21 października 2018, niedziela
Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o konopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

Ilustracja: Nature Galleries, Klick!!!

 

KROK W PRZÓD I KROK W TYŁ


Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy.


Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.

Sławomir Mrożek (1930 – 2013) komentarzy: 3

Rozmowy chłopów

wyjęte z Indyka
sztuki Sławomira Mrożka z 1960 roku

 

Foto od HEYKELTRAŞ Coşkun ÖZER 
Klick!!!


Pierwsza rozmowa chłopów

CHŁOP I Łońskiego roku, przed samą wiliją, krowa coś

mówiła do Marcina.

CHŁOP II Opowiedzcie no, kumie.

CHŁOP I Ano, poszedł Marcin do obory, a krowa powiedziała

do niego wedle żłoba: ,,Nie jest dobrze, Marcinie".

CHŁOP III Co nie jest dobrze?

CHŁOP I Także samo i Marcin ją zapytał: ,,Co nie jest

dobrze, krowo?" A krowa na to: ,,A tak, w ogóle to nie

jest dobrze" — i tylko siano jadła. Marcin jeszcze trochę

poczekał, bo myślał, że może co więcej powie. Stoi,

a ona nie, tylko siano je. Postał godzinę, postał i dwie,

aż go nogi zabolały, i wyszedł.

CHŁOP II Krowy, to jeszcze nie. Barany, te jak coś powiedzą!

CHŁOP III Musi była wiedząca.

(pauza)

CHŁOP II Może by zasiać co...

CHŁOP I Jjiii tam...

CHŁOP III E, mówicie...

(Chłopi podnoszą, potem stawiają dzbany i milkną)

Klick !!!
ciąg dalszy

Gertruda Stein komentarzy: 0

O liczeniu, pisaniu, piorunach i orzechach

 

 

Gertruda Stein pozująca Jo Davidsonowi Klick!!!




Nie ma innej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzę
ciem poza tą że człowiek potrafi liczyć i nigdy jeszcze nie było tyle liczenia co teraz. Wszyscy ludzie liczą liczenie jest głównym zajęciem wszystkich ludzi. A to dlatego że ludzie przekonali się że tylko liczenie różni ich od zwierząt a ponieważ każdy chce mieć pewność że jest człowiekiem, ponieważ każdemu teraz potrzebna jest afirmacja więc wszyscy zabrali się do liczenia.
dalej Klick!!! w zdjęcie

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W drodze, i z powrotem (opowiadanie)






Hotel z różowymi murami wydawał się nierealny w blasku wschodzącego słońca.

W opustoszałej sali balowej fryzjer Andreas wciąż tańczył zapamiętale, obejmując mocno swoją zmęczoną tęgawą małżonkę. Wielki cień jeszcze płynął za nimi po ścianach, niezmordowanie powtarzając gesty. Dwie godziny później uprzątnięto to miejsce i podano  tam śniadanie hotelowe. Wybrałaś pleśniowy ser, winogrona i pomarańcze, ja wyjadłem bekon z jajecznicy, do tego herbata i papieros. Spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, odpaliłem auto. Byliśmy w drodze nad morze.


Zwolniłem do setki, zaraz jeszcze bardziej; na trawiastym leśnym poboczu leżał lis. Wyglądał jak żywy, ale był martwy. Idealnie rude futro z białym krawatem pod zastygłym w uśmiechu pyskiem. Powiedziałem, że o tej porze roku nikogo nie osierocił, ale to cię nie pocieszyło.


Pomyliłem drogę, więc musieliśmy wrócić do rozjazdu. Lisa już nie było przy drodze. Kawałek dalej stał robotnik podparty na łopacie i przyglądał się nam. Jak wszyscy robotnicy, interesował się wszystkim tylko nie robotą. Uśmiechnęłaś się do niego, ale on czujnie nie odpowiedział. Przyspieszyłem do setki.


Nad morze dojechaliśmy szczęśliwie. Przez pięć dni nie pobito nas, nie sponiewierano, nie poniżono inaczej; prawdę mówiąc nie widywaliśmy prawie nikogo poza serwisem i uprzejmymi sprzedawcami pamiątek. Szóstego dnia, wyposzczeni brakiem wrażeń spakowaliśmy rzeczy, uregulowaliśmy rachunek, szczęśliwie odnaleźliśmy auto na parkingu.


