10 grudnia 2018, poniedziałek
Gostyńska 36 komentarzy: 1

Czekając na meble











Mieszkamy teraz w nowym domu, w którym będzie się żyło łagodnie. Jest duży i pusty, meble mają przyjechać dopiero po południu.


Dom jest nad rzeką, w której pływają surowe pstrągi, ale żadnego nie widzieliśmy, bo jeszcze nie byliśmy nad rzeką. W moście jest jedna jedna skrzypiąca deska, którą omijam, a ty nadeptujesz na nią za każdym razem, kiedy przechodzimy na drugą stronę, albo z powrotem. Na razie nie nadepnęłaś ani razu, bo nie byliśmy jeszcze nad rzeką tylko wciąż czekamy aż przyjadą meble. Na ziemi w ogrodzie leżą żółte kule; to nie są arbuzy tylko dynie, na które tutejsi ludzie mówią korbole, ale jeszcze o tym nie wiemy, bo nie spotkaliśmy dotąd nikogo stąd. Na tarasie jest hamak; bujamy się na nim i gapimy na las, malujący się w dali zdrową zieloną plamą. Dzikie zwierzęta produkują tam tropy. Dotąd nie widzieliśmy żadnego, bo meble jeszcze nie przyjechały, więc hamak też. Przybłąka się do nas pies, z dużą raną na karku i ja ją zaszyję, igłą z nitką; to ci się spodoba. Znieczulam psa piwem imbirowym, do którego dodaję spirtys – stopniowo: najpierw łyżeczkę do kubka z piwem, potem dwie, na końcu podaję psu setkę. - Jeszcze nie widziałem psa, który by nie poszedł na piwo – mówię. - Ani kota, który nie poszedłby na pasztetówkę.

- Całkiem, jak ty – kwitujesz, ale zaraz uśmiechasz się zachęcająco, obracając rzecz w żart, żebym nie stracił zapału do pomocy psu.
W każdym razie nasz pies jest zalany i mogę go zaszyć.
Nazywamy go Paszcza, bo składa się głównie z ogromnego pyska, osadzonego na mocnym ciele z żołądkiem. Paszcza zjada dwa kilo mięsa w trzy minuty. Ja też potrafię zjeść tyle mięsa, ale w ciągu trzech dni. Kość z uda byka załatwia w kwadrans. Trochę ci odbija na punkcie tego psa, który w rzeczywistości jest suką; jej też odbija na twoim punkcie, nie odostępuje cię na krok. Jednak, kiedy pojawiam się w polu widzenia, Paszcza odsuwa się na kilka metrów i bierze w ochronę nas obojga; mnie ze wględu na to, że jestem dla ciebie ważny.


Zimą idę z Paszczą przez most. Omijamy skrzypiącą deskę, na którą ty zawsze następujesz. Idziemy do lasu i przynosimy stamtąd bożonarodzniową choinkę, wielką sosnę.

Lepię bałwana przed oknem naszej sypialni. Dajemy mu na imię Karol.


- Dlaczego Karol?! - nacierasz, trochę już podenerwowana tym, że meble tak długo nie przyjeżdżają i pusty dom jest wciąż zbyt obcy, by zacząć nasze nowe życie, które będzie płynęło łagodnie.

- Właściwie nazywa się Czekloadowy Joe – mięknę.
- No, to zupełnie co innego – jesteś zachwycona zmianą, a może tylko tym że ci ustępuję.
- Jest nadziewany, różowym cukrem z arbuzów – podkręcam.
- Wystarczy mi, że jest bałwanem – studzisz.


W świąteczny ranek Czekoladowego Joe kradną złodzieje.


Patrzymy na drogę, na której układają się pierwsze wzory kolorowego dywanu z zaczynających opadać liści. Po drodze nie jedzie żaden samochód, w tym ten z naszymi meblami.

-Ale dlaczego ktoś ukradnie naszego bałwana?! - wybuchasz pretensją w moją twarz.
- Nie mam pojęcia – mówię szczerze, bo jeszcze nie mam żadnej wiedzy o preferencjach tutejszych złodziei.


Na wigilię nieoczekiwanie przyjedzie do nas ciotka Ziuta z daleka, chyba nawet ze stolicy; ciotka Ziuta dała mi kiedyś, na komunię całe sto złotych, najwięcej ze wszystkich, więc automatycznie została wtedy najlepszą ciotką. Ty za nią nie przepadasz, więc ja też jej już nie lubię, solidarnie. Ciotka wysiadła z nowiutkiej, żółtej limuzyny, w żółtej garsonce pani prezes zarządzającej produkcją szkieł kontaktowych do nowoczsnego kontaktu codziennością, z żółtą torebką i w butach też w kolorze limuzyny. Paszcza nadbiegła akurat z lasu z ludzką ręką w pysku, więc ciotka natychmiast zawróciłaa do żółtego auta i odjechała. Nigdy nie dowiedzieliśmy się po co właściwie przyjechała. Paszcza uratowała nas przed uciążliwą wizytą ciotki Ziuty; naprawdę dobry pies. To, co na pierwszy rzut oka braliśmy za ubłoconą rękę dużej lalki, okazało się udem dzika, na którym pies pozostawił dużo nieobgryzionego mięsa do obgryzienia dla nas. To był troskliwy pies.


Wieczorami lubię grać na gitarze. Ma czerwony lakier i wygodny gryf. Kupiłaś mi ją pod choinkę. Ale zanim spadnie śnieg, tutejsi ludzie będą zbierać grzyby. Wszyscy. Chociaż niektórzy wcale nie lubią zbierać grzybów, jednak zbierają, żeby nie wytykano ich palcami.


