17 października 2018, środa
Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ręcznik








Robię bigos.
Na sercu byka.
Bykiem był półtonowy wół piżmowy,
przez lata największa atrakcja tybetańskiego cyrku.


Protestujesz, wrzeszczysz, wściekasz się jak pierwsza naiwna. Moje wyobrażenie o tobie nie pozwala mi rozmawiać z tobą kiedy jesteś w takim stanie. Kończy się na tym, że robisz swój bigos, na swojej patelni. Ze zrzynków z renifera.


Gra radio. „Dear Alice” z Eddim Gomezem na basie. Śpiewa Gayle Moran. Poznaliśmy się przy tej muzyce. To był twój czas. Wtedy, kiedy był, mogłaś mieć każdego. A wybrałaś mnie. Wyciszają końcówkę, żeby podać prognozę pogody. Mówią że pogody nie będzie.


Nie mam apetytu, ty też. Mówisz, że chcesz pojechać na wczasy, do Afryki. Chcesz jeździć na dzikim słoniu i na wielbłądzie.

Dopiłem kompot z mirabelek, ledwo dziobnięty talerz schowałem na później do lodówki. Sekundę zastanawiałem się czy nie wyjąć ze słoika korniszona na drogę, ale wziąłem tylko z parapetu kluczyki i papiery do samochodu.

W sklepie afrykańskim mieli tylko osła i krokodyla. Słonia ani wielbłąda nie było. Wyjąłem telefon. Odebrałaś za trzecim razem. Powiedziałaś że nie chcesz osła. Wróciłem z krokodylem.

Wskoczyłaś na stół i nie chciałaś zejść, zupełnie jakbyś zobaczyła pająka albo mysz, a to był tylko krokodyl. Zresztą gad okazał się tępym bydlakiem, który przez cały czas szukał okazji, żeby nas pożreć. Złapałem go za ogon, wyciągnąłem z domu i wrzuciłem do stawu z żabami.

Gdy wróciłem, zeszłaś już ze stołu. Siedziałaś i dojadałaś swój bigos ze zrzynków renifera. Otworzyłem lodówkę, wyjąłem swój bigos z serca byka i usiadłem naprzeciw.

Rano poszedłem nad staw. Krokodyl zżarł wszystkie żaby razem ze szlamem i węża którego się bałaś. Zaciągnąłem go do auta i odwiozłem do sklepu, bez żądania zwrotu kasy; niech weźmie go sobie ktoś, kto jest w większej i prawdziwej potrzebie posiadania krokodyla. Bo przecież nie potrzebowaliśmy krokodyla.

Po obiedzie powiedziałaś, że idziesz popływać, ale nie zabrałaś ręcznika. Nie wracałaś długo, więc wziąłem ręcznik i poszedłem nad staw. Okazało się, że czekasz na ręcznik.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na gnu (opowiadanie)











Mieszkaliśmy w naszym domu na pustyni. Nikt nie musiał nas ratować i my nie musieliśmy ratować.



Za oknem było widać piasek i słońce, czasem czuć było wiatr, w nocy przychodził księżyc. Powiedziałaś, że musimy coś zrobić. Poszedłem do szopy i przyniosłem farby i pędzelki. Na wielkiej ścianie naszej sypialni namalowałaś trawy sawanny, baobab, akacje, żyrafę, czarnego tukana z żółtym dziobem i rzekę z krokodylami gotową na przeprawę gnu. Usiedliśmy na podłodze i czekaliśmy aż gnu nadejdą. Całymi tysiącami, jak mają w zwyczaju. W nocy znów przyszedł księżyc, ale gnu nie przyszły.

Rano domalowałaś dla zachęty trzy zebry, jednak gnu nie pojawiały się. Za oknem słońce smażyło piasek na patelni pustyni, bo było już południe. Wyjęłaś z lodówki arbuza i pokroiłaś go na zimne, przyjemne, różowe półksiężyce. Usłyszeliśmy rumor, i przez otwarte okno wskoczył do pokoju lew.

Widywaliśmy go już wcześniej, ale tylko przez lornetkę, jak na granicy zniechęcenia wciąż próbuje wytropić coś, czego na pustyni nie ma. Prawdopodobnie, wyposzczony monotonią pustki, uległ pokusie twojego soczystego obrazu oczekującego nadejścia gnu. Przysiadł na podłodze obok i dyszał nieprzyjemnie, aż spiorunowałaś go wzrokiem i przestał. Zapadło długie krępujące milczenie. Nieznośne.

Powiedziałaś żebym coś zrobił. Poszedłem do szopy po sztucer Remingtona. Wróciłem i znacząco odbezpieczyłem karabin. W dodatku oświadczyłaś, że nie brzydzę się przemocą. Lew spojrzał na mnie, a gdy potwierdziłem skinieniem głowy tę oczywistą nieprawdę, odbił się od podłogi i wskoczył w obraz.

