19 listopada 2018, poniedziałek
Joanna Dziwak komentarzy: 0

Gry losowe. Odcinek 58.



Gdzieś na świecie miały miejsce historyczne wydarzenia, sławni, francuscy aktorzy wyjeżdżali z kraju stając się sławnymi, rosyjskimi aktorami, ktoś dokonywał przełomowego odkrycia, ktoś inny dostawał nominację do Oscara, w życiu znacznej części populacji nic nie było już takie jak wcześniej. Tylko w życiu Arkadiusza Pszczoły wszystko było takie jak zawsze.


Uważał, że napisanie swojego najlepszego wiersza ma jeszcze przed sobą. Uważał tak od wielu lat, świadomość ta pomogła mu przetrwać upadek komunizmu, sejm I, II i kolejnych kadencji, wszystkie pielgrzymki papieża Polaka do ojczyzny, wszystkie zapowiadane końce świata i wszystkie porażki reprezentacji Polski. Nie wszystek umrę, zostanie po mnie mój najlepszy wiersz, którego napisanie mam jeszcze przed sobą, zwykł myśleć Arkadiusz Pszczoła w chwilach egzystencjalnych kryzysów. Było to naprawdę przemijające: w świecie, w którym wszystko się kończy i przemija, jedyną pewną i stałą rzeczą było to, że najlepszy wiersz Arkadiusza Pszczoły jeszcze nie powstał.


Coś tam niby się w jego życiu działo, ale on nie przejmował się tym za bardzo, na wszelkie wyroki losu reagował ze spokojem entomologa, który widział już wszystkie motyle świata. Raz na przykład miał prawdziwą narzeczoną. Miał dwadzieścia kilka lat i kilka milionów złotych w kieszeni – było to jeszcze przed denominacją. Był to jednak związek trudny i na odległość: ona mieszkała w Zabrzu, a on w Bytomiu. Ktoś powie, że to niewielka odległość i będzie miał rację. Ktoś inny powie, że każda, nawet najmniejsza odległość może być przeszkodą i też będzie miał rację. Arkadiusz Pszczoła stanowił trzecią stronę w tym sporze: uważał, że jest to duża odległość. Odległość, która skłania do pisania pełnych tęsknoty wierszy. Odległość, która czyni romans tragicznym. Kiedy narzeczona Arkadiusza Pszczoły, Marzena, zaproponowała, że może przeprowadzić się do Bytomia i może wręcz zamieszkać z nim, Arkadiusz Pszczoła doszedł do wniosku, iż jest to właśnie ten moment, kiedy należy zakończyć tę znajomość. Uświadomił sobie w jednej chwili, że na pewno nie napisze nigdy swojego najlepszego wiersza, jeśli ta kobieta się do niego wprowadzi, postawi na parapetach wymagające pielęgnacji rośliny doniczkowe, zostawi włosy w umywalce.


– Zaczyna się od rośliny doniczkowej – tłumaczył. – Następnie będziesz chciała mieć ze mną chomika. Być może kanarka. Coś, co wymaga uwagi i opieki, czyniąc życie nie do zniesienia. A w końcu powiesz, że sama chcesz się rozmnażać i tego nie zniosę. To znaczy nie samego rozmnażania, ale tego, co jest później. Kochałem cię, gdy mieszkałaś w Zabrzu, ale teraz, kiedy myślami i jedną nogą jesteś już w Bytomiu, przestałem cię kochać.


