10 lipca 2020, piątek
Mateusz Wierzbowski komentarzy: 0

Dziecko Czasu

Przeczytam wam historię, którą słyszałem wiele razy przed zaśnięciem. Nie wiem, czy jest prawdziwa – opowiadały mi ją różne osoby i każda wersja była nieco inna. Ja opowiem tę, która najbardziej mi się spodobała. Zapisałem ją, słowo w słowo, wiele lat temu – krótko po tym, gdy nauczyłem się pisać.


„W dalekiej krainie ludzie wierzyli, że Czas ma długie włosy, z których wyplata całą historię świata. Z tego powodu osoby ze szczególnie bujnymi, pięknymi włosami nazywali Dziećmi Czasu. W największym mieście tej krainy żyła para, która bardzo chciała mieć dziecko. Nie udało im się to jednak, choć długo się starali. W mieście mieszkało wielu świetnych medyków, ale żaden nie był w stanie im pomóc.


Pewnego dnia znaleźli u progu swojego domu małą dziewczynkę. Potrafiła już sama chodzić, ale nie umiała mówić i choć z czasem się nauczyła, to zawsze pozostała małomówna. Nikt jej nie znał i nikt nie wiedział, skąd się wzięła. Para przygarnęła ją więc, szczęśliwa z takiej znajdy. Nie pamiętam, jak dali jej na imię, więc będę nazywała ją Długowłosą. Długowłosa miała bowiem ciemne, gęste loki, którymi wszyscy od początku się zachwycali. Wydawały się żyć własnym życiem, pełne ukrytej energii, niczym burzowa chmura, stale unosząca się nad jej obliczem. A gdy rodzice po raz pierwszy chcieli przyciąć jej włosy, przekonali się, że nie imają się ich żadne nożyce. Nawet najmocniejszy metal giął się w ich rękach, nie pozostawiając na ciemnych lokach ani śladu. Wielu ludzi z okolicy przychodziło wtedy, żeby zobaczyć taki dziw. Nazwali ją najpiękniejszym Dzieckiem Czasu i nie wiedzieli nawet, ile mają w tym racji.


Rodzice bardzo troszczyli się o swoje jedyne dziecko. Nie pozwalali dziewczynce wychodzić samej z domu, bawić się z obcymi dziećmi ani skakać z wysokich krawężników. Wprowadzili tyle zasad, że jedną z ulubionych gier Długowłosej było szukanie nowych sposobów na ich złamanie. Pewnego dnia, podczas beztroskiego łamania zakazu zabawy z ostrymi przedmiotami, dziewczynka odkryła, że jest w stanie przyciąć sobie włosy. Pod obcymi dłońmi nie oddawały ani kosmyka, ale jej samej udało się uszczknąć kawałek za pomocą dość tępego noża z kuchni. W tej samej chwili, gdy to zrobiła, przekonała się o czymś jeszcze. Oto bowiem spiżarnia, w której się schowała, zamieniła się w jej sypialnię; księżyc wisiał za oknem, choć jeszcze przed chwilą był środek dnia; Długowłosa leżała w łóżku i miała na sobie piżamę, choć jeszcze przed chwilą odświętny strój gryzł ją pod pachami. Będąc bystrym dzieckiem, potrzebowała tylko kilku eksperymentów, by przekonać się o mocy, którą miała do dyspozycji. Za każdym razem, gdy przycinała włosy, cofała się w czasie proporcjonalnie do długości uciętego kosmyka.


Długowłosa zaczęła wyruszać na długie, samotne wyprawy, najpierw po mieście, a potem nawet poza nim. Gdy chciała wrócić do domu, przycinała odpowiednio włosy i wracała do momentu tuż przed początkiem wędrówki. Następnie biegła przywitać się z rodzicami, zaskoczonymi wybuchami czułości – nie mieli przecież pojęcia, że jeszcze przed chwilą zamartwiali się i biegali po mieście w poszukiwaniu córki, która znajdowała się dalej od domu niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Widzieli, jak się zmienia, jak staje się silniejsza, odważniejsza, mądrzejsza i życzliwsza. Nie wiedzieli, jaka jest przyczyna, ale i tak byli z niej dumni.


