14 listopada 2018, środa
Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Początek lata (opowiadanie, maj 2018)

 



Siedział prosto, jakby opatry o ścianę poczekalni u lekarza. Ale tu nie było żadnej ściany, żadnego szpitala. Świeciło słońce, a on siedział na dębowej kłodzie w środku rozbudzonego lasu, przy przecięciu dwóch piaszczystych dróg. Jedna łączyła wieś z łąkami, druga prowadziła z miasta nad jezioro.


Siedział w bezruchu, z rękami wspartymi na kolanach. Baldachim koron wielkich sosen rzucał przyjemny cień na głowę przykrytą szarą czapką z daszkiem, bez napisu. Zarośla czeremchy otaczały go zieloną, uspokajającą kurtyną. Stary, solidny, markowy rower w kolorze intensywnie niebieskim postawił podparty na nóżce.


Minęło południe i słońce przesunęło cień, więc teraz siedział w grzejących promieniach. Nie zmienił miejsca, czapki też nie zdjął.


Na rozgrzany piasek drogi, tuż przed nim, wypełzła beznoga jaszczurka padalec, znieruchomiała i rozpoczęła plażowanie. Kiedy słońce przykryło drogę cieniem, jaszczurka zsnunęła się w zarośla.


Miał już wstać, kiedy z oddali zaczął narastać hałas łamanych gałęzi. Coś w pośpiechu przedzierało się przez gęstwinę i było coraz bliżej.

W pędzie przemknęło stado muflonów. Jeden czarny byk z wielkimi rogami minął go z lewej strony, drugi popędził tuż obok prawej ręki. Za nimi gnało siedem brązowych samic z płowymi jagniętami. Wszystkie przegalopowały pomiędzy nim a niebieskim rowerem.


Pył wzniesiony pędem racic powoli opadał na piaszczystą drogę. Wysoko na sośnie ostro zastukał dzięcioł, a potem przeniósł się dalej i stukanie dochodziło jak zza kurtyny; w końcu ucichło. Wtedy przyczłapał zziajany pies. Na pysku miał jeszcze pianę, boki falowały po długim pościgu. Przypadł do piasku na drodze i wpatrywał się oczekująco w siedzącego na dębowej kłodzie.


Pies był czarny, potężnie zbudowany, rasowy, z obrożą świadczącą o dobrobycie właścicieli. Muflony, za którymi beztrosko zapędził się w głąb lasu, gdzieś zniknęły. Został sam, w miejscu którego nie znał. Wtedy dostrzegł siedzącego na pniu. Znajoma ludzka woń kazała mu podejść.


- No i zgubiłeś się – na dźwięk ludzkiego głosu pies podczołgał się bliżej, zamerdał ogonem i zamarł w oczekiwaniu.


Promienie słońca przedzierały się jeszcze przez liście drzew, majacząc na szarym piasku leśnych dróg jasnymi refleksami, ale było widać, że dzień zmierza już ku końcowi. Z daleka, od strony łąk doleciał krzyk żurawia. Jakieś małe zwierzę, wiewiórka albo kuna, zaszurało na korze sosnowych gałęzi. Dzięcioł znów puścił ostrą serię gdzieś nad głowami człowieka i psa. Mógł to być ten sam dzięcioł, ale mógł być inny.


Człowiek sięgnął dłonią do daszka czapki, uniósł ją nad głowę, przewietrzył i z powrotem nasunął. Pies podniósł się na przednich łapach i usiadł. Teraz było widać jego potężne barki i wielki łeb zwieńczający byczy kark.


- No, czas – powiedział człowiek i wstał. Podszedł do roweru, stopą zamknął podpierającą go nóżkę. Wsiadł i ruszył drogą prowadzącą na łąki, gdzie stała chata, którą dawno temu postawił tam jego ojciec. Pies patrzył jak postać oddala się. Potem pokłusował śladem, jaki koła zostawiły w szarym piachu leśnej drogi.




Nie ma już słońca nad skrzyżowaniem piaszczystych dróg przecinających las, więc nie ma i cienia od tego słońca. Jest noc, tłusta jak urodzinowy tort. Do dębowej kłody na skrzyżowaniu podchodzą dziki. Prowadząca locha prycha, odyniec też; stado obchodzi wielkim, bezpiecznym kręgiem miejsce naznaczone wonią psa i człowieka. Dziki wolą trzymać się od tego z daleka. Rano słońce zastanie dzikie stado na granicy lasu i łąki, ryjące w nowej trawie w poszukiwaniu białka dżdżownic, pędraków i nornic. W porze pierwaszych porannych wiadomości dziki powrócą w leśną gęstwinę. Z tych wiadomości ludzie w mieście dowiedzą się że ich dyktator rozpoczął umieranie. To nie będzie tak podane, ale jeśli to, co powiedzą ostrożni poranni spikerzy miałoby mieć jakiś sens, to musiałoby oznaczać właśnie to: zdrowie dyktatora właśnie rozpoczęło ucztę z panią śmiercią.


Człowiek obudzi się w swojej chacie na łące. Nie włączy porannych wiadomości, jak ma w zwyczaju, bo po otwarciu oczu zobaczy na podłodze psa. Podejdzie do lodówki, otworzy zamrażalnik i wyjmie dwie porcje mięsa: udo z jelenia i filet z lina. Pierwszy odmrozi się filet z ryby. Pies pochłonie go trzema chapsami i będzie oczekiwał na więcej. Jeleń dojrzeje do podania po godzinie. Radio wciąż będzie mówiło coś do ludzi, ale człowiek go nie włączy, bo wyjdzie z psem na długi spacer. Wieczorem odmrozi gęś, upiecze ją i pożre razem z psem. Radio będzie wrzało, kipiało, ale oni już będą spali, umęczeni słonecznym dniem na łące i w lesie. Ważne, przełomowe doniesienia nie mają do nich dostępu. Rano słońce znów wstanie na wschodzie, a zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie. Lato.