Marzena najpierw rozpłakała się, a potem zabrała swoje myśli i nogę z powrotem do Zabrza. Oddała z godnością pierścionek zaręczynowy za kilka milionów złotych i powróciła do swojego zwykłego życia bibliotekarki ze Śląska. Choć miała dopiero dwadzieścia kilka lat, naszła ją dojrzała refleksja, że życie nie jest przeważnie tak jak w książkach. Ale z drugiej strony nie jest też takie jak w telewizji. Życie jest po prostu takie jak w życiu, pomyślała Marzena, na długo zanim przeczytała powieści Paulo Coelho. Kilka miesięcy później spotkała mężczyznę, który nie był Arkadiuszem Pszczołą. W krótkim czasie miała z nim rośliny doniczkowe, chomika, a w końcu nawet dziecko. Przeniosła się z Zabrza do Mysłowic, gdzie wciąż była bibliotekarką, ale dodatkowo po pracy robiła też pierogi lub kluski śląskie. Lubiła to. Czasem wracały do niej wspomnienia o dawnym narzeczonym, ale wtedy zaczynała rozwiązywać krzyżówkę lub myśleć, co zrobić na obiad, by uczynić świat lepszym. On natomiast nigdy nie myślał specjalnie o Marzenie. Kobieta jak kobieta. W samej Polsce jest dwadzieścia milionów kobiet, które nie czują potrzeby przeprowadzenia się do Bytomia i wywierania tym samym negatywnego wpływu na twórczość Arkadiusza Pszczoły.


Kapitalizm również nie zmienił nic zasadniczo w jego życiu. Wszyscy wokół uczyli się angielskiego i obsługi komputera, pili colę i marzyli o polonezie caro. Arkadiusz Pszczoła dostał za to spadek po babci z USA, więc naukę angielskiego mógł sobie na razie darować. Robił herbatę i patrzył przez okno, przez które widział tylko kościół – sklep Biedronka miał się tam pojawić dopiero za kilka lat.



Wszystkie odcinki,
Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Początek lata (opowiadanie, maj 2018)

 



Siedział prosto, jakby opatry o ścianę poczekalni u lekarza. Ale tu nie było żadnej ściany, żadnego szpitala. Świeciło słońce, a on siedział na dębowej kłodzie w środku rozbudzonego lasu, przy przecięciu dwóch piaszczystych dróg. Jedna łączyła wieś z łąkami, druga prowadziła z miasta nad jezioro.


Siedział w bezruchu, z rękami wspartymi na kolanach. Baldachim koron wielkich sosen rzucał przyjemny cień na głowę przykrytą szarą czapką z daszkiem, bez napisu. Zarośla czeremchy otaczały go zieloną, uspokajającą kurtyną. Stary, solidny, markowy rower w kolorze intensywnie niebieskim postawił podparty na nóżce.


Minęło południe i słońce przesunęło cień, więc teraz siedział w grzejących promieniach. Nie zmienił miejsca, czapki też nie zdjął.


Na rozgrzany piasek drogi, tuż przed nim, wypełzła beznoga jaszczurka padalec, znieruchomiała i rozpoczęła plażowanie. Kiedy słońce przykryło drogę cieniem, jaszczurka zsnunęła się w zarośla.


Miał już wstać, kiedy z oddali zaczął narastać hałas łamanych gałęzi. Coś w pośpiechu przedzierało się przez gęstwinę i było coraz bliżej.

W pędzie przemknęło stado muflonów. Jeden czarny byk z wielkimi rogami minął go z lewej strony, drugi popędził tuż obok prawej ręki. Za nimi gnało siedem brązowych samic z płowymi jagniętami. Wszystkie przegalopowały pomiędzy nim a niebieskim rowerem.


Pył wzniesiony pędem racic powoli opadał na piaszczystą drogę. Wysoko na sośnie ostro zastukał dzięcioł, a potem przeniósł się dalej i stukanie dochodziło jak zza kurtyny; w końcu ucichło. Wtedy przyczłapał zziajany pies. Na pysku miał jeszcze pianę, boki falowały po długim pościgu. Przypadł do piasku na drodze i wpatrywał się oczekująco w siedzącego na dębowej kłodzie.


Pies był czarny, potężnie zbudowany, rasowy, z obrożą świadczącą o dobrobycie właścicieli. Muflony, za którymi beztrosko zapędził się w głąb lasu, gdzieś zniknęły. Został sam, w miejscu którego nie znał. Wtedy dostrzegł siedzącego na pniu. Znajoma ludzka woń kazała mu podejść.


- No i zgubiłeś się – na dźwięk ludzkiego głosu pies podczołgał się bliżej, zamerdał ogonem i zamarł w oczekiwaniu.