Długowłosa poznała w czasie tych wypraw wielu ludzi i z niektórymi się zaprzyjaźniła. Spotykała się z nimi wiele razy, ale dla nich zawsze był to pierwszy raz. Z początku podobało jej się to – mogła wykorzystać wiedzę z wcześniejszych spotkań do popisów i płatania figli. W końcu jednak znudziły jej się takie wyprawy. Poznała całą okolicę i większość jej mieszkańców, przeżyła więcej przygód, niż była w stanie zliczyć, ale nikomu o żadnej nie mogła opowiedzieć. Nigdy nie zaufała nikomu na tyle, by zdradzić swój sekret.


Długowłosa zaczęła więc coraz rzadziej przycinać sobie włosy. Zaczęła być ciekawa, jak to będzie być dorosłą. Pozwoliła, by Czas płynął, by jej włosy rosły, by ona sama rosła. W końcu nadszedł dzień, gdy oświadczyła rodzicom, że chce opuścić miasto, chce wyruszyć poza granice ich spokojnej krainy i zwiedzić świat. Nie protestowali, bo musieli przyznać, przed nią i przed sobą wzajem, że ich córka jest gotowa na wyjście spod ich opieki. Wyposażyli ją najlepiej jak umieli, pobłogosławili i pożegnali.


Żadne opowieści nie mówią o tym, w jakich stronach podróżowała Długowłosa. Być może nawet trafiła kiedyś w nasze okolice. Wiadomo jednak, że była w tym czasie na tyle szczęśliwa, że prawie zapomniała o swojej mocy i bardzo rzadko jej używała. Poznawała świat dzień po dniu; poznała przyjaciół, którzy pamiętali jej imię, z którymi mogła wspominać i robić plany. Wędrowała z miejsca na miejsce przez wiele lat, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej, nim postanowiła wrócić do rodzinnego miasta i odwiedzić rodziców. Przez ten czas miała z nimi kontakt wyłącznie poprzez listy. Gdy dotarła do swojego starego domu, zobaczyła ich w progu, uśmiechniętych – i przeraziła się. Zobaczyła siwiznę na ich skroniach, zmarszczki na policzkach, zgarbione sylwetki i zmęczone oczy. Rodzice powitali ją z radością, a ona skryła swój szok w sercu. Tej samej nocy wzięła znajomy nóż z kuchni i ścięła włosy o połowę, wracając do czasów, gdy ich krok był sprężysty, a ona mieszkała razem z nimi".


W tym miejscu czasami kończy się opowieść o Długowłosej – w wiecznym dzieciństwie, utrzymywanym regularną pracą ostrza noża, z rodzicami, których nie była w stanie opuścić. W wersji, którą ja zachowałem, historia toczy się dalej.


„Mówi się jednak, że wszystko ma swój koniec, nawet Czas. Długowłosa zauważyła, że na jej głowie pojawiły się siwe odrosty – obcięte włosy nie odrastały jej już w tym samym, ciemnym kolorze. Nie przestała jednak ich przycinać, bowiem nawet we wspomnieniach nie była w stanie znieść widoku rodziców takimi, jakich ich zobaczyła po powrocie z podróży.


Rodzice szybko zauważyli, że jej włosy stopniowo tracą kolor. Myśleli, że jest chora i zabrali ją do medyka, ale nie był on w stanie w żaden sposób pomóc, a Długowłosa nie miała zamiaru zdradzać swojego sekretu. Trzymała się dzieciństwa, regularnie przycinając swoje ciemne loki i zbliżając się do granicy siwizny. Nie wiedziała, co się stanie, gdy do niej dotrze, ale domyślała się i spędziła wiele bezsennych nocy, myśląc o tej chwili. W końcu nadszedł dzień, gdy kępka siwych włosów padła na podłogę, ale poza tym nic się nie stało.


Dzięki wiedzy i doświadczeniu, życie, które Długowłosa przeżyła po raz ostatni, było na tyle szczęśliwe, na ile było to możliwe. W końcu zmarła, a po niej zmarły jej dzieci, a po nich jej wnuki. Jeśli żyją gdzieś jeszcze jej potomkowie, nic mi o tym nie wiadomo. Żaden z nich nie odziedziczył jej mocy, a przynajmniej nie mówią o nich żadne znane historie".


