24 kwietnia 2019, środa
komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 67


Nowa policja złapała, ujęła, lub zatrzymała mężczyznę. Ale nie bezrobotnego nałojeńca z Pańskich Chałup, tylko nietutejszego nie wiadomo kogo. W tej chwili obecnej policjanci wykonują czynności, więc oczywiście nie wiedzą jeszcze jaki konkretny zarzut postawią mężczyźnie, bo skąd mają wiedzieć, jak jeszcze nie wiedzą co zbroił? Ale wiadomo - prawo jest po to, żeby można było wymierzać kary.


A tu już jeden pan idzie ulicą i niesie w ręce odciętą świńską dłoń w reklamówce foliowej.

- Lewą czy prawą, panie Darku?
- A co za różnica, głąbie?


- Dla świni – owszem.

- Daruj sobie ten ton moralnej wyższości cycu.



Zbigniew Werwa, znany jako Sprytny Zbyś, słynący z tego, że każdy komputer ulega mu bez ograniczeń, opamiętania i gry wstępnej, zawozi swojego kaszlącego, zasmarkanego królika miniaturkę do weterynarza i nie dostaje królika zastępczego, chociaż chorego zatrzymują na tydzień do naprawy.


- To teraz dają króliki zastępcze?

- Zbysiowi nie dali.


- Ale on chyba nie jest z naszego miasta, panie Darku?

- Jednak odstawił królika do naszego weterynarza.


- Wstyd, że mu nie dali, za burmistrza by taka rzecz nie mogła mieć miejsca.

- A przy tym żona Zbysia w rozpaczy...


- Skurwesyny! Żeby tak zdołować kobietę! I za co?!

- A ty nie masz nic na sumieniu, że tak wyrokujesz w tej sprawie?


- Tylko mówię jak jest, panie Darku. Każdy ma coś za uszami, bo kto nie lubi wypić, a po pijaku traci się miarkowanie, wiadomo jak jest.

- Z tego co wiem, królik był trzeźwy.


- Ja się wypowiadam ogólnie, panie Darku, o sytuacji co zaistniała jak nie ma burmistrza.

- Chyba że tak.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 63



Jedna pani rozłazi się w szwach, bo nie ma nic innego do roboty. A co takiego musiałoby się robić właściwie, co takiego przeżyć, żeby nie było żal umierać? Tylko z radością - chyc do piachu!


Jak rozpoznać punkt kulminacyjny, zwieńczający życie, ten dzień przełomowy, kiedy właśnie osiągnęło się szczyt wszystkiego, po którym już nie będzie nic wartego zachodu, bo wszystko, co możemy jeszcze osiągnąć, będzie już tylko namiastą tego, co już mieliśmy.

Starość jest wtedy, kiedy nikt od ciebie nic nie chce. A nawet jak czasem chce, to tylko żebyś zniknął z pola widzenia, nie zaśmiecał perspektywy. Czas tropi ludzi jak zawodowy zabójca: bezstronnie, cierpliwie, do skutku.

Halina Skrzypkowa, tak się na tę panią mówiło na osiedlu od zawsze - i dzisiaj też tak samo, chociaż coraz częściej już tylko Skrzypkowa, bez Halina - była raczej ładna, niż piękna, jak większość. Kiedyś uzbrojona w młodość, a dzisiaj już nie. Garb jej zaczął rosnąć pewnego dnia, ale tak powoli, że to nie rzucało się w oczy. Rósł i rósł, aż urósł, jednak bez pośpiechu, tak, że przyjęto to za normalne, zresztą poumierali już ci, co Halinę Skrzypkową bez garbu pamiętali, a Halina wciąż wygląda na taką, co jeszcze wszystko koło siebie potrafi zrobić, i emeryturę ma tą starą, z której sporo może odłożyć, więc niejeden się jeszcze za Haliną obejrzy.


Tymczasem do jednego emerytowanego pana w bloku przyjechało pogotowie, ale on go nie wpuścił. Nie, żeby specjalnie miał coś przeciwko pogotowiom, ale z zasady nie wpuszcza nikogo bez nakazu prokuratorskiego.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 61


Najdłużej filety z kurczaka utrzymują świeżość w samym kurczaku, najlepiej żywym; nieporównanie dłużej niż w naczyniach kamiennych, czy w nowoczesnych plastikach. Pies, który ma robaki, potrafi tak samo zuchwale szczekać, jak pies, który nie ma robaków. Każde stworzenie boskie chce żyć, i człowiek też.


