21 września 2018, piątek
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

SUMMER MONSTERS






Do tramwaju wsiada Sowa z ubłoconymi farbą pazurami. Drukuje kolorowy szlaczek tropu do miejsca, w którym zasiada. Ale kulturalny pan, poeta w średnim wieku, udaje, że tego nie zauważa, taki jest kulturalny. Za to pani w koralach na wielkim starym biuście nie jest już tak kulturalna i gapi się bezceremonialnie na ptaszysko.


Wsiadają dwa nieudane życia. Ona 155 klio, on 180. Ledwo się mieszczą w swoich skórach, prawie pękają w szwach, rozłażą, ale wsiadają. Ktoś tam pomaga, popycha z tyłu, ktoś z wnętrza wciąga. Poeta w średnim wieku wciąż udaje nieobecnego, by nie narazić się na posądzenie o zainteresowanie karykaturalnym, prostackim nadmiarem, taki jest kulturalny. Za to pani w koralach na wielkim starym biuście zauważa, obserwuje bez zażenowania. Na świecie jest wszystkiego za dużo, miałaby ochotę powiedzieć do kogoś, ale nie ma do kogo, więc zapomina, co miała ochotę powiedzieć.

Wsiada pijak. Elegancki, ale widać, że pijany. Czemu ja się w ogóle nie czuję pijany? Bo tak się upiłem chyba. Uśmiecha się do siebie.

- Tak się upiłem, że się w ogóle nie czuję pijany – objawia głośno, ale nikt go nie słucha: poeta w średnim wieku skupiony jest na kulturalnym udawaniu, że go tu w ogóle nie ma, zasapani, chorobliwie otyli nie są w stanie zainteresować się czymkolwiek poza utrzymaniem ciał w napiętej skórze, pani w koralach na wielkim starym biuście dosyć się już w życiu nasłuchała pijaków, by zwracać uwagę na to co mówią, a Sowy to nie interesuje, bo jest środek dnia, więc trochę przysypia. Zresztą, to ona miała być centum zainteresowania.

Wsiada człowiek z flagą, hasłem, naładowany gotowością do działania; w walce o dobro jest gotów połamać ludziom nogi; uważa za oczywiste, że wszyscy chcą tego co on. Nie tyle psychicznie chory, co psychicznie patriotyczny. Nie mogąc znieść obojętności, natychmiast wysiada.

Wsiada strach na wróble, mocno już wysłużony. Robi, co może, ale może niewiele, a i tak odechciewa mu się czegokolwiek, bo widzi, że nikomu nie chce się go bać, i nie ma żadnych szans na zmianę tego stanu. Zrezygnowany flaczeje, zapadając się w foteliku dla inwalidy i matki z dzieckiem.

Sowa budzi się, obraca głowę dookoła głowy. Ocenia, że nie zrobi tu kariery gwiazdy. Wysiada. Zwyczajnie, pokracznie, drobiąc rozkołysanym sowim krokiem, nie starając się nawet wyglądać na kogoś innego niż jest. Jeszcze ostatni krok po tramwajowych schodkach i jest na chodniku. Wyjmuje różowy smartfon, żeby poobcować z prawdziwym życiem na fejsbuku.

Spada gazeta, ale przeczytana. Więc już tylko w sam raz do mycia szyby w kuchni, albo żeby zawinąć śledzia na w śmietanie z cebulą i kartoflami w mundurkach. Prosto na Sowę ta gazeta opada akurat i otula ją jak prześcieradło ducha. Aż tak bardzo nie przeszkadza Sowie, bo fejsbuk na smartfonie jest podświetlany.

Stara kobieta (po i przed przejściami) łapie gazetę oburącz, wkłada do torby szybko, złodziejsko pewnie, pierwsza przed innymi, razem z Sową. Mniejsza o ten smartfon młodzieżowy, bo na co, i o tego szczura pierzastego, bo piątek bezmięsny, ale za to gazeta!... W sam raz na doszlifowanie okna.

A umyć trza, bo ma iść ulicą orszak w niedzielę z parafii ze świętym obrazem, więc jak nie umyć.

Od tej pory ślad po Sowie się urywa.


Rysunek: Sonia Ginelli,
Klick!!!

