24 września 2017, niedziela
Gertruda Stein komentarzy: 0

O liczeniu, pisaniu, piorunach i orzechach

 

 

Gertruda Stein pozująca Jo Davidsonowi Klick!!!




Nie ma innej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzę
ciem poza tą że człowiek potrafi liczyć i nigdy jeszcze nie było tyle liczenia co teraz. Wszyscy ludzie liczą liczenie jest głównym zajęciem wszystkich ludzi. A to dlatego że ludzie przekonali się że tylko liczenie różni ich od zwierząt a ponieważ każdy chce mieć pewność że jest człowiekiem, ponieważ każdemu teraz potrzebna jest afirmacja więc wszyscy zabrali się do liczenia.
dalej Klick!!! w zdjęcie

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W drodze, i z powrotem (opowiadanie)






Hotel z różowymi murami wydawał się nierealny w blasku wschodzącego słońca.

W opustoszałej sali balowej fryzjer Andreas wciąż tańczył zapamiętale, obejmując mocno swoją zmęczoną tęgawą małżonkę. Wielki cień jeszcze płynął za nimi po ścianach, niezmordowanie powtarzając gesty. Dwie godziny później uprzątnięto to miejsce i podano  tam śniadanie hotelowe. Wybrałaś pleśniowy ser, winogrona i pomarańcze, ja wyjadłem bekon z jajecznicy, do tego herbata i papieros. Spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, odpaliłem auto. Byliśmy w drodze nad morze.


Zwolniłem do setki, zaraz jeszcze bardziej; na trawiastym leśnym poboczu leżał lis. Wyglądał jak żywy, ale był martwy. Idealnie rude futro z białym krawatem pod zastygłym w uśmiechu pyskiem. Powiedziałem, że o tej porze roku nikogo nie osierocił, ale to cię nie pocieszyło.


Pomyliłem drogę, więc musieliśmy wrócić do rozjazdu. Lisa już nie było przy drodze. Kawałek dalej stał robotnik podparty na łopacie i przyglądał się nam. Jak wszyscy robotnicy, interesował się wszystkim tylko nie robotą. Uśmiechnęłaś się do niego, ale on czujnie nie odpowiedział. Przyspieszyłem do setki.


Nad morze dojechaliśmy szczęśliwie. Przez pięć dni nie pobito nas, nie sponiewierano, nie poniżono inaczej; prawdę mówiąc nie widywaliśmy prawie nikogo poza serwisem i uprzejmymi sprzedawcami pamiątek. Szóstego dnia, wyposzczeni brakiem wrażeń spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, szczęśliwie odnaleźliśmy auto na parkingu.


W drodze powrotnej zwolniłem we wiadomym miejscu. Lisa wciąż nie było, a robotnik dalej stał oparty na łopacie. Prawie pokłóciliśmy się o to, czy to ten sam robotnik; ja obstawałem przy tym, że to był on, ty twierdziłaś że zupełnie inny, bo ten się do ciebie odśmiechnął, a co jak co, ale zapamiętujesz twarze, które pogardzają twoim uśmiechem. Byłem już skłonny przyznać ci rację, ale się powstrzymałem, żebyś nie uznała tego za pójście na łatwiznę. Podtrzymywałem więc pozory sprzeczki. Wkrótce przestało być ważne kto miał rację.


Co to w ogóle znaczy mieć rację? Miałem ją tak często, że chętnie bym się jej pozbył, tak już mnie zmęczyło jej posiadanie.


Dojechaliśmy do domu w zdrowiu, z wielkiego orzecha wrony strącały już orzechy. Zielone kulki staczały się po stromiźnie dachu, by stukając w twarde łby bruku podjazdu rozprysnąć się na środek i skórkę.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Coś do poczytania




11 września 2017
Czerwone trzewiczki

(...) Na niczym się nie znam, nic nie potrafię, nie czytałem Murakamiego i nie prowadzę auta. Próbowałem grać w piłkę, aż wyśmiało mnie moje własne dziesięcioletnie dziecię. Poległem przy próbie ogolenia sobie brwi i omal nie połamałem sobie rąk podczas zmiany pościeli. Skarpetki pękają mi na stopach. Lecz mam czerwone buty stworzone dla tych stóp.


