12 grudnia 2019, czwartek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 17



Policja. Odruchowo zwalniam. Srebroniebieska furgonetka ukryta za betonowym przystankiem autobusowym. Dwóch dorosłych oficerów w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, tak są zajęci przepisywaniem zeszytów.

Rysunek: Andrzej Bobrowski


Pochyleni, w najwyższym skupieniu - prawie słyszę szelest kulek ich długopisów pracowicie przenoszących policyjne ważności z jednego zeszytu do drugiego. Ciężko uwierzyć, że to te same kanalie hamujące postęp przez pałowanie ludzi strajkujących w sprawie zmian na ulicach całego świata. Chcę szybko pomyśleć o czymś miłym, szukam jakiegoś neutralnego obrazu we wspomnieniach, ale wszystko, co mi akurat przychodzi do głowy, to widok samego siebie w salce katechetycznej – siedzę za karę sam w ostatniej ławce i piszę sto razy: „Nie będę więcej strzelał z procy na lekcji religii do siostry Jadwigi." Wcale nie celowałem w siostrę, i wcale nie z procy; odtąd mijanie się z prawdą i skłonność do sensacyjnej nadinterpretacji będzie mi się już zawsze kojarzyła z kościołem. Nie zdoła tego zmienić nawet złoty zegarek i rower, jakie dostanę od chrzestnych na komunię.



                                                                 x x x


Asfaltowa droga, kierunkowskaz z nazwą miasta i odległością 12 km. Zaraz wjadę tam, skąd wyjechałem, tylko z drugiej strony.


Jakiś kierowca zwalnia, puka się w czoło (właściwe wali) i zaraz przyspiesza. Oglądam się za siebie, czy nie odpadło mi tylne koło, przeczesuję czuprynę, bo może przykleił mi się liść, albo żurawie uwiły sobie tam gniazdo i wysiadują, a ja o tym nic nie wiem. Kończą mi się pomysły.


Dlaczego to walenie w czoło odnoszę do siebie? Bezrefleksyjnie i automatycznie, od razu ja, tak jestem przejęty własną osobą. Jakby nie mogły istnieć żadne inne powody pukania w czoło.


Przypomina mi się zdanie z nowej książki żony:

Każdy jest tym, który lubi siebie najbardziej spośród miliardów na świecie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania. Każdego dnia. Zawsze.


Facet po prostu akurat odkrył w kieszeni zgubiony wczoraj kawał mózgu i wepchnął go sobie do głowy i popukał w czoło, żeby lepiej usiadł w zapadkach. Ot co.

Ciąg dalszy nastąpi

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Jadę na poszukiwania dziewczyny mojego życia - cz. 18






Znów jadę na ścieżce rowerowej. Mijam ruiny wielkiego wiatraka. Kiedy widziałem go ostatnio, miał skrzydła, i te skrzydła się obracały. Została jeszcze droga podjazdowa z brukiem przerośniętym chwastami.


Rysunek: Andrzej Bobrowski








Zamiast remontu, postawiono ławeczkę, żeby sobie popatrzeć. Siadam i popatruję. Zimno. Kołyszę się w przód i w tył, żeby się rozgrzać. Zakładam ręce za głowę i odchylam do tyłu, dotykając włosami ziemi. Nabieram ochoty na trochę ćwiczeń, brzuch, pompki, spacer na rękach w te i wewte, przeskoki i wszystko, co można z ławką zrobić.


Z daleka, od strony miasta majaczą trzy sylwetki. Nie biegną, ale zbliżają się szybko. Siadam więc i udaję, że tak tylko sobie tutaj siedzę, żeby nie wzięli mnie za wariata. Dokończę jak przejdą.


- Przepraszam, czy mógłby pan na chwilę podnieść lewą nogę do góry – zwraca się najmniejszy z przybyłej trójki. Pozostali stają tak, że jeden blokuje drogę z jednej strony ławki, a drugi z przeciwnej.


Widzę to tak: najpierw katują mnie, wydając upokarzające polecenia, potem kopią gdzie popadnie, skaczą po głowie, na koniec odciągają półżywego do lasku za plecami, oblewają benzyną, podpalają i sikają na mnie w ekstazie zabawy. Ostatni mój widok w życiu, to półkolisty obrys głazu na tle nieba, opadającego na mój łeb. Wszystko gaśnie.


Unoszę nogę.


- Tu było moje pięć złotych – oświadcza najmniejszy. – A teraz nie ma – patrzy mi w oczy złym wzrokiem. – Ten frajer zajebał moje pięć złotych! – obraca się w stronę największego i rozkłada bezradnie ręce. – Ta łachudra okrada Prawdziwych Polaków! – celuje we mnie paluchem tak, że mógłbym go odgryźć. – To przez niego nie ma co jeść! I musimy wypierdalać z tego żydowskiego kraju na wysługi do angoli. Do ciebie mówię, ty żydowska pizdo!