Lechu Cyczak najlepiej wie, kiedy wystawić kosze ze śmieciami tak, żeby ich nie skradziono, a od razu opróżniła je firma śmieciowa. Gdy tylko Lechu wystawi kosze, natychmiast cała ulica wystawia swoje, i ten rój cuchnących kubłów błyskawicznie zwabia wielką śmieciarę, żerującą do ostatniego okruszka. Niewykluczone, że Lechu ma wrodzone zdolności przywódcze, i mógłby pokierować nie tylko śmieciami, ale całą ojczyzną.


Lechu Cyczak zawsze zna numery głównej wygranej w totolotka, a niekiedy to są wielomilionowe sumy! Niestety, ujawnia je dopiero po losowaniu, kiedy nic już nie można zrobić.


- I nikt nie próbuje wydobyć tych numerów przed losowaniem?!

- Próbowali.


- I?...

- Kiedy wszyscy już się porzygali dwa razy, posikali nogawki, posrali w gacie, to Lechu dopiero się rozkręcał, taki ma łeb.


- Czemu to robi?

- Dla niego to zabawa, lubi się bawić w kogoś ważnego.


- Dlaczego sam nie wygra?

- Mówi, że nie upilnowałby miliona, zaraz by mu go ukradli, tak ludzie spragnieni są miliona, a tak - jest zabawa.


Rano Lecha zabrało pogotowie, ale zaraz po południu już go oddało.


- Może nie przypasował lekarzowi z chorobą? Nie każdemu doktorowi od razu tak choroba podejdzie, że się na niej pozna.

- Wytrzeźwiał skurczybyk i tyle.

Rysunek Andrzeja Bobrowskiego

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria

HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 58


A życie toczy się dalej. Dwóch obywateli wciąż żyjących, odbywa właśnie krótką, rzeczową naradę u „U Ulki", po czym podejmuje decyzję: obywatele ci wybierają flaszkę 0,7 czterdziestoprocentowego krupniku. Ale dlaczego oni tak się ograniczają, potrzeby męskie ascetycznie umniejszając, przecież po jednej flaszeczce 0,7 to dopiero im się oczka tęsknie zaświecą za następną.


- Oni są tu już dzisiaj czwarty raz, panie Darku.

- A, to co innego. Przepraszam, że tak ich tutaj źle oceniłem.


Nudno jest strasznie, gdy jest strasznie i nudno. Gdyby świat był lepszy, toby było wesoło i ciekawie, ale jest jak jest, więc widać, że świat nie jest jeszcze dobrze wyszykowany.


Wieczorem jedni włączą telewizor, a inni będą go włanczać, żeby wystąpił znany aktor, i aktor występuje - ten, albo tamten.


Dni coraz krótsze i chodniejsze, więc w telewizji zapowiadają zimę. Że też się nigdy nie mylą. Każde oczko zrobione na drutach, przyczynia się do zwycięstwa nad zimnem, a w walce z królową lodów przyda się wsparcie każdej wyrabiającej oczka na drutach. Wielu hoduje w swoim akwarium egzotyczne rybki, aż miło popatrzeć, inni znów wolą węże, hrabini ma sepleniącą papugę, która rozpowszechnia Litanię Loretańską, kościół też ją rozpowszechnia, ale papuga bezinteresownie. Luiza podarowała hrabini kanarka, a Mieciowi skradła pół serca - ta Luiza, która pozwala mówić do siebie Luśka. Dużo kobiet rodzi dziecko i od razu krowieje, ale przecież nie wszystkie. Mieciowi Luiza w ogóle nie kojarzy się z rodzeniem dziecka, wyłącznie z anielicą mu się kojarzy, a przecież anioły nie rozmnażają się przez dzieci, to jak się Luiza może Mieciowi z dzieckiem kojarzyć i pieluchami do zmieniania w środku nocy? Mieciu woli mówić na Luśkę Luiza; Luśka to może być w Biedronce na kasie, a on woli anioła, niż dziewczyny z Biedronki, mimo że Luiza nosi biedronkę, ale to jest biała broszka i białe ma kropki.


