1 października 2020, czwartek
Ludwik Cichy komentarzy: 0

Nagranie z kamery hotelowej (opowiadanie z 2009 roku)

Dekadę temu ludzie mieli zupełnie inne problemy






- O czym czytasz?

- Że gepard pędzi 100 na godzinę, dogania impalę, podcina jej nogi, zarywają w ziemię, chmura pyłu opada i gepard się do niej zabiera. Taki obiad, jak nigdy nic, 100 na godzinę, bęc o ziemię i nic mu się nie stało.

- Co to jest impalę? – zapaliła swoją nocną lampkę i rozpoczęła kremowanie szyi przed snem.

- Taka murzyńska sarenka.

- Jaka? – zakręciła słoiczek z kremem vichy sięgnęła po inny słoiczek.

- Taka nie za duża, w sam raz.

- Może by nam takie coś pasowało do ogrodu? – odkręciła drugi słoiczek. – Może byśmy sobie kupili? Jak to wygląda?

- Brązowe, z białym brzuchem chyba.

- A, to nie, za dużo by było brązu. Jak się nazywają te brązowe, co już mamy?

- Daniele.

- No daniele, nie ma co za dużo w jednym kolorze. Coś żółte by się przydało.

- Papugi?

- Nie chcę papugi, tylko by srały na kwiatki, a co jeszcze piszą w gazetach?

- Tak tylko przeglądam, żeby oczy zmęczyć przed snem…

- Dobrze ci w okularach, wiesz?...

- Uhm.

- Może bym sobie też kupiła – odkręciła trzeci słoiczek z kremem – co myślisz?

- Po co ci?

- Czy ja wiem, coś bym sobie kupiła.

- To sobie kup, po to są pieniądze, żeby kupowały dla ciebie co chcesz – przewrócił kartkę.

- Ale co?

- Co chcesz.

- Nie wiem co bym miała chcieć, ciebie się pytam… No popatrz, nie zakręciłam słoiczka i teraz nie wiem która nakrętka jest do którego kremu. Kurde, powinni to jakoś zaznaczać! A nie tak, że teraz nie wiem co zrobić…

Trzymała w dłoni otwarty słoik i patrzyła na dwie leżące nakrętki, nie mogąc się zdecydować, którą wybrać.

- Spróbuj niebieską.

- Obydwie są niebieskie, kurde! Powinni zrobić tak, że do niebieskiego kremu jest niebieska, a do różowego różowa, a do białego biała, kurde, a nie, że wszystkie kremy co kupuję są niebieskie.

- Pokaż – odłożył gazetę i ponad jej brzuchem sięgnął po najbliższą nakrętkę – spróbuj tą.

- No, ta pasuje – zakręciła słoiczek i sięgnęła po kolejny. – Ale i tak powinni coś z tymi cholernymi kremami zrobić, a nie tak byle jak, że się potem kobieta musi męczyć niepotrzebnie i denerwować przed snem. A skąd wiedziałeś, że to ta?

- Nie wiedziałem; wszystkie są takie same i pasują.

- Takie same? To może oni tam do środka to samo wkładają i tylko zmieniają napisy na etykietkach? Nie… no chyba nie – odpowiedziała sama sobie. – Ale i tak ten świat jest taki okropny.



rysunek: Andrzej Bobrowski



Kasia Węgierska komentarzy: 0

Między nami





Ta niezwykła historia pochodzi z zaproszenia Kasi na jej najnowszy koncert Między Nami:




Dawno temu, w innym czasie, był sobie mały, szary smok.

Był o wiele mniejszy od swoich rówieśników, bo w pewnym momencie przestał rosnąć.
Szukał dla siebie rozwiązania, przemierzając lasy i oceany, aż pewnego razu trafił na górę, którą zamieszkiwał Wielki Smok. Słynął on ze swych złotych łusek oraz swej mądrości, przeżył bowiem tysiące lat i widział wszystko. Choć swą potęgą budził on ogromy respekt, Mały Smok podszedł do niego i opowiedział mu o swoim problemie.

-Odpowiedź jest prosta- odparł Wielki Smok- Musisz udać się do Między Nami.

-Między Nami? Co to za nieznana kraina?