W drodze powrotnej zwolniłem we wiadomym miejscu. Lisa wciąż nie było, a robotnik dalej stał oparty na łopacie. Prawie pokłóciliśmy się o to, czy to ten sam robotnik; ja obstawałem przy tym, że to był on, ty twierdziłaś że zupełnie inny, bo ten się do ciebie odśmiechnął, a co jak co, ale zapamiętujesz twarze, które pogardzają twoim uśmiechem. Byłem już skłonny przyznać ci rację, ale się powstrzymałem, żebyś nie uznała tego za pójście na łatwiznę. Podtrzymywałem więc pozory sprzeczki. Wkrótce przestało być ważne kto miał rację.


Co to w ogóle znaczy mieć rację? Miałem ją tak często, że chętnie bym się jej pozbył, tak już mnie zmęczyło jej posiadanie.


Dojechaliśmy do domu w zdrowiu, z wielkiego orzecha wrony strącały już orzechy. Zielone kulki staczały się po stromiźnie dachu, by stukając w twarde łby bruku podjazdu rozprysnąć się na środek i skórkę.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Coś do poczytania




11 września 2017
Czerwone trzewiczki

(...) Na niczym się nie znam, nic nie potrafię, nie czytałem Murakamiego i nie prowadzę auta. Próbowałem grać w piłkę, aż wyśmiało mnie moje własne dziesięcioletnie dziecię. Poległem przy próbie ogolenia sobie brwi i omal nie połamałem sobie rąk podczas zmiany pościeli. Skarpetki pękają mi na stopach. Lecz mam czerwone buty stworzone dla tych stóp.


Ilość zmartwień i kłopotów, które ściągnąłem na swoją siwą głowę, doprawdy trudno zliczyć, zresztą o większości z tych spraw nawet nie godzi się pisać. Powiem więc tylko, że maszeruję pod krzyżem przeprowadzki i wielkiego remontu, premiery powieści, której oddałem dwa lata, oraz programu telewizyjnego, który wciąż robię wbrew znakom na niebie i ziemi. Wlokę się tak, przez ciernie i pył, przygięty przez to co powyższe. I dobrze, bo wciąż patrzę na swoje nowe buty, na czerwone buty przyprószone gruzem, na którym perli się pot.


Nie wiem, co przyniosą najbliższe miesiące i lata. Za miesiąc kończę czterdziestkę, co w najlepszym razie oznacza, że połowa życia już za mną. Więcej nie będzie. Zapewne nie będzie lepiej. Powieść może okazać się klęską, posypie się zdrowie, zrobię coś strasznego i bliscy odwrócą się ode mnie. Zostanie tylko stary przyjaciel, lęk. Będę gruby. Będę bezzębny. Będę martwy.


Ale mam przecież czerwone buty i idę, ach idę, idę w nich sobie do knajpy.

Całość, Klick!!!

Ilustracja: Sıedykh galery

Jakobe Mansztajn komentarzy: 0

22 sierpnia o 20:16





Drodzy Państwo, odkąd przeprowadziłem się do Warszawy, najregularniej bywam w Biedronce. Pod domem żadnego innego sklepu, tylko knajpa i rosyjska ambasada. Czyli właściwie, hehe, dwie knajpy.



O ile ambasada wygląda jak zamek w Westeros, to Biedra przypomina podziemny parking z regałami. Miejsca tak na styk, ale nigdy nie ma problemu, żeby dojebać na środek jeszcze cztery europalety z przecenioną salsą. Mijanka w alejce staje się wtedy doświadczeniem erotycznym.


Regularnie zdarza się, że podczas wybierania wędliny - a życie mam takie, że mi się raczej nie śpieszy - jakaś staruszka o twarzy Henryka Gołębiewskiego podcina mi wózkiem pęciny. Podcina i podcina. Myślę sobie wówczas: też kiedyś będę dziadkiem, może wtedy zrozumiem. Na warzywach nie jest łatwiej. Presja, wrogie spojrzenia, czyjaś głowa wciskająca się pod moją pachę, kiedy wybieram pomidora. Na pieczywie tak się z tego wszystkiego ostatnio zamyśliłem, że pani wyjęła mi z ręki papierową torbę na chleb. Z ręki mojej. Wzięła. Pomyślałem: może też się zamyśliła.