Usłyszałem jego ryk, ale nie wiem czy pod baobabem, czy wśród akacji, spojrzałem na brzeg rzeki, tam, gdzie maiły nadejść gnu, ale już nic nie zobaczyłem, bo chlusnęłaś na ścianę wiadrem białej farby i obraz zniknął zanim nadeszły.

Wyjęłaś ze skrytki brązowy odkurzacz Zelmer i posprzątałaś po lwie. Potem, jak nigdy nic, zjedliśmy zimne, przyjemne, różowe półksiężyce arbuza i poczekaliśmy na księżyc. Nie zawiódł. Przyszedł wieczorem, jak zawsze. Księżyc nigdy nie zawodzi.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Długie łatwe popołudnie (opowiadanie)

Usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem. Pani ubrana w perły i pan z teczką mieli dobre twarze uzbrojone w entuzjazm, w kącikach ust czaił im się gotowy do startu uśmiech. Zamknąłem drzwi, bo wiedziałem że będą chcieli sprzedać mi coś, o czym bym nawet nie pomyślał. Zapukali jeszcze raz, z taką samą kulturą, w której czaiła się pewność swych racji.




Otworzyłaś ty. Wpuściłaś panią ubraną w perły i pana z teczką. Wyszedłem do szopy, otworzyłem beczkę, nabrałem z wnętrza pół wiaderka czarnej mazi, wziąłem pod rękę drabinę, szczotkę i poszedłem smołować dach. Grzało słońce, więc smołowało się dobrze. Ale przykleił się motyl, duży i niebieski. Kiedy udało mi się go oswobodzić, był już cały utytłany w dziegciu. Musiałem go dobić żeby nie cierpiał. Dokończyłem smołowanie i wróciłem do domu. Twoich gości już nie było. Powiedziałaś, że miałem rację zamykając im drzwi przed nosem, bo to byli oszuści. Chcieli ci sprzedać zapałki za pięć dolarów, a dopiero kiedy odmówiłaś stanowczo, zaproponowali nowoczesne zapalniczki żarowe za dwa i pół dolary sztuka. Kupiłaś dwie, bo przecież nie dasz się nabrać na zapałki za pięć dolców, skoro w cenie jednego pudełka można mieć dwie bardzo fajne żarowe zapalniczki. Dla mnie wybrałaś z niebieskim motylem, dla siebie z różowym królikiem.

Obejrzałem zapalniczki. Były fajne, bardzo nowoczesne, żarowe, takie, jakie rozdają za darmo na stoiskach reklamowych. Teraz pozostało jeszcze tylko znaleźć dla nich zastosowanie. Odkulałem jeża drzemiącego pod drzwiami garażu, wyprowadziłem auto i pojechałem do miasta kupić papierosy. Przywiozłem różową paczkę dla ciebie i niebieską dla mnie. Odpaliliśmy zapalniczki z motylem i z królikiem. Paliliśmy zaciągając się.

Zaparzyłaś kawę, a ja zmiksowałem jarmuż z bananem, ananasem i pietruszką. Usiedliśmy na podłodze, znowu odpaliliśmy zapalniczki. Zapowiadało się długie, łatwe, przyjemne popołudnie.


Rysunek: Andrzej Bobrowski




Charles Bukowski komentarzy: 0

Kawałek Faktotum

Charles Bukowski komentarzy: 0

O starości i o młodości

Cezary Krysztopa komentarzy: 0

Orędzie pana króla do narodu

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Sen o podboju Tarnowa





W moim śnie włamuję się do krakowskiego ogrodu zoologicznego i uwalniam trzy słonie indyjskie, które tam zamieszkują.


Nie wiem, co prawda, czy w Krakowie żyją akurat trzy słonie, ale w moim śnie tyle ich tam było.


Ze zwierząt formuję armię na wzór wielkiego Hannibala. Dosiadam największej sztuki, dwie pozostałe wiernie podążają za mną. Schodzimy krętą drogą ze wzgórza Pustelnik, maszerujemy przez uśpiony Salwator, Łagiewniki, Wieliczkę. Nikt nas nie zatrzymuje. Zagubieni imprezowicze upuszczają butelki i przyklękają na jedno kolano.


Prowadzę swoje słonie nową autostradą. Kierowcy zwalniają albo trąbią na wiwat. Najodważniejsi porzucają swoje samochody i podążają za mną, zbrojni w lewary, siekierki strażackie i puszki Harnasia osadzone w skarpetkach.


W ten sposób do rogatek Tarnowa dociera zorganizowana spontanicznie armia. Bitwa rozgrywa się w krwawych promieniach świtu. Siły tarnowian, mimo męstwa, zostają stratowane, a nawet rozgromione.