-Między Nami to miejsce, w którym rozgrywa się wszystko.
Między Nami to między tobą i nią, ale też tobą i mną oraz wszystkimi innymi- tymi na zewnątrz oraz tymi w twojej głowie.
To przestrzeń między tobą, a tym, jak dla ciebie wygląda uśmiech, smutek, wiewiórka czy wzburzone morze. Między tobą a tym co myślisz o swojej dawnej szkole, mamie, śpiącym kocie czy o sobie samym. Miejsce między twoim „tak mi się nie chce'', a ''ale powinienem".
Między Nami to także zlęknione: „Tylko nie mów nikomu". To sekretny szept: „tak się wstydzę", nieśmiała prośba: „tylko mnie nie oceniaj". To strach przed odrzuceniem i wdzięczność za obecność. To szelmowski uśmiech i mrugnięcie okiem, to lekki żart, o którym się zaraz zapomina.

Po tych słowach Mały Smok podziękował i udał się w podróż do krainy Między Nami. Wędrował, zostawał, latał i doświadczał, spisując od czasu do czasu swoje przeżycia na białych pergaminach. Po latach niezliczonych przygód szedł brzegiem jeziora. Tafla była gładka, zapraszająca. Smok spojrzał w nią i zobaczył swoje odbicie. Aż mu dech zaparło!
Przed sobą nie zobaczył Małego Smoka. Oto przed nim stała ogromna, fioletowa postać.
Przed nim stał Wielki Smok.

Charles Bukowski komentarzy: 0

Dziwna wizyta

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Nowy tekst

Andrea Galvani komentarzy: 0

I minister się wypalił...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 135.

Niedawno odbyły się wybory prezydenckie, które rozłupały kraj dokładnie pół na pół. Tymczasem gromada dzieci, zgodnie podchodzi bociana, który zabłąkał się nad stawem w miejskim parku i usiłuje trafić go kamieniami. Ptak odlatuje nie dając się trafić, dzieci są rozczarowane postawą bociana. A w środku miasta robotnicy bez entuzjazmu zrywają chodnik na ulicy, ryją w niej koparką, przewracają drzewa, żeby przerobić zapowiadane szumnie środki unijne. Obok, przepływa w czarnej karocy zaprzężonej w 340 koni czystej, niemieckiej rasy BMW żona nowego burmistrza. A wydawało się, że jest skłonna zestarzeć się bez większych ambicji w tym miasteczku. Starzec Kaczyński przemawia w swojej telewizji do swojego narodu. Wszystkie telewizje natychmiast tłumaczą, co chciał powiedzieć, mówiąc to, co chciał. Strużka wody skapuje z pyska psu, który właśnie przestał pić.
- Nie musisz od razu wierzyć we wszystko, co mówią - mówię do psa - bo i ja nie we wszystko to wierzę.
Pies ziewa i zasypia na ławce w ogrodzie. Też kładę się spać.


Rano dzień przywraca rzeczom kształty, które wieczorem zeżarła noc. Na ulicy pojawia się urzędnik służbowy. Skoncentrowany na misji, ostentacyjnie nie pozdrawia nikogo. Na swojej ptasiej głowie nosi okulary, które trzymają się tak pewnie, jakby były częścią twarzy. Mam wrażenie, że jest podobny do kogoś, lub nawet jest tą osobą, do której jest podobny. W każdym razie, psu nie chce się nawet na niego szczekać, więc pewnie to jednak on.

- Dzień dobry – mówię jak zwykle, a on jak zawsze nie odpowiada, co przesądza, że nie jest osobą podobną do niego, ale nim samym, w dodatku we własnej osobie. Podległe mu służby ratunkowe w bezrefleksyjnym zapamiętaniu testują w poszukiwaniu pandemicznego wirusa, bez którego ten świat nie potrafi już istnieć. Im więcej testują, tym wirusa mniej, więc żeby był na potrzebnym poziomie, muszą testować coraz więcej i więcej. Pies przebiega przez poranną kałużę. Świeci słońce, więc kiedy wracamy, kałuża już wysycha i odsłania psi ślad odciśnięty w błocie. Pies zatrzymuje się nad nim, obwąchuje, merda ogonem, bardzo mu się podoba ten ślad. Wszystko o czym myśli, to jak by tu zabrać go ze sobą do domu.

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Dzień 55.



Dzisiaj znów urodziło się więcej ludzi niż umarło: na świat przyszły 224 tysiące, a zeszły z niego 94 tysiące. Czy nowourodzeni nie będą przeklinać, palić, nie będą pić, tylko od razu zaczną się kulturalnie starzeć? W kadym razie podczas tej pandemii liczba mieszkańców bardzo wzrasta.


Dużo zamaskowanych chodzi po ulicach. Właściwie wszyscy - bez oblicza, pozbawieni urody, charakteru, zdyscypliniowani. Nie wiem co pisać; sytuacja nie jest do pozazdroszczenia.