- No, mamy cię jebany pedale żydowski!...
- Zajeb mu Zbiniu! Zobaczymy jaki teraz będzie mądry ten stary komuch jebany. Nie peniaj Bibiu, śmiało! Zajeb cwela!


Wstaję.

Żeby zobaczyli jaki jestem duży. Trochę większy niż wydawałem się siedząc. Wyszarpuję nóż i mały odskakuje.


- Chodź tu Biniu! Zajebię tę kurwę kamlotem! – wrzeszczy trzeci i zgina się w pół, żeby wyszarpnąć kawałek bruku prowadzącego do wiatraka. I tak zgiętego w pół, dopadam kopniakiem. Koziołkuje w powietrzu i rozprostowuje się dopiero pod opadnięciu na brukowany podjazd.


- Za to, że jutro porysujesz mi samochód dla zabicia czasu – dopadam i kopię go w łeb najmocniej jak mogę, żeby tamci widzieli jak mocno kopię. Doskakuję do małego, markuję uderzenie nożem, a gdy się zasłania, łapię za włosy, zginam w pół i nadziewam jego głowę na kolano, na drugie i znów na to samo. Odrzucam bezwładne ciało na bruk, obok nieprzytomnego.


- Cześć – mówię do największego, który wymachuje nerwowo odpustową sprężynówką. W jednej ręce trzymam ten „kamlot", w drugiej wielki nóż, i jestem porządnie rozgrzany. Patrzy na mnie i czuje, że może mu się nie udać. Obraca się i wieje. Trafiam go „kamlotem" w tył głowy, ale nie pada, chwieje się tylko, więc puszczam się za nim, podcinam, a gdy pada siadam na plecach i recytuję pięściami: - Za to, że-jutro-podpalisz–mojego–ulubionego–bez-dom-ne-go-dla–za-bi-cia–cza-su!!!. Podciągam go do pozostałych nieprzytomnych.


Siadam na ławce i zaczynam analizować co się stało? Na pewno żyję, i oni też, chwilowo trochę mniej. Gdy zaczynam się oskarżać o to jak musiały boleć te kopnięcia w twarz, uderzenia w brzuch, złamanie ręki – bo chyba temu największemu jednak złamałem – gdy rozkręcam tę winę w sobie do skraju obłędu – dzwoni telefon.


- Gdzie jesteś?

- Przy ruinie wiatraka.


- To się składa, bo właśnie wracam od Aldony i akurat nie mam specjalnych planów, to będę za pięć minut, chętnie obejrzę te zgliszcza.

- Ok.


Chowam telefon do kieszeni. Mam wrażenie, że w tym samym momencie zatrzymuje się duże srebrne volvo. Otwierają się drzwi i długi biały papieros podtrzymywany ręką mojej żony wymaszerowuje w kierunku ruiny wiatraka.


- Twoi koledzy? – pyta siadając obok mnie na ławce.

- Niezupełnie.


- Ale miałeś z nimi kontakt?

- Tylko przez chwilę.


- Wiedziałam, że nie można cię samego wypuszczać nigdzie za długo, od razu dziczejesz i zadajesz się z niewłaściwymi ludźmi. Ale nie chcę się powtarzać.

- Zobaczę, co z nimi.


- Nie musisz, już zobaczyłam – dochodzą. Lepiej spadajmy. Wrzucisz rower do bagażnika?


Wrzucam rower do bagażnika.


- Kawał zbója z ciebie, wiesz – mówi na rondzie. – Przyjrzałam się im dokładnie. Niezłe młode byki. Leżą sobie, i to bez żadnych obrażeń, poza chwilową nieprzytomnością. Odbierzesz?


Dzwoni mój telefon.


- Odbierz – mówię – będę miał pewność, że to nie ty dzwonisz.

- Cha, cha, cha... Halo – odbiera telefon i po minucie wyłącza go bez słowa.


- Jakiś podekscytowany, młody głos przeprasza cię, że nie zadzwonił za godzinę, jak zapowiadał, przeprasza i ma nadzieję, że znalazłeś dziewczynę swojego życia. Zadzwoni jutro, bo ma dla ciebie okazję.

- Ok.


- I co mu powiesz? Znalazłeś, czy nie?

- Parę razy byłem blisko – mówię, wpatrując się w bociana lądującego na słupie nieczynnej latarni ulicznej. Gałąź, którą przytaszczył w czerwonym dziobie, wplata między inne, ułożone na pałąku i kloszu lampy.