Drogą przejeżdża traktor z przyczepą do zbierania siana. Wzory z liści układa w inne wzory. Ciężarówka z naszymi meblami wciąż nie nadjeżdża

- Ja lubię kurki – oznajmiam. - W śmietanie – bo chcę, żebyś nie miała nic przeciw zbieraniu grzybów przez tutejszych ludzi, bo pasowłoby mi żebyśmy wrośli w to nowe miejsce, które zczyna mi się podobać. Nigdy nie jadłem kurek, ale brzmię przekonująco.
- Wolę rydze – słyszę twój głos.
- Jak one wyglądają?
- Białe nogi w rudawym kapeluszu, sedno smaku, perwersja po prostu, pasuje panu?
- Mówią, że ludzie z tartaku wytną wszystkie drzewa w lesie i nie będzie już grzybów.
- Nie trzeba od razu wierzyć we wsztsko, co mówią – w twoim głosie pobrzmiewa nadzieja, też chcesz żeby wszystko zostało tu tak, jak będzie, gdy dotrą wreszczie nasze meble i zaczniemy tu żyć łagodnie.


Odkryjemy na naszym strychu dwa nietoperze i wpadniesz w zachwyt. Od razu myślisz o nich jak o parze, chociaż wyglądają tak samo. W gruncie rzeczy powinny być parą; wszak świat – jeśli ma mieć jakiś sen – musi składć się z par, inaczej przestanie istnieć, bo się nie będzie odnawiał. Dla mnie są to dwa nietoperze, a kiedy zaczynam myśleć o nich jak o parze, na strychu zamieszkuje sowa i nietoperze znikają; nie dowiemy się, czy wywędrowały, bo nie lubią sowy, czy po prostu ona tak je polubiła, że od razu zjadła.


Zachodzimy na tutejszy cmentarz i urzeka cię się powaga tego miejsca.

- Kto wie, może chciałabym tu zostać? - powiesz to tak, że odbiorę to jako decyzję.
Alejkę dalej trafiamy na bójkę grabarzy nad świeżo napoczętym dołem: dwie agresywne miernoty atakują trzecią, która opędza się od nich łopatą. Uderzam grabarzy ciężkim słowem, ale to nie robi na nich wrażenia, ignorują mnie, co odbiorę jako manifestację braku szacunku dla nas; cała trójka dostaje po pysku – lubię popisywać się przed tobą bydlęcą siłą, jednak na tobie to żadnego wrażnia nie robi.
- Na pewno tu nie zostanę, to bardzo niespokojne miejsce.
Kiedy wrcamy do domu, na niebie świecą dwie gwiazdy, duża i mała. Duża zbliża się do małej i połyka ją, stając się jedną, jeszcze większą, bardzo dużą gwiazdą. Wygląda to niesprawiedliwie, ale trzeba przyznać, że nowa gwiazda prezentuje się zjawiskowo.
Rano wiatr przygania do nas woń ciepłego chleba, które piecze tutejszy piekarz. Jesteśmy tu, gdzie chcieliśmy być, wszystko dzieje się jak powinno, życie biegnie łagodnie.


Słychać narastający warkot wielkiej ciężarówy. Nadjeżdżają nasze meble! Sunący po drodze olbrzym podrywa z niej wzorzysty dywan i rozrzuca liście na chybił trafił. Zatrzymuje się przed bramą naszego pustego domu czekającego na wypełnienie treścią. Wysiada kierowca i dwóch pomocników, słychać szczęk zamków ciężkich wrót z tyłu paki. Patrzymy jak powoli suną do góry, wpuszczając do mrocznego wnętrza coraz więcej słońca.

- To nie są nasze meble... - słyszę twój łamiący się głos.
- To nie są nasze meble! - krzyczysz rozpaczliwie jak ktoś, kto zobaczył coś, co nie może być prawdą, obracasz się i odchodzisz niema.
Wskakuję na pakę potrącając jednego z pracowników, który właśnie pochylał głowę nad odwiniętą z papieru świeżą kanapką. Zęby są tuż tuż, ale nie zdołają dopaść chleba, bo wypada z dłoni i toczy się pod ciężarówkę.
Rzeczywiście, to nie są nasze meble. Wszystkie rzeczy są obce, należą do innych ludzi, to nie jest nasze życie.
Zeskakuję z ciężarówki i idę do ciebie.
- To nie są nasze meble – powtarzasz drżącym głosem, a ja nie wiem, co mógłbym jeszcze powiedzieć, bo skończył mi się popis.
Tyle tu mieliśmy do przeżycia, myślę i otaczam cię ramieniem. Nigdy nie zaszyję rany na karku psa, który się do nas nie przybłąka, więc nie nazwiemy go Paszcza, a on, właściwie ona, bo to miała być suka, nie obroni nas przed uciążliwą wizytą ciotki Ziuty, bo ciotka nie przyjedzie, dlatego że nas tu zwyczajnie nie będzie. To nie są nasze meble, to nie jest nasz dom, więc to nie mogło być nasze życie. Wsiadamy do mojego auta i odjeżdżamy. Nikt nas nie żegna, jak nikt nie witał; nikt nie będzie nas wspominał. Przyspieszam i samochód podrywa chmary liści, które wkrótce opadną, układając się w nowe wzory, ale my już ich nie zobaczymy.


Rysunek Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ostatni orzech (opowiadanie)

...


Na Kurzej Górze nie ma żadnej góry. Są za to kury. W żadnej lodówce filet z kury nie zachowuje świeżości tak długo jak w kurze, dlatego kury tygodniami wałęsają się po podwórzach, surowe, zawsze świeże, gotowe na niedziele i święta. Pilnują ich psy przykute łańcuchem do budy. Przy budzie zawsze stoi garnek. Na Kurzej Górze nie ma dwóch takich samych garnków; każdy jest inaczej obtłuczony. Do garnków ludzie czasem nalewają wodę, a czasem wrzucają resztki z obiadu. Na Wigilię psy dostają rybę: łeb z karpia albo skórę z makreli. Na Kurzej Górze są trzy kapliczki z Bozią, w planach jest czwarta, bo ludzie tutejsi marzą o królestwie niebieskim, by tam osiągnąć życie wieczne.