- Nie widzieliście gdzieś Basi?

- Basia pojechała do Afryki, z jednym panem, panie Darku. Oglądać słonia pojechała, z tym panem.


- Nawet Basia stąd wyjechała? I to do ciemnej Afryki zaledwie?

- Też byśmy wypierdolili stąd pierwszym lepszym, nawet towarowym, ale czy możemy stąd wyjechać wszyscy?


- Tylko idiota próbuje dokonać wyboru tam, gdzie go nie ma, i tylko idiota zaniechuje wyboru, gdy jest.

- A czy wszywcy możemy wstąpić do policji, panie Darku?


Dużo zwierząt migruje teraz na bananie, trzeba bardzo myć banana, żeby nie zjeść pająka ptasznika, a najlepiej obrać ze skóry, bo to pod nią najczęściej czai się żmija. Pod żadnym pozorem nie należy wkładać do banana palca, bo można uszkodzić nieodwracalnie. Najlepiej kupować banana z naklejką antykoncepcyjną, wtedy ma się pewność, że nie będzie w nim nasion; nasiona wyjmują z banana pincetą kobiety zatrudniane na umowę o dzieło w wielkich sieciach marketowych, a dziurkę zaklejają potem naklejką. Te kobiety nie mają zwykle mężów, którzy odnieśli sukces na miarę Cristiano Ronaldo, choć niejedna może by i chciała takiego mieć, ale tego nie wiemy, bo z tymi kobietami się nie rozmawia, żeby im nie przeszkadzać w pracy. Należy jeść nie więcej niż trzy banany dziennie, czwartego trzeba oddać komuś, kto nie jadł jeszcze dzisiaj banana - w razie dalszego łaknienia, można zjeść gotowanego kartofla, który poza smakiem, nie różni się niczym od banana. Oczywiście, gdyby nie było kartofli, to ktoś musiałby je wymyślić, ale są jeszcze, więc można myśleć o niebieskich migdałach, albo o wygranej na loterii w radio zeteremef.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria

HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 48/49


Jedni wierzą w sanatoria, inni wolą w rutinoskorbin; trudno nie wierzyć w nic. W każdym razie, nie tak znowu rzadko ludzie na osiedlu uskarżają się na ból ciała. Jednych boli ten łeb, a drugich ta łeb; jedni i drudzy uskarżają się równie chętnie, przeważnie nie pytani. A pan Wechta ma najwięcej do powiedzenia, bo jego nie tylko łeb pobolewa, ale i rzepka w kolanie; wiadomo, rzepka największą trzeszczką w organizmie ludzkim, więc ma co boleć.


Człowiek powinien być zadowolony z siebie i szczęśliwy przez całe życie, jak chce Stworzyciel, inaczej obraża niebo.

- A czy papieżom rosną brody?
- Nie, bo je golą.


- Jeszcze nie widziałem papieża, żeby się golił.

- A ja papieża z brodą.


Ludziom często mylą się rzeczy, które zrobili, z tymi, które chcieliby zrobić, ale niezależnie od tego, co chcieliby w życiu robić, i tak zawsze coś robią.


Jeden kulturalny pan próbuje zrobić coś znaczącego. Przez cały czas nie robi nic innego, jak tylko próbuje coś zrobić. Chętnie zaprotestowałby przeciwko czemuś, albo zamanifestował za czymś na ulicy razem z innymi, ale zwykle jedynie ziewa. Jak wszyscy, głównie zajmuje się spędzaniem czasu.


Inny pan otworzył w powiecie szkołę ekstremalnego wypoczynku. Z początku miała nawet wzięcie. Kursanci wstawali coraz później, kładli się spać coraz wcześniej, spali coraz dłużej, wypoczynek rozciągnęli tak ekstremalnie, że nie mieli czasu na cokolwiek, a już na pracę zupełnie go nie starczało. Gdy skończyły im się pieniądze na opłacanie szkoły, przestali płacić czesne i szkoła musiała upaść.


A Roman Grobelny pracował w wodociągach, pracuje w wodociągach i marzy o tym, żeby doczekać emerytury w wodociągach. Ot, życie Romana.


