło mogło tak łatwo zwyciężyć. Na czym polega ponętność zła. Jak z nim walczyć (bez większych nadziei na zwycięstwo)? Rozmowa ratuje nas także przed bezmyślnością świata publicznego. Rozmowa więc jest dobrem sama w sobie, ale wymaga od nas wysiłku. Zgoda na rozmowę to jak zgoda na istnienie drugiego człowieka. Kiedy nie rozmawiamy stajemy się egoistyczni, samotni, głupi i interesowni. Ten kto nie rozmawia, nic nie rozumie. Dzisiaj dotyczy to nas wszystkich. Ale wcale tak być nie musi, chociaż nadzieje mam nikłe.
Lektura polecana: Adam Mickiewicz, „Wielka improwizacja", Dziady, część II, scena 2

Wszystkie notatki profesora Króla, Klick!!!