Co ciekawe, koleje losu sprawiły, że gdy zapisywałem to ostatnie zdanie, było ono fałszywe, ale upływ czasu sprawił, że stało się prawdziwe. Niejeden raz słuchałem historii o dzieciach Długowłosej, ale nie żyje już nikt z tych, którzy mi je opowiadali. Zapisałem kiedyś jedną z nich, ale zgubiłem gdzieś te zapiski, a pamięć nie służy mi już tak, jak kiedyś. Jedyne, co dziś można stwierdzić o potomkach Długowłosej, to że uczynili kiedyś coś godnego upamiętnienia w opowieści.



Ilustracja: Anka Cięciel

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje, żniwa (opowiadanie)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęstego lasu metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Ptak widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Nowy felieton

Fragment:


I ja dopiero co kupiłam sobie w znanej sieci sweter, w którym po pierwszym praniu ukazała się tajemnicza, niezgodna z prawami fizyki dziura. Oburzona niosłam go do reklamacji, całą drogę powtarzając gorzkie słowa, które wykrzyczę w twarz sprzedawcy, gdy ten odmówi jej przyjęcia. Jednak mężczyzna przebrany za nastolatka nawet nie podniósł na mnie oczu; wziął sweter i rzucając go na kupę podobnych, wybrakowanych egzemplarzy, polecił mi wybrać sobie coś w tej samej cenie. Patrzyłam z niedowierzaniem. Ledwie odcięłam od niego metkę – tę pępowinę łączącą go ze światem fabrycznej nieskazitelności, a już leżał na hałdzie szmat. Od jednego do drugiego statusu dzieliły go dwa dni. I jedno pranie. „Cóż, sprzedajemy tu śmieci, ZDZIWKO?" – mówiłaby może mina sprzedawcy.


Gdyby miał jakąś minę albo w ogóle na mnie spojrzał. Z głośników dudniła muzyka taneczna. W powietrzu unosił się upojny zapach perfum. Blade manekiny miały twarze bez rysów i ręce w bezradnym obwisie; wracały właśnie z brutażu, jutro jadą na Hel na kite'a, pojutrze do Berlina na koncert Swansów. Prezentując jednorazowe ciuchy, w których możesz przebrać się za kogokolwiek; kogoś, kim najbardziej nie jesteś. A potem jak bandyta po akcji, jak złodziej po napadzie na bank tożsamości wyrzucić je do pierwszego napotkanego kosza. Szyte za ułamki centów, nie mają właściwie żadnej realnej wartości. Tej ostatniej nabierają, dopiero gdy ktoś dopisze do nich marketingową baśń, podinscenizuje ją, puści stosowną muzykę i chmurę perfum. Albo chociaż umiejętnie o nich opowie; słowami jak zaklęciami nada im cechy, których być może wcale nie posiadają. Hokus-pokus – i oto woda szytych w Bangladeszu za bezcen szmatek zamienia się w cenne wino NAJNOWSZEJ KOLEKCJI.


Całość - dwutygodnik.com, Klick!!!

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Ruski gangster



Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.


No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?


A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów. Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.


Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.


Orbitowski Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA

Pańskie Chałupy - 2017/18, strona 1



Czy naprawdę wywodzimy się z kultury łacińskiej i wszyscy pochodzimy od husarii?

Otóż nie wszyscy wywodzimy się z kultury łacińskiej, i nie pochodzimy w prostej linii od husarii.

Mówią, że pierwszy człowiek na świecie miał na imię Mieszko. I przyleciał z kosmosu na meteorycie zabić dinozaury, żeby powstała ewolucja. I zaraz z małpy zrobił się Pan Twardowski, co sprzedał duszę diabłu za koguta i odleciał na księżyc. Potem Święty Mikołaj Kopernik wstrzymał słońce i ruszył ziemię, ale rad – rada nie rada – musiała wymyślić kobieta Skłodowska, i wynaleziono kartofle oraz konia z wozem; tak powstał świat czyli Polska. A przy niej powyrastały stopniowo, w miarę zapotrzebowania: Ameryka, Londyn oraz francuskie winorośle, żeby Polacy mieli dokąd za chlebem jeździć, i powstały Niemcy, żeby produkować mercedesy dla Polaków, ale u nich recesja straszliwa, więc słabo produkują i nie wszyscy w Polsce jeszcze mercedesami jeżdżą. A zaraz potem ewolucja wyłoniła Chorwację, żeby Polacy mogli mieć dokąd pojechać się wykąpać.