Ktoś rozdepnął ropuchę na pasach dla pieszych. Rozdepnął niechcący, lecz ona pękła, jakby to zrobił specjalnie.


- Mogła nie widzieć różnicy, panie Darku, ropuchy nie są za rozgarnięte.

- I kto to mówi!


A niedaleko stąd, w krzakach przy chodniku, po którym spieszą mieszkańcy w w ostatnich przedwieczornych sprawach, leży już Adziu Dziamski. Nie pełny życia, ale żywy wciąż. Nie martwmy się jednak, wkrótce wstanie, rozprostuje odzież i sobie pójdzie. Rano śladu po nim nie będzie. Szesnaście lat temu Adziu dostał gitarę na urodziny, zagraniczną, czerwoną. Z początku grał na niej od rana do wieczora, jednak gitarzystą znanym nie został, bo jednego wieczora zabrakło mu drobnych, więc zastawił gitarę w lombardzie za grosze, a nigdy już nie uzbierał na jej odebranie.


Córka Adzia Dziamskiego, Patrycja, umówiła się z kolegą na randkę, a on jej zaproponował wyjazd do teatru.


- Znowu do tego teatru?... Już raz byłam, w szóstej klasie. A wy nie byliście ze szkołą w teatrze? - Patrycja jest trochę rozczarowana

opóźnieniem chłopaka, co dopiero z nią chce teatr odkrywać. Liczyła na wyższy poziom, naprawdę oczekiwała czegoś więcej.

 

Rysunek: Andrzej Bobrowski

 

Cy Twombly komentarzy: 0

Kiss

Gostyńska 36 komentarzy: 1

Czekając na meble











Mieszkamy teraz w nowym domu, w którym będzie się żyło łagodnie. Jest duży i pusty, meble mają przyjechać dopiero po południu.


Dom jest nad rzeką, w której pływają surowe pstrągi, ale żadnego nie widzieliśmy, bo jeszcze nie byliśmy nad rzeką. W moście jest jedna jedna skrzypiąca deska, którą omijam, a ty nadeptujesz na nią za każdym razem, kiedy przechodzimy na drugą stronę, albo z powrotem. Na razie nie nadepnęłaś ani razu, bo nie byliśmy jeszcze nad rzeką tylko wciąż czekamy aż przyjadą meble. Na ziemi w ogrodzie leżą żółte kule; to nie są arbuzy tylko dynie, na które tutejsi ludzie mówią korbole, ale jeszcze o tym nie wiemy, bo nie spotkaliśmy dotąd nikogo stąd. Na tarasie jest hamak; bujamy się na nim i gapimy na las, malujący się w dali zdrową zieloną plamą. Dzikie zwierzęta produkują tam tropy. Dotąd nie widzieliśmy żadnego, bo meble jeszcze nie przyjechały, więc hamak też. Przybłąka się do nas pies, z dużą raną na karku i ja ją zaszyję, igłą z nitką; to ci się spodoba. Znieczulam psa piwem imbirowym, do którego dodaję spirtys – stopniowo: najpierw łyżeczkę do kubka z piwem, potem dwie, na końcu podaję psu setkę. - Jeszcze nie widziałem psa, który by nie poszedł na piwo – mówię. - Ani kota, który nie poszedłby na pasztetówkę.

- Całkiem, jak ty – kwitujesz, ale zaraz uśmiechasz się zachęcająco, obracając rzecz w żart, żebym nie stracił zapału do pomocy psu.
W każdym razie nasz pies jest zalany i mogę go zaszyć.
Nazywamy go Paszcza, bo składa się głównie z ogromnego pyska, osadzonego na mocnym ciele z żołądkiem. Paszcza zjada dwa kilo mięsa w trzy minuty. Ja też potrafię zjeść tyle mięsa, ale w ciągu trzech dni. Kość z uda byka załatwia w kwadrans. Trochę ci odbija na punkcie tego psa, który w rzeczywistości jest suką; jej też odbija na twoim punkcie, nie odostępuje cię na krok. Jednak, kiedy pojawiam się w polu widzenia, Paszcza odsuwa się na kilka metrów i bierze w ochronę nas obojga; mnie ze wględu na to, że jestem dla ciebie ważny.