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Książka,


Książka, którą napisałem, żeby mieć na narkotyki i dziwki
, Marek Raczkowski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, cena 39 zł



Magda Żakowska pyta, Raczkowski odpowiada

fragmencik - str 163:


(…)
A ja myślę, że jeśli mężczyzna pójdzie

raz na jakiś czas na mecz, to potem jest

zdrowszy.

- Ja również. Ale znajdź mi mężczyznę,

który chodzi na mecze i jednocześnie mógłby

być moim przyjacielem. Ja takiego nie widzę.

I doświadczenie podpowiada mi, że od takiego

mężczyzny - przy ogromnej nawet bliskości,

jaką byłbym w stanie z nim osiągnąć - usłyszę

po pewnym czasie rzewną historię o tym,

jak bardzo podle są kobiety i jak źle go traktują,

a na starość skończymy, grając razem w totolotka.

Dziękuję bardzo za takie zdrowie.


To jest chyba stereotyp. Tomasz Lis chodzi

na mecze. I Jerzy Pilch!

- Ale Jerzy Urban nie chodzi na mecze.

Mój przyjaciel od taksówkarza - nigdy w życiu

na meczu nie był. Ja nigdy nie byłem na meczu.

Czy twoim zdaniem Witold Gombrowicz

chodziłby na mecze i podniecał się futbolem?

A może Witkacy? A Żeromski?


Albo Schulz?

- Właśnie! Schulz! On by najwyżej oglą -

dał tenis kobiet. Albo ping-ponga! Wyobraźmy

sobie trzech panów: Schulza, Witkacego i Gombrowicza

w Krakowie, jak idą razem na mecz.

Najebany kompletnie Schulz krzyczy: ,,Wisła

chuje!", a Witkacy z Gombrowiczem idą za

nim pochłonięci rozmową, bo omawiają bramki.

(…)





fragmencik - str 170


- Ile razy coś zgubiłem i pytałem ją (babcię Marka ) czy

tego nie widziała gdzieś może, odpowiadała:

,,Tak! Żydzi nieśli na kiju!". Często zresztą słowo

,,Żyd" pojawiało się u niej w negatywnym kontekście,

ale żartem. To był taki niewinny przedholocaustowy

antysemityzm. Dzisiaj na miejscu

Żyda pojawiłby się pewnie u niej Rumun

albo Arab. Zauważyłaś, ze Arab stał się takim

współczesnym Żydem? Znowu mainstreamowe

media próbują nas wszystkich przygotować na

to, że jest grupa - Arabowie - potężnie szkodliwa,

którą w końcu będziemy musieli zajebać.

 

Jeszcze o książce, którą polecamy - Klick!!!

Facebook komentarzy: 0

Efektowny defekt

design-dautore.com komentarzy: 0

Nowy tydzień, i znów wszystko jest możliwe...

Lyn Hejinian komentarzy: 0

Romantyczna chwila

 

Romantyczna chwila

 

Po kinie, gdzie wyświetlali dokument przyrodniczy, przez Canyon

                                                                                                           [Road

wchodzimy do centrum handlowego, pełnego galerii i drogich

                                                                                                          [butikow,

 

gdzie w letnie wieczory pachną sztuczne pomarańcze,

a gładkie cegły murów świecą w ciemności jak ciało.

 

To dopiero nasza druga randka, siadamy na ławce,

trzymamy się za ręce, nie patrząc na siebie,

 

a gdybym był pingwinem, przechyliłbym się w tej chwili

i czule zwymiotował mojej ukochanej prosto w usta,

 

a gdybym był pawiem, naprężyłbym mięśnie pośladków,

żeby stanął mi wachlarz z piór, barwny jak cinema city.

 

A gdyby ona była samicą patyczaka, zapewne

wbiłaby mi leciutko podskórne żądło w szyję

 

i wstrzyknęła dawkę hormonów na uspokojenie,

żeby przyczepić mi do piersi torbę z jajeczkami,

 

a gdybym ja był młodym szympansem, odłamałbym gałąź

z pobliskiego drzewa i roztrzaskał szyby wszystkim jubilerom.

 

A gdyby ona była ropuchą mauretańską, swoim imponującym

językiem trzykroć obwiązałaby mi udo

 

i czule trzepnęła mną o powierzchnię naszej sadzawki,

ja zaś dobrze bym wiedział, że jej uczucie jest prawdziwe.

 

Ale na razie siedzimy chwilę i milczymy, wreszcie ona mówi,

ze w porównaniu z zachowaniami żółwia czy iguany

 

samce ludzkie są całkiem przekonujące w wyrażaniu uczuć.

A ja odpowiadam, że doprawdy nie potrafimy docenić,

 

jak w istocie delikatne są samice krokodyli.

Wtedy ona sugeruje, że pora już iść

 

na jakieś lody w rożkach i je zjeść.

 

 

Lyn Hejinian, z tomu Hard Rain 2005, przekład Marcin Szuster, za Literatura na świecie nr 11-12/2010

rysunek: Anna Cięciel