- Myśli pan, że Bóg jest przeciwko nam?
- Bóg nigdy nie jest przeciwko nam; on zajmuje się swoimi sprawami.

Słońce znów wzeszło rano i zajdzie wieczorem, deszcz nie pada na ludzi złych, ani na dobrych. Są dni lepsze i gorsze, dzisiaj wiatr nie hula po ulicach, auta jeżdżą elegancko w jedną stronę i w drugą też. Jedni śpieszą się tam, a inni z powrotem. Jednym i drugim śpieszy się równo i bardzo. Rzeczy błahe, jak i te wielkiej wagi, mają zwykle taki sam banalny początek. Żeby była przyszłość, musi być najpierw przeszłość. Historię produkują z dni lepszych i gorszych, ale nie jak leci, tylko według przepisu, żeby było jak należy.

-
Jeszcze nikt nic lepszego nie wymyślił niż rano się najeść, a wieczorem napić, panie Darku.

Z
awsze się znajdzie jakiś dowcipniś, któremu się wydaje, że ma coś do powiedzenia.

Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, Duchu Święty, Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże, Święta Maryjo, - módl się za nami... - papuga hrabini Wrotycz-Nawłociowej klepie Litanię Loretańską. Całą! Ale bez zrozumienia. Za to nie zna kompletnie Ojcze Nasz; widać nie jest w pełni wierząca, co najwyżej się podszywa.

- Na pewno też by nie wiedziała kiedy wstać, a kiedy klęknąć podczas mszy, panie Darku.

- A ty coś za jeden?...
- Bo co?!

- No masz jakieś imię, nazywasz się jakoś, czy jesteś nikim?!
- Ja jestem Tomek z Pańskich Chałup, panie Darku.

- Masz kobietę nieletnią i trójkę dzieci...
- Ten Tomek właśnie jestem.

- I jesteś patriotą?
- A jak!...

-A skąd się biorą patrioci? Powiedz mi tu zaraz!
- Z Pańskich Chałup?... Ja jestem z Pańskich.

- I z czym przychodzisz, Tomek?
- Zwyczajnie, po ludzku przychodzę.

- No, jak po ludzku, to sobie usiądź tam wygodnie, nalej, zapal, odsapnij i udawaj, że cię tu w ogóle nie ma.
- W tej chwiluni, panie Darku.

Człowiek z natury jest dobry. Dla samego siebie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania, każdego dnia. Spośród wszystkich na świecie najbardziej lubi siebie. Przyozdabia się w krawaty nadające mu zwodniczy szacowny wygląd. I wtedy z wyglądu się składa i z wody, a nawet jak nie tylko z wyglądu samego, to zawsze jakoś przecież wygląda.

- Człowiek się z wyglądu składa? I z wody? Nie rozumiem za bardzo.
- Nie twoja wina, cycu.


- Wciąż nie udaje mi się zrozumieć, a bym chciał.
- Nie przejmuj się, tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje.


Nie jestem jeszcze stary, a piszę już książkę o ludziach. Pyszałkowaty – powie ktoś, i będzie miał rację.
I wszyscy się tym bardzo przejmują, chociaż nikomu nie mówiłem o tym pisaniu. Po prostu wszyscy wszystko wiedzą, a jak nie wszystko, to i tak swoje wiedzą. Dzisiaj ludzie przejmują się wyłącznie tym, co inni o nich powiedzą, więc lepiej na mnie uważać, naprawdę. Mam pięćdziesiąt lat i nie osiągnąłem niczego, więc nie mam nic do stracenia i mogę odważyć się na wszystko, bez obawy, że stracę cokolwiek z tego, czego nie mam.

- A czemu pan pisze, panie Darku?
- Bo nic innego nie mogę już robić.

- A czemu nic pan innego nie może robić?
- Bo piszę.

- A kogoś w ogóle interesuje to pisanie, ktoś się przejmuje tym, co się o nim mówi?
- Ludzie przejmują się wyłącznie tym, co powiedzą o nich inni; nic więcej ich nie interesuje.