Zimą idę z Paszczą przez most. Omijamy skrzypiącą deskę, na którą ty zawsze następujesz. Idziemy do lasu i przynosimy stamtąd bożonarodzniową choinkę, wielką sosnę.

Lepię bałwana przed oknem naszej sypialni. Dajemy mu na imię Karol.


- Dlaczego Karol?! - nacierasz, trochę już podenerwowana tym, że meble tak długo nie przyjeżdżają i pusty dom jest wciąż zbyt obcy, by zacząć nasze nowe życie, które będzie płynęło łagodnie.

- Właściwie nazywa się Czekloadowy Joe – mięknę.
- No, to zupełnie co innego – jesteś zachwycona zmianą, a może tylko tym że ci ustępuję.
- Jest nadziewany, różowym cukrem z arbuzów – podkręcam.
- Wystarczy mi, że jest bałwanem – studzisz.


W świąteczny ranek Czekoladowego Joe kradną złodzieje.


Patrzymy na drogę, na której układają się pierwsze wzory kolorowego dywanu z zaczynających opadać liści. Po drodze nie jedzie żaden samochód, w tym ten z naszymi meblami.

-Ale dlaczego ktoś ukradnie naszego bałwana?! - wybuchasz pretensją w moją twarz.
- Nie mam pojęcia – mówię szczerze, bo jeszcze nie mam żadnej wiedzy o preferencjach tutejszych złodziei.


Na wigilię nieoczekiwanie przyjedzie do nas ciotka Ziuta z daleka, chyba nawet ze stolicy; ciotka Ziuta dała mi kiedyś, na komunię całe sto złotych, najwięcej ze wszystkich, więc automatycznie została wtedy najlepszą ciotką. Ty za nią nie przepadasz, więc ja też jej już nie lubię, solidarnie. Ciotka wysiadła z nowiutkiej, żółtej limuzyny, w żółtej garsonce pani prezes zarządzającej produkcją szkieł kontaktowych do nowoczsnego kontaktu codziennością, z żółtą torebką i w butach też w kolorze limuzyny. Paszcza nadbiegła akurat z lasu z ludzką ręką w pysku, więc ciotka natychmiast zawróciłaa do żółtego auta i odjechała. Nigdy nie dowiedzieliśmy się po co właściwie przyjechała. Paszcza uratowała nas przed uciążliwą wizytą ciotki Ziuty; naprawdę dobry pies. To, co na pierwszy rzut oka braliśmy za ubłoconą rękę dużej lalki, okazało się udem dzika, na którym pies pozostawił dużo nieobgryzionego mięsa do obgryzienia dla nas. To był troskliwy pies.


Wieczorami lubię grać na gitarze. Ma czerwony lakier i wygodny gryf. Kupiłaś mi ją pod choinkę. Ale zanim spadnie śnieg, tutejsi ludzie będą zbierać grzyby. Wszyscy. Chociaż niektórzy wcale nie lubią zbierać grzybów, jednak zbierają, żeby nie wytykano ich palcami.


Drogą przejeżdża traktor z przyczepą do zbierania siana. Wzory z liści układa w inne wzory. Ciężarówka z naszymi meblami wciąż nie nadjeżdża

- Ja lubię kurki – oznajmiam. - W śmietanie – bo chcę, żebyś nie miała nic przeciw zbieraniu grzybów przez tutejszych ludzi, bo pasowłoby mi żebyśmy wrośli w to nowe miejsce, które zczyna mi się podobać. Nigdy nie jadłem kurek, ale brzmię przekonująco.
- Wolę rydze – słyszę twój głos.
- Jak one wyglądają?
- Białe nogi w rudawym kapeluszu, sedno smaku, perwersja po prostu, pasuje panu?
- Mówią, że ludzie z tartaku wytną wszystkie drzewa w lesie i nie będzie już grzybów.
- Nie trzeba od razu wierzyć we wszystko, co mówią – w twoim głosie pobrzmiewa nadzieja, też chcesz żeby wszystko zostało tu tak, jak będzie, gdy dotrą wreszczie nasze meble i zaczniemy tu żyć łagodnie.