Przychodzi mi do głowy myśl. Zaraz wychodzi. Wcale jej nie zatrzymywałem.


Przez przejście dla pieszych sunie pijak. Dochodzi do krawężnika, wysuwa jedną nogę do przodu i nie wie co począć z drugą. Trwa to jakiś czas; w końcu podejmuje decyzję – przewraca się.


Może i nie warto tego zapisywać, bo tu nie dzieje się nic porywającego, ale przecież autentyczne życie to nic nadzwyczajnie błyskotliwego, więc trzeba je dostrzec takim jakim jest, w całej codzienności.


Ludzie dalej wierzą, że kto czyta książki, to rośnie mu inteligencja. Mimo, że 40 procent nie rozumie tego co czyta, a może waśnie dlatego.


Nie wiem jak jeszcze bardziej mogę zostać w domu - robię to już na najwyższych obrotach, ekstremalnie, najlepiej jak umiem, a mimo to dręczy mnie świadomość, że nie wykorzystuję wszystkich możliwości. Muszę spróbować docisnąć pedał, wyeliminować wszystkie luki w pozostawaniu. Na pewno znajdę coś do dopchania kolanem.


Wysyłam psa na spacer. - Pójdziesz Topolową, skręcisz w Łąkową i już będziesz nad rzeką, wykąp się na plaży i wracaj pędem. Z nikim nie dyskutuj, na zaczepki nie odpowiadaj – instruuję. - Masz być z powrotem za pół godziny.


Puszczam go za bramą i patrzę jak gna i skręca w Łąkową. Bramę zamykam gdy znika. W ogrodzie randkują kosy, defekują dzikie gołębie, jakiś mały ptaszek, chyba rudzik, wibruje głośniej niż skowronek na łące. Tak cholernie mnie to rozprasza w skupianiu się w ćwiczeniu doskonałości pozostawania w domu, że rozważam zrobienie procy. Na razie odkładam na jutro to barbarzyskie rozwiązanie. Za dużo rzeczy odkładm na jutro.


O jedenastej trzydzieści wychodzę przed bramę z przekonaniem, że pies nie dotrzyma półgodzinnego terminu, ale on tam już jest, oczekujący, cały mokry, wykąpany w rzece. - No, no... - chwalę, głaszczę, drapię za uchem, przytulam i tak dalej...


PS.

Pijak nie leży już na przejściu na pieszych. Pewnie wstał zdziwiony, odnajdując siebie w publicznym miejscu, pozbierał postać w całość, wyprostował na niej odzież, wybrał kierunek i wyszedł z pola widzenia.


Przy mojej bramie zatrzymuje się Tomek, ma niewielki pakunek w ręce i jakąś sprawę najwyraźniej, bo poróbuje otworzyć wrota. Zanim zacznie kopać, wolę zagadać przez otwarte okno.


- Co tam, Tomek?

- A, bo hrabini kazała dać to pana psu – podnosi pakunek.


Wychodzę, otwieram bramę.

- Pani Wrotycz-Nawłociowa powiedziała, że pies ma przegryźć wołowiną, żeby mu to ucho policjanta nie stanęło na żołądku – Tomek wręcza mi pakunek.
- O czym ty do mnie rozmawisz Tomek?! Jakie ucho?


- Pan nic nie wie?... Na Łąkowej policyjni dupnęli młodego Bulińskiego, jak wyszedł z domu na spacer ze synkiem we wózku. Najpierw go złoili pałami, a jak już zaczęli z nim gadać na leżąco przy pomocy paralizatora to nadleciał pana pies - jak kara boska nadleciał, żeby mnie pokręciło jak kłamię. Przeskoczył nad oficermi i trochę nim zakołysało, bo jednemu urwał ucho i pogalopował przez łąki nad rzekę. A oni za nim, we dwa radiowozy, po łące kurwa, psa chcieli autami zaaresztować. I wtedy my cap! Bulińskiego z asfaltu i wózek za bramę hrabini Nawłociowej, i już nam mogli naskoczyć panowie oficerowie. Przyjechało jeszcze tych suk ze trzy na syrenie, ale pies już dawno spłynął rzeką do śluzy i pewnie wrócił na skróty Torową, co?

- Pies jest cały czas w domu – kłamię. - Chodź tu – wołam i pies podbiega merdając ogonem wciąż ociekającym wodą. - Widzisz?