- Chyba, że tak.
- I trzeba im powtórzyć dwa albo pięć razy, żeby zrozumieli, że mówi się do nich, a potem jeszcze raz, żeby zrozumieli co się do nich mówi.


- A dlaczego pan, panie Darku, niektóre zdania zaczyna od dużej litery a inne nie?
- Bo umiem.


Zdyscyplinowane słońce znów wstaje wcześniej ode mnie. Gdy otwieram oczy, ono już panoszy się po całym pokoju.
Nieustępliwie. Z ulicy dobiega rumor śmieciary, jazgot motorynek wiozących dzieci do szkoły po jedynki, rozlega się kwik świń transportowanych ciężarówą na rzeź - znak, że miasto już się rozbudziło. Czas i na mnie.

Idę po chleb.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA

Pańskie Chałupy - 2017/18, strona 116

Znowu deszcz. Pada na wesołych i na smutnych, na panny, żony, rozwódki i na wdowy, na porzuconych i porzucających, pomiatanych i pomiatających, na odważnych i na tchórzy. Na palących i na niepalących też oraz na poważnych i niepoważnych tak samo pada. Z wszystkich czyniąc zmokłe kury, upodabniając tak, że nie sposób rozróżnić kto dobry, a który mniej. Pies podąża za swoim panem nieomylnie, choć pan jak wszyscy - mokry niczym ścierka do podłogi. Ja, to ja, bo mój pies mnie rozpoznaje, myśli pan. Taksówki mają duże branie, żadna nie stoi na postoju, chociaż stoi tam wielu i czeka. Ktoś otwiera parasol, ale zaraz zamyka wstydliwie, bo drut złamany przebił czaszę i zwisa niechlujnie, ściągając wścibskie spojrzenia doszukujące się niedoskonałości u posiadacza parasola, którą ten pragnie ukryć. Z dawna nieopróżniany, pełny kosz przelewa się na chodnik kipiąc zupą śmieciową. Przechodzi obok wielu, cały przekrój, i każdy tak samo pośpiesznie odwraca wzrok, zohydzony widokiem zupy zalewającej chodnik. Zaskoczeni ulewą zamożni i bezdomni stoją stłoczeni pod wiatą tramwajową. Deszcz przestanie padać za kwadrans. Dopiero za kwadrans wszyscy wrócą na swoje wypracowane z trudem miejsce.


Mieciu i Karolinka też stoją, ale Mieciu pod wiatą w mieście Wrocław, a Karolinka w mieście Poznań pod wiatą stoi. A miasta te są odległe o 140 kilometrów. W dodatku Karolinka w samo południe stoi wśród innych stłoczonych pod wiatą w celu ochrony przed ulewą, a Mieciu stoi o siedemnastej godzinie dopiero, gdy deszcz do jego miasta dociera. Więc choć oboje stoją pod wiatą schronieni przed deszczem z tej samej ulewy, to nie mogą oni stać razem. Zresztą Karolinka już nie stoi, bo śpiesznym krokiem drobi do foniatry w mieście Poznań, więc tym bardziej z Mieciem stać razem nie może.


- Ale dlaczego ona do foniatry idzie? Zamisat na konika?
- Bo ma uszy gamoniu.


A gdy Mieciu pod wiatą staje, to Karolinka już na stacji z pociągu wysiada w naszym mieście, w którym świeci słońce. Bo zajdzie dopiero wieczorem, a jutro rano znów wstanie przed wszystkimi. I nastanie dzień, ostatni dla papugi.



Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas...
- tyle zdoła zaskrzeczeć tego dnia gadająca papuga i zdechnie, prawdopodobnie na grypę szalejącą wśród ptasiej braci, choć równie prawdopodobnie może się ona udławić za karę, bo żarła podczas gadania, w dodatku raptownie, opuszczając świętokradczo całe święte zwroty. Ale hrabini Wrotycz-Nawłociowa nie pozostaje w żałobie po papudze; prawdę mówiąc nigdy jej nie zdołała polubić. Kupuje od Cygana małego psa, szczeniaka. Mały pies jest większy od innych małych psów. A nawet większy od wszystkich dużych psów na osiedlu. Chciałby spać przez cały dzień na kanapie, ale hrabini nie pozwala, bo mógłby odkryć, że jest typem kanapowca, który wstaje na pół godzinki, wypada gdzieś nie wiadomo dokąd, a potem prędziutko powraca z czyjąś ręką lub nogą. Pies ma na imię Paszcza i w pełni na nie zasługuje.
Hrabini zachęca pasa do spaceru, chociaż deszcz.
- Pada – mówi hrabini do małego psa. - Ale przemkniemy pomiędzy kroplami.
A on jej wierzy. I przemykają.

