24 października 2019, czwartek
Tom Robbins komentarzy: 0

Cel istnienia księżyca




Przełożtył Tomasz Markowicz

Cel istnienia księżyca



Vincent van Gogh obciął sobie ucho i posłał je Marilyn Monroe.



Marilyn Monroe tak się wzruszyła, że zrezygnowała z

kariery, z basenu, z kręcenia pupką z telefonu, z samobójstwa

- słowem, ze wszystkiego - i wyjechała na południe Francji do

Vincenta van Gogha.

Czy żyli długo i szczęśliwie? Tego nie wiadomo. Ale na

pewno udawali, że żyją szczeęśliwie. Ponieważ zaś wszystko,

co udajemy, staje się rzeczywistością, fałszywe szczęście w

niczym nie ustępuje prawdziwemu.



Vincent van Gogh obciął sobie ucho i posłał je Marilyn

Monroe. Kiedy Marilyn Monroe otworzyła paczkę i zobaczyła

ucho, błysnęła swoim sławnym uśmiechem kota-co-połknął-

-banan.

Marilyn Monroe schowała ucho do palisandrowego

puzderka stojącego na toaletce. Wyjmowała je stamtąd często,

głaskała, drapała, i chichocząc, dmuchała na nie. Pewnego

razu zawiesiła je na szyi na srebrnym łańcuszku i tak poszła

na przyjęcie. Zamierzała napisać do właściciela ucha i uprzejmie

mu podziękować, ale wciąż nie miała na to czasu.

Czy Vincent van Gogh był głupcem?

Może to Marilyn Monroe była głupia. Ostatecznie Vincent

van Gogh uczynił wspaniały gest, a Marilyn Monero potraktowała

to jak blahostkę.



Vincent van Gogh obciał sobie ucho i poslal je Marilyn

Monroe. Kilka tygodni później paczka wróciła do Vincenta

van Gogha z adnotacją. ADRESATKA NIE ŻYJE.

Vincent van Gogh upewnił się, czy to prawda. Przy

okazji dowiedział się, że Joe DiMaggio zapłacił za to, aby

po wsze czasy na grobie Marilyn Monroe kładziono co trzy

dni swieże róże. Nie dopóki będzie żył Joe DiMaggio, nie

dopóki będzie istnial Hollywood, lecz właśnie po wsze czasy.

Vincent opart się o rozedrgany pióropusz epileptycznego

słonecznika.

- Kiedy nastąpi koniec świata - rzekł - Joe DiMaggio

dostanie z powrotem nieco gotówki.



Vincent van Gogh obciał sobie ucho i poslal je Marilyn

Monroe.W odpowiedzi Marilyn Monroe też obcięła sobie

ucho i posłała je Vincentowi van Goghowi.

Vincent van Gogh obciął sobie mały palec u nogi i posłał

go Marilyn Monroe. Marilyn Monroe zrewanżowała mu

się swoim. Następnie Vincent van Gogh obciął sobie powiekę

i przesłał ją pocztą. Wkrótce nadeszła powieka Marilyn Monroe.

Ich zażyłość rosła.

Wymienili palce, języki, pępki i sutki. Pewnego dnia

Vincent van Gogh wyciął sobie serce i czym prędzej wysłał

do Hollywoodu — jednakże fcorespondencyjny romans znudził

się już Marilyn Monroe i uciekła do Tijuany z Warrenem

Beatty.

Vincent van Gogh był zdruzgotany. A przecież mógł się

tego spodziewać. Miłość często kończy się w ten sposób.



Vincent van Gogh obciął scbie ucho i posłał je Marilyn

Monroe. Niedługo potem Marilyn Monroe przyleciała samolotem

do Paryża, wynajęła samochód i pojechała na południe

Francji złożyć wizytę Vincentowi van Goghowi.

Kiedy się już sobie przedstawili, Marilyn Monroe wyjeła

paczkę ciasteczek ,,Hostess Twinkles". Ponieważ ciasteczka

te zawsze podróżują parami i tak jak kojoty, goryle,

mieczniki oraz żurawie nigdy nie zmieniają partnera, każde

z nich mogło jeść własne.

