16 sierpnia 2018, czwartek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Transmisja na żywo... przerwana

opowiadanie

Na zdjęciu: ekologiczna zabawka dla dzieci


Nowa policja złapała, ujęła, lub zatrzymała mężczyznę w jednej z gmin.


W tej chwili obecnej policjanci wykonują czynności, więc oczywiście nie wiedzą jeszcze jaki konkretny zarzut postawią mężczyźnie, bo skąd mają wiedzieć, jak nie wiedzą co zbroił?


Ale na miejsce udaje się już prokurator, czarną karocą służbową mknie, zaprzeżoną w 320 koni rasy bmw. A na siedzeniu obok, zapieczętowana walizka z zarzutami do wyboru. Już za chwilę kule z zarzutami zostną wrzucone do bębna maszyny losującej i w obecności specjalnie powołanej komisji rozpocznie się losowanie.


W tej chwili obecnej przekazujemy wiadomość, jaką udało nam się uzyskać od naszego specjalnego wysłannika. Otóż, w czasie czynności wykonywanych przez policję, zdołano ustalić z wysokim prawdopodobieństwem, że mężczyzna nie został złapany, ani ujęty, jak pierwotnie można było przypuszczać, ale zatrzymany, choć jak ujawnia nadkomisarz do spraw kontaktów z mediami – na tym etapie śledztwa nie można jeszcze wykluczać innych możliwości, których dla dobra śledztwa nie może ujawnić. Podsumowując: mężczyzna, najprawdopodobiej – zatrzymany, oczekuje na wynik losowania, przy czym maszyna losująca wybierze demokratycznie sześć zarzutów wstępnych, spośród których prokurator, pod nadzorem komisji losującej, obiektywnie wyciągnie losowo jeden ostateczny.


Mamy połączenie z naszym specjalnym jakby wysłannikiem, halo wóz transmisyjny, halo Mariusz! Halo! Słyszymy się?!


- Tak. Proszę państwa, właśnie sprawdzane są jakby pieczęcie zabezpieczające pojemnik, i... cóż za emocje proszę państwa, zarzuty lądują w bębnie maszyny losującej! Maszyna poszła w ruch! Jaki los wylosuje dla zatrzymanego? Proszę państwa, sekundy zaledwie dzielą nas od poznania, czy mamy do czynienia z drobnym złodziejaszkiem, sadystycznym mordercą, innym łahudrą, a może z groźnym terrorystą lub nawet z zamachowcem stanu czy – przepraszam jakby za wyrażenie – zdrajcą, bo i taką ewntualność musimy brać pod uwagę, gdyż ponieważ w chwili obecnej nic jeszcze o tym zatrzymanym mężczyźnie nie wiemy. Co za emocje! Wszystko może się jeszcze zdarzyć, bęben maszyny losującej jest okrągły, a wszystkie możliwe zarzuty są w tej chwili w grze. Dosłownie sekundy dzielą nas od uzyskania odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytanie: kim jest mężczyzna?! Teraz jeszcze nie wie tego nikt, nawet on sam, ale zaraz, dosłownie za sekund kilka będzie jasne, kogo zatrzymała dzielna policja. Po krótkiej przerwie powracamy na antenę. Zostańcie z nami.


W bloku reklamowym same promocje zdrowia, szczęścia oraz innej pomyślności za naprawdę niewielkie pieniądze, a więc dla każdego. W dodatku to co lubimy najbardziej - można zbierać punkty, które dają się wymieniać na inne punkty, a nawet łączyć z zupełnie innymi punktami, dającymi się wymieniać na jeszcze inne punkty; naprawdę jest w czym wybierać i nie można narzekać, bo zwyczajnie nie wypada.


A na miejscu, w gminie, rzeczy biegną dalej, choć swobodniej, bo blok reklamowy je przykrywa, więc można mniej służbowo, a więcej po ludzku.


- Zapal sobie sobie jeszcze ostatniego – proponuje munudrowy aspirant zatrzymanu.

- Doceniam grzeczność i dziękuję, ale nie palę, niestety.


- No masz!... To se chociaż zadzwoń ten ostatni jeden raz – aspirant podaje zatrzymanemu jego zarekwirowany wcześniej telefon. - Dzwoń gdzie chcesz, nawet do Pana Boga se dzwoń ha, ha, ha. Ale minutę tylko, potem koniec. Bo wracamy na wizję i rozumiesz...

- A zadzwonić mogę, nawet chętnie – zatrzymany bierze swój telefon od rozbawionego aspiranta i wybiera numer.


