19 października 2018, piątek
Kacper Zamarło & Company komentarzy: 0

Casting

Natalia Brożyńska komentarzy: 0

Drżące trąby (2010)

Avanti komentarzy: 0

Szczepan i Irenka

Claudia Rogge komentarzy: 0

Aktywność sposobem przeciwdziałania wypoczynkowi!

Szczepan Twardoch komentarzy: 0

Poleca

Mój przyjaciel ma piękne i dobre serce i dlatego pisze takie piękne i dobre rzeczy. Cieszcie się, że Wam to daje i bądźcie mu wdzięczni.



Łukasz Orbitowski: Cztery dni w Trójmieście



Końcówkę lata spędzamy w Gdyni. To moje ulubione miasto w zatoce. Gdańsk jest za duży. Sopot ma Monciak. Monciak czyni piękny Sopot miastem nie do zniesienia. Tymczasem Gdynia, ze swoim bogactwem życia i krótką historią jawi się miejscem stworzonym specjalnie dla mnie. Pojawiłem się na świecie jak ona, bez żadnej uprzedniej historii.


Przez cztery dni spacerowaliśmy po plaży, stanowczo za długo leżeliśmy w hotelu i jedliśmy mnóstwo dobrego jedzenia. Zazwyczaj nie robię żadnych z tych rzeczy. W Krakowie mamy tylko brudną Wisłę. Nie wyleguję się w łóżku, a w konieczności spożywania posiłków widzę konieczność zdolną zniszczyć każdy, najlepszy nawet dzień. A jednak jadłem, leżałem. Kupiłem sobie winyl z muzyką z filmu „Szczęki". W końcu to morska historia.


Patrzyliśmy na morze, na ten szary placek zatoki, światła stoczni, masywne frachtowce i meduzy kołyszące się przy brzegu. Przypomniałem sobie, jak byłem nad morzem po raz pierwszy z moim wujkiem. Kamienie rozrywały delikatne ciała meduz wyrzuconych na brzeg. Nie mogłem się z tym pogodzić i zanosiłem te meduzy z powrotem do wody, a potem z wujkiem skakaliśmy na fale. Nie uratowaliśmy wszystkich meduz. Wujek zmarł rok temu. Niczego, nikogo nie ocalimy.


A może jednak? Siedziałem z dwojgiem ludzi, którzy uratowali siedmioletniego chłopczyka. Nieważne kto. Nieważne w jaki sposób. Ważne, że od małego życia oddalono nieszczęście, co nie musiało się stać, a jednak się wydarzyło. Żadne słowa nie oddadzą mojego podziwu dla tych dwojga. Dzień później popiliśmy z moim starym przyjacielem. Chłop miał ciekawe, trudne życie, które większości ludzi odebrałoby radość i nadzieję. Nie on. Otwiera knajpę w Trójmieście, ma nową dziewczynę, wiedzie intensywne życie nocne, ma jasne oczy i nieustannie się śmieje. Zapytałem go, czy jego zdaniem ponad tym światem jest Bóg, zaświat, cokolwiek, co nada nam sens i nadzieję. Zaprzeczył, śmiejąc się. Objął nas oboje i poszliśmy napić się wódki.


I myślę sobie, że tak właśnie jest na tym smutnym świecie, że to wszystko czym żyjemy, co nas buduje i rzuca w przyszłość zawiera się jakoś w tej pustce po Bogu, w jamie gdzie są statki, meduzy przy brzegu, uratowany chłopiec i lęk dławiący przed świtem.



Klick!!!

 


Ludwik Cichy komentarzy: 0

Z życia myszy (bajka)




Na drogę wyszła mysz, z tobołkiem przerzuconym przez ramię na plecy.

Zatrzymała się w cieniu liścia łopianu, zdjęła okulary, przetarła, nałożyła z powrotem, rozejrzała się: z jednej strony był nieznany świat i z dugiej strony był świat, którego nie znała.


Całe swoje życie mysz spędziła na dziesięciu metrach – skrawku pola, jakie miała teraz za plecami. Pole było ogromne. Rozciągało się od jednej linii horyzontu do drugiej i od lasu, którego nigdy nie widziała, do strumienia, którego też nie widziała. Mysz urodziła się na środku tego pola, a kiedy podrosła, opuściła swój dom w płytkiej norze pod kamieniem i przeszła kilka metrów, by wykopać swoją norę i urządzić w niej własny dom.


Do nowego domu myszy prowadziły trzy podziemne tunele, którymi mogla wejść lub uciec, gdyby zaatakował drapieżnik. Kiedy urządzała swoje mieszkanie, człowiek, do którego należało wielkie pole, dawno już obsiał je zbożem – wyglądało wtedy jak trawa sięgająca do kostek. Wkrótce podrosło do wysokości kolan i mysz mogła poruszać się w nim bezpiecznie, niewidoczna dla myszołowa patrolującego pole z góry. Potem zboże wyrosło jeszcze bardziej i sięgało człowiekowi do pasa, a na końcu każdego źdźbła pojawił się kłos z ziarnem.