Gdy zjedli, Marilyn Monroe wyjęła z koszyka igłę,

szpulkę zielonych nici i przyszyła ucho Vincentowi van

Goghowi.

- Gotowe - powiedziala zlizując z kącika ust krem

po ciasteczku. - Gotowe, brzydalku. Jeżeli na dowód miłości

znów kiedyś będziesz chciał obciąć kawalek siebie przypomnij

sobie pewien stary żydowski obyczaj. Sam zabieg jest

czysty i usankcjonowany społecznie. A co najważniejsze, nawet

igła nie może się obejść bez ucha, podczas gdy napletek

nie jest nikomu potrzebny.



Vincent van Gogh obciął sobie ucho i posłał je Marilyn

Monroe. Obcięte ucho przypominało Marrilin Monroe półksiężyc,

Więc przez długie godziny wpatrywała się w nie przy świetle

ksieżyca.

Zatelefonowala do Vincenta van Gogha.

- Po co istnieje księżyc? — spytała.

Vincent van Gogh zastanowił się nad jej pytaniem.

Doszedł do wniosku, że jest głupie.

Albert Camus napisał, że jedyne istotne pytanie, to czy

się zabić, czy nie.

Tom Robbins napisał, że jedyne istotne pytanie, to czy

czas ma początek i koniec, czy nie ma.

Camus najwidoczniej wstał z łóżka lewą nogą, a Robbins

zapomniał nastawić budzik.

Jest tylko jedno istotne pytanie. A mianowicie: Jak

zatrzymać miłość?

Jeżeli odpowiecie, powiem wam, czy się zabić, czy nie.

Jeżeli odpowiecie, powiem wam, czy czas ma początek

i koniec.

Jeżeli odpowiecie, zdradzę warn, jaki jest cel istnienia

ksieżyca.



Vincent van Gogh obciął sobie ucho i posłał je Marilyn

Monroe. Paul Gauguin był wstrząśnięty.

- Vincencie, to doprawdy niesmaczne! — zawołał. -

W przyszlości, długo po twojej śmierci, ludzie będą pamiętali

cię bardziej za to, że obciąłeś sobie ucho, niż za piękno

i prawdę twojej sztuki.

Vincent van Gogh spojrzał spod bandaży na Paula

Gauguina i uśmiechnął się.

- Nie przejmuj się - rzekł. - Sztuka umie sobie sama

radzić. A co świat będzie myślał o mnie po mojej śmierci, nie

obchodzi mnie zupelnie. Ważne jest życie. Ważna jest miłość.

Tak, stary.

Nazajutrz Paul Gauguin odciął się od żony i wyekspediował

na Tahiti.

- Biedny Gauguin. — Vincent van Gogh westchnął.

- Zrozumiał tylko połowę tego, co mówiłem.



Vincent van Gogh obciął sobie ucho i posłał je Marilyn

Monroe. Natychmiast jednak pożałował swego czynu i popadł

w głęboką depresję.

- Och, jak mogłem postąpić tak niedelikatnie? - pomyślał.

- Ucho to zbyt intymny podarunek. Należało jej

posłać fiołki albo fosfor. Należało jej posłać kartofle, pastę,

do zębów lub odpowiedniej szerokości pociągnięcia pędzla.

Na pewno obraziłem ją posyłając ucho. Och, powinienem

nazywać się Vincent van Gbur. Wszystko zepsułem!

Kiedy tak się zamartwiał, z Ameryki nadszedł krótki

list. ,,Szanowny Panie! - zaczynał się - Bardzo Panu dzię -

kuję za jedwabną sakiewkę". Vincent van Gogh odetchnął.

Uśmiechnął się od ucha do... Hm.



Vincent van Gogh obciął sobie ucho. Chciał je podarować

Marilyn Monroe, ale nie bardzo wiedział, jak to zrobić.

Nie stać go było, żeby zawieźć je osobiście. Wspólnych

przyjaciół nie mieli. Gdyby zaś wysłał je na adres wytwórni

filmowej, jakaś tęga kobieta w tweedowym kostiumie na

pewno wyrzuciłaby je do śmieci.

