21 listopada 2019, czwartek
Dorota Masłowska fb komentarzy: 0

Na dziś

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

Życzliwy

Dziś podobno święto życzliwości, ale to nieprawda. W społeczeństwie wysokorozwiniętym, takim jak Polska, każdy dzień jest świętem życzliwości. Tym razem galeria handlowa, wiadomo, winter is coming, trzeba ciuszek, to sobie znalazłem ciepły i teraz stoję w kolejce do kasy. Sytuacja mało dynamiczna, ale spokojnie, myślę sobie, 6 minut do autobusu, nawet na czworaka bym zdążył, tak że stoję cierpliwie jak rycerz i czas wypełniam uśmiechem, wokół sami fantastyczni ludzie, a pośród nich ona, taka bardzo miła pani, której troszeczkę się spieszy, więc pyta mnie, następnego w kolejce, czy mógłbym ją przepuścić, bo ona tylko koszulkę, a zaraz jej się bilet za parking kończy, wobec czego odpowiadam, że absolutnie żadnego nie ma problemu, proszę śmiało, patrzę na telefon: 4 minuty do autobusu, nawet tip topkami bym zdążył. Pani kładzie koszulkę na ladzie, pik pik, ekspresowa akcja, ale wtedy sobie przypomina, że coś jeszcze miała, że coś tam chyba w przymierzalni zostawiła drobnego, więc mówi, że sekunda, zaraz wracam, i znika wśród ubrań, czas mija, tyk tyk, kolejka pęcznieje, jestem stojącym uśmiechem. Aż wreszcie powraca pani z długiej wyprawy i ewidentnie winter is coming, bo w rękach niesie ciuchów dla całej kurwa rodziny na wszystkie zimy do końca kurwa życia. Myślę sobie: w społeczeństwie wysokorozwiniętym każdy dzień jest świętem życzliwości, więc tylko spoglądam pani ciepło w oczy, a uśmiech nie znika z mojej twarzy, wręcz przeciwnie – z każdą sekundą nasila się, jest coraz pełniejszy, zaczyna przypominać kosę w rękach chłopa.

Klick!!!

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Na dziś

Janek Koza komentarzy: 0

Koza na dziś

Janek Koza komentarzy: 0

Koza na dziś

Bejkwim Kwemiu komentarzy: 0

Listopad



Wieje, wiatr chłoszcze twarze dobre i twarze złe, deszcz potrzebny i wyczekiwany we wsi, teraz siecze skośnymi strugami, wciska się za kołnierz, spływa po skórze lodowatą nitką, okrąża pępek, rozdwaja się do kolan, dociera do stóp, wypełnia zimnem ubłocne buciory, chlupoce. Świst wichury pożera trzask walącego się na chałupę świerku. Nie słychać nic prócz szaleństwa huraganu, nie widać nic; huk powietrza i wody, świat wariuje. Dusze z czyśćca wyszły z ziemi do obmycia. Tańczą, kręcą się, brykają w prysznicu obmywającym brud i zgniliznę odleżyn. Chichocą duszyczki uwolnione, niektóre śpiewają, łączą w korowody wijące wężem pomiędzy chałupami. Nikt nie wychodzi na dwór; żaden wieśniak, żaden pies, kura żadna i kuna nawet i lis też; wszystko siedzi w swoich budach, chałupach, norach i czeka aż skończy się czyszczenie, nikt nie słyszy nic i nie widzi nic, kipi huragan powietrza i wody, w nim dusze radosne zmywają brud grzechu, niewidziane i niesłyszane; ten dzień należy do nich, nie do żywych.

Nic nie trwa wiecznie, żadne szczęście, i nieszczęście też, kończy się dzień, noc zjawia się niespodzianie, tak nagle, jak churaganowa burza nagle znika, zabierając gdzieś daleko swoje bicze wodne, huk błyskawic, szał i wszystkie inne strachy. Na czerni nieba czerwona gwiazda zbliża się do złotej, a gdy ją dostrzega – płoszy się i ucieka. Złota dalej tkwi i świeci, a czerwonej już nie widać. Może to nie gwiadzy, tylko zwyczajne Ufo? Zresztą już ich nie ma: czerwona uciekła, a złota opadła na ziemię, gdzieś w lesie przy wsi. Nikt nie widział, bo wszyscy wyjdą z chałup, bud i nor dopiero rano, gdy czyszczone dusze powrócą do czyśćca, ale nie wszystkie, bo niektóre pofruną już prościutko do nieba.

Noc teraz czarna, straszna, bezgwiezdna, ale ciepła, parna. Znikają wszystkie kształty, a powrócą dopiero ze świtem i znów będzie można zobaczyć wszystko.


Ktoś stoi, ale nie widać kto to. Pod dębem stoi, którego w ciemności nie widać, a dąb ten, wielki, przy wjeździe do wsi stoi od wieków. Tyle, że wioski teraz nie zobaczysz; wszystko zamalowane gęstą smołą nocy na najczarniejszą czerń. Czy to jakaś dusza spóźniona pod dębem została, niedoczyszczona deszczem huraganowym za dnia? Oj, nie dusza to do czyszczenia, ani dobra już, ani jeszcze zła; ten co pod dębem stoi, na złotej gwieździe tu przybył, zjawił się, by urządzić czyszczenie na ziemi.