- Niech lepiej go pan wytrze, bo wcale nie jest tak ciepło i się jeszcze przeziębi, a szkoda by było.

- Wiesz co Tomek? Daj tę cholerną wołowinę i zakończmy to nieporozumienie, a hrabini Wrotycz-Nałowciowej powiedz, że wiem o co jej chodzi, ale nic z tego – ja psa mojego na wybory prezydenckie nie wystawię. Sobie szukajcie kandyadta, mnie psa szkoda na takie coś, jasne?!


- Jasne, że jasne. Ale co dał popalić, to dał. Pewnie ma pod sto kilo, nie?

- Jakie sto?! Niecałe 64, kurwa!


- Też myślałem, że musi mieć więcej niż 50, bo jak w locie urwał gnojowi ucho, to tylko nim trochę zakołysało.

- Zapomnij Tomek, a za wołowinę podziękuj; w tym domu się nie przelewa. A! Masz tu ćmika na drogę – częstuję fajką i sięgam po zapalniczkę.


- Dzięki, panie Darku, już mnie nie ma i nigdy tu nie było – Tomek zatyka papierosa za uchem i wychodzi z pola widzenia.


Zamykam bramę, na klucz, na zasuwę i skobel w betonie.


- No, no, i to wszystko zdążyłaś w pół godziny?... - głaszczę psa, który jest suką cane corso italiano i ma na imię Bozia, ale wołam na nią Paszcza, żeby nie ranić wierzących patriotów, a pies to rozumie, akceptuje i wybacza.


Daję psu wołowinę od hrabini, ale mam świadomość, że tę noc spędzimy z uchem policjanta w domu, w brzuchu Paszczy śpiącej jak niewiniatko na posłaniu w pobliżu mojego łóżka. W dodatku jest pełnia. Makabra. Czy oni nie potrafią wybrać tego nowego - starego prezydenta mniej strasznie?


Ta myśl, co mi przyszła do głowy i zaraz wyszła, bo wcale jej nie zatrzymywałem... otóż ta myśl była taka, że ofiarami śmiertelnymi tego Koronusa są zawsze schorowani seniorzy-emeryci – z małymi wyjątkami tylko potwierdzającymi tę regułę – co rozwiązuje napęczniałe problemy ministra od emerytur i ministra od państwowej służby zdrowia, nie tylko w tym kraju.


Zapowiada się kolejny dzień, dobry do poudawania beztroskiego, szczęśliwego życia. W telewizji zapowiadają deszcze. Będzie padało na policjantów i na ich ofiray, po równo. Chciaż na policjantów spadnie mniej wody, bo ofiar jest więcej.

Julio Cortazar komentarzy: 0

Cortazar na dzisiaj

Fragment pochodzi z książki Julio Cortazara „Opowieści o konopiach i famach i inne historie", napisanej w 1962 roku, a później brawurowo przełożonej na język polski przez „prywatną" tłumaczkę Cortazara, panią Zofię Chądzyńską. Książkę wydało „Pomorze Bydgoszcz" w roku 1993.

Ilustracja: Nature Galleries, Klick!!!

 

KROK W PRZÓD I KROK W TYŁ


Wymyślono szkło, przez które mogły przelatywać muchy. Mucha przyfruwała, lekko uderzała łebkiem i pstryk - już była po drugiej stronie. Nieopisywalna radość muchy.


Wszystko zrujnował uczony węgierski, który odkrył, że mucha może wejść, ale nie może wyjść albo też odwrotnie, a to z powodu sknocenia szklanych włókien, które okazały się za bardzo włókniste. Natychmiast wymyślono pułapkę na muchy przy pomocy wkładania do środka kostki cukru i wiele much marnie zginęło. W ten sposób zakończyła się szansa zbratania się z tymi zwierzętami, godniejszymi lepszego losu.

Gertruda Stein komentarzy: 0

O liczeniu, pisaniu, piorunach i orzechach

 

 

Gertruda Stein pozująca Jo Davidsonowi Klick!!!




Nie ma innej różnicy pomiędzy człowiekiem i zwierzę
ciem poza tą że człowiek potrafi liczyć i nigdy jeszcze nie było tyle liczenia co teraz. Wszyscy ludzie liczą liczenie jest głównym zajęciem wszystkich ludzi. A to dlatego że ludzie przekonali się że tylko liczenie różni ich od zwierząt a ponieważ każdy chce mieć pewność że jest człowiekiem, ponieważ każdemu teraz potrzebna jest afirmacja więc wszyscy zabrali się do liczenia.
dalej Klick!!! w zdjęcie