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O złości







Mama przypomniała mi niedawno, że ćwierć wieku temu kopałem drzwi windy bo ta nie przyjeżdżała. W dawnych latach wściekałem się zresztą na wszystko: na nieprzyjeżdżający tramwaj, na ludzi w kolejce, na faceta co za długo piwo zamawia i tak dalej. Byłem chodzącą bombą zegarową. Maszerowałem zaciskając pięści w kieszeniach i byłem gotów ruszać do walki ze światem zawsze, o wszystko.


Wściekały mnie też rzeczy grubszego kalibru, na przykład Kościół katolicki, kolejne rządy albo staruszkowie. Uważałem (może nie bez pewnej racji), iż zniszczyli nasz kraj. Dalej przychodził gniew na rzeczy subtelniejsze. Wkurwiała mnie śmierć. Przeklinałem Boga, w którego przecież nie wierzyłem ani przez moment. Wreszcie, wkurwiałem się na bezlitosny los, który skazał staruszków na samotność, nieważność, cierpienie.


Dziś wciąż złoszczę się na nieprzyjeżdżający tramwaj bądź permanentną nieobecność taksówek ale z resztą rzeczy się pogodziłem. Kościół coraz intensywniej uczestniczy w życiu społecznym, a przecież nie ma lepszej drogi do ateizmu niż częsty kontakt z klerem. Postarzałem się troszeczkę i rozumiem, że kiedyś umrę. Trudno, przecież nie zabiję się z tego powodu.


Czasem myślę sobie, że powinienem zacząć się złościć na różne rzeczy, które dzieją się w naszym pięknym kraju. Być może byłoby to nawet przyzwoite. Z przyzwoitością nigdy nie było mi po drodze. Musiałbym jednak nauczyć się złościć na te różne rzeczy.


A nauka mnie złości.


Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Lex Drewiński

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ty i ja (opowiadnie)



Niektóre drzewa żyją aż trzy tysiące lat. Osobiście nie udało mi się wyhodować żadnego drzewa, które żyje tak długo. Za oknem wiatr uformował kupkę z paru liści a potem ją rozwiał. Po obiedzie przestało wiać zupełnie. Wszystko działo się jak miało i nic nie wskazywało że będzie inaczej; słońce wzeszło rano na wschodzie i miało zajść wieczorem na zachodzie, jak zawsze.


Powiedziałeś mi, że musimy się rozstać. Nie zniesiesz już dłużej takiej miłości z mojej strony, nie chcesz być tak kochana, obraża cię to, że ci na wszystko pozwalam, wszystko jest dozwolone, a nawet oczekiwane i od razu zachwycające; obłęd! Chcesz mieć normalne życie, nie chcesz dłużej występować w roli mojego idealnego wyobrażenia na temat twojej osoby, tylko chcesz być tą osobą! Z wszystkimi wadami, skłonnością do przeciętności, tęsknotą do modnych ciuchów na wysokim obcasie, bywania w towarzystwie, gdzie ludzie raczą się bzdurami, i chcesz oglądać telenowele jak wszyscy normalni ludzie, więc musimy się rozstać, natychmiast.


Poszedłem do łazienki. Ogoliłem się, obciąłem paznokcie u nóg, u rąk i włosy w nosie, sprawdziłem czy nic nie wystaje z uszu. Spojrzałem na człowieka w lustrze. Uczesałem mu włosy, natarłem twarz kolońską, polukrowałem balsamem i ubrałem go koszulę na niedzielę. Wyglądał nieźle, i naprawdę trudno było się do czegoś przyczepić. Wróciliśmy do pokoju.


Siedziałaś na podłodze przed telewizorem. Usiadłem obok. Telewizor pokazywał wiadomości z prawdziwego świata. Powiedziałaś że ludzie protestują na ulicy przeciwko czemuś, albo manifestują za czymś, a nas tam nie ma! Niektórzy głodują! Nawet giną gatunki całe, na przykład niektóre motyle, a my zachowujemy się tak, jakby to się nie działo. Powiedziałem że możemy pojechać do miasta i poprotestować trochę razem z tymi co są przeciwko, albo z tymi, co są przeciwko tym, którzy są przeciwko. Nie jeść też możemy przez jakiś czas, skoro to takie ważne. Zatrzepotałaś powiekami jak człowiek niemogący złapać powietrza. Wyszedłem do szopy.