Ona też dostrzega wielkiego ptaka i zwalnia. Sznurek spowolnionych aut, formujący się za naszym volvo, nie robi na niej wrażenia.


Ptak udeptuje gniazdo, odchyla głowę do tyłu, rozdziawia dziób i zaczyna klekotać tak głośno, że słychać to w aucie. Pojawia się drugi bocian. Kołuje i ląduje pewnie, bez cienia wątpliwości.


- Gdybyśmy wciąż mieszkali w tym Berlinie, to musielibyśmy wydać fortunę na wycieczkę do ekologicznego rezerwatu, żeby zobaczyć takiego bociana – mówi, a potem potwornie wielokonny silnik ponaglony jej nogą, zabiera nas stąd jak z procy. Zmykam oczy, za dużo się dzieje za oknami.


Alarm syreny pogotowia gdzieś w pobliżu, zmusza do uniesienia powiek. Zaraz opuszczam je z powrotem; to przecież nie może być jeszcze ta karetka, która wyruszy do nas dopiero za kilka chwil.

Koniec

Shinichi Maruyama komentarzy: 0

Porządki wiosenne?

Piotr Świderek komentarzy: 0

Rysuje

Magdalena Danaj komentarzy: 0

Rysuje

Facebook komentarzy: 0

...

George Underwood komentarzy: 0

Na Wielkanoc

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Kanarek


Rysunek: Andrzej Bobrowski


Kanarek


Krople opadały jeszcze ze starego dębu na równinie, gdy tęcza postawiła na nim swoją soczystą stopę.


Drugą oparła na sośnie, obok której stała jeszcze jedna sosna.


Trzecia sosna była najwyższa i wystawała z łukowatej tęczowej nogawki.


Rosło tu jeszcze więcej sosen, bo tęcza stanęła okrakiem pomiędzy wielkim, samotnym dębem na równinie, a sosnowym lasem, ciągnącym się aż do jeziora.


Trzy łabędzie poderwały się z wody i przelatywały pod łukiem z kolorów, by dołączyć do stada pasącego się na równinie. Leciały tak nisko, że gdyby akurat przechodził tędy prezes, mógłby podrzucić do góry parasol i zawiesić go na białym wieszaku z pomarańczową końcówką.


Ale prezes był wieziony limuzyną z szoferem. Auto sunęło po moście nad rzeczką wypływającą z jeziora. Szofer widział i tęczę i łabędzie, a prezes nie, bo wpatrywał się w kanarka w klatce.


Kupił go dla córeczki na roczek i teraz zastanawiał się, czy dobrze dobrał kolor ptaka do pokoju dziecka. Kanarek nic nie widział, bo okna przy tylnym siedzeniu były przyciemnione, a kanarki lubią słońce – gdy nie świeci, to zamykają oczy i czekają na jutro.


Dużo słońca jest na Jamajce, ale wyspę opanowały kolibry i kanarków nie wpuszczają.


Ale to nie te piękne ptaszki o sercu bijącym 2000 razy na minutę noszą sandałki z opony; takie sandałki noszą wyłącznie tamtejsi ludzie, którzy są szczęśliwi, bo żyją w ciepłym klimacie i nie mają odcisków od odśnieżania.


Na Jamajce też grają w piłkę. Najbardziej znanym graczem był Bob Marley, który grał także na gitarze Gibson, zrobionej dla niego przez nieulubionych Amerykanów. Za to śpiewał dla nich chętnie po amerykańsku za dolary, za które kupował marihuanę. Dla siebie, kolegów i dla najbliższych.


Ponieważ śpiewał bardzo dużo, mógł kupować bardzo dużo marihuany dla szerokiego grona, aż w końcu wszyscy na Jamajce uzależnili się od szczęścia marihuany i byli bardzo szczęśliwi. Kobiety też starały się wyglądać jak wszyscy weseli ludzie na Jamajce.


Ponieważ rabarbar jest praktycznie za darmo, Bob Marley nie mógł go kupować za dolary i się od niego uzależnić.


Nie można się uzależnić od czegoś co jest bezwartościowe, do czego nie da się tęsknić ani o tym marzyć. W literaturze nie znajduje się ani jedna wzmianka o uzależnieniu od rabarbaru.


W książce, którą czytała żona prezesa w oczekiwaniu na męża, też nie było ani słowa o rabarbarze. Książka była o Majach. Wynikało z niej, że Majowie zajmowali się głównie obcinaniem głów, w dni świąteczne wyrywali serce. W wolnym czasie pracowali nad rozwojem techniki rycia w kamieniu, przez co uwiecznili swoje upodobania dla potomności.


W kraju Majów nie latały kolibry - bo jak wiadomo kolibry upodobały sobie Jamajkę - ani kanarki.