Czy mógł powierzyć ucho firmie ekspedycyjnej?

Ucho Vincenta van Gogha było jego miłoscią. Ponieważ

nie potrafił zdobyć się na to, żeby je wysłać normalną

drogą, poszedł na pole pszenicy i postał ucho przez wronę.


Tom Robbins

Szymon Szechter komentarzy: 0

W sobotę u Minki




Stało się to w sobotę, a zaczęło od tego, że Minka spoliczkowała publicznie Profesora, bo się jej na ulicy nie ukłonił.



Ilustracja: Tomasz Bohajedyn








W sobotę u Minki

Szymon Szechter

W sobotę u Minki i inne bajki, KONTRA, Londyn 1983



Stało się to w sobotę, a zaczęło od tego, że Minka – jedyna

w miasteczku prostytutka, która od uczniów pieniędzy nie

brała („Na razie na kredyt — mówiła — dorobisz się, to zapłacisz"),

spoliczkowała publicznie Profesora, bo się jej na

ulicy nie ukłonił. A trzeba wiedzieć, że Profesor bywał

u Minki w każdą sobotę, żadnej nie opuszczając. Ale teraz,

kiedy Profesor jest już na emeryturze, zachodzi do Minki tylko

raz na miesiąc. I tym pewno należy tłumaczyć, że jej od razu

na ulicy nie poznał.



A może po prostu był zamyślony? Może był wstrząśnięty

do głębi widokiem śmieci na czystych zazwyczaj ulicach

miasteczka? Profesor lubił porządek i uwielbiał czystość,

nigdy nie strząsał popiołu z papierosa na chodnik, ale na swoją

dłoń i na dłoni ostrożnie zanosił do najbliższego kosza na

śmiecie. Miał też Profesor na końcu swojej laski ostry gwóźdź,

na który nadziewał leżące przypadkiem na ulicy kawałek papieru

albo okurek, by je także zanieść do śmietnika. Profesor

uwielbiał czystość, lubił porządek, a nade wszystko kochał

architekturę, a jej historii uczył mnie w liceum. Teraz, kiedy

był na emeryturze, już nie uczył i może właśnie dlatego był

zamyślony, nie zauważył idącej naprzeciw Minki, nie uchylił

na czas kapelusza i został chyba niesłusznie spoliczkowany.



- Przepraszam, bardzo przepraszam, nie zauważyłem

panienki. - Przepraszam - powiedział prawie szeptem, nisko

pochylił głowę przed Minką, a kiedy podsunęła mu rękę do

pocałowania, ucałował ją z wielką czcią.



- Zwariowałaś, Minka — powiedziałem. — Na ulicy skandale

urządzać!

- Wcale nie zwariowałam. Był zawsze dobrze wychowany

i chciałam mu to przypomnieć.



I poszła sobie.

(...)

Facebook komentarzy: 0

Słowo na niedzielę

Igor Morski komentarzy: 0

Poniedziałek

Redakcja komentarzy: 0

Poświęcenie




Fragment wyjęty z "Anka cześć," Ludwika Cichego

Obraz: Vicky Mount Art. Klick !!!



Anka cześć,

zastanawiałaś się kiedyś, co to jest poświęcenie?

dobry pan…
„Boże, jeszcze muszę iść z tym biednym psem na spacer. Cały dzień czekał na te swoje piętnaście minut, to cały jego świat, sens istnienia. Nie chce mi się jak cholera, ale pójdę. Chodź, ty moje biedne psisko, dostaniesz swój spacer, nie będę chujem…”

… i dobry pies
„Sama przechadzka da się jeszcze jakoś znieść; nawet jak mi rzuca tego cholernego kija do tej cholernej lodowatej rzeki z niechlorowaną wodą, ale najgorsze jest to udawanie, że mnie to rajcuje, to spacerowanie z tym biednym facetem. Jakby nic nie istniało tylko spacery, jakby se kurwa do kina nie mógł pójść, na gadu-gadu albo jakie inne pierdo włączyć.”

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Tydzień z głowy (572)







16 września


Zastanawiam się kiedy zauważyłem, że moi rodzice są ludźmi.