Odkryjemy na naszym strychu dwa nietoperze i wpadniesz w zachwyt. Od razu myślisz o nich jak o parze, chociaż wyglądają tak samo. W gruncie rzeczy powinny być parą; wszak świat – jeśli ma mieć jakiś sen – musi składć się z par, inaczej przestanie istnieć, bo się nie będzie odnawiał. Dla mnie są to dwa nietoperze, a kiedy zaczynam myśleć o nich jak o parze, na strychu zamieszkuje sowa i nietoperze znikają; nie dowiemy się, czy wywędrowały, bo nie lubią sowy, czy po prostu ona tak je polubiła, że od razu zjadła.


Zachodzimy na tutejszy cmentarz i urzeka cię się powaga tego miejsca.

- Kto wie, może chciałabym tu zostać? - powiesz to tak, że odbiorę to jako decyzję.
Alejkę dalej trafiamy na bójkę grabarzy nad świeżo napoczętym dołem: dwie agresywne miernoty atakują trzecią, która opędza się od nich łopatą. Uderzam grabarzy ciężkim słowem, ale to nie robi na nich wrażenia, ignorują mnie, co odbiorę jako manifestację braku szacunku dla nas; cała trójka dostaje po pysku – lubię popisywać się przed tobą bydlęcą siłą, jednak na tobie to żadnego wrażnia nie robi.
- Na pewno tu nie zostanę, to bardzo niespokojne miejsce.
Kiedy wrcamy do domu, na niebie świecą dwie gwiazdy, duża i mała. Duża zbliża się do małej i połyka ją, stając się jedną, jeszcze większą, bardzo dużą gwiazdą. Wygląda to niesprawiedliwie, ale trzeba przyznać, że nowa gwiazda prezentuje się zjawiskowo.
Rano wiatr przygania do nas woń ciepłego chleba, które piecze tutejszy piekarz. Jesteśmy tu, gdzie chcieliśmy być, wszystko dzieje się jak powinno, życie biegnie łagodnie.


Słychać narastający warkot wielkiej ciężarówy. Nadjeżdżają nasze meble! Sunący po drodze olbrzym podrywa z niej wzorzysty dywan i rozrzuca liście na chybił trafił. Zatrzymuje się przed bramą naszego pustego domu czekającego na wypełnienie treścią. Wysiada kierowca i dwóch pomocników, słychać szczęk zamków ciężkich wrót z tyłu paki. Patrzymy jak powoli suną do góry, wpuszczając do mrocznego wnętrza coraz więcej słońca.

- To nie są nasze meble... - słyszę twój łamiący się głos.
- To nie są nasze meble! - krzyczysz rozpaczliwie jak ktoś, kto zobaczył coś, co nie może być prawdą, obracasz się i odchodzisz niema.
Wskakuję na pakę potrącając jednego z pracowników, który właśnie pochylał głowę nad odwiniętą z papieru świeżą kanapką. Zęby są tuż tuż, ale nie zdołają dopaść chleba, bo wypada z dłoni i toczy się pod ciężarówkę.
Rzeczywiście, to nie są nasze meble. Wszystkie rzeczy są obce, należą do innych ludzi, to nie jest nasze życie.
Zeskakuję z ciężarówki i idę do ciebie.
- To nie są nasze meble – powtarzasz drżącym głosem, a ja nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć, bo skończył mi się popis.
Tyle tu mieliśmy do przeżycia, myślę i otaczam cię ramieniem. Nigdy nie zaszyję rany na karku psa, który się do nas nie przybłąka, więc nie nazwiemy go Paszcza, a on, właściwie ona, bo to miała być suka, nie obroni nas przed uciążliwą wizytą ciotki Ziuty, bo ciotka nie przyjedzie, dlatego że nas tu zwyczajnie nie będzie. To nie są nasze meble, to nie jest nasz dom, więc to nie mogło być nasze życie. Wsiadamy do mojego auta i odjeżdżamy. Nikt nas nie żegna, jak nikt nie witał; nikt nie będzie nas wspominał. Przyspieszam i samochód podrywa chmary liści, które wkrótce opadną, układając się w nowe wzory, ale my już ich nie zobaczymy.


Rysunek Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Przerwa, i po przerwie (opowiadanie)




W tamtym czasie mieszkaliśmy w koronach drzew.

Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy autem do sklepu i kupiliśmy kawałek starego lasu, a kiedy go przywieźli i rozładowali, ruszyliśmy po nim połazić. Wtedy natknęliśmy się na człowieka, który żył na drzewach. Dostarczyli go razem z kawałkiem lasu, który kupiliśmy.

Zapakowali też wiele innych żyjątek, ale żubra, jelonka, motylki i inne ozdoby odkryliśmy dużo później, jego wypatrzyłaś od razu.


Wyglądał na szczęśliwego, więc postanowiliśmy spróbować tak jak on zamieszkać w koronach drzew, bo nie mieliśmy nic przeciwko byciu szczęśliwymi. Nie kupiliśmy żadnej drogi prowadzącej do naszego lasu, więc nie dojeżdżały tu autobusy ani tramwaje i nie przybywał nikt, kto mógłby nam przeszkodzić w byciu szczęśliwymi.


Na gałęzi wielkiego, starego dębu znaleźliśmy zawieszone na nylonowej lince dokumenty: paragon zakupu uprawniający do zwrotu towaru w razie niezadowolenia, książkę zażaleń i gwarancję na trzy lata.


Zamieszkaliśmy po sąsiedzku, na drzewie obok tego zajętego przez człowieka kupionego z lasem. Nie miał nic przeciwko, a wkrótce wywiązały się pomiędzy nami dobrosąsiedzkie relacje: ty posyłałaś mu przez wiewiórkę świeżo upieczone, pachnące cynamonem pierniczki z lukrem, a on odsyłał odwrotnie prawdziwą płynną wodę deszczową, niechlorowaną, ty parzyłaś herbatę, a on przesyłał cygara skręcone z dobrego zioła. Naprawdę, ustawały powody dla których chciałoby nam się złazić z koron drzew na ziemię.


Zrozumiałem świat lamparta, obserwującego ze swego legowiska na górze to, co dzieje się na dole, i czułem się jak lampart. Po nocy pod niebem z gwiazdami, pachnącej świeżością pierwszego razu, zaczął nas budzić świt, i nastał ranek. Sąsiad nieoczekiwanie zlazł z wysokości na ziemię, więc i my, zaciekawieni, postanowiliśmy zrobić to samo. Pokazał nam gdzie rosną prawdziwe dzikie borówki. Rwaliśmy je garściami. Obok rosły też jagody, wielkie i czarne jak porzeczki. Trudno powiedzieć, co było lepsze. Zajadaliśmy się równo i borówkami i jagodami z radością odkrywcy. Po śniadaniu, sąsiad doprowadził nas przez chaszcze do słonecznej polanki. Tam nazbieraliśmy suszonych ziół, porobiliśmy skręty i powróciliśmy w korony drzew na relaks.


Zaciągaliśmy się raz po raz, bez zachłanności, tylko dla podtrzymania żaru. Patrzyłem w twoje oczy, a one wyglądały tak, jakby cieszyły się że w nie patrzę. Patrzyłem na twoje czoło nad oczami, na nos i na usta pod nimi, które uśmiechały się, jakby cieszyły że na nie patrzę. Patrzyłem na ciebie, a ty wyglądałaś na absolutnie szczęśliwą z tego powodu.


Pod wieczór człowiek na sąsiednim drzewie znów z niego zszedł, zrobiliśmy to samo. Pokazał nam gdzie rosną kurki. Były czyste, żółte, sprężyste, wyglądały zdrowo i świeżo. Nabieraliśmy sporo kurek, a człowiek rozpalił ognisko i pokazał jak upiec kurki żeby nie zrobił się z nich brejowaty sos. Zjedliśmy kurki bez obowiązkowego chleba. Zrobiła się już noc. Ognisko dogasało, więc człowiek podsycił je suchymi gałęziami.