Sekale, starszy wioski, przepowiadał jego przyjście, ale został wyśmiany przez młodych. Dzisiaj ci młodzi są już starzy, tak starzy, jak był Secale, gdy go wyśmiewali. Śpią teraz w chałupach, bo noc czarna i straszna, i ich kobiety śpią i dzieci i wnuki, i rogacizna śpi i nierogacizna też, nawet psy i koty, bo nikomu i niczemu nie chce się w taki czas oczu otwierać; taką noc najlepiej przespać, nic nie widzieć, nie słyszeć nic, jakby nic się nie stało - to może i nie stanie się nic. A rano wzejdzie słońce i znów wszystko będzie jak było, jak zawsze, jak powinno. Śpią więc oni, gdy on pod dębem już stoi. A nawet go tam nie ma, bo ruszył, więc pod dębem go być nie może już. Gdzie się podział? Dokąd zmierza? A kto to wie, i na co komu ta wiedza? Lepiej spać, nie wiedzieć i nie słyszeć nic. Rano znów wstanie słońce, bo lubi pierwsze, przed wszystkimi wstawać, i będzie dzień jak co dzień, bo co ma nie być, skoro zawsze był.

A najpierwsza, zaraz po słońcu, wstanie Gabrysia, żeby jej nikt w łóżku ksiądza proboszcza nie zobaczył, i wybiegnie z plebani na drogę i speszy się, bo na jakiegoś nieznajomego wpadnie zaspana.
- A, bo właśnie byłam wielebnemu rozpalić przed śniadaniem – zacznie się tłumaczyć, ale on wcale nie będzie słuchał tych pierdół tylko pójdzie dalej.
- Coś takiego – pomyśli Gabrysia odprowadzajc go podejrzliwym wzrokiem – żeby tak rychło rano po wsi łazić? To nieprzyzwoite jest kompletnie, kurwa jego mać, złamasie jeden ty!

- Biegnij spać Gabrysiu, biegnij, albo ci łeb urwę – odpowie jej ten nieznajomy, nie obracając się i nie zatrzymując. Albo będzie jej się tylko zdawało, że tak jej powie, co za różnica. W każdym razie, słońce już tak się rozbudza, że zaraz pierwszy kogut zapieje, a po nim wszystkie. Więc i komendantowi policji pora wracać od jednej pani we wsi do siebie, do powiatu. Komendant stary, łysy, ale wciąż tłuściutki, a ta pani mu noce umila za darmo, bo jej męża przymknął, poaresztował troszeczkę pod wymyślonym pretekstem i obiecał zwolnić, jak ona mu wystarczająco zadośćuczyni. Koń ciągnie bryczkę komendanta, a ciężko ma, bo nie dość że pasażer tłusty, to koła i kopyta grzęzną w mazi błota po wczorajszym potopie czyszczącym dusze czystości spragnione. Komendant podcina konia batem, smaga do żywego mięsa. Na nic. Zasapało się komendancisko, potówki mu wystąpiły, okrywa się kocem, żeby wilka nie złapać w tym stanie, albo gorszego wirusa. A tu ktoś stoi przy drodze, gapi bezczelnie.
- A ty co kurwa stoisz?! Dalej, łap się i popychaj, ale mi już! Pókim dobry – ordynuje komendant i baranieje, bo nieznajomy podchodzi, owszem, ale wyrywa zaskoczonemu pitolet z kaburki, wyprzęga umęczonego konia i odchodzi z nim, dokąd, a kto go tam wie?
- Oż ty cycu! - wrzeszczy komendant. - Poczekaj, tylko dojadę na komendę! Już ja cię przecwelę, suko niedocwelona, doigrałeś się. Gdybym miał gnata w ręce, to byś mi tu inaczej zatańczył!
Nieznajomy odwróca się, rzuca pistoletem we wrzeszącą głowę komendanta, która odrywa się od reszty i wpada w kałużę. Zapada cisza. Wkrótce przerywa ją lament sójki, ale wiadomo, sójki lubią się poskarżytć na to, że nie udało im się odlecieć tam, dokąd się wybierały, więc skarga sójki jest tak naturalna, jak rechot żab na wiosnę i pozostaje niezauważona.

Ciąg dalszy niebawem

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Fragment całości


Foto: Claudia Rogge, Klick!!! 


Ludzie mówią, że jest za dużo ludzi.

Nigdy jeszcze nie było tak wielu, co tak mówią.

Lecz żaden nie ma na myśli siebie.

Rano czarny kot sika na trawnik, nie na asfalt, bo wciąż żyjemy w czasach, gdy trawa pokrywa więcej ziemi niż asfalt. Od trawy więcej jest tylko wody w oceanie, gdzie żyje śledź solony i wędzona makrela, które dla mózgu są lepsze od orzechów. Jednak nie wszyscy ludzie są wybitni; większość stanowi tylko tło dla wybitnych.

Są tacy, którzy wyglądają na takich, co żyją pełnią złożoną wyłącznie z rzeczy znaczących. I produkują życiorysy utkane z gęstej materii zdarzeń godnych uwagi. A inni tylko zbijają bąki. O jednych śpiewają piosenki, a o innych nie; jednym się kłaniają, a drudzy muszą się kłaniać. Jedni chętnie ratują będących w potrzebie, drugim pozostaje rola ratowanych. Każdy woli być po stronie ratujących niż ratowanych, chociaż ci drudzy są warunkiem koniecznym do zaistnienia szlachetności pierwszych, więc tak samo ważni. Są też i tacy, którzy potrafią odnieść się z pogardą do każdego, do kogo mogą się bezkarnie odnieść z pogardą.


Poza tym ludzie przeważnie są zmęczeni, bo bycie wypoczętym to naprawdę ciężka praca. Dla więszości okazywanie dobrego humoru to jeszcze cięższa praca. A czas tak galopuje, że nawet nie ma kiedy się zestarzeć.