Rys. Andrzej Bobrowski

Janek Koza komentarzy: 0

Rysuje

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18, strona 75



Na świecie żyło już 90 miliardów ludzi. Wielu, bo aż 7 miliardów wciąż żyje, a wśród nich Mike Tyson, który chełpi się tym, że jak zechce to może spuścić lanie każdemu. Z kolei Elvis Presley ma 754 sobowtórów, Lenin miał trzydziestu, Putin ma dwunastu, w tym czterech certyfikowanych, zaufanych, a burmistrza sobowtór się tylko jeden pojawił i zaledwie na chwilę, przejazdem. Jakie to smutne... westchnie któryś.


I to ma świadczyć o małomiasteczkowej pozycji naszego miasta nad rzeką, która dla geografów nawet rzeką nie jest, tylko kanałem? Dajcie spokój! W samym tylko ostatnim roku, mieliśmy czterech topielców w tej rzecze, co jest niby tylko kanałem, a ile będzie w tym roku?!... Może w londyńskiej Tamizie więcej topielców? Albo w Tybrze włoskim, co?! Nie rozśmieszajcie, proszę. To miasto ma naprawdę spory potencjał, dużą przyszłość przed sobą; przez skromność nie wspominam o piątym topielcu w stawie, bo mamy też stawy świetne do topienia się.


- To Putin ma tylko czterech sobowtórów?

- Czterech certyfikowanych.


- Tak mało?

- Bo raz po raz któremuś odjebuje i po zagraniu roli tak się wczuwa, przyzwyczaja, że mu żal wracać do magazynu i muszą go odstrzelić.


- Tak, czy siak, nasz burmistrz lichutko: jeden tylko, a i tak pojechał w pizdu...

- Miast utyskiwać, skocz mi lepiej po fajki zaraz!


- Znowu?... A po te niebieskie, co zawsze?

- Błękitne cycu!


Stefania kupiła już dwa rożki i do Ludmiły się śpieszy, zawiesza właśnie w swoim kiosku „Zaraz wracam", a tu akurat ktoś po papierosy, więc odwiesza „Zaraz wracam", obsługuje bez mrugnięcia okiem kulturalnie, nawet zapalniczkę poleca, a może tabletki na bóle przeziębienia, gazetkę kolorową dla kobiet myślących żonie może, i czym może jeszcze służyć? Na szczęście nie ma już klient życzeń innych, więc prędziutko po tabliczkę sięga pod ladą ukrytą i „Zaraz wracam" zawiesza pośpiesznie, ale nie udaje jej się, bo znowu ktoś po papieroski! To chyba nie jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu, konstatuje w myślach Stefania.


W lesie, jak w lesie: nie widać daleko, ale też i z daleka nie widać, więc się niektórym wydaje, że mogą robić co chcą. Pan Zakrzewski zsiada właśnie z roweru, opiera go o sosnę i rusza do świerkowego zagajnika wykonać mikcję i defekację, czyli siku, kupę. Rozchyla gałęzie, a tam z konara dębu powróz zwisa, pod nim zawstydzony pan Hojan stoi, komletnie zaskoczony pojawieniem się intruza. Okręca się na pięcie pan Zakrzewski i taktownie wycofuje w pośpiechu, bo czuje, że tu w jakiejś poważniejszej sprawie prywatnej przeszkodził. Spróbuje zdefekować dalej, w bardziej sprzyjającym miejscu.


- A nie mógł ten Hojan pójść się lepiej utopić? Zgodnie z tradycją naszego miasta?

- No poszedł, jak go tak brutalnie z wieszania przepłoszono.


- A w stawie, czy w rzece? Bo kulturalniej w rzece, co płynie a topielec razem z nią.

- Niestety w stawie.


- Niektórym to już naprawdę wszystko jedno.


Rysunek: Andrzej Bobrowski