Już miałem wrócić z szopy, kiedy przez szparę w deskach zobaczyłem dwóch bydlaków. Skradali się do naszego okna. Przylgnęli plecami do ściany domu i nasłuchiwali. Potem, pozostając niewidocznymi z wewnątrz, obserwowali co dzieje się w środku. Nałożyli kominiarki na łby. Wsunąłem za pasek spodni mały półkilowy toporek, wziąłem do ręki kij obły dobrze wyoblony i wyskoczyłem. Tego, który nie zdążył uciec, związałem powrozem i zaciągnąłem nieprzytomne ciało do szopy.


Pozostał problem, jak ci o tym powiedzieć. Kiedy wszedłem do domu, dalej siedziałaś przed ekranem, a telewizor wciąż podrzucał ci nowe fabuły z prawdziwego świata. Postanowiłem poczekać na chwilę, aż świat zatrzyma się na moment i nic nie będzie się działo. Usiadłem obok.


Rysunek: Anka Cięciel

Jerzy Pilch komentarzy: 0

O umieraniu (2009 rok)

Szczepan Twardoch komentarzy: 0

Zupełnie pierwsza randka (opowiadanie)




Powiedz jej, że jest piękna, myślę sobie, bo jest ładna, a jeśli jej powiesz, że jest piękna, to na chwilę specjalnie dla ciebie stanie się piękna, nie gadaj o terrorze, weź ją za rękę i powiedz jej, że jest piękna...



Niedziela, prawie wieczór. Dziewczyna całkiem ładna w bojaźliwy sposób, odziana gustownie, niczym urzędniczka bankowa średniego szczebla, która w weekend i na randce chce wyglądać luźniej, jakby ciągle wierzyła, że w jej życiu coś jeszcze może się wydarzyć. Twarz skupiona, usta zacięte, ręce zaplecione i cała jestem nadzieją, że okażesz się kimś, chłopaku, ale prawdę mówiąc, nie liczę na to, zbyt wielu was widziałam. A jeszcze mam czas. Jeszcze mam.


Chłopak, taki w moim wieku raczej, ale chłopak, chudy, T-shirt i trampki, chociaż włos rzednie. Napięty. Żeby ani chwili milczenia, bo niezręcznie. Bardzo się stara, opowiada o historii, demokracji, wojnach prewencyjnych, a ona udaje głupiutką i pozwala sobie tłumaczyć, cóż to takiego ta wojna prewencyjna, że Hitlera zaatakować należało w 1935 r., niemożliwe...? Ale nie zaatakowaliśmy, tak...? Wielkodusznie pozwala mu być mądrym, nie okazując znudzenia.


Powiedz jej, że jest piękna, myślę sobie, bo jest ładna, a jeśli jej powiesz, że jest piękna, to na chwilę specjalnie dla ciebie stanie się piękna, nie gadaj o terrorze, weź ją za rękę i powiedz jej, że jest piękna... On tymczasem o zaletach demokracji, że prawa człowieka i wojna prewencyjna, a dziewczyna w nieskończonej swej cierpliwości pyta go, och, naprawdę w 1935 r. polska armia była silniejsza niż niemiecka?