Codziennie nad Kurzą Górą słońce wschodzi rano na wschodzie, a zachodzi wieczorem na zachodzie, i nigdy mu się nie pomyli. Co parę lat ludzie tutejsi idą na wybory, głosować na partię, która obiecuje najwięcej. Każda partia obiecuje wszystko, co chcą, ale oni i tak potrafią wybrać, tacy są mądrzy.

Latem jest tutaj gorąco, a zimą jest zimno i zamarza woda, ale tylko psom w garnkach, bo ludziom nie zamarza, tacy są mądrzy. Dużo ptaków śpiewa latem na Kurzej Górze, ale nikt nie wie jakie konkretnie, bo te ptaki są małe i niejadalne, więc nieciekawe zupełnie. Kiedy pada, koty wracają do domów, ale niektóre nie wracają. Nie wiadomo czy mokną, bo nikt się aż tak nie interesuje kotami, żeby wyjść na deszcz i sprawdzić czy kot moknie czy nie. Na Kurzej Górze mieszkają Jaś i Małgosia. Są już trochę schorowani. I nie robią z tego problemu. Mieszkają tu też inni schorowani ludzie, którzy też nie robią problemu. Przeważnie kobiety tutejsze chorują na choroby damskie, a mężczyźni na typowe męskie. Wszyscy chorzy na Kurzej Górze leczą się lekarstwami z ulotki, które są bardzo dobre, bo na nic nie szkodzą.

Ludzi z Kurzej Gory nie pokazują w telewizji, nie można o nich przeczytać w gazecie, nie bywają celebrytami, nie są znani, podziwiani, nie zazdrości im się. Ale oni nie marzą wcale o tym, żeby być celebrytami, nawet nie wiedzą, że mogliby, choć przecież celebrytą może być każdy. Na Kurzej Górze nie mieszka żaden z naszych znajomych, ani stamtąd nie pochodzi.

Stąd nikt nie wyjeżdża żeby zrobić światową karierę, bo takie kariery można sobie obejrzeć w telewizji, więc po co jechać, skoro można sobie pooglądać gotowe, już zrobione. Wygodnie, na kanapie z podusią pod plecami. Jedna pani, jeszcze nie schorowana, wyjechała co prawda i zrobiła karierę kosmetyczki – nikt, jak ona, nie potrafił z takim znastwem, umiejętnością i zamiłowaniem wycisnąć pryszcza, wydłubać żałobę zza paznokcia, wyrwać włosy z nosa pięknym paniom i pięknym panom. Kosmetyczkowała aż miło! Miała naprawdę duże wzięcie, zdobyła uznanie i wyrobiła dobrą markę dla wszystkich dziewczyn z Kurzej Góry, które chciałyby pójść w jej ślady, ale żadna jakoś nie poszła. Nikt nie wyjeżdża stąd chętnie, ale Jaś powiedział pewnego dnia: Dzisiaj wybiorę się do miasta. I wybrał się do miasta. Tam znalazł na ulicy kamyczek i zaczął go kopać bez celu. Kamyk potoczył się do kratki kanalizacji i wpadł do środka, więc Jaś poszedł dalej, próbując przypomnieć sobie, gdzie zaparkował samochód. Wkrótce udało mu się, odnalazł auto i powrócił nim na Kurzą Górę. Tu z łatwością odszukał swój dom i Małgosię, która już na niego czekała z obiadem. Zjadł sam, bo ona zjadła już wcześniej.

Mówisz, że chcesz zobaczyć to miejsce na własne oczy. W sumie, moglem się tego spodziewać po tobie. Sięgam po paczkę na stole, wyjmuję jednego, zaciągam się bez entuzjazmu. Na podwórzu cztery gawrony siedzą na łysym drzewie i czekają, aż spadnie ostatni orzech, zwisający z cienkiej jak nić gałązki, na której nie sposób przysiąść by go porwać. Gaszę, nie sięgam po następnego. Idę do kuchni po kluczyki, zgarniam je z parapetu. Ty stoisz już w drzwiach gotowa.

Dwie mrówki akurat pobiły się o kawałek liścia morwy, gdy mijamy tablicę: Kurza Góra - czarna doznała urazu głowy, a ruda złamała nogę. Za tablicą są latarnie, ławeczki, chodnik, a po drugiej stronie sosnowy las; ulica wygląda jak promenada wiodąca do morza z plażą, tylko że tu nie ma plaży ani morza, są domy z numerami. Przed jednym z nich, przy drodze stoi człowiek z rękami założonymi do tyłu na plecy w geście Napoleona, ale to nie jest prawdziwy Napoleon – duży, otyły, właściwie brzuchaty, wygląda na swoje lata: pomiędzy 40 a 70. Nie wiadomo jak długo tak stoi. Stara się nie patrzeć w naszą stronę, ale widać, że kontroluje wszystko. Każesz zatrzymać auto. Wysiadasz.

- Dzień dobry – podajesz rękę Napoleonowi z Kurzej Góry.
- Dzień dobry pani, jestem Jaś – mówi ten człowiek, ujmuje twoją rękę i całuje dłoń nie starając się nawet wciągnąć brzucha.

- Co pan robi, panie Jasiu? - słyszę twój głos, wysiadając z samochodu.
- Stoję, proszę pani.

- Aha.
- Lasowałem wapno, tam w dole – Jaś pokazuje gestem na obejście, którego nie widać zza wysokiego parkanu – a teraz stoję i czekam aż się dobrze zlasuje.