Ilość zmartwień i kłopotów, które ściągnąłem na swoją siwą głowę, doprawdy trudno zliczyć, zresztą o większości z tych spraw nawet nie godzi się pisać. Powiem więc tylko, że maszeruję pod krzyżem przeprowadzki i wielkiego remontu, premiery powieści, której oddałem dwa lata, oraz programu telewizyjnego, który wciąż robię wbrew znakom na niebie i ziemi. Wlokę się tak, przez ciernie i pył, przygięty przez to co powyższe. I dobrze, bo wciąż patrzę na swoje nowe buty, na czerwone buty przyprószone gruzem, na którym perli się pot.


Nie wiem, co przyniosą najbliższe miesiące i lata. Za miesiąc kończę czterdziestkę, co w najlepszym razie oznacza, że połowa życia już za mną. Więcej nie będzie. Zapewne nie będzie lepiej. Powieść może okazać się klęską, posypie się zdrowie, zrobię coś strasznego i bliscy odwrócą się ode mnie. Zostanie tylko stary przyjaciel, lęk. Będę gruby. Będę bezzębny. Będę martwy.


Ale mam przecież czerwone buty i idę, ach idę, idę w nich sobie do knajpy.

Całość, Klick!!!

Ilustracja: Sıedykh galery

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Jesienny odlot (opowiadanie)



Zaczęło padać już w nocy, a po śniadaniu wiatr przystąpił do zrywania liści z drzew. Ciskał nimi na wszystkie strony i przylepiał do szyby okna razem z drobinami, jakie udało mu się podebrać z ziemi. Świat przypominał brudną mokrą ścierkę. Oderwałem zmęczony wzrok od okna i przeniosłem go na lśniący, kuszący szlachetnością fortepian. Otworzyłem klapę i zacząłem improwizować po białych. Wolę je od czarnych, bo są przyjemniejsze w dotyku. W końcu znudziło mi się, więc zacząłem naciskać także czarne. Wybierałem różne kombinacje, ale fortepian miał bardzo dużo klawiszy i nieograniczona możliwość wyboru zadziałała nużąco; kiedy wszystko jest możliwe, nie chce się nic. Wziąłem parasol i poszedłem sprawdzić co będę robił w szopie. Okazało się, że w szopie nie miałem nic do roboty.


Wszedłem do domu i zapytałem co robisz. Powiedziałaś że rzeźbisz kamień. Rzeźba miała już jeden z typowych dla kamieni kształtów i wyglądała jak kamień. Zapytałem kiedy skończysz, powiedziałaś że przez cały czas próbujesz skończyć. Skąd właściwie się wie, kiedy obraz jest skończony, opowiadanie zamknięte, a rzeźba gotowa? Z kranu kapało od pewnego czasu i coraz mocniej, aż woda zaczęła ciurkiem spływać do wody. Zakręciłem kran, zaległa cisza. Spojrzałaś na mnie, podeszłaś do kranu, odkręciłaś, umyłaś ręce z gliny. Skończyłaś. Twoja rzeźba do złudzenia przypominała oryginalny kamień polny. Chwilę postaliśmy i nie musiałem nic mówić, bo czułaś mój zachwyt.


Niespodziewanie wyszło słońce, a właściwie zaatakowało, z całą mocą lata. Jakby wiedziało, że to już ostatni raz kiedy może pokowboić tego roku. Do obiadu, rozpalony do białości upał pożarł kałuże i zaczął masakrować roślinność. Rozważałem czy nie wziąć z parapetu kluczyków i nie pojechać do miasta po lody. Z kuchni dobiegła woń dochodzącego obiadu, więc postanowiłem odłożyć wyprawę.


Burza przyszła znienacka i równie nagle odeszła; po prostu zabrała swoje grzmoty, drące niebo błyskawice, hulaszcze trąby, bicze wodne, inne przybory do straszenia i poszła wygrażać gdzie indziej. Wyszliśmy przed sień. Powietrze wyczerpane huraganem zatrzymało się i stało w miejscu. Liście skąpane deszczem błyszczały wszystkimi tonami zieleni. Słońce uniosło nad ziemię woń przemoczonych roślin.