No bo owszem, jest trochę nudziarzem, ale za to jest też całkiem inteligentny i ładnie pachnie, może jest kimś... Może nie kłamie. Może nie jest zazdrośnikiem, pijakiem, artystą, tchórzem, może nie jest wiecznym chłopcem przerażonym perspektywą kreseczek na teście ciążowym, może ma jakąś pracę, a nie „właśnie pracuje nad projektem", może przy tym jeszcze radzi sobie w łóżku, nie pytając o pozwolenie na to czy tamto, może jakoś to będzie, może nie wyłysieje już bardziej, może zamieszkają razem u niej albo u niego, to się potem dogada, będzie taniej, może kupi jakiś pierścionek, może będzie to dziwne wesele z warszawskimi znajomymi patrzącymi z góry na dalekich krewnych spod Siedlec i Ciechanowa, z wujkiem o czerwonej twarzy żądającym „A teraz idziemy na jednego" i warszawskimi znajomymi ironicznie popierającymi te żądania; potem może jakiś kredyt na większe mieszkanie, no bo dwie pensje, może auto, żeby na wakacje, może w końcu będą kreseczki na teście, a on z kumplami uchleje się ze strachu, a potem rzeczywiście może jakoś to będzie, coś się urodzi i potem się tym urodzonym zachwycą, a potem kolejne albo nie, odsuną się od siebie albo nie, potem może on odejdzie z inną albo może ona pozna kogoś, kto w łóżku zrobi jej takie rzeczy, że ona za te rzeczy odda wszystko, te dzieci, co się urodziły, i tego miłego, łysiejącego chłopaka i jego okulary, T-shirt i trampki, bo przecież kobietom też się to zdarza.


Albo może on zginie w wypadku, albo może nikt nie zginie i nikt nie odejdzie i tak będą sobie żyć razem, a może wbrew wszystkiemu i wbrew znużeniu będą się bardzo mocno kochać i być ze sobą z miłości i płodzić dzieci z miłości i będą się kochać tak długo, jak długo ludzie się zwykle tak naprawdę bardzo, bardzo kochają, czyli ile, dziesięć lat?; a potem dalej będą się kochać, tylko już jakby trochę mniej, ale może nie zdążą się przestać kochać, oboje nie są już młodzi, ona zaraz przed trzydziestką, on już dobrze po, może teraz im się właśnie uda, bo już pozbyli się złudzeń.


„Jestem głodna chyba trochę..." – dziewczyna przerywa opowieść o zaletach demokracji. „W zasadzie... chyba, ewentualnie też bym coś chętnie... chyba przekąsił..." – chłopcu drży głos. „Tylko nie wiem, bo autobus czy tu gdzieś... Jak na Nowy Świat, bo..." .


„To ja przepraszam na chwilę...".


„Tak, ja też muszę do toalety. To ja po tobie..." – niezgrabnie zgadza się chłopiec.


I najpierw ona idzie się wysikać, wraca, potem on idzie się wysikać i wraca. I coś się stało między nimi. Zakładają kurtki, nagle oboje jeszcze bardziej niezgrabni, niezgodni, sztywni, on ją przepuszcza, ona nie wie, więc czeka, on się uśmiecha przerażony, tacy oboje już wysikani. Po co szliście do tej toalety, po co? Tak, długo nudził o tym Hitlerze prewencyjnym, ale mogłaś nie iść do toalety, mogłaś wytrzymać, wszystko jeszcze mogło się udać, gdybyś nie poszła się wysikać, wszystko mogłoby się udać, gdybyś nie poszedł po niej, a teraz, kiedy tak obok mnie przechodzicie naznaczeni dla siebie nawzajem piętnem tego, że właśnie sikaliście, to już pewne, że nic wam się nie uda, idziecie obok tacy sztywni i smutni oboje.


Pójdą dalej do jakiejś nieudanej restauracji, bo akurat stolik, zamówią dziwną kolację, bardzo zwracając uwagę na ceny – żeby nie za drogo ani nie za tanio, ona kieliszek wina, czerwone wytrawne, on wolałby piwo, ale też weźmie wino i nie będzie miał odwagi wziąć butelki, martwiąc się, czy mu wystarczy pieniędzy na karcie, żeby wstydu nie było. Potem pochwalą jedzenie, zjedzą, udając apetyt. On znowu będzie mówił, ona będzie dalej udawać, że ją to obchodzi, potem go może nawet na pożegnanie cmoknie w policzek, on potem będzie sobie wyrzucał, wracając samotnie do domu, że znowu nie miał odwagi pocałować, bał się, czy nie odepchnie. Ty tchórzu, powie sobie do lustra w garderobie.


Jej w metrze będzie smutno, że nie pocałował, patrzeć będzie na zakochane pary, ale może jednak lepiej, tak sobie będzie myśleć, może jednak lepiej, że nie pocałował. Ale mógł przynajmniej spróbować. Może mu się nie podobałam? Pewnie mu się nie podobałam. Potem napisze esemesa do przyjaciółki, że całkiem miły ten chłopak. Przyjaciółka zapyta, całowaliście się? Na to już nie odpowie, nie dzisiaj.