W sumie mieliśmy już wracać w korony drzew, gdy rozległa się syrena i pojawiła się nieprzyjazna straż pożarna uzbrojona w swoje regulaminowe racje. Zaraz za nimi nadjechała błyskająca ostrymi światłami, wyjąca dyskoteka radiowozu. Nie miałaś ochoty na kontakt z policją stworzoną do bicia ludzi za pieniądze. Podeszłaś do wielkiego starego dębu, zerwałaś z gałęzi zwisające na nylonowej taśmie dokumenty zakupu, wybrałaś numer sklepu i zdecydowanym tonem oznajmiłaś chęć zwrócenia towaru oraz zażądałaś zwrotu pieniędzy. Jako uzasadnienie podałaś, że od zarania dziejów las służy ludziom do palenia ognisk w podstawowych celach bytowych, a ten nie, więc uważasz go za wybrakowany. Reklamację przyjęto. Zgodnie z procedurami określonymi w umowie, serwis przyjechał w ciągu kwadransa i spakował nasz były las razem z ogniskiem, sąsiadem, strażą i agresywną policją, jeszcze zanim ta zdołała rozpakować swój ulubiony paralizator.


Zostaliśmy sami. Wciąż była noc, wciąż na niebie świeciły gwiazdy. Ująłem cię za rękę i wróciliśmy do domu. Ty pierwsza wzięłaś prysznic. Kiedy brałem go ja, rozesłałaś na łóżku nową, dobrze wyprasowaną, pachnącą pościel.


Jak dobrze wziąć gorący prysznic po tak długiej przerwie, pomyślałem.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria

HUSARIA
Pańskie Chałupy - 2017/18
, strona 39


Ludzie prości trzymają psy przykute łańcuchami do budy. Ale nie dlatego, że są takie cenne, i boją się, żeby nikt im ich nie ukradł; po prostu dziadowie trzymali psy na łańcuchu, więc i oni przykuwają łańcuchem do budy. Wszyscy ludzie prości trzymają psy na łańcuchu, ale nie wszyscy ludzie prości są tacy sami: jedni głosują na taką partię, a inni na przeciwną. Jednak niezależnie od tego która partia wygra, ludzie prości dalej będą trzymać psy na łańcuchu. Świnie zaś, zamykają w chlewie, żeby stały w gnoju na betonie.

- Ale też wtedy szczury nie obżerają im ogonów, bo szczur nie wytrzyma takiego fetoru jak świnia.
- Ty też trzymasz świnie na betonie w gnoju?

- Ja nie! Ja lubię świeże powietrze, takie więcej czyste żeby było.

Bibliotekarka, która pilnuje książek w bibliotece mówi, że na hodowlę świń powinny mieć pozwolenie wyłącznie starsze panie, które mają już czas, wyczycie i zrozumienie dla każdego żywego stworzenia. Pod żadym pozorem i za żadne skarby nie powinno się pozwalać prostym, okrutnym chłopom hodować świń. Ci powinni żyć z ogrodowizny, a hektarowi z okopowych i zbóż.

Jedna pani nastawia na telefonie budzik co pół godziny, bo lubi kiedy telefon do niej dzwoni, a gdy jest w towarzystwie, to odbiera i gada do kawałka plastiku, jakby po drugiej stronie co najmniej burmistrz w sprawie państwowej zagadywał, a może i Deniro najnowszymi dyrdymałami z Hollywood dowcipkował. I wielu zazdrości tej pani, że takie ma branie.

- Wulgarne!
- Ale i taka jest prawda, że nikt nie przepada za tą bidulą, taka jest przemądrzała odrażająco, że ciężko za nią przepadać, to chociaż sobie sama do siebie zadzwoni, pogada, poopowiada i od razu wie, co tam nowego w świecie słychać.

Jeden pan jest tak dobrze wytrenowany do bycia lubianym, że nigdy nie mówi tego co myśli, ale to, co ludzie chcą usłyszeć. I zawsze ma coś do powiedzenia. Dusza towarzystwa po prostu. I nikt nie posądza go o bezmyślność, chociaż nigdy nie mówi co myśli.

Mówią, że sikorka potrafi zjeść tyle, ile sama waży, ale jeśli tobie to się nie udaje, to się nie przejmuj; obyśmy tylko takie problemy mieli. Pchła jest taka zdolna, że skoczy sto razy dalej, niż sama mierzy; są tacy, którym to daje do myślenia, ale jeżeli tobie nie udaje się wpaść w zachwyt nad tym, czy tamtym, nie przejmuj się, tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje.

Rysunek: Andrzej Bobrowski