Z pozycji myszy zboże stało się wielką, przyjemnie zacienioną dżunglą wysokich drzew, z pysznymi owocami na wierzchołkach. Raz po raz wiatr poruszał drzewami i strząsał z nich owoce, a wtedy ziarna opadały na ziemię. Mysz wydeptała ulice i ścieżki do miejsc, gdzie ziaren spadało najwięcej. Czasami zapuszczała się tak daleko, że natrafiała na ścieżki wydeptane przez inne myszy; wtedy cofała się, by nie wchodzić na teren należący do kogoś innego. Inne myszy też nie zapuszczały się na jej teren, więc mysz wiodła spokojne życie na swoich dziesięciu metrach w dżungli chroniącej przed spiekotą lata i przed myszołowem, który już nawet zapomniał o jej istnieniu.


Pewnego dnia do mieszkania myszy przybył mysi kawaler, ale jej nie było akurat w domu. Odszedł rozczarowany i obrażony tak, że nie zostawił dla niej listu, a może zwyczajnie nie umiał pisać, taki to był kawaler.


Ziaren przybywało z każdym dniem i były coraz smaczniejsze. Mysz zaczęła je gromadzić w spiżarni w swojej norze i w jeszcze jednej, wykopanej w pobliżu. Czasami padał deszcz i powstawały małe kałuże, w których można się było porządnie umyć. Wody do picia dostarczała poranna rosa.

Z czasem mysz postarzała się i musiała nosić okulary. Coraz rzadziej wychodziła z nory. Przesiadywała w swoim domu i albo spała, albo rozmyślała; najczęściej o tym, czy istnieje jakiś inny świat niż zboże, i czy jest tam jakieś życie? Ziarna spadały teraz na ziemię wszędzie, zdarzało się że wprost do mysiej nory.


Pewnego dnia mysz obudziło trzęsienie ziemi. Ściany nory drżały a z sufitu odpadały grudy ziemi. Mysz schowała się pod fotelem i zakryła głowę poduszką, ale i tak do uszu dochodził rozdzierający rumor kombajnu sunącego po powierzchni pola. A potem trzęsienie ziemi ustało i zapadła cisza. Mysz ostrożnie wysunęła z nory węszący zagrożenie nos, później uszy, a w końcu całą głowę. Nie rozumiała tego, co zobaczyła.


To, co jeszcze przed chwilą było wielką, wysoką, zacienioną, dającą schronienie i ziano dżunglą, teraz stało się płaską patelnią, przypiekaną przez palące słońce. Świat myszy zniknął. Przestał istnieć, z minuty na minutę.


Mysz wyszła z nory i zaczęłą krążyć wokół domu, nie mogąc wciąż uwierzyć w to co się stało. Nagle dostrzegła cień sunący po szczecinie skoszonego pola. Zdążyła wskoczyć do nory w ostatniej sekundzie; myszołów zamisat myszy porwał w szpony kawał ziemi, który był sufitem jej mieszkania.


Nie miała już domu, jej bezpieczny świat przestał istnieć. Mysz spakowała tobołek, poczekała w jednym z tuneli do zmroku i pod osłoną nocy wyruszyła na poszukiwania nowego miejsca, w którym mogłaby znów normalnie żyć. Rano dotarła do drogi. Słońce zaczynało już przypiekać, dlatego schroniła się po liściem łopianu. Długo rozważała, czy powinna iść drogą w lewo, czy lepiej w prawo. Z jednej strony czekał nieznany świat i z dugiej strony też był świat, którego nie znała. Na dodatek słońce zasłoniły ciężkie chmury i rozpoczęła się ulewa. Ciemniejące niebo przecięła pierwsza błyskawica i rozpętała się gwałtowna letnia burza. Nieszczęścia chodzą parami, pomyślała mysz skulona pod parasolem z liścia łopianu.


A kiedy tak padało i padało, mysz pomyślała, że strugi deszczu zmoczą także myszołowa! Uczepiła się tej myśli i już jej nie puściła. Całą nadzieją myszy i jedyną szansą było teraz to, że ulewa przemoczy pióra myszołowa tak, że nie będzie mógł polować przez cały dzień, a nawet dwa.


Kiedy burza pognała straszyć w inne miejsce daleko stąd, i zabrała ze sobą swoje bicze wodne, błyskawice, wycia wichru, ciemne chmury, inne strachy, mysz zarzuciła tobołek na ramię i odważnie wyruszyła. Nie poszła ani w lewo, ani w prawo – pobiegła wprost przed siebie, przez drogę i zniknęła w zaroślach.


Czy jej się uda? Przecież teraz wszystko może się zdarzyć. Ale skoro zdarzyć może się wszystko, to może się zdarzyć też dużo dobrego, bo dlaczego nie, skoro może wydarzyć się wszystko.

Sławomir Mrożek komentarzy: 0

Nuda, nic się nie dzieje, czas na Mrożka