19 września 2019, czwartek
Mateusz Wierzbowski komentarzy: 0

Dziecko Czasu

Przeczytam wam historię, którą słyszałem wiele razy przed zaśnięciem. Nie wiem, czy jest prawdziwa – opowiadały mi ją różne osoby i każda wersja była nieco inna. Ja opowiem tę, która najbardziej mi się spodobała. Zapisałem ją, słowo w słowo, wiele lat temu – krótko po tym, gdy nauczyłem się pisać.


„W dalekiej krainie ludzie wierzyli, że Czas ma długie włosy, z których wyplata całą historię świata. Z tego powodu osoby ze szczególnie bujnymi, pięknymi włosami nazywali Dziećmi Czasu. W największym mieście tej krainy żyła para, która bardzo chciała mieć dziecko. Nie udało im się to jednak, choć długo się starali. W mieście mieszkało wielu świetnych medyków, ale żaden nie był w stanie im pomóc.


Pewnego dnia znaleźli u progu swojego domu małą dziewczynkę. Potrafiła już sama chodzić, ale nie umiała mówić i choć z czasem się nauczyła, to zawsze pozostała małomówna. Nikt jej nie znał i nikt nie wiedział, skąd się wzięła. Para przygarnęła ją więc, szczęśliwa z takiej znajdy. Nie pamiętam, jak dali jej na imię, więc będę nazywała ją Długowłosą. Długowłosa miała bowiem ciemne, gęste loki, którymi wszyscy od początku się zachwycali. Wydawały się żyć własnym życiem, pełne ukrytej energii, niczym burzowa chmura, stale unosząca się nad jej obliczem. A gdy rodzice po raz pierwszy chcieli przyciąć jej włosy, przekonali się, że nie imają się ich żadne nożyce. Nawet najmocniejszy metal giął się w ich rękach, nie pozostawiając na ciemnych lokach ani śladu. Wielu ludzi z okolicy przychodziło wtedy, żeby zobaczyć taki dziw. Nazwali ją najpiękniejszym Dzieckiem Czasu i nie wiedzieli nawet, ile mają w tym racji.


Rodzice bardzo troszczyli się o swoje jedyne dziecko. Nie pozwalali dziewczynce wychodzić samej z domu, bawić się z obcymi dziećmi ani skakać z wysokich krawężników. Wprowadzili tyle zasad, że jedną z ulubionych gier Długowłosej było szukanie nowych sposobów na ich złamanie. Pewnego dnia, podczas beztroskiego łamania zakazu zabawy z ostrymi przedmiotami, dziewczynka odkryła, że jest w stanie przyciąć sobie włosy. Pod obcymi dłońmi nie oddawały ani kosmyka, ale jej samej udało się uszczknąć kawałek za pomocą dość tępego noża z kuchni. W tej samej chwili, gdy to zrobiła, przekonała się o czymś jeszcze. Oto bowiem spiżarnia, w której się schowała, zamieniła się w jej sypialnię; księżyc wisiał za oknem, choć jeszcze przed chwilą był środek dnia; Długowłosa leżała w łóżku i miała na sobie piżamę, choć jeszcze przed chwilą odświętny strój gryzł ją pod pachami. Będąc bystrym dzieckiem, potrzebowała tylko kilku eksperymentów, by przekonać się o mocy, którą miała do dyspozycji. Za każdym razem, gdy przycinała włosy, cofała się w czasie proporcjonalnie do długości uciętego kosmyka.


Długowłosa zaczęła wyruszać na długie, samotne wyprawy, najpierw po mieście, a potem nawet poza nim. Gdy chciała wrócić do domu, przycinała odpowiednio włosy i wracała do momentu tuż przed początkiem wędrówki. Następnie biegła przywitać się z rodzicami, zaskoczonymi wybuchami czułości – nie mieli przecież pojęcia, że jeszcze przed chwilą zamartwiali się i biegali po mieście w poszukiwaniu córki, która znajdowała się dalej od domu niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Widzieli, jak się zmienia, jak staje się silniejsza, odważniejsza, mądrzejsza i życzliwsza. Nie wiedzieli, jaka jest przyczyna, ale i tak byli z niej dumni.


Długowłosa poznała w czasie tych wypraw wielu ludzi i z niektórymi się zaprzyjaźniła. Spotykała się z nimi wiele razy, ale dla nich zawsze był to pierwszy raz. Z początku podobało jej się to – mogła wykorzystać wiedzę z wcześniejszych spotkań do popisów i płatania figli. W końcu jednak znudziły jej się takie wyprawy. Poznała całą okolicę i większość jej mieszkańców, przeżyła więcej przygód, niż była w stanie zliczyć, ale nikomu o żadnej nie mogła opowiedzieć. Nigdy nie zaufała nikomu na tyle, by zdradzić swój sekret.