Paweł Sito komentarzy: 0

Dylan literacki

Redakcja komentarzy: 0

Powiało jesienią

Design iLike komentarzy: 0

Czerwony parasol

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Lew pogapił się

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Król Jego Wysokość











Król Jego Wysokość przechadza się.

W pozie tak wytrenowanej, by wyglądała na naturalną. Ręce z tyłu, broda na wysokości, twarz niewzruszona jakimkolwiek wyrazem.


Za nim, dyskretnie, pisarz-sekretarz. Polujący na każde słowo, pomruk, chrząknięcie Jego Wysokości, by utrwalić je dla potomności.

 

- Co zapisałeś? – pyta znienacka Król Jego Wysokość.
Co zapisałeś? Panie – posłusznie odczytuje pisarz.

- Panie, to są u fryzjera – uśmiecha się Król Jego Wysokość, uruchamiając chór śmiechu czujnych dworzan wysokich rangą na tyle, by dostąpić łaski znajdowania się w pobliżu.

Na niektórych roześmianych dworzan Król Jego Wysokość spogląda łaskawie, a na innych nie spogląda wcale. Na przykład swoją pierwszą ministrę zaszczyca spojrzeniem, a swojego pierwszego ministra nie dostrzega zupełnie. Co powoduje, że dworzanie skupieni wokół pierwszego ministra natychmiast przemieszczają się, wtapiając w otoczenie pierwszej ministry.


Król Jego Wysokość unosi nogę, by wykonać krok, gdy kawałek ziemi, na którym zamierza ją postawić porusza się i usypuje w niewielki kopczyk. A z kopczyka wynurza się kret.

 

- Oooł... Szczur! - zachwyca się Król Jego Wysokość. - Popatrzcie tylko, prawdziwy szczur. To dobry znak dla Nas.

- Szczur! Szczur! Prawdziwy szczur! - szmer solidarnego zachwytu przebiega przez szeregi dworzan.

- To kret, Wasza Wysokość – ośmiela się zwrócić uwagę na pomyłkę pisarz-sekretarz. Jest jedynym, który potrafi odróżnić kreta od szczura?

Łooo... uuu... - buczy chór dworzan, ale milknie zaraz, bo Król Jego Wysokość marszczy czoło.

- Twierdzisz, że kłamię? - Jego Wysokość nawet nie patrzy na nieszczęśnika, ale wiadomo, że mówi do niego. - I, że mylą się wszyscy moi dworzanie, których obdarzyłem osobistym zaufaniem?

Ja tylko... Wasza Wysokość, ja tylko...

- Co tylko?! - Król Jego Wysokość wciąż nie patrzy na coraz bardziej skuloną postać. - No miejże godność i odwagę tu się publicznie przyznać, w końcu jesteś moim pisarzem, a nie jakimś pierwszym lepszym nikim.

Zalega cisza. Prawie słychać skrzypienie kręgów szyjnych dworzan kiwających głowami w geście: no tak, no tak...

- Ja tylko ośmieliłem się... - do wyposzczonych uszu dociera ciche, najpokorniejsze wyznanie. - Ośmieliłem się tylko zauważyć, że to kret a nie szczur. Chciałem po prostu podzielić się moją wiedzą ekspercką na temat ssaków mniejszych, żebyśmy nie tkwili w błędzie z powodu takiej malutkiej, błahej pomyłki.

Znowu cisza. Ale cisza nie może trwać wiecznie; muszą być decyzje.

- Wychłostać! - decyduje Król Jego Wysokość. - Oczekuję komisyjnego raportu na czyje zlecenie działał ten prześmiewca Mojej Wysokości. Kto jeszcze jest w układzie spiskującym. Chłostę wykonać publicznie, w południe, transparentnie. Jak trzeba. By nie dostarczać wrogom naszej demokracji żadnych powodów, że chcemy coś zataić w nocy, gdy śpią.

Dyspozycyjne służby katowskie zabierają nieszczęsnego pisarza-sekretarza i wloką go na plac sprawiedliwej chłosty wydobywczej. Wleczony nie protestuje, bo zdaje sobie sprawę z nieuchronności zdarzeń zarządzonych przez Najwyższą Wysokość.