- Aha.
- Tak to jest, trzeba czekać – wydaje mi się, że Jaś wypina swój brzuch, pragnąc podkreslić jego posiadanie, wobec braku czegoś takiego u mnie.

- Aha – powtarzasz, demaskując zakłopotanie, zbicie z tropu, zawstydzenie tym, że ktoś jest dumny z czegoś, o co nie śmiałabyś go podejrzewać, myśląc o nim nawet najgorzej jak umiesz.
- A długo tak się będzie lasować to wapno? - przychodzę ci z pomocą.

- Zależy. Czasem szybciej, a czasem trzeba czekać do wiosny, aż się przemrozi przez zimę – Jaś objaśnia tonem pedagoga, poirytowanego trochę, że nie wiemy takich oczywistości.
- To my pojedziemy – biorę cię pod prawe ramię i kieruję do samochodu.

- Zaraz, zaraz! - Jaś chwyta cię za ramię lewe, łapie za rękę, całuje w dłoń: - Miło było panią poznać, szerokiej podróży – mówi i powraca do postawy Napoleona na posterunku, pilnującego zlasowania się wapna w dole.
- Do widzenia panie Jasiu, na wiosnę, do zobaczenia! - mówisz już z ruszającego samochodu, uśmiechając się najserdeczniej przez uchylone okno do człowieka stojącego przed domem przy drodze. On nie reaguje ekstatycznie, ani bez entuzjazmu; dla niego rozmowa jest zakończona, nie będzie silił się na jej podtrzymywanie; w każdym razie nie wygląda, żeby był zainteresowany trwonieniem czasu na takie bzdury.

- Ty tego nie zrozumiesz – mówisz po jakimś czasie, kiedy dojeżdżamy do skrzyżowania kończącego Kurzą Górę.
- Powiedz lepiej, czy skręcamy, czy jedziemy prosto? - pytam rzeczowo, wymagająco, bo trzeba podjąć ludzką decyzję.

- A on tam będzie stał na swoim posterunku... - wzdychasz opierając łokieć na poręczy podgrzewanego fotela i kręcąc palcem włosy za uchem w loczek. - Taki jest naturalny, kompletny, pewny swoich racji, bezwstydny...
- Niektóre życia są udane, a niektóre mniej – skręcam w lewo.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nic wartego rozmowy. W każdym razie, dwa razy dwa równa się cztery, w każdym języku i wszędzie: w Paryżu, Moskwie i na Kurzej Górze też.

Przed wjazdem do miasta zatrzymują nas bariery opuszczone na przejeździe kolejowym. W jedną stronę mknie pośpieszny wypełniony ludźmi, w przeciwną pędzi expres też wypełniony ludźmi. Jednym i drugim bardzo się śpieszy. Najprawdopodobniej wielu spośród mknących ludzi przegląda teraz gazety, które dla innych stanowią dowód ich prostactwa, a ci z kolei kartkują takie, które kompromitują ich w oczach tych pierwszych.

Z któregoś pędzącego okna wystrzeliwuje skóra z pomarańczy, przelatuje kilkanaście metrów, uderza o ziemię, koziołkuje po chodniku i nieruchomieje u stóp jegomościa oczekującego na uniesienie barier. Jegomość podnosi skórę, przygląda się jej, wącha i wrzuca do pustego kosza na śmieci. Skóra jest pierwszym śmieciem w tym koszu.

Pociągi już przejechały, zabierając ze sobą rumor, gwałt i huk. W umiarkowanej ciszy słychać odgłosy roztrząsacza obornika pracującego na podmiejskim polu.

Bariery unoszą się, przejeżdżamy przez tory. Wkrótce znajoma ulica, stoimy na czerwonym, ruszamy na zielonym.

Na podwórzu, cztery gawrony wciąż siedzą na łysych gałęziach i czekają aż spadnie ostatni orzech. Przypominają mi się dwie mrówki ranne w pojedynku o liść morwy, jedyne, na co mogą liczyć to to, że w nocy nie przyjdzie pierwszy tegoroczny mróz. O Napoleona jestem spokojny, poradzi sobie, w najgorszym razie schowa się w domu, gdzie nie zamarza woda, ale mrówki?! Które są w zasadzie jedną kroplą wody okrytą hitynowym pancerzykiem?


Rysynek - Andrzej Bobrowski

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Na bieżąco, po przegranym meczu z Czechami




Po kryzysie inowrocławskim Świdnica to był miniraj. Miałam w pokoju 10 ręczników i jacuzzi, a to że z niego nie korzystałam o tym nikt nie musi wiedzieć i proszę byście i wy o tym nie mówili, zwłaszcza moim wrogom.


Miałam telefon i mogłam dzwonić, gdzie tylko chciałam, na recepcję, ile tylko chciałam. Mój pokój właściwie składał się z dwóch pokoi i to nie był problem, żeby przebywać w każdym mniej więcej po równo i mieć z tego jeszcze więcej.

Spotkanie bardzo miłe, choć kto był ten wie, że w pewnym momencie zniknął prowadzący i musiałam sama siebie moderować, sama ripostować swoje żarty. Ostatecznie wyrekompensował się tym, że zaprowadził mnie do lokalu, gdzie po przegranym meczu z Czechami siedzieli trzej mężczyźni w wieku około 40-140 lat w triadzie: mały średni duży. Tworzyli swojego rodzaju pełnię, a ich zęby poskładane wszystkie razem mogłyby może dać komplet uzębienia dorosłego człowieka.
Rolę pierwiastka żeńskiego odgrywała w tym kosmosie pani Jola, zawodowa asystentka alkoholika, z twarzą profesjonalnie nieprzeniknioną po kilkudziesięciu latach wysłuchiwania pijackiego pierdololo. Mówili do niej: mamuniu.
Zgromadzeni wszyscy razem wokół telewizora prezentującego hity z lat 90tych, otumaniali się cierpliwie, niegwałtownie, metodycznie, solidarnie. Panowała kosmiczna, wręcz wyzywająca nuda; „nie jesteśmy tu po to, by coś robić!”- krzyknęłaby. Gdyby tylko jej się chciało.
Mężczyźni byli bardzo mili i dali mi Rafaello. Na koniec życzyli nam bardzo wiele razy STOSUNKOWO udanego wieczoru i widać było jak bardzo lubią swój firmowy żart i nie ma potrzeby wymyślać żadnego nowego, a nawet mogłoby to być szkodliwe.

Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ostatnia tegoroczna mucha













Siadaliśmy już do kolacji, kiedy przyszli jacyś ludzie i powiedzieli że są patriotami, więc czy mogliby dostać herbaty.


Ale bez cukru! - zaprotestowali, gdy obok filiżanek postawiłaś cukiernicę, tę po babci, którą wyjmujemy tylko dla gości. - Bo cukrownie są w rękach obcych, więc nie trzeba ich wspierać.


Owszem, chętnie zjedzą kanapkę, ale żeby nie była na białym chlebie tylko lepiej na ciemnym, razowym. Poszedłem do spiżarni i przyniosłem czarny chleb. Zrobiłaś po kanapce na razowym, a dla nas na białym chrupiącym. Nie powiedzieli tego, ale wyczuwało się, że bardzo by chcieli nam to powiedzieć: - Chrupiące z marketu jest niedobre; markety należą do obcych!


Pojedli, popili, poszeptali między sobą i zaczęli się wiercić na krzesłach. Czy jesteśmy dumni z tego, że żyjemy w kraju, w którym oni są patriotami, zapytali. Z kurnika wyjrzała kura i rozdarła się obwieszczając na około że zniosła jajko. Wziąłem chleb ze stołu i odniosłem do spiżarni. Przy okazji wyjrzałem na dwór, żeby sprawdzić czy nie kręcą się jeszcze inni patrioci. Wracając zamknąłem drzwi do domu na klucz i schowałem go do kieszeni.


Gdy wróciłem, powtórzyli że są patriotami, więc chcieliby zobaczyć jak tutaj żyjemy.

- Gdybyście chcieli już wyjść to musicie wziąć klucz z mojej kieszeni - poinformowałem.
Nie chcieli jeszcze wyjść, zapytali czy możemy im ugotować kartofle, które przynieśli w teczce. Położyli na stole cztery kartofle: - To są kartofle jednego patrioty z lokalnej społeczności, a nie sprowadone od obcych, więc trzeba je jeść, bo tego wymaga nasze dobro wspólne - pouczyli tonem kaznodziei.


- Naprawdę jesteście Patriotami? - zapytałaś. - Macie na to jakieś legitymacje?

- O tak! Proszę bardzo... - pokazali legitymacje.
Widać było, że są dumni, że je mają, jakby to były bardzo ładne legitymacje, chciaż to wcale nie były ładne legitymacje. Mimo, że te legitymacje nam się nie podobały, powiedzieli, że my też moglibyśmy mieć takie same. Przypomniałem, że gdyby chcieli już wyjść, to mogą wziąć klucz z mojej kieszeni, ale nie słuchali, woleli zostać, przemawiać – bo przecież nie rozmawiać - i zobaczyć jak tutaj żyjemy: czy mamy flagę, a czy mamy dzieci? Bo trzeba mieć dzieci. Powiedziałaś, że ci się nudzi, a dokładnie powiedziałaś tak: - Ech, nudzi mi się już to – i wyszłaś pooglądać telewizor. Zostaliśmy sami, ja i patrioci.


Za ich plecami, tam gdzie czubek fikusa pamiętającego moją mamę dotykał sufitu, poruszył się pająk. Przeszedł po nitce sieci do kokonu z napoczętą wczoraj muchą, wyciągnął słomkę, popił, po czym wrócił z powrotem na miejsce z którego wyszedł. Może sikał teraz, albo robił kupę? Ale nigdy nie widziałem pająka robiącego kupę, więc kto go tam wie, co teraz robił. Zamiast tego, co mógł zrobić, zaczął się opuszczać po nitce w dół, prawdopodobnie po ostatnią tegoroczną muchę, zwabioną aromatem tłuszczu, łoju, łupieżu, czy tylko ciężkoprzystojną męską wonią bijącą z czupryn patriotów. Pająk był coraz bliżej muchy, a ona była coraz bliżej głów, nieświadomych dramatu, jaki ma się rozegrać.


- I co teraz? - zapytałem.


Zaczęli się wiercić i szeptać między sobą.


- To my już pójdziemy – oświadczyli, schowali kartofle z powrotem do teczki i wyszli przez drzwi, które otworzyłem kluczem wyjętym z kieszeni. Kiedy wróciłem, muchy już nie było w salonie. Prawdopodobnie poszła razem z patriotami. Pająk powrócił grzecznie na swoje miejsce. Poszedłem do pokoju, w którym oglądałaś telewizję, puszczali dokument o pisarzu, który umarł. Nazywał się Philp Roth. „Istnieją przecież szczęśliwi ludzie. Dlaczego nie mieliby istnieć?", mówił z ekranu Philip Roth, jakby wciąż żył. Tymczasem nie żył już.


Powiedziałaś, że masz ochotę na bułeczkę z miodem spadziowym. Poszłaś do kuchni, a potem wróciłaś. Dla mnie też przygotowałaś. Usiadłaś obok i zjedliśmy po bułeczce.

- A gdyby tak można było znaleźć się w dowolnie wybranym, najlepszym momencie swojego życia, tak na pstryk, to gdzie byś chciała teraz być? – zapytałem jeszcze przedsennie.
- Czy ja wiem... teraz, kiedy pozbyliśmy się już ostatniej muchy, tu jest całkiem miło.