Długowłosa zaczęła więc coraz rzadziej przycinać sobie włosy. Zaczęła być ciekawa, jak to będzie być dorosłą. Pozwoliła, by Czas płynął, by jej włosy rosły, by ona sama rosła. W końcu nadszedł dzień, gdy oświadczyła rodzicom, że chce opuścić miasto, chce wyruszyć poza granice ich spokojnej krainy i zwiedzić świat. Nie protestowali, bo musieli przyznać, przed nią i przed sobą wzajem, że ich córka jest gotowa na wyjście spod ich opieki. Wyposażyli ją najlepiej jak umieli, pobłogosławili i pożegnali.


Żadne opowieści nie mówią o tym, w jakich stronach podróżowała Długowłosa. Być może nawet trafiła kiedyś w nasze okolice. Wiadomo jednak, że była w tym czasie na tyle szczęśliwa, że prawie zapomniała o swojej mocy i bardzo rzadko jej używała. Poznawała świat dzień po dniu; poznała przyjaciół, którzy pamiętali jej imię, z którymi mogła wspominać i robić plany. Wędrowała z miejsca na miejsce przez wiele lat, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej, nim postanowiła wrócić do rodzinnego miasta i odwiedzić rodziców. Przez ten czas miała z nimi kontakt wyłącznie poprzez listy. Gdy dotarła do swojego starego domu, zobaczyła ich w progu, uśmiechniętych – i przeraziła się. Zobaczyła siwiznę na ich skroniach, zmarszczki na policzkach, zgarbione sylwetki i zmęczone oczy. Rodzice powitali ją z radością, a ona skryła swój szok w sercu. Tej samej nocy wzięła znajomy nóż z kuchni i ścięła włosy o połowę, wracając do czasów, gdy ich krok był sprężysty, a ona mieszkała razem z nimi".


W tym miejscu czasami kończy się opowieść o Długowłosej – w wiecznym dzieciństwie, utrzymywanym regularną pracą ostrza noża, z rodzicami, których nie była w stanie opuścić. W wersji, którą ja zachowałem, historia toczy się dalej.


„Mówi się jednak, że wszystko ma swój koniec, nawet Czas. Długowłosa zauważyła, że na jej głowie pojawiły się siwe odrosty – obcięte włosy nie odrastały jej już w tym samym, ciemnym kolorze. Nie przestała jednak ich przycinać, bowiem nawet we wspomnieniach nie była w stanie znieść widoku rodziców takimi, jakich ich zobaczyła po powrocie z podróży.


Rodzice szybko zauważyli, że jej włosy stopniowo tracą kolor. Myśleli, że jest chora i zabrali ją do medyka, ale nie był on w stanie w żaden sposób pomóc, a Długowłosa nie miała zamiaru zdradzać swojego sekretu. Trzymała się dzieciństwa, regularnie przycinając swoje ciemne loki i zbliżając się do granicy siwizny. Nie wiedziała, co się stanie, gdy do niej dotrze, ale domyślała się i spędziła wiele bezsennych nocy, myśląc o tej chwili. W końcu nadszedł dzień, gdy kępka siwych włosów padła na podłogę, ale poza tym nic się nie stało.


Dzięki wiedzy i doświadczeniu, życie, które Długowłosa przeżyła po raz ostatni, było na tyle szczęśliwe, na ile było to możliwe. W końcu zmarła, a po niej zmarły jej dzieci, a po nich jej wnuki. Jeśli żyją gdzieś jeszcze jej potomkowie, nic mi o tym nie wiadomo. Żaden z nich nie odziedziczył jej mocy, a przynajmniej nie mówią o nich żadne znane historie".


Co ciekawe, koleje losu sprawiły, że gdy zapisywałem to ostatnie zdanie, było ono fałszywe, ale upływ czasu sprawił, że stało się prawdziwe. Niejeden raz słuchałem historii o dzieciach Długowłosej, ale nie żyje już nikt z tych, którzy mi je opowiadali. Zapisałem kiedyś jedną z nich, ale zgubiłem gdzieś te zapiski, a pamięć nie służy mi już tak, jak kiedyś. Jedyne, co dziś można stwierdzić o potomkach Długowłosej, to że uczynili kiedyś coś godnego upamiętnienia w opowieści.



Ilustracja: Anka Cięciel

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Lato szczytuje, żniwa (opowiadanie)


Ryba ma właśnie wyskoczyć ponad wodę w pogoni za ważką. Na rzekę opadają dwie lądujące kaczki. Ryba nie wyskakuje; spłoszona spływa na głębinę pod kępę wodorostów.

 

Ważka nie ma poczucia istnienia ryby; kontynuuje swój lot godowy rozdając zalotne blaski i lśnienia ważkowym samicom, uzbrojonym w uwodzicielską obojętność.