Do drugiego starcia dochodzi przed ratuszem, już w pełnym słońcu. Urzędnicy, strażnicy miejscy, nieliczni policjanci oraz kontrolerzy biletów srożą się za pasem wilczych dołów i naprędce wzniesionych fortyfikacji. Atakuję klinem, którego dziób stanowią moje trzy słonie i ja sam, wymachujący zajuszoną pałką. Po kwadransie pada ostatni bohaterski kanar, zatłuczony własnym terminalem.


Taranuję bramę i wdzieram się do ratusza, gdzie wciąż broni się burmistrz, skryty za szpalerem biustów swoich sekretarek. Opada kurz. Schodzę ze słonia, ze szczątek burmistrza wygrzebuję klucze do miasta i zasiadam w gabinecie. Sen dobiega końca w tym właśnie momencie.


Nie mam pojęcia, czemu śnią mi się takie rzeczy, ale chyba niezbyt dobrze świadczą o mojej osobie. Znamionują niepotrzebne okrucieństwo i poszukiwanie chwały niewielkim kosztem. Niewiele wiem o Tarnowie, ale wydaje się miastem spokojnym, sympatycznym i bardzo łatwym do podbicia.



Źródło, Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Pierwszy dzień lata



Powiedziałaś, że chcesz mieć staw w ogrodzie, takie swoje małe jeziorko z lilią wodną i dzikim karpiem. Wziąłem z szopy łopatę i poszedłem kopać staw dla ciebie.


W południe przyniosłaś mi obiad. W jednym garnku była ulubiona szczawiowa z jajkiem a w drugim kartofle, panierowany boczek i młoda kapusta. Zjadłem obiad i wylizałem garnki. Powiedziałaś, że nie lubisz kiedy wylizuję garnki, więc obiecałem że nie będę tego robił.

Oczyściłem łopatę z gliny, do której się dokopałem, i wskoczyłem do rowu kopać dalej. Ukazała się pierwsza woda. Była brzydka i mulista.

Wtedy przyjechałaś naszym autem i powiedziałaś, że staw który kopię, jest niedobry i lepiej kupmy sobie lepszy w sklepie. Oczyściłem łopatę, wrzuciłem ją do bagażnika i pojechaliśmy do miasta.

Długo szukaliśmy sklepu, w którym sprzedają gotowe stawy. W końcu go znaleźliśmy. Był świetnie zaopatrzony. Mieli stawy angielskie, francuskie, japońskie, chińskie, egzotyczne, morskie i krajowe. Niemieckich nie mieli, bo się skończyły, a nowa dostawa miała być dopiero za tydzień. Ale i tak byłaś zachwycona, więc ja też podziwiałem wszystko jak urzeczony. Woda w stawach nie była brzydka i mulista jak w moim dole, była krystaliczna i miała świeży lazurowy odcień.

Nie mogłaś się zdecydować, który staw kupić, więc zaproponowałem żebyśmy wzięli po kawałku z każdego, bo sprzedawali nie tylko w całości, ale cięli też na trójkąty jak tort. Wybrałaś ćwiartkę stawu z lilią i dzikim karpiem, a sprzedawca dorzucił do niej bociana gratis, wzięłaś też spory klin francuski z żabą i ślimakiem, jeszcze większy klin z bambusem i małą pandą, bo lubisz misie.

Kazałaś dorzucić klin ze skałą morską i jaszczurką, a sprzedawca zapytał czy ma być legwan czy raczej waran. Wybrałaś jedną jaszczurkę i uśmiechnęłaś się do sprzedawcy, więc natychmiast drugą dorzucił gratis. Zastanowiłem się czy nie strzelić tego lizusa w pysk, ale postanowiłem to odłożyć na później.

Wybrałaś jeszcze do całości klin z małą dżonką i zasuszonym Chińczykiem sternikiem, a lizusowaty sprzedawca z miejsca wystartował z propozycją dorzucenia orientalnej parasolki dla ciebie, która ochroni takie zjawiskowe wdzięki przed słońcem. Przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy spojrzałaś na niego zalotnie, uśmiechnęłaś i przyjęłaś ten gratis.

Rozgrzany sprzedawca zaoferował, że niezwłocznie zapakuje wszystkie twoje kawałki tortu i osobiście dostarczy gdzie tylko zechcesz, za darmo i z największą przyjemnością. Mówił do ciebie jakby mnie tu w ogóle nie było, a ty śmiałaś się jak wtedy, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Tego już było za dużo. Strzeliłem lubieżnego drania w pysk.

Wpadła ochrona, ale nie chcieli się bić.

Wróciliśmy do domu bez zakupów. Chciałem sobie odgrzać kolację, ale nie było, więc zjadłem korniszona i popiłem kompotem z renklod. Rano wziąłem łopatę z szopy i poszedłem kopać staw dla ciebie. Woda nie była już taka mulista, im głębiej kopałem, tym napływała czystsza. Na pięciu metrach natrafiłem na krystaliczną. Powinna ci się spodobać.


Grafika: Andrzej Bobrowski