Puste miejsce po wywleczonym sekretarzu wypełnia w mgnieniu oka kilkunastu eleganckich młodzieńców z brulionami i piórami w rękach.

- Ty – Król Jego Wysokość błyskawicznie i pewnie (jakby miał to od dawna głęboko przemyślane) wskazuje pierwszego, którego napotyka jego wzrok. Pozostali dyskretnie znikają w tłumie dworskim. Wybraniec momentalnie prostuje się i podnosi brodę na wysokość obowiązującej wysokości. Dworzanie wiwatują gratulacyjnie, ale przycichają momentalnie, z zaciekawieniem, bo rozlegnie się pytanie Króla Jego Wysokości:

- I co zapisałeś? - rozlega się to oczekiwane pytanie.

- I co zapisałeś? Panie – odczytuje nowo mianowany pisarz-sekretarz.

Boże, otaczają mnie kretyni, myśli Król Jego Wysokość. I czuje się samotny. Samotny tak bardzo, że już ma zadzwonić do swojej mamy, ale przypomina sobie, że przecież kazał ją wypchać i wstawić do szklanej gabloty, by jej niezmieniony czasem obraz, dostarczał mu wzruszeń jak najdłużej.



Grafika: Bobrowski

andrzejrysuje.pl komentarzy: 0

...

Marek Raczkowski komentarzy: 0

rysuje

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Uratowany przez psa









Ciemno już. Wychodzę z psem w noc.


Nadia ma 90 lat. Ale nie zawsze miała tyle lat. Aż trudno w to uwierzyć, że Nadia też musiała mieć kiedyś lat 16 – myślę o najstarszej kobiecie na osiedlu, która ostatnia i jedyna o tej porze, mija mnie wracając ze spaceru.


Rzucam psu patyk do aportowania, nie dbając o to gdzie.


Kulka, którą wziąłem za szary, podgnity kasztan, rozwija się, rozprostowuje, stroszy kolce i przemawia głosem wyposzczonego jeża:


- Dwa złote daj! Dwa złote, ale już!


Na moment przyjmuję, że to się dzieje naprawdę. I chociaż nie gada się z kasztanami bo to głupie, mówię:


- Ale... zaraz, zaraz. Po co?


- Na piwo kurwa! A co? Se myślisz, że tylko ty będziesz pić?!


Daję dwa złote.


- I co ja kupię za te dwa złote? Piwo dostanę gdzieś za dwa złote? Co ty, kurwa, ochujałeś?!

- Może ktoś jeszcze ci dorzuci dwa złote?


- Jaki ktoś, jakie jeszcze?! Widzisz tu kogoś innego oprócz ciebie debilu?

- No nie...


- To dawaj jeszcze dwa złote!

- Dobra, dobra... - dorzucam pośpiesznie dwójkę.


- Daj mu jeszcze ze dwa – odzywa się z góry pająk i zaczyna groźnie zjeżdżać w dół po grubej linie. – Może to twoja ostatnia szansa? Rozjedzie cię jutro tramwaj i co? Już nie będziesz więcej żył. Korzystaj póki możesz, daj mu to głupie dwa złote, zrób se dobry uczynek frajerze.


Gaśnie lampa na ulicy, włos mi staje dęba, sięgam do kieszeni po monetę. Już mam zrobić ten dobry uczynek, gdy pies, któremu rzuciłem kij daleko, w dodatku w zarośla, znajduje go wreszcie i podbiega. Mimochodem rozgniata łapą pająka, jednym kłapnięciem rozgryza jeżokasztana dla zabawy, po czym długo obsikuje słup lampy.

Coś tam skwierczy na łączach, coś mruga w górze i lampa rozbłyskuje, rzucając snop światła na fabułę rozgrywającą się u jej stóp.

Jestem uratowany. Przez psa.


- Cholera! Na świecie żyją ludzie ratowani albo ratujący– mówię do psa z nutą przygany, a nawet karcącym tonem mówię,  i biorę go na smycz. – I każdy wie, że lepiej być wśród ratujących. A ty właśnie wykluczyłeś mnie z tego fajnego grona.


Pies merda ogonem. Bo ma ogon do merdania, na takie okazje oraz na wiele innych.

Grafika: Bóbr

You Tube komentarzy: 0

I nikomu nie wolno...