Obracam w głowie ten kompletnie nieistotny problem od paru dni, co najmniej od piątku. Był ze mną, gdy wsiadałem do pociągu, na spotkaniach w Warszawie i Łodzi, na urodzinach mojego przyjaciela i parę godzin później, kiedy piłem tanią whisky i z wysokości ósmego piętra obserwowałem stolicę.


Problem jest ciekawy. Moment, w którym uznajemy innych ludzi za ludzi z pewnością świadczy o naszym człowieczeństwie. Z rodzicami sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Bardzo długo uważałem, że mama i tata istnieją wyłącznie dla mnie. Może dlatego, że nie mam rodzeństwa, a nasza rodzina jest bardzo mała.


Jak sądzę, widziałem rodziców oczami Boga biskupa Berkeleya. Istnieli ponieważ mogłem na nich spoglądać. Dawali jeść, opowiadali bajki, zabierali na spacery i kupowali zabawki. Oj, zabawki to ja uwielbiałem. Rodzice istnieli dla mnie. Istnieli – bo ja istniałem. Moja dziecinna głowa nie dopuszczała myśli o jakiekolwiek, osobnej względem mnie, rodzicielskiej aktywności. Rodzice nie mieli zainteresowań, pasji ani trosk. Pracowali i jedli – bo byłem.


Kiedy to zaczęło się zmieniać? Kiedy zobaczyłem, że mama i tata to też ludzie? Mam w tym względzie wiele wątpliwości. Być może naprawdę zrozumiałem to, kiedy się rozstali. Sam rozwód przyjąłem względnie spokojnie, ale chyba właśnie wtedy zmieniłem swoje nastawienie. Rodzic rozwodzący się, rodzic który odchodzi kieruje się przecież własną, niezależną ode mnie potrzebą. Porzucony przezywa swój smutek bez względu na mnie.


W jakiś sposób, uczłowieczyłem moich rodziców gdy przestaliśmy być rodziną.



Rysunek: Andrzej Bobrowski



Całość, Klick!!!

Witold Gombrowicz (1904 - 1969) komentarzy: 0

DZIENNIK 1957-1961, fragment 14

Rysunek: Tomasz Bohajedyn



1958

VIII

 

Poniedziałek

Odwiedziłem M. w szpitalu — kona od wielu miesięcy, coraz

gruntowniej, ale, jak mówią lekarze, będzie miał konania

jeszcze na dobrych parę tygodni. Leżał bez ruchu, głowa na

poduszce, zjadany po kawałeczku przez śmierć, co dzień troszkę

bardziej umarły. Czy, i jak bardzo, cierpiał?

 

 

W pokoju było też kilku żyjących - powiedziałbym

asystentów, bo asystowali... z minami zakłopotanymi i nie

wiedzącymi co począć, oddzieleni od tego męczennika przeświadczeniem,

że nie ma rady i trzeba doczekać, aż wyciągnie

kopyta. ,,Żyje się samemu i umiera się samemu" — myśl

Paskala. Niezupełnie. Żyje się jednak w gromadzie i jeden

drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka człowiek

widzi, że jest sam... i sam na sam... jak te zwierzęta gasnące,

od których stado oddala się w noc zimową. Dlaczego śmierć

ludzka jest wciąż jeszcze, jak śmierć zwierzęca? Dlaczego agonie

nasze są tak samotne i tak prymitywne? Dlaczego nie zdołaliście

ucywilizować śmierci?

 

 

Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród

nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego

nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego

tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych,

ale umieramy dziko. Zdarza się, że nieśmiała strzykawka lekarza

po kryjomu skróci męki zwiększonymi dawkami morfiny.

Wstydliwy zabieg, zbyt drobny jak na olbrzymią powszechność

umierania. Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby

do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można

by umrzeć - gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając

na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony,

mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty,

aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.