Rysunek: Andrzej Bobrowski

Wiesław Myśliwski komentarzy: 0

Rozmawia

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Początek reszty naszego życia (opowiadanie)




Wysiadam z pociągu na stacji. Nowej, betonowej. Już bez drzew kasztanowych, cierpliwie i szczodrze rozdających cień ludziom dobrym i ludziom złym; każdemu ile chciał. Wracam z pracy, z wielkiego miasta. Jeszcze jestem uzbrojony w marynarkę, krawat i teczkę. Solidna teczka ma skówki zamków lśniące złotem na tle czarnej skóry, w środku upakowane papiery ważne oraz jeszcze ważniejsze, i pióro do robienia wrażenia, takie za pół pensji. Marynarka w dobrym gatunku i właściwie dobrany krawat nadają mi zwodniczy wygląd człowieka, z którym trzeba się liczyć, któremu się zazdrości, wszystkiego.



Spoglądam na palące słońce, stawiam czarną teczkę na betonie peronu, zdejmuję marynarkę, strzepuję, strząsam z siebie resztki pracy. Krawat chowam do kieszeni, przerzucam marynarkę przez ramię, biorę teczkę i ruszam po dworcowym betonie do skrótu wydeptanego w chwastach sięgających kolan. Ścieżka prowadzi do rzeki, w której kiedyś dawno łowiłem ryby, przeważnie płocie, klenie, okonie, czasem trafił się karp, a nawet lin. Bywało, że łowiłem z Władkiem, który właściwie był już wtedy dorosły. Nie łowię już ryb, nie wiem co robi teraz Władek. Pije jak wszyscy, czy nie pije już, bo umarł?


Przełażę przez dziurę w płocie zdziczałego sadu, potem balansuję na zgliszczach przegniłego mostu - z jego poręczy skakliśmy kiedyś do wody na główkę - i jestem na drugim brzegu, w lesie kukurydzy. Kukurydza rośnie szybko; przez cztery miesiące lata musi wystrzelić z ziarna na dwa metry. Chodzę wiosną przez gołe pole a jesienią wracam do domu przez zielony las. Mógłbym wracać do domu przez miasto po chodnikach gładkich jak asfalt, ale nie wracam do domu przez miasto.


Docieram kukurydzą do stawów, wspinam się na górę usypaną z wybranej pod stawy ziemi. Na wierzchołku czyjś kot zasadził się w zielsku ma myszy. Nie ucieka na mój widok; przypada tylko mocniej do ziemi i stara się wyglądać jakby go tu wcale nie było. Udaję, że go nie widzę. Schodzę z góry w stronę ogródków działkowych. Mogę stąd już zobaczyć moje osiedle.


Widzę ciebie. Mijasz ostatnie zabudowanie, schodzisz z asfaltu na drogę do działkowych ogrodów, idziesz w moją stronę, przyspieszasz, przez mostki nad rowami nad już biegniesz – coś się stało? Zaniepokojony puszczam się biegiem w twoją stronę.


- Nic się nie stało – mówisz zdyszana. - Wybiegłam do ciebie.


Skręcamy w prawo, w stronę łąki, tam, gdzie psy wyprowadzają ludzi z osiedla na spacer. Łąka jest teraz pusta. Tylko myszołów, patrolujący okolicę z kopy usypanej przez kreta, podrywa się w górę na nasz widok. Z zagajnika zachwaszonej wikliny dochodzi rumor; coś ucieka przedzierając się przez chaszcze.


- Sarna – uspokajam, i jesteś uspokojona.


Idziemy sobie, wędrujemy i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna. Jeszcze teczka. Melinuję ją w trzcinowej trawie i zostawiam. Dochodzimy do wielkich topoli porastających obydwa brzegi rzeki. Niektóre mają pnie obgryzione przez bobry. Z wody podrywają się kaczki krzyżówki, razem z nimi biała czapla. Spłoszymy je jeszcze raz, ale to będzie już daleko za miastem, teraz rzeka skręca w prawo, a wielkie topole ustępują miejsca skarlałym olchom. Wkrótce te też znikną i tylko gdzie niegdzie na brzegach pojawi się czeremcha albo wiklina. Rzeka płynie przez wielką trawiastą równinę, po której suną dwie ludzkie postaci.


Z nieba słychać pokrzykiwania żurawi. Odpowiada im wrzaskliwy chór gdzieś daleko na równinie. Stado sunące po niebie ląduje właśnie tam, skąd nawołuje je chmara zbierająca się na odlot do ciepłych krajów. Nie widzimy stąd żórawi, podchodzimy bliżej i przykucamy, żeby nie spłoszyć szarej pierzastej masy zbitej z setek takich samych ptaków. Ale one i tak podrywają się do lotu. Szara chmura ciągnie za sobą cień, podążający za nią po równinie rozgrzanej słońcem.


Jesteś zmęczona. Rozkładam marynarkę jak koc. Układamy się i patrzymy sobie w niebo. Spoglądam na zegarek; moi koledzy z pracy najpewniej siedzą jeszcze w salonie konferencyjnym i

radzą, żeby dopasować nowe rozwiązania do starych problemów.


- Poznałem dzisiaj człowieka, który usiłowuje zliczyć ile razy człowiek otwiera i zamyka oczy, zanim zamknie je po raz ostatni – mówię.

- I co?


- Wciąż liczy.

- Lubię kiedy zabawiasz mnie takimi bzdurami. I nie musimy się donikąd spieszyć – dotykasz mojej dłoni, i moja dłoń dotyka twojej.


Ziemia zwalnia, świat zatrzymuje się, czas przestaje istnieć; czy zapamiętasz to tak samo jak ja?


Cisza. Na palcu twojej nogi przysiada motyl. Rozkłada brązowe skrzydła z pawim okiem i wystawia je do słońca. Za chwilę odleci, rozpocząć resztę swojego życia. Jak długo żyje motyl? O, już poleciał.