Kanarek dla córki prezesa został schwytany w swoim kanaryjskim kraju przez szóste dziecko bezdomnego i wymieniony na haczyk do łowienia rzeczy praktycznych, czyli ryb.


Ale nie karpi wigilijnych, bo karpie żyją w jeziorze, obok którego sunęła limuzyna z prezesem.


Te karpie – a i płocie, szczupaki oraz troć – nieświadome zaszczytu doznanego z powodu przejazdu prezesa po okolicy, zajmowały się tym co zwykle, czyli pływaniem z miejsca na miejsce.


Ptaki także zajmują się przenoszeniem z miejsca na miejsce. Na przykład łabędzie, które wystartowały z jeziora, teraz lądowały w innym miejscu, wśród stada pasącego się na równinie.


Widać je z daleka, ale one też widzą z daleka, więc gdy zbliży się lis, one go zobaczą i szybko przeniosą się nad jezioro. Tęczy już wtedy nie będzie.


Ale dla prezesa nie będzie to miało żadnego znaczenia – córce spodoba się kanarek, ale żonie nie spodoba się jego kolor – musi szybko załatwić ekipę malarzy i dekoratorów w celu błyskawicznej zmiany barw dziecięcego pokoju. Tak, żeby zadowolić i córkę i żonę.


Dla szczęśliwości rodziny prezes – jak wszyscy - jest gotów na wszystko.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Wojciech Konikiewicz komentarzy: 0

Ostry zespół Grotowskiego



Wszyscy są zszokowani, że jakaś pani z Tefałenu nie wiedziała kto to. Ja absolutnie nie - wydarzenie to jest logiczną konsekwencją stanu kultury w państwie rządzonym przez Dyzmów i produkującym masowo niedouków udających inteligentów, w tym magistrów, abiturientów etc.


Konia z rzędem temu, kto zauważy jakiegoś polityka w filharmonii, na festiwalu (wyjąwszy żenujace ustawki w rodzaju Przystanku Woodstock), w klubie jazzowym, rockowym, galerii sztuki. Proszę zauważyć, że np. żaden skandal w Polsce nie miał za scenerię takich miejsc, natomiast działy się takowe na ulicy, w knajpie, przed knajpą, w burdelu. Dlaczego? Ano dlatego. Statystyka nie kłamie - to jest właśnie środowisko naturalne naszej "elity" politycznej, jej nisza ekologiczna, a w niej ulubione pożywienie: dziwki, żarcie, gorzała.


Owszem, przychodzi jeden moment, kiedy cała ta banda neandertalów budzi się i ze skacowanych gąb wyrzuca przed kamerami: kultura, naród, tożsamość itd. - to wybory.


W tle wspierają ich wtedy z zawodowym uśmiechem celebryci - najlepiej aktorzy, bo tych ludek ciemny z facjat zna i się ucieszy, bo rozpozna: tu Kmicic, tam gospodyni domowa z serialu i szczęście pełne. Po wyborach - i po problemie z "tom całom kulturom"! Fonoteka  Polskich Nagrań do sprzedania? Sprzedać! Przy okazji Ziutek zarobi. Dziedzictwo narodowe? Jakie dziedzictwo? Kasa, Misiu - kasa!


Telewizja publiczna zgodnie z nazwą - jest publiczna: jak dom. Za pieniądze z chęcią zdejmie majtki i zrobi wszystko: w szczególności nie zrobi niczego, co groziłoby brakiem zarobku, bądź stratą kasy. Jako listek figowy marna i bezbudżetowa TVP Kultura, a reszta: goła. No i trwa masowy wychów bezmózgowej, bezkulturowej trzody. Do brania kredytów jest przystosowana - i to wystarczy.


Dziękuję tej pani AW, kawał dobrej roboty odwaliła...



Klick!!!

Redakcja komentarzy: 0

Yayoi Kusama


Napisała do nas Mariko z Artsy.net.

Mariko obejrzała gdzieś w Internecie nasz materiał o zjawiskowej artystce Yayoi Kusama, która uwiodła nas przed laty swoją czystą oryginalnością -
oto ten materiał:
http://www.moreleigrejpfruty.com/Malarze,37.html



Mariko, która zajmuje się w Artsy.net twórczością Yayoi Kusama uważa, że nowo otwarta strona o artystce może być dla morelowych czytelników bardzo interesująca – „zawiera biografię, ponad 70 prac, ekskluzywnych artykułów o Kusama, jak również materiały z jej wystaw, na przykład ekskluzywny materiał z najnowszej wystawy Kusama w Singapurze."


Oto link do strony polecanej przez Mariko: https://www.artsy.net/artist/yayoi-kusama


Oraz: Kusama's recent show in Singapore