 

 

Dlaczego nie — zapytuję — dlaczego nie? Kto wam broni

ucywilizować śmierć? Religie? Ach, ta religia... dziś zabraniająca

samobójstwa, wczoraj nie mniej gromko zakazująca środków

znieczulających... przedwczoraj zezwalająca na handel

niewolników, gnębiąca Kopernika i Galileusza... ten Kościół

potępiający z hukiem piorunowym, a wycofujący się potem

dyskretnie, po cichu... jakąż macie gwarancję, że za lat kilkadziesiąt

dzisiejsze potępienie samobójcy nie zmięknie i nie

rozejdzie się nieznacznie po kościach? A póki co mamy umierać,

jak psy, w drgawkach i rzężeniach — cierpliwie mamy

czekać, ścieląc tę drogę powolną milionami konań okropnych,

o czym pisze się w nekrologach ,,po długich i ciężkich cierpieniach"?

No nie, rachunek za te „interpretacje” św. tekstów

jest już za wysoki i za krwawy, i lepiej aby Kościół wyrzekł się

scholastyki, zbyt arbitralnie wjeżdżającej w życie. Ostatecznie,

jeśli wierzący katolicy chcą umierać ciężko — ich sprawa.

Dlaczego jednak wy, ateiści, lub ludzie tylko luźnie związani

z Kościołem, nie odważycie się na coś tak prostego, jak zorganizowanie

sobie śmierci? Co was peszy? Zrobiliście, co trzeba,

aby bez trudności przeprowadzać się z miejsca na miejsce,

gdy zmieniacie mieszkanie ale, gdy idzie o przeprowadzkę na

tamten świat, chcecie, aby to odbywało się po staremu, przedwieczną

metodą zdychania?

 

 

Jakież mroczne jest to niedołęstwo wasze! Pomyśleć, iż

każdy z was wie doskonale: nikt z jego najbliższych nie wymknie

się konaniu, chyba że spotka go nadzwyczajne szczęście

śmierci nagłej i niespodziewanej; każdy zostanie stopniowo

zniszczony, aż czasem oblicze jego stanie się nie do rozpoznania

— i wiedząc o tym, znając ten los nieunikniony, palcem

nie ruszycie aby oszczędzić sobie męki. Czegóż się obawiacie?

Że zbyt wielu ludzi umknie, jeśli zanadto uchylicie furtki?

Pozwólcie umierać tym, co śmierć wybierają. Nie zmuszajcie

nikogo do życia niewygodą zgonu — to zbyt podle.

 

 

Szantaż, zawarty w sztucznym utrudnieniu śmierci, jest

świństwem, naruszającym najcenniejszą wolność człowieczą.

Gdyż moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej

sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie ,,być,

albo nie być?" — i swobodnie na nie odpowiedzieć. To życie,

na które zostałem skazany, może mnie zdeptać i zhańbić

z okrucieństwem bestii dzikiej, ale jest we mnie jedno wspaniałe

i suwerenne urządzenie — że mogę sam siebie pozbawić

życia. Jeśli zechcę, mogę nie żyć. Nie prosiłem się na świat,

ale przynajmniej pozostaje mi prawo odejścia... i to jest fundament

mojej wolności. A także godności (bo żyć z godnością

znaczy żyć dobrowolnie). Ale fundamentalne prawo ludzkie

do śmierci, z tych co to powinny być zamieszczone w konstytucji,

uległo stopniowej a nieznacznej konfiskacie — na wszelki

wypadek urządziliście to tak, aby było jak najtrudniej... i jak

najstraszniej… aby było trudniej i straszniej, niż być powinno

przy obecnym poziomie techniki. To nie tylko wyraża waszą

ślepą afirmację życia, w skali już zupełnie zwierzęcej — to

przede wszystkim jest wyrazem niesamowitej gruboskórności

waszej, gdy idzie o ból, którego jeszcze nie doświadczacie,

o agonię, która jeszcze nie jest wasza — to ta głupia lekkomyślność,

z jaką się znosi umieranie, póki ono jest jeszcze cudzym

umieraniem. Te wszystkie względy i względziki — dogmatyczne,

nacjonalistyczne, życiowo-praktyczne — cała ta teoria,

cała ta praktyka, roztacza się jak ogon pawi... z dala od śmierci.

Jak najdalej.