Z nieba dochodzą krzyki. Kto nas woła?! Zakrywasz się moją koszulą, ja zrywam się gotów na wszystko... To tylko balon. Przelatuje wysoko nad nami, a jego załoga pozdrawia nas głośno i życzy dużo szczęścia. Macham do ludzi, których nie widzę; stąd ich obecność ma wielkość piłki do siatkówki.


- Z kierownikiem świata, poproszę... – wypuszczasz z siebie powietrze, uśmiechasz się, i ja też. Wszystko znów zaczyna się dziać jak powinno.


Znowu idziemy, wędrujemy sobie i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna.


Woda w rzece jest tu tak czysta, że widać ciemne sylwetki ryb. Stoją obok siebie bez ruchu, łbami pod prąd, tylko białe obwódki pysków poruszają się miarowo. Rozlega się plusk, ryba wyskakuje ponad wodę, łapie motyla, pożera i wraca na swoje miejsce w ławicy.


- To nie był nasz motyl... - w twoim głosie czai się pytanie.

- Nasz był większy – uspokajam, a ty mi wierzysz.


Gapimy się na rzekę, stoimy nieruchomo; dwa elementy krajobrazu. Na wodę opadają lądujące kaczki. Ryby rozpierzchają się, ale po chwili znów formują ławicę w tym samym miejscu. Dlaczego akurat tutaj, czy to jest ich dom?


- Zostań ze mną – słyszę twój głos.


Dotykasz ręką mojej twarzy. Ten ruch powoduje, że kaczki podrywają się z furkotem. Ryby rozpierzchają się i znów wracają.


- Jestem z tobą.

- Ale na resztę życia.


- A kiedy zamierzasz rozpocząć resztę życia?

- Z tobą? Natychmiast!


Zrywa się wiatr. Uderza jak ściana, nagle, nawet nie zdążyło zgasnąć słońce i dalej świeci. Trawa, siano i liście atakują, jakby poderwał je pędzący po autostradzie tir. Wczepiasz się we mnie a ja osłaniam nas marynarką. Zaraz nadciągną chmury, niebo rozerwą błyskawice, zaczną chłostać bicze wodne; świat wariuje w ułamku minuty.


Jednak chmury nie nadciągają, nieba nie drą błyskawice; to nie była burza. Co to było? Wciąż świeci słońce, ławica ryb jest na swoim miejscu, białe pyski poruszają się tak samo, jak gdyby nigdy nic. Wyjmuję z twoich włosów kawałki siana i liście.


- Mocne – mówię. - Mocne otwarcie reszty naszego życia – uśmiecham się.

- Buzi... - stajesz na palcach, a ja pochylam się.


Wracamy brzegiem rzeki. Jesteś głodna. Masz ochotę na naleśnik ze szpinakiem i naleśnik z dżemem na deser, ja wolę kotlet, ale solidarnie zgadzam się na naleśniki, pod warunkiem, że będą z serem. Dogania nas łódź do koszenia wodorostów w rzece, powracająca do miasta. Kosiarz zwalnia i pyta, czy podwieźć. Wsiadamy, mimo że nie prezentuje się malowniczo jak gondolier wenecki. Prujemy toń z mocą stu koni rasy bosch, galopujących na rufie w żółto-czarnym silniku. Brzeg oglądany z lustra wody wygląda dziko jak na filmie o krokodylach. Pełno w nim wykrotów, nor, w których na pewno czają się potwory, albo tylko bobry, ale żadnego nie widzimy, chociaż ich ślepia na pewno nas śledzą z ciemnych czeluści. Płoszymy tylko zaskrońca, a pod koniec jazdy piżmaka, może nutrię?


Wysiadamy przed miastem. Niedaleko miejsca, w którym zamelinowałem czarną teczkę ze złotymi skówkami, wypełnioną papierami ważnymi oraz jeszcze ważniejszymi. Zamieszkały już na niej dwa ślimaki wyglądające na parę, chociaż jeden jest biały w czarne paski, a drugi żółty w brązowe paski.


- Koniec randki – przekadam parę na wilgotną trawę.


Mijamy ogródki działkowe, za mostkami schodzimy ze ścieżki na osiedlowy asfalt. Zakładam marynarkę, zawiązujesz mi krawat; wyglądamy jak wszyscy, w każdym razie jak wielu chciałoby wyglądać: facet, któremy się powodzi i dziewczyna z marzeń. Upierasz się żeby nieść moją teczkę; bo chcę, mówisz. Biorę cię na barana, niesiesz moją teczkę, a ja niosę ciebie. Zrywasz czerwone jabłko zwisające z gałęzi nad czyimś płotem. Odgryzasz połowę i ja też odgryzam połowę.


Widać już brzozy rosnące przed naszym wejściem; zaraz przejdziemy w ich cieniu do ogrodu z wielkim orzechem, który ojciec posadził pod okiem dziadka, na swoje dziesiąte urodziny. Rozgrzewasz patelnię na naleśniki, ja wieszm marynarkę na wieszaku, torbę stawiam tam, gdzie łatwo ją znajdę jutro, gdy zaspany będę wychodził na pociąg do pracy w wielkim mieście.

Wychodzę na ogród po pietruszkę, w cieniu orzecha śpi Włodzinek, kot sąsiadów. Unosi głowę, a upewniwszy się, że to tylko ja, opuszcza ją z powrotem. Tutejsi ludzie wystawiają pod garażami butelki po piwie, a Włodzinek robi codziennie obchód i oblizuje szyjki butelek, czy jest już pijany?
Przez otwarte okno w kuchni bije słodkawa woń gorącego ciasta. Jestem tu, gdzie chcę, rzeczy dzieją się jak powinny, reszta naszego życia toczy się niespiesznie.