Rzeka nieustannie płynie, tocząc się teraz przez bezkres pola, z którego zjeżdżają żniwujące całą noc kombajny i traktory. Rumor już cichnie, zaczyna przypiekać poranne słońce.

 





Wśród walcowatych snopów skoszonego zboża pojawia się lis. Ruda plamka poruszająca się po jednolitym słomiastym tle wielkiego pola.

Tak widzi go myszołów, bezszelestnie zakreślający koła pod bezchmurnym niebem.

 

W domu, na końcu podziemnego korytarza, tuż pod szczeciną skoszonego zboża budzi się polna mysz.

Czyści futerko, jak każdego ranka i wychodzi na powierzchnię.

Przeciera oczy ze zdumienia:

Tam, gdzie wczoraj kładł się przyjemny, bezpieczny cień gęstego lasu metrowych łodyg żyta, teraz jest płaska patelnia przypiekana słońcem.

Świat myszy przestał istnieć z dnia na dzień, ale życie toczy się dalej: lis nieruchomieje, zasadzając się na zdezorientowaną mysz.

Myszołów też dostrzega łatwą zdobycz. Składa skrzydła, by błyskawicą spaść z wysokości na ofiarę.

Dlaczego atak nie następuje?

Ptak widzi z wysokości nową, czerwoną plamę, jaka pojawia się w dole na słomiastym tle. Czerwona, zbliża się do plamy pomarańczowej, która nagle zaczyna się szybko oddalać, aż znika z pola widzenia.

Mysz nigdy nie dowie się, że to, co ją uratowało, ma na imię Alicja.

Alicja tańczy po nasłonecznionym rżysku z dużym czerwonym balonem na sznurku. Nie ma świadomości istnienia myszy, lisa, ani myszołowa. Korzystając, że nie jest widziana przez nikogo, śpiewa i ćwiczy ruchy modelki. Alicja marzy, żeby zostać gwiazdą.

Dopiero za 40 lat, gdy już będzie miłą, zmęczoną starszą panią, Alicja zrozumie, że nie ma nic bardziej pospolitego, niż chęć zostania gwiazdą.

Teraz Alicja ma cztery lata, na urodziny dostała czerwony balon. Który za kwadrans pęknie. Ale my już tego nie chcemy widzieć.

 

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Nowy felieton

Fragment:


I ja dopiero co kupiłam sobie w znanej sieci sweter, w którym po pierwszym praniu ukazała się tajemnicza, niezgodna z prawami fizyki dziura. Oburzona niosłam go do reklamacji, całą drogę powtarzając gorzkie słowa, które wykrzyczę w twarz sprzedawcy, gdy ten odmówi jej przyjęcia. Jednak mężczyzna przebrany za nastolatka nawet nie podniósł na mnie oczu; wziął sweter i rzucając go na kupę podobnych, wybrakowanych egzemplarzy, polecił mi wybrać sobie coś w tej samej cenie. Patrzyłam z niedowierzaniem. Ledwie odcięłam od niego metkę – tę pępowinę łączącą go ze światem fabrycznej nieskazitelności, a już leżał na hałdzie szmat. Od jednego do drugiego statusu dzieliły go dwa dni. I jedno pranie. „Cóż, sprzedajemy tu śmieci, ZDZIWKO?" – mówiłaby może mina sprzedawcy.


Gdyby miał jakąś minę albo w ogóle na mnie spojrzał. Z głośników dudniła muzyka taneczna. W powietrzu unosił się upojny zapach perfum. Blade manekiny miały twarze bez rysów i ręce w bezradnym obwisie; wracały właśnie z brutażu, jutro jadą na Hel na kite'a, pojutrze do Berlina na koncert Swansów. Prezentując jednorazowe ciuchy, w których możesz przebrać się za kogokolwiek; kogoś, kim najbardziej nie jesteś. A potem jak bandyta po akcji, jak złodziej po napadzie na bank tożsamości wyrzucić je do pierwszego napotkanego kosza. Szyte za ułamki centów, nie mają właściwie żadnej realnej wartości. Tej ostatniej nabierają, dopiero gdy ktoś dopisze do nich marketingową baśń, podinscenizuje ją, puści stosowną muzykę i chmurę perfum. Albo chociaż umiejętnie o nich opowie; słowami jak zaklęciami nada im cechy, których być może wcale nie posiadają. Hokus-pokus – i oto woda szytych w Bangladeszu za bezcen szmatek zamienia się w cenne wino NAJNOWSZEJ KOLEKCJI.


Całość - dwutygodnik.com, Klick!!!

Miron Białoszewski komentarzy: 0

...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Łapanie szczęścia

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Ruski gangster



Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.


No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?


A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów. Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.


Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.


Orbitowski Klick!!!