 

 

Fragment pochodzi z:
Witold Gombrowicz, DZIENNIK 1957-1961, Wydawnictwo Literackie
Ilustracja: Tomasz Bohajedyn



 

Jerzy Pilch komentarzy: 0

Trzeci dziennik

16 maja 2019 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się najnowszy "Trzeci dziennik" Jerzego Pilcha.

Fragment pochodzi z serwisu Onet Kultura:


Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy moje serce nie było tak wezbrane nadzieją. O tym, że fraza „serce wezbrane nadzieją” (i inne tego typu frazy) była mi dotąd z gruntu obca, nawet nie wspominam. Człowiek zmienia poglądy — pisarz zmienia styl. Od tygodnia siedzę w Wiśle i borykam się z tutejszymi żywiołami: majowym zimnem, psimi szczynami i matczynym niedosłuchem. Maj, początek maja, jest zimny w całej Polsce, jednakowoż w Wiśle Parteczniku szczególnie; znam to zimno i wy także je znacie. Jak idzie o psie szczyny, to owszem, kundle — zwłaszcza ten głupszy — leją gdzie popadnie. Jak idzie o niedosłuch, to przez telefon matula słyszy dobrze, jestem do telefonicznego kontaktu przyzwyczajony, dzwonię do niej z Warszawy praktycznie codziennie; teraz, jak wreszcie możemy pogawędzić face to face, jest mniej wyraźnie. Co robić? Z piętra na piętro tele­fonować? Po aparat słuchowy jeszcze raz odważnie sięgnąć? Tu sprawa nieco się komplikuje, tu działają jakieś ponadczasowe atawizmy, być może tu nieśmiertelnego argumentu genetycznego należy użyć. Matka mojej matki głucha była jak pień, gdy umarła, znaleźliśmy w szufladzie cztery kosztowne aparaty słuchowe najnowszej (ówczesnej) generacji. Babka nie używała, bo nie pasowało. Matka nie używa, bo nie pasuje. Doskonale to rozumiem. Proteza doraźnie pomaga — stan ogólny, zwłaszcza obraz ogólny, psuje. Z różnych powodów, też z takiego, że mam w tym upodobanie — chodzę o lasce. Doraźnie mi to dobrze robi, koi sponiewierany błędnik, koi skołatane nerwy — mam, poza wszystkim, jaki taki oręż w dłoni. Doraźnie mi to dobrze robi — ale stan ogólny psuje. W wizerunku zamęt wprowadza, agresywny upływ czasu sugeruje. To ja już tak stary jestem, że laski potrzebuję? I cóż z tego, że mam model najnowszej generacji, ze srebrną główką i mechanizmem odtwarzającym Postcards from Italy Bei­rutu czy Forever Haimu? Odmłodzi mnie ten zestaw? Raczej wątpię.

Dalej, Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Pewnego dnia (opowiadanie) cz. 1









Pewnego dnia obudziłem się i miałem 60 lat.




Wkrótce stanę się nekrologiem, który tylko na moment przykuje uwagę nielicznych.


Mogłem więcej podróżować i krócej spać, czytać szybciej, mówić w różnych językach do wielu ludzi...  zresztą nie wiem jak właściwie powinno się żyć, i co takiego dokonać, żeby, gdy przyjdzie kres, nie mieć żalu, tylko chyc do trumny, z radością spełnienia?


Włączam radio, śpiewa Bonnie Tyler: 

Był czas kiedy zakochiwałam się
Teraz się tylko rozpadam...
Wyłączam radio.


Wszyscy gdzieś wyjechali, gdzieś sobie poszli; nikt ode mnie nic nie chce, nie odpowiadam za nic. Po tym właśnie rozpoznasz starość – nikt od ciebie już nic nie chce, a jeśli, to jedynie żebyś nie wchodził w pole widzenia, nie zaśmiecał widoku. Zasilasz populację ludzi odrzuconych, nieludzi, pokrak, zgliszcz, z którymi nie ma zabawy tylko kłopot. Starcy są nieludźmi; nieludźmi są w ludzkich ciałach zużytych, złachmanionych, odstręczających, wstrętych ludzkiemu oku. Starcy pojadą do sanatorium, gdzie będą doznawać rozkoszy zabiegów rechabilitacyjnych w czarnej, wstrętnej borowinie.