Gdzieś na świecie szacowne grono starych cyników gorączkowo debatuje komu najkorzystniej przyznać tegoroczną nagrodę pokojową, gdzieś indziej jacyś ludzie spuszczają na głowy innych ludzi bomby z napalmem; mam cały świat w dupie.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Przerwa, i po przerwie (opowiadanie)




W tamtym czasie mieszkaliśmy w koronach drzew.

Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy autem do sklepu i kupiliśmy kawałek starego lasu, a kiedy go przywieźli i rozładowali, ruszyliśmy po nim połazić. Wtedy natknęliśmy się na człowieka, który żył na drzewach. Dostarczyli go razem z kawałkiem lasu, który kupiliśmy.

Zapakowali też wiele innych żyjątek, ale żubra, jelonka, motylki i inne ozdoby odkryliśmy dużo później, jego wypatrzyłaś od razu.


Wyglądał na szczęśliwego, więc postanowiliśmy spróbować tak jak on zamieszkać w koronach drzew, bo nie mieliśmy nic przeciwko byciu szczęśliwymi. Nie kupiliśmy żadnej drogi prowadzącej do naszego lasu, więc nie dojeżdżały tu autobusy ani tramwaje i nie przybywał nikt, kto mógłby nam przeszkodzić w byciu szczęśliwymi.


Na gałęzi wielkiego, starego dębu znaleźliśmy zawieszone na nylonowej lince dokumenty: paragon zakupu uprawniający do zwrotu towaru w razie niezadowolenia, książkę zażaleń i gwarancję na trzy lata.


Zamieszkaliśmy po sąsiedzku, na drzewie obok tego zajętego przez człowieka kupionego z lasem. Nie miał nic przeciwko, a wkrótce wywiązały się pomiędzy nami dobrosąsiedzkie relacje: ty posyłałaś mu przez wiewiórkę świeżo upieczone, pachnące cynamonem pierniczki z lukrem, a on odsyłał odwrotnie prawdziwą płynną wodę deszczową, niechlorowaną, ty parzyłaś herbatę, a on przesyłał cygara skręcone z dobrego zioła. Naprawdę, ustawały powody dla których chciałoby nam się złazić z koron drzew na ziemię.


Zrozumiałem świat lamparta, obserwującego ze swego legowiska na górze to, co dzieje się na dole, i czułem się jak lampart. Po nocy pod niebem z gwiazdami, pachnącej świeżością pierwszego razu, zaczął nas budzić świt, i nastał ranek. Sąsiad nieoczekiwanie zlazł z wysokości na ziemię, więc i my, zaciekawieni, postanowiliśmy zrobić to samo. Pokazał nam gdzie rosną prawdziwe dzikie borówki. Rwaliśmy je garściami. Obok rosły też jagody, wielkie i czarne jak porzeczki. Trudno powiedzieć, co było lepsze. Zajadaliśmy się równo i borówkami i jagodami z radością odkrywcy. Po śniadaniu, sąsiad doprowadził nas przez chaszcze do słonecznej polanki. Tam nazbieraliśmy suszonych ziół, porobiliśmy skręty i powróciliśmy w korony drzew na relaks.


Zaciągaliśmy się raz po raz, bez zachłanności, tylko dla podtrzymania żaru. Patrzyłem w twoje oczy, a one wyglądały tak, jakby cieszyły się że w nie patrzę. Patrzyłem na twoje czoło nad oczami, na nos i na usta pod nimi, które uśmiechały się, jakby cieszyły że na nie patrzę. Patrzyłem na ciebie, a ty wyglądałaś na absolutnie szczęśliwą z tego powodu.


Pod wieczór człowiek na sąsiednim drzewie znów z niego zszedł, zrobiliśmy to samo. Pokazał nam gdzie rosną kurki. Były czyste, żółte, sprężyste, wyglądały zdrowo i świeżo. Nabieraliśmy sporo kurek, a człowiek rozpalił ognisko i pokazał jak upiec kurki żeby nie zrobił się z nich brejowaty sos. Zjedliśmy kurki bez obowiązkowego chleba. Zrobiła się już noc. Ognisko dogasało, więc człowiek podsycił je suchymi gałęziami.


W sumie mieliśmy już wracać w korony drzew, gdy rozległa się syrena i pojawiła się nieprzyjazna straż pożarna uzbrojona w swoje regulaminowe racje. Zaraz za nimi nadjechała błyskająca ostrymi światłami, wyjąca dyskoteka radiowozu. Nie miałaś ochoty na kontakt z policją stworzoną do bicia ludzi za pieniądze. Podeszłaś do wielkiego starego dębu, zerwałaś z gałęzi zwisające na nylonowej taśmie dokumenty zakupu, wybrałaś numer sklepu i zdecydowanym tonem oznajmiłaś chęć zwrócenia towaru oraz zażądałaś zwrotu pieniędzy. Jako uzasadnienie podałaś, że od zarania dziejów las służy ludziom do palenia ognisk w podstawowych celach bytowych, a ten nie, więc uważasz go za wybrakowany. Reklamację przyjęto. Zgodnie z procedurami określonymi w umowie, serwis przyjechał w ciągu kwadransa i spakował nasz były las razem z ogniskiem, sąsiadem, strażą i agresywną policją, jeszcze zanim ta zdołała rozpakować swój ulubiony paralizator.


Zostaliśmy sami. Wciąż była noc, wciąż na niebie świeciły gwiazdy. Ująłem cię za rękę i wróciliśmy do domu. Ty pierwsza wzięłaś prysznic. Kiedy brałem go ja, rozesłałaś na łóżku nową, dobrze wyprasowaną, pachnącą pościel.


Jak dobrze wziąć gorący prysznic po tak długiej przerwie, pomyślałem.



Rysunek: Andrzej Bobrowski