Pierwsza zdjęłaś buty, a potem boso popędziliśmy przez schłodzone łąki do utraty tchu. Koło jeziora, na kukurydzianym rżysku, żurawi konwent hałaśliwie i bez skrępowania ustalał czas i trasę odlotu. Ponad toń wyskoczyła ryba, coś zaszurało w trzcinach, zaśpiewał ptak. Chmara żółtych ślimaków rozkoszowała się mokrą trawą okalającą plażę. Deski pomostu, na których usiedliśmy były ciepłe i parowały wilgocią, nad gładkie lustro wody nieśmiało wznosiły się mleczne zakola mgły. W uszach brzęczała cisza. Ogarniała nas zewsząd. Świat stanął, myśli nie przychodziły do głowy.


Na przeciwnym brzegu rozległo się ujadanie psa. Trzy krowy wpędzone do wody przez szczekającego pastucha zamarły w niej zanurzone po szyje. Pies przywarował przy człowieku, który nadszedł za nim i zapalił papierosa w lufce. Krowy odczekały aż dopali, a potem wyszły z wody. Najpierw podniósł się pies, po nim za krowami ruszył człowiek. Wkrótce zniknęli w zaroślach za zakrętem ścieżki prowadzącej do osady. Zapytałaś, czy historia o nas będzie opowieścią utkaną z tak gęstej materii, że nikt nie będzie w stanie wcisnąć w nią nawet szpilki. Powiedziałem wymijająco, że życie nie polega na wytwarzaniu wspomnień; w każdym razie nie tylko na tym ono polega. Odezwał się też ptak, ale nie wiadomo czy w tej sprawie, rozgadały się inne. Wciąż świeciło słońce, więc tęcza dostrzeżona za plecami zaczynała już blednąć.


Gdzieś daleko, w słynnym świecie Mike Tyson rozpoczynał siódmy dzień odwyku. Wytrzymał cały tydzień, czy tylko oszukiwał tak, że nikt nie był w stanie poznać czy jest na bani? Ostatecznie, co za różnica, skoro to u niego nie do odróżnienia. Mówił o tym dużo, żeby uchronić się przed posądzeniem, że nie ma nic do powiedzenia. Ale czy jutro znów zdoła zostać newsem dnia jak dzisiaj, czy jak wszystkie dzisiejsze newsy trafi jutro do kosza? Dalej świeciło słońce. Rzucało cień wielkiej brzozy na sień, która widywała nas codziennie wychodzących i wchodzących. Teraz też wchodziliśmy przez nią do domu. Ja zajrzałem jeszcze do szopy, żeby wybrać na kolację sznur kurek spośród naszyjników rozmaitych grzybów schnących u powały. Zmarudziłem dłuższą chwilę.


Podałaś przysmaki z żółtek tartych z cukrem i zmielonymi pestkami dyni. Przysmaki z tartych żółtek były zjawiskowe. Powiedziałem coś ogólniejszej natury, o tym że muzułmańscy emigranci mają w innym miejscu ulokowane uczucia wyższe i dlatego nie podają ręki kobietom przy powitaniu. Ziewnęłaś, albo tylko zamarkowałaś ziewnięcie, mi odbiło się znienacka, jedwabiście i słodko. Uśmiechnęłaś się i też solidarnie odbiłaś słodko. Zegar wybił porę ze swojej skrzyni z drewna orzechowego.


W podcieniach arkad domu pająk przetarł pysk nogogłaszczkami i rozsiadł się w mocarnej sieci wypatrując ciem lgnących do wabiącej światłem lampki nocnej. Wstałaś, zgasiłaś ostanie światło w naszym pustkowiu i zaprowadziłaś mnie do sypialni. Pająk ma wiele oczu i podobno parę z nich widzi noktowizorowo. Z punktu widzenia ciem to zły prognostyk, ale kto tam wie jak jest naprawdę? W każdym razie, zapomnieliśmy o pająku już w sekundzie, kiedy nasze ciała zetknęły się z pościelą wydrukowaną motylami w kolorowe grochy.