Promienie słońca przedzierały się jeszcze przez liście drzew, majacząc na szarym piasku leśnych dróg jasnymi refleksami, ale było widać, że dzień zmierza już ku końcowi. Z daleka, od strony łąk doleciał krzyk żurawia. Jakieś małe zwierzę, wiewiórka albo kuna, zaszurało na korze sosnowych gałęzi. Dzięcioł znów puścił ostrą serię gdzieś nad głowami człowieka i psa. Mógł to być ten sam dzięcioł, ale mógł być inny.


Człowiek sięgnął dłonią do daszka czapki, uniósł ją nad głowę, przewietrzył i z powrotem nasunął. Pies podniósł się na przednich łapach i usiadł. Teraz było widać jego potężne barki i wielki łeb zwieńczający byczy kark.


- No, czas – powiedział człowiek i wstał. Podszedł do roweru, stopą zamknął podpierającą go nóżkę. Wsiadł i ruszył drogą prowadzącą na łąki, gdzie stała chata, którą dawno temu postawił tam jego ojciec. Pies patrzył jak postać oddala się. Potem pokłusował śladem, jaki koła zostawiły w szarym piachu leśnej drogi.




Nie ma już słońca nad skrzyżowaniem piaszczystych dróg przecinających las, więc nie ma i cienia od tego słońca. Jest noc, tłusta jak urodzinowy tort. Do dębowej kłody na skrzyżowaniu podchodzą dziki. Prowadząca locha prycha, odyniec też; stado obchodzi wielkim, bezpiecznym kręgiem miejsce naznaczone wonią psa i człowieka. Dziki wolą trzymać się od tego z daleka. Rano słońce zastanie dzikie stado na granicy lasu i łąki, ryjące w nowej trawie w poszukiwaniu białka dżdżownic, pędraków i nornic. W porze pierwaszych porannych wiadomości dziki powrócą w leśną gęstwinę. Z tych wiadomości ludzie w mieście dowiedzą się że ich dyktator rozpoczął umieranie. To nie będzie tak podane, ale jeśli to, co powiedzą ostrożni poranni spikerzy miałoby mieć jakiś sens, to musiałoby oznaczać właśnie to: zdrowie dyktatora właśnie rozpoczęło ucztę z panią śmiercią.


Człowiek obudzi się w swojej chacie na łące. Nie włączy porannych wiadomości, jak ma w zwyczaju, bo po otwarciu oczu zobaczy na podłodze psa. Podejdzie do lodówki, otworzy zamrażalnik i wyjmie dwie porcje mięsa: udo z jelenia i filet z lina. Pierwszy odmrozi się filet z ryby. Pies pochłonie go trzema chapsami i będzie oczekiwał na więcej. Jeleń dojrzeje do podania po godzinie. Radio wciąż będzie mówiło coś do ludzi, ale człowiek go nie włączy, bo wyjdzie z psem na długi spacer. Wieczorem odmrozi gęś, upiecze ją i pożre razem z psem. Radio będzie wrzało, kipiało, ale oni już będą spali, umęczeni słonecznym dniem na łące i w lesie. Ważne, przełomowe doniesienia nie mają do nich dostępu. Rano słońce znów wstanie na wschodzie, a zajdzie dopiero wieczorem na zachodzie. Lato.

Marek Raczkowski komentarzy: 0

Książka,


Książka, którą napisałem, żeby mieć na narkotyki i dziwki
, Marek Raczkowski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, cena 39 zł



Magda Żakowska pyta, Raczkowski odpowiada

fragmencik - str 163:


(…)
A ja myślę, że jeśli mężczyzna pójdzie

raz na jakiś czas na mecz, to potem jest

zdrowszy.

- Ja również. Ale znajdź mi mężczyznę,

który chodzi na mecze i jednocześnie mógłby

być moim przyjacielem. Ja takiego nie widzę.

I doświadczenie podpowiada mi, że od takiego

mężczyzny - przy ogromnej nawet bliskości,

jaką byłbym w stanie z nim osiągnąć - usłyszę

po pewnym czasie rzewną historię o tym,

jak bardzo podle są kobiety i jak źle go traktują,

a na starość skończymy, grając razem w totolotka.

Dziękuję bardzo za takie zdrowie.