On w tym czasie zajrzy do lodówki, otworzy żywca, obejrzy serial na laptopie, potem włączy porno i zaśnie bardzo smutny w powalanej pościeli.


Ona jeszcze napisze do byłego chłopaka, który jest skurwysynem, ale którego ona ciągle trochę kocha, i zaraz pożałuje, że napisała.


Jutro oboje pójdą do pracy.


Kawiarnia literacka, polityka.pl,
Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria (fragment opowiadania, str. 117)










Jeden pan jest tak dobrze wytrenowany do bycia lubianym, że nigdy nie mówi tego co myśli, ale to, co ludzie chcą usłyszeć. I zawsze ma coś do powiedzenia. Dusza towarzystwa po prostu. I nikt nie posądza go o bezmyślność, chociaż nigdy nie mówi co myśli.


W młodości lubił co prawda zabierać głos w zgodzie z samym sobą, ale gdy spostrzegł, że wtedy wszyscy są urażeni lub tylko znudzeni, zaniechał wyrażania myśli na rzecz bycia lubianym. Wiadomo, żeby być starym i cwanym, najpierw trzeba być młodym i głupim.


Nawet żona, dopiero po roku małżeństwa zorientowała się, że on ma swoje bardzo konkretne zdanie na rozmaite podstawowe życiowe tematy, w dodatku inne niż ona. Ale już było za późno, bo rzuciła dla niego pracę i nie stać jej było teraz na rozwód, jak większość żon. W środowisku, w którym był tak lubiany, przyjęła rolę tła, i środowisko przyjęło ją w tej roli z ulgą. Z czasem wytrenowała się do roli tła tak doskonale, jak on do bycia lubianym, więc zapraszano ich i zapraszano, i bywali i bywali...


- Czy to jest o Tadziu Hoffmanskim, panie Darku?

- Ochujałeś cycu rybi?! Tadziu Hoffmański jest poetą przeraźliwie autentycznym. Traktuje się tak serio, że wydaje się to nienaturalne i zawsze wypada jak karykatura samego siebie. Do śmierci będzie mieszkał sam w suterenie, którą mu przydzieliła gmina.


- No, ale chyba nie o mnie pan tak źle myśli, co panie Darku?

- Nie myślę o tobie źle; w ogóle o tobie nie myślę.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O kongresie literackim


Tego lata do trzygwiazdkowego ośrodka położonego nad sztucznym zalewem w Kutasinie Górnej zjechali literaturoznawcy, profesorowie polonistyki, eseiści i krytycy literaccy. Przybyli wszyscy, świadomi wagi rozmowy, która się odbędzie.


Ponieważ zostało sporo miejsc, dokwaterowano co bardziej prominentnych recenzentów, po trzech na pokój. Każdy otrzymał śniadanie, leżak na plaży oraz voucher na masaż.


W samo południe to szacowne grono zasiadło w sali konferencyjnej mieszczącej pół tysiąca publiczności. W toku gorącej, lecz kompetentnej dyskusji znaleziono odpowiedzi na wszystkie nierozstrzygnięte dotąd spory i zagadnienia. Wymieniono istotne trendy w polskiej literaturze współczesnej, a następnie podsunięto pisarzom zagadnienia, których podjęcie będzie zaszczytnym obowiązkiem. Wyznaczono kierunki rozwoju poezji, prozy i eseistyki na następne dekady oraz ustalono ze stuprocentową pewnością, kiedy ukaże się powieść totalna, na którą wszyscy czekają od trzydziestu lat, jeśli nie lepiej. Ujawniono też nazwisko autora tego wyjątkowego arcydzieła.


Ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, prelegenci w sposób jasny i niebudzący wątpliwości określili, jaką postawę winien przyjąć autor wobec zagadnień społecznych i perturbacji politycznych. Dzięki temu każdy literat może żyć i tworzyć bez żadnych aksjologicznych wątpliwości.


Tego dnia w Kutasinie Górnej zabrzmiało jeszcze wiele innych rewelacji. Świat nie dowie się o żadnej z nich, albowiem na kongres, prócz prelegentów, nikt nie przyszedł.



Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Marcel Marien