Z kuchni dobiegało kapanie, a potem ciurkanie; woda spływała do wody. Wstałem, dokręciłem kran. Korale kurek przewiesiłem przez oparcie krzesła, żeby lepiej przeschły na jutro. Bo jutro znów będzie jutro; co ma nie być, skoro zawsze było? Jednak bez żurawi, bo będą już w innym miejscu, daleko stąd.




Grafika: Andrzej Bobrowski

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Rysuje w Przekroju

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

22 sierpnia o 20:16





Drodzy Państwo, odkąd przeprowadziłem się do Warszawy, najregularniej bywam w Biedronce. Pod domem żadnego innego sklepu, tylko knajpa i rosyjska ambasada. Czyli właściwie, hehe, dwie knajpy.



O ile ambasada wygląda jak zamek w Westeros, to Biedra przypomina podziemny parking z regałami. Miejsca tak na styk, ale nigdy nie ma problemu, żeby dojebać na środek jeszcze cztery europalety z przecenioną salsą. Mijanka w alejce staje się wtedy doświadczeniem erotycznym.


Regularnie zdarza się, że podczas wybierania wędliny - a życie mam takie, że mi się raczej nie śpieszy - jakaś staruszka o twarzy Henryka Gołębiewskiego podcina mi wózkiem pęciny. Podcina i podcina. Myślę sobie wówczas: też kiedyś będę dziadkiem, może wtedy zrozumiem. Na warzywach nie jest łatwiej. Presja, wrogie spojrzenia, czyjaś głowa wciskająca się pod moją pachę, kiedy wybieram pomidora. Na pieczywie tak się z tego wszystkiego ostatnio zamyśliłem, że pani wyjęła mi z ręki papierową torbę na chleb. Z ręki mojej. Wzięła. Pomyślałem: może też się zamyśliła.

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O złości







Mama przypomniała mi niedawno, że ćwierć wieku temu kopałem drzwi windy bo ta nie przyjeżdżała. W dawnych latach wściekałem się zresztą na wszystko: na nieprzyjeżdżający tramwaj, na ludzi w kolejce, na faceta co za długo piwo zamawia i tak dalej. Byłem chodzącą bombą zegarową. Maszerowałem zaciskając pięści w kieszeniach i byłem gotów ruszać do walki ze światem zawsze, o wszystko.


Wściekały mnie też rzeczy grubszego kalibru, na przykład Kościół katolicki, kolejne rządy albo staruszkowie. Uważałem (może nie bez pewnej racji), iż zniszczyli nasz kraj. Dalej przychodził gniew na rzeczy subtelniejsze. Wkurwiała mnie śmierć. Przeklinałem Boga, w którego przecież nie wierzyłem ani przez moment. Wreszcie, wkurwiałem się na bezlitosny los, który skazał staruszków na samotność, nieważność, cierpienie.


Dziś wciąż złoszczę się na nieprzyjeżdżający tramwaj bądź permanentną nieobecność taksówek ale z resztą rzeczy się pogodziłem. Kościół coraz intensywniej uczestniczy w życiu społecznym, a przecież nie ma lepszej drogi do ateizmu niż częsty kontakt z klerem. Postarzałem się troszeczkę i rozumiem, że kiedyś umrę. Trudno, przecież nie zabiję się z tego powodu.


Czasem myślę sobie, że powinienem zacząć się złościć na różne rzeczy, które dzieją się w naszym pięknym kraju. Być może byłoby to nawet przyzwoite. Z przyzwoitością nigdy nie było mi po drodze. Musiałbym jednak nauczyć się złościć na te różne rzeczy.


A nauka mnie złości.


Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Lex Drewiński

Tadeusz Różewicz komentarzy: 0

rola światła



Fragment wyjęty z książki Tadeusza Różewicza "Kup kota w worku", Biuro Literackie, Wrocław 2008

Ilustracja: Korehiko Hino
Klick!!!