Sam też wolę patrzeć na młodych niż na starych.


Młodość jest dobra, piękna, kusząca i obiecuje wszystko, a starość nie. Mimo to wszyscy wolą jednak umrzeć staro niż młodo. I są gotowi na wszystko, żeby doczłapać do tej starości.


Mnie się udało. Doczłapałem. W krainie nieludzi obudziłem się. Jestem byłym człowiekiem, zasiedlam populację wykluczonych bezpowrotnie. Osiągnąłem to, co wielu się nie udaje, powinienem wyć z zachwytu, a nie wyję. Jestem jedną wielką pretensją do świata, w dodatku nieciekawą. Coś ze mną nie tak?


Wyjdę na ulicę, zmienię obrazek przed oczami -  postanawiam - to zwolni mnie od robienia czegoklowiek. Aktywne nicnierobienie jest zdrowsze i przyjemniejsze od nicnierobienia biernego.


CDN

Ilustracja: Insan Manzaralari, Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Pewnego dnia (opowiadanie) cz. 2










Wychodzę na ulicę. Niewidzialny.

Patrzę na ludzi, którzy mają mnie za nic.


Jedni odziani w bogactwo, a inni nie. Jedne auta gnają w jedną stronę, inne w przeciwną; wszyscy bardzo się śpieszą, pędzą z jednego miejsca w którym się nudzą, do innego, w którym będą się nudzić. I chcą tam się znaleźć natychmiast, żeby nie tracić czasu na bzdury. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy uważają, że ich to nie dotyczy.


Na świecie żyją miliardy, ale wcale nie są to sami ludzie wybitni; większość to jest tło dla ludzi wybitnych. Nigdy wszystkich nie poznam. Nie dowiem się niczego o tych miliardach. Dla nich też nie będzie miało żadnego znaczenia czy jestem, czy mnie nie ma.


Dwóch typków - widać, że są uzbrojeni w młodość i niecne intencje – obserwuje mnie taksującym wzrokiem, ale szybko traci zainteresowanie; nie mam niczego, co oni chcieliby mieć. Jestem nieciekawy, choć wiem o sobie takie rzeczy, o których nie wie nikt. A nawet takie, o których nikt nie chciałby wiedzieć.


Ulica kipi zgiełkiem. Za sto lat nikt z ludzi, na których patrzę, nie będzie żył.
Mój świat przestanie istnieć. Ale teraz jeszcze wszyscy są na swoich miejscach. Dyrektor funduszu inwestycyjnego wsuwa się do auta jak do lektyki. Kierowca zamyka za nim otwarte przed chwilą drzwi. Za kwadrans dyrektor wysiądzie, wejdzie do windy, która uniesie go pod niebo na ostatnie piętro apartamentowca, gdzie w asyście oczekującej sekretarki przejdzie do gabinetu z pięknym widokiem na świat. Bezpieczny, zadowolony z siebie, spełniony zasiądzie na tronie i spędzi na nim jakiś czas. Już dawno osiągnął wysoko cenioną zdolność bycia bydlakiem od podejmowania nieludzko krzywdzących decyzji. On też nie będzie żył za sto lat. Umrze już pod koniec tego tygodnia na zawał, kopulując z tą sekretarką, która teraz wprowadza go do niebiańskiego gabinetu. Wszystkie gazety o tym napiszą i ja o tym przeczytam, jak wszyscy. Ale teraz o tym nie wie i myśli, że ma przed sobą wszystko. Wszyscy myślą, że mają przed sobą wszystko, że najlepsze musi dopiero przyjść.