To jest chyba stereotyp. Tomasz Lis chodzi

na mecze. I Jerzy Pilch!

- Ale Jerzy Urban nie chodzi na mecze.

Mój przyjaciel od taksówkarza - nigdy w życiu

na meczu nie był. Ja nigdy nie byłem na meczu.

Czy twoim zdaniem Witold Gombrowicz

chodziłby na mecze i podniecał się futbolem?

A może Witkacy? A Żeromski?


Albo Schulz?

- Właśnie! Schulz! On by najwyżej oglą -

dał tenis kobiet. Albo ping-ponga! Wyobraźmy

sobie trzech panów: Schulza, Witkacego i Gombrowicza

w Krakowie, jak idą razem na mecz.

Najebany kompletnie Schulz krzyczy: ,,Wisła

chuje!", a Witkacy z Gombrowiczem idą za

nim pochłonięci rozmową, bo omawiają bramki.

(…)





fragmencik - str 170


- Ile razy coś zgubiłem i pytałem ją (babcię Marka ) czy

tego nie widziała gdzieś może, odpowiadała:

,,Tak! Żydzi nieśli na kiju!". Często zresztą słowo

,,Żyd" pojawiało się u niej w negatywnym kontekście,

ale żartem. To był taki niewinny przedholocaustowy

antysemityzm. Dzisiaj na miejscu

Żyda pojawiłby się pewnie u niej Rumun

albo Arab. Zauważyłaś, ze Arab stał się takim

współczesnym Żydem? Znowu mainstreamowe

media próbują nas wszystkich przygotować na

to, że jest grupa - Arabowie - potężnie szkodliwa,

którą w końcu będziemy musieli zajebać.

 

Jeszcze o książce, którą polecamy - Klick!!!

Facebook komentarzy: 0

Efektowny defekt

design-dautore.com komentarzy: 0

Nowy tydzień, i znów wszystko jest możliwe...

Lyn Hejinian komentarzy: 0

Romantyczna chwila

 

Romantyczna chwila

 

Po kinie, gdzie wyświetlali dokument przyrodniczy, przez Canyon

                                                                                                           [Road

wchodzimy do centrum handlowego, pełnego galerii i drogich

                                                                                                          [butikow,

 

gdzie w letnie wieczory pachną sztuczne pomarańcze,

a gładkie cegły murów świecą w ciemności jak ciało.

 

To dopiero nasza druga randka, siadamy na ławce,

trzymamy się za ręce, nie patrząc na siebie,

 

a gdybym był pingwinem, przechyliłbym się w tej chwili

i czule zwymiotował mojej ukochanej prosto w usta,

 

a gdybym był pawiem, naprężyłbym mięśnie pośladków,

żeby stanął mi wachlarz z piór, barwny jak cinema city.

 

A gdyby ona była samicą patyczaka, zapewne

wbiłaby mi leciutko podskórne żądło w szyję

 

i wstrzyknęła dawkę hormonów na uspokojenie,

żeby przyczepić mi do piersi torbę z jajeczkami,

 

a gdybym ja był młodym szympansem, odłamałbym gałąź

z pobliskiego drzewa i roztrzaskał szyby wszystkim jubilerom.

 

A gdyby ona była ropuchą mauretańską, swoim imponującym

językiem trzykroć obwiązałaby mi udo

 

i czule trzepnęła mną o powierzchnię naszej sadzawki,

ja zaś dobrze bym wiedział, że jej uczucie jest prawdziwe.

 

Ale na razie siedzimy chwilę i milczymy, wreszcie ona mówi,

ze w porównaniu z zachowaniami żółwia czy iguany

 

samce ludzkie są całkiem przekonujące w wyrażaniu uczuć.

A ja odpowiadam, że doprawdy nie potrafimy docenić,

 

jak w istocie delikatne są samice krokodyli.

Wtedy ona sugeruje, że pora już iść

 

na jakieś lody w rożkach i je zjeść.

 

 

Lyn Hejinian, z tomu Hard Rain 2005, przekład Marcin Szuster, za Literatura na świecie nr 11-12/2010

rysunek: Anna Cięciel