 

 

 

kiedy „coś” się rusza w świetle napięcie jest mniejsze niż kiedy „coś” się rusza w ciemności to „coś” może w świetle być małe ale to małe „coś” w ciemności rośnie ogromnie i przeraża nas do tego stopnia że ogarnia nas panika lecz nie możemy się ruszyć... „coś” - może to być mucha... komar... osa... jedyną radą na rozładowanie grozy jest zapalenie światła w świetle „coś” okazuje się byle czym ( str.  40)

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ty i ja (opowiadnie)



Niektóre drzewa żyją aż trzy tysiące lat. Osobiście nie udało mi się wyhodować żadnego drzewa, które żyje tak długo. Za oknem wiatr uformował kupkę z paru liści a potem ją rozwiał. Po obiedzie przestało wiać zupełnie. Wszystko działo się jak miało i nic nie wskazywało że będzie inaczej; słońce wzeszło rano na wschodzie i miało zajść wieczorem na zachodzie, jak zawsze.


Powiedziałeś mi, że musimy się rozstać. Nie zniesiesz już dłużej takiej miłości z mojej strony, nie chcesz być tak kochana, obraża cię to, że ci na wszystko pozwalam, wszystko jest dozwolone, a nawet oczekiwane i od razu zachwycające; obłęd! Chcesz mieć normalne życie, nie chcesz dłużej występować w roli mojego idealnego wyobrażenia na temat twojej osoby, tylko chcesz być tą osobą! Z wszystkimi wadami, skłonnością do przeciętności, tęsknotą do modnych ciuchów na wysokim obcasie, bywania w towarzystwie, gdzie ludzie raczą się bzdurami, i chcesz oglądać telenowele jak wszyscy normalni ludzie, więc musimy się rozstać, natychmiast.


Poszedłem do łazienki. Ogoliłem się, obciąłem paznokcie u nóg, u rąk i włosy w nosie, sprawdziłem czy nic nie wystaje z uszu. Spojrzałem na człowieka w lustrze. Uczesałem mu włosy, natarłem twarz kolońską, polukrowałem balsamem i ubrałem go koszulę na niedzielę. Wyglądał nieźle, i naprawdę trudno było się do czegoś przyczepić. Wróciliśmy do pokoju.


Siedziałaś na podłodze przed telewizorem. Usiadłem obok. Telewizor pokazywał wiadomości z prawdziwego świata. Powiedziałaś że ludzie protestują na ulicy przeciwko czemuś, albo manifestują za czymś, a nas tam nie ma! Niektórzy głodują! Nawet giną gatunki całe, na przykład niektóre motyle, a my zachowujemy się tak, jakby to się nie działo. Powiedziałem że możemy pojechać do miasta i poprotestować trochę razem z tymi co są przeciwko, albo z tymi, co są przeciwko tym, którzy są przeciwko. Nie jeść też możemy przez jakiś czas, skoro to takie ważne. Zatrzepotałaś powiekami jak człowiek niemogący złapać powietrza. Wyszedłem do szopy.


Już miałem wrócić z szopy, kiedy przez szparę w deskach zobaczyłem dwóch bydlaków. Skradali się do naszego okna. Przylgnęli plecami do ściany domu i nasłuchiwali. Potem, pozostając niewidocznymi z wewnątrz, obserwowali co dzieje się w środku. Nałożyli kominiarki na łby. Wsunąłem za pasek spodni mały półkilowy toporek, wziąłem do ręki kij obły dobrze wyoblony i wyskoczyłem. Tego, który nie zdążył uciec, związałem powrozem i zaciągnąłem nieprzytomne ciało do szopy.


Pozostał problem, jak ci o tym powiedzieć. Kiedy wszedłem do domu, dalej siedziałaś przed ekranem, a telewizor wciąż podrzucał ci nowe fabuły z prawdziwego świata. Postanowiłem poczekać na chwilę, aż świat zatrzyma się na moment i nic nie będzie się działo. Usiadłem obok.


Rysunek: Anka Cięciel

Jerzy Pilch komentarzy: 0

O umieraniu (2009 rok)