Człowiek się głównie z wyglądu składa i choćby nie chciał przyjąć tego do wiadomości, to i tak zawsze jakoś wygląda. Na przykład są mężczyźni z twarzami kobiet, i zdarzają się kobiety o twarzach mężczyzn; wyprowadzaczka psów nosi twarz ruskiego ofermy. Poza tym wygląda krzepko i zdrowo. Ma w sobie dużo godności, nigdy nie patrzy ci w oczy - kiedy wzrok napotyka wzrok, ona zawsze pierwsza spuszcza swój na ziemię; nie chce żebyś rozpoznał w jej spojrzeniu, że oczekje już wyłącznie na drwiny, upokorzenia, nie chce żebyś oglądał ją w takim stanie. Woli wyglądać na taką, której tu w ogóle nie ma. Najchętniej zniknęłaby z twojego pola widzenia, ale nie może, bo wyprowadza akurat Herę, rottweilerkę żony redaktora tutejszej gazety. Za godzinę wyprowadzi cane corso italiano komendanta policji, bo ten nie może, gdyż cały dzień zajęty rozstrzyganiem przetargu na zakup najnowszego modelu pałki do bicia ludzi. I będzie już południe, a po południu ma do wyprowadzenia dogo canario księdza Arkadiusza, bo duchowny do wieczora wysłuchuje ludzi, którzy donoszą mu sami na siebie w formie spowiedzi o najgorszych rzeczach, jakie byli w stanie dokonać. Potem wyprowadzi kaukaza Nero, bo jego pan – szef sztabu wyborczego tutejszej partii - będzie głowił się nad wymyślaniem nowych obietnic wyborczych, i zejdzie mu sporo czasu, bo poprzednim razem obiecał już wszystko i teraz wymyślić coś nowego do obiecania niełatwo. Wyprowadzaczka psów nie może tak sobie zniknąć z pola widzenia, przestać istnieć, jak ja już mogę, bo zagrażałoby to istnieniu stanu rzeczy: ludzie nie mieliby komu donieść na siebie na spowiedzi, pozostaliby bez nowych obietnic wyborczych i trzeba by ich bić niemodnymi, starymi pałkami.


CDN



Ilustracja: Insan Manzaralari, Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Pewnego dnia (opowiadanie) cz. 3




Gdzieś w górze rozlega się narastający grzmot, samolot dogania własny huk i przelatuje nad głowami, zostawiając za sobą biały ogon. Spłoszony gawron wypuszcza z dzioba orzech, na betonowym chodniku rozbryzgują się drobiny białego, dojrzałego mózgu. Zaraz znikną, roztarte przez setki stóp, nieświadomych dramatu orzecha umierającego bezpotomnie.


W dzieciństwie chciałem fruwać, ale matka zabraniała; uznała to za zbyt niebezpieczne. Nie chodziło jej o to, że mogę spaść z wysokości, ale że będę inny od wszystkich i stanę się odmieńcem. Gnała mnie do kościoła, żebym był taki jak wszyscy. Wiara jest dobra, przekonywała, pozwala żyć szczęśliwie. I tak zacząłem żyć wśród ludzi szczęśliwych. Poznałem dobrodziejstwo spowiedzi świętej.


Ludziom się wydaje, że jak opowiedzą księdzu o tym co zrobili, to tak, jakby tego w ogóle nie zrobili. Dlatego chodzą do spowiedzi i donoszą na siebie na potęgę, opowiadają bezwstydnie o nikczemnościach, łotrostwach, okrucieństwach, których się dopuścili, i one zostają wymazane. Znów mają czyste konto, mogą iść i dalej czynić wszystko co tylko zechcą, bez hamulców i opamiętania, bo potem wymażą sobie kawałki życiorysu jak gumką na spowiedzi.

Dobrze jest wierzyć, z wiarą życie staje się wygodniejsze. Wiara zwalnia od uwierającego obowiązku przyzwoitości, od wrażliwości, empatii, ma cudowną moc rozgrzeszania ze wszystkiego. I jak tu nie wierzyć?


Dwóch nieznajomych właśnie pobiło się przed niemieckim marketem.

Bo jeden wierzył w jednego Boga, a drugi w innego Boga.
Nie oszczędzali się i bryzgała krew, gołym okiem było widać, że wiara obu musi być wielka. Nie wiadomo który Bog mocniejszy, bo ktoś zadzwonił, podjechała suka na syrenie i uciekli. Obaj przez tą samą dziurę w płocie okalającym marketowy parking.


CDN



Ilustracja: Insan Manzaralari, Klick!!!