Mówi dwa zdania, po czym oddaje telefon do posłuchania uśmiechniętemu aspirantowi. Ten przykłada kawałek plastiku do ucha i uśmiech zamiera na jego twarzy, ustępując wyrazowi najwyższego skupienia. Rozdeptuje zaczętego dopiero co papierosa, salutuje i staje na baczność, po czym krokiem defiladowym rusza do dowódcy akcji i przekazuje mu komórkę. Dowódca przykłada mały kawałek plastiku do ucha, po czym natychmiast rusza defiladowym do samego prokuratora, który akurat zajęty jest prawieniem dyrdymałów fajnej protokulantce komisji, więc piorunuje wzrokiem dowódcę, jednak widząc jego determinację, decyduje się przerwać na chwilę zaloty i manifestując mową ciała niezadowolenie pod tytułem: masz u mnie przejebane, cycu rybi, bierze od dowódcy policji telefon, przykłada do ucha i... prokurator kamienieje. Życie odpływa z jego twarzy. Pod wpływem paru słów wypowiadanych przez maleńki głośnik z kawałka plastiku ważącego mniej niż sto gramów. A potem, właściwie natychmiast, energicznym głosem uzbrojonym jeszcze w służbowy autrytet wydaje polecenia.


Pierwszy znika z pola widzenia prokurator, czarną karocą zaprzeżoną w 320 koni czystej rasy bmw, za nim komisja z protokulantką znika pośpiesznie, a goni ich już rój radiowozów policyjnych spierdalających z pola widzenia na sygnale.


Pozostaje tylko nic niewiedzący jeszcze, zdezorientowany wóz reporterski ze skołowanym Mariuszem reporterem oraz zatrzymany, o którym już się nic nie dowiemy, bo odgórnie nie wolno. Dlatego, gdy skończy się blok reklamujący punkty, które tak lubimy zbierać i  wymieniać na inne, jeszcze fajniejsze punkty dla zdrowia, szczęścia oraz innej pomyślności, na ekranie zobaczymy już Marylę Rodowicz, która jest najlepsza na wszystkie okazje, gdy ją się ładnie poprosi.

Miron Białoszewski komentarzy: 0

...

Gurbuz Dogan Eksioglu komentarzy: 0

Przerwa w pracy - za gorąco!!!

Jerzy Pilch komentarzy: 0

W Radio Książki, 3 lipca

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje. Żniwa (opowiadanie 2016)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęsto rosnących, metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Drapieżnik widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

8 stycznia 2018



(...) Między blokami – tymi nowoczesnymi i tymi z lat siedemdziesiątych – można wypatrzeć trochę starych domów, głównie przedwojennych wilii. Tak się składa, że jedna znajduje się na mojej ulicy. To jednopiętrowy domek w zabiedzonym ogródku. W tym ogródku stoi sąsiad i patrzy na psa.


Sąsiad ma może siedemdziesiątkę, nosi flanelową koszulę i workowate spodnie podciągnięte pod splot słoneczny. Krzyżuje ramiona na piersiach jakby chciał połamać sobie żebra. Ma haczykowaty nos i nastroszone brwi. Jego twarz mogłaby należeć do zbrodniarza wojennego, wyciągniętego z jakiejś mysiej dziury w La Paz czy też Buenos Aires.


Stoi i patrzy na psa. Ani drgnie. Jego brwi przypominają szron na patyku. Oczy pod nimi też są chłodne.


Przypuszczalnie mieszka tutaj od dziecka, może nawet urodził się w tym domu, ewentualnie dostał go za jakieś zasługi w młodości. Dawno temu miał dom wśród zieleni. Widział, jak budują tutaj czteropiętrowe bloki, jak podciągają linię autobusową, a spokojną wcześniej ulicą zaczęły śmigać syrenki, zaporożce i fiaciki. Pewno myślał, że na tym się skończy, ale nagle, na początku jego starości pobudowali te apartamentowce, syrenki, zaporożce i fiaciki zmieniły się w ople, passaty oraz fordy, przy czym jest ich jeszcze więcej.


Sąsiad jest bezsilny. Wszystko co ma, to swój upór i złość. Stoi i patrzy na psa, nie dlatego, że go kocha, ale żeby nie patrzeć na apartamentowce, na to wszystko, co zdarzyło się wokół niego przez ostatnie pół wieku, od czasów, gdy był młody i mieszkał w cichej willowej dzielnicy na obrzeżach miasta.



Całość, Klick!!!    

Fot. Witold Stasiewski

Max Frisch komentarzy: 0

Ingeborg Bachmann według Maxa Frischa