16 września 2019, poniedziałek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje, żniwa (opowiadanie)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęstego lasu metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Ptak widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Nowy felieton

Fragment:


I ja dopiero co kupiłam sobie w znanej sieci sweter, w którym po pierwszym praniu ukazała się tajemnicza, niezgodna z prawami fizyki dziura. Oburzona niosłam go do reklamacji, całą drogę powtarzając gorzkie słowa, które wykrzyczę w twarz sprzedawcy, gdy ten odmówi jej przyjęcia. Jednak mężczyzna przebrany za nastolatka nawet nie podniósł na mnie oczu; wziął sweter i rzucając go na kupę podobnych, wybrakowanych egzemplarzy, polecił mi wybrać sobie coś w tej samej cenie. Patrzyłam z niedowierzaniem. Ledwie odcięłam od niego metkę – tę pępowinę łączącą go ze światem fabrycznej nieskazitelności, a już leżał na hałdzie szmat. Od jednego do drugiego statusu dzieliły go dwa dni. I jedno pranie. „Cóż, sprzedajemy tu śmieci, ZDZIWKO?" – mówiłaby może mina sprzedawcy.


Gdyby miał jakąś minę albo w ogóle na mnie spojrzał. Z głośników dudniła muzyka taneczna. W powietrzu unosił się upojny zapach perfum. Blade manekiny miały twarze bez rysów i ręce w bezradnym obwisie; wracały właśnie z brutażu, jutro jadą na Hel na kite'a, pojutrze do Berlina na koncert Swansów. Prezentując jednorazowe ciuchy, w których możesz przebrać się za kogokolwiek; kogoś, kim najbardziej nie jesteś. A potem jak bandyta po akcji, jak złodziej po napadzie na bank tożsamości wyrzucić je do pierwszego napotkanego kosza. Szyte za ułamki centów, nie mają właściwie żadnej realnej wartości. Tej ostatniej nabierają, dopiero gdy ktoś dopisze do nich marketingową baśń, podinscenizuje ją, puści stosowną muzykę i chmurę perfum. Albo chociaż umiejętnie o nich opowie; słowami jak zaklęciami nada im cechy, których być może wcale nie posiadają. Hokus-pokus – i oto woda szytych w Bangladeszu za bezcen szmatek zamienia się w cenne wino NAJNOWSZEJ KOLEKCJI.


Całość - dwutygodnik.com, Klick!!!

Jerzy Pilch komentarzy: 0

Trzeci dziennik

16 maja 2019 roku, nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazał się najnowszy "Trzeci dziennik" Jerzego Pilcha.

Fragment pochodzi z serwisu Onet Kultura:


Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy moje serce nie było tak wezbrane nadzieją. O tym, że fraza „serce wezbrane nadzieją” (i inne tego typu frazy) była mi dotąd z gruntu obca, nawet nie wspominam. Człowiek zmienia poglądy — pisarz zmienia styl. Od tygodnia siedzę w Wiśle i borykam się z tutejszymi żywiołami: majowym zimnem, psimi szczynami i matczynym niedosłuchem. Maj, początek maja, jest zimny w całej Polsce, jednakowoż w Wiśle Parteczniku szczególnie; znam to zimno i wy także je znacie. Jak idzie o psie szczyny, to owszem, kundle — zwłaszcza ten głupszy — leją gdzie popadnie. Jak idzie o niedosłuch, to przez telefon matula słyszy dobrze, jestem do telefonicznego kontaktu przyzwyczajony, dzwonię do niej z Warszawy praktycznie codziennie; teraz, jak wreszcie możemy pogawędzić face to face, jest mniej wyraźnie. Co robić? Z piętra na piętro tele­fonować? Po aparat słuchowy jeszcze raz odważnie sięgnąć? Tu sprawa nieco się komplikuje, tu działają jakieś ponadczasowe atawizmy, być może tu nieśmiertelnego argumentu genetycznego należy użyć. Matka mojej matki głucha była jak pień, gdy umarła, znaleźliśmy w szufladzie cztery kosztowne aparaty słuchowe najnowszej (ówczesnej) generacji. Babka nie używała, bo nie pasowało. Matka nie używa, bo nie pasuje. Doskonale to rozumiem. Proteza doraźnie pomaga — stan ogólny, zwłaszcza obraz ogólny, psuje. Z różnych powodów, też z takiego, że mam w tym upodobanie — chodzę o lasce. Doraźnie mi to dobrze robi, koi sponiewierany błędnik, koi skołatane nerwy — mam, poza wszystkim, jaki taki oręż w dłoni. Doraźnie mi to dobrze robi — ale stan ogólny psuje. W wizerunku zamęt wprowadza, agresywny upływ czasu sugeruje. To ja już tak stary jestem, że laski potrzebuję? I cóż z tego, że mam model najnowszej generacji, ze srebrną główką i mechanizmem odtwarzającym Postcards from Italy Bei­rutu czy Forever Haimu? Odmłodzi mnie ten zestaw? Raczej wątpię.

Dalej, Klick!!!

Miron Białoszewski komentarzy: 0

...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Łapanie szczęścia

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Ruski gangster



Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.


No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?


A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów. Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.


Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.


Orbitowski Klick!!!