19 września 2019, czwartek
Wielkopolska. Kultura u podstaw komentarzy: 0

Nowy serwis, a w nim Dziedzic Pruski:



Klick!!!


Skąpany w blasku pikseli

Jest dziwna magia w ekranie. Magia, co sprawia że wszystko wygląda inaczej. Nie lepiej i nie gorzej. Odmiennie. Dajmy na to taki kwiatek w oknie. Zwykły, przypadkowy. Z ulicy banalny. A na ekranie może porażać kontekstem. Taka jest siła ekranu.


Podobnie z innymi przedmiotami, krajobrazami, ludźmi. Zwłaszcza z ludźmi. U nich dochodzi tak zwana fotogeniczność. Zjawisko, które sprawia, że szara mysz może zostać boginią seksu, a smutny biuralista idolem nastolatek. Ciągną więc do ekranu tabuny myszy i biuralistów, każde w nadziei na swoje kilka oka mgnień.


Dupy nie urywa

Czasem jest tak, że się staramy. Z całych sił. Na przykład żeby zrobić jakiś wykon. Piosenkę śliczną, malunek, Jezuska Frasobliwego z korzenioplastyki. I cały zasób wkładamy w to, cały potencjał. By była rzecz żywa.


Innym razem znów nie. Na luziku, ot tak. Po prostu robimy coś z czapy.


Oba sposoby są dobre, oba wskazane. Każdy niesie inną energię i rozmawia z otoczeniem inaczej, ale żeby któryś był lepszy, to nie powiem. Drugi łatwiejszy jest bez wątpienia.


Potem przyczajamy się i czekamy. Jak będzie? Co powie ludzkość? Czy Państwa Środka wstrzymają oddech? Emocje, szalone emocje. Potem euforia, ziew lub zgoła frustracja. Jak to tak, to ja na rzęsach swych ślicznych stawałam/łem, a tu Państwa Środka się nie zrywają, na koń nie skaczą?


Innym znów razem, jak wspomniano wyżej, wszystkie te państwa u stóp nam padają, choć ledwie palcem ruszyliśmy. Dlaczego?


Bo rezultat nie zawsze jest efektem pracy li tylko. Czasem zwykłego fartu trzeba. O czym dobrze jest wiedzieć i pamiętać. Bo orka sama w sobie dupy nie urywa. Efekt zależy również od pogody.

Klick!!!

Noma Bar komentarzy: 0

Wiosna


Klick!!!


Nieoczekiwanie odkryłem, że równinę przecina rzeka. A właściwie strumień. Zainteresowało mnie to. Zsiadłem z roweru, przycupnąłem. Na dnie zobaczyłem rybę, prawdopodobnie pstrąga. Pstrąg patrzył na mnie bez strachu, ale z zainteresowaniem. Zupełnie jak ja na niego. Popatrzyliśmy na siebie ładną chwilę, a potem on odpłynął, a ja odjechałem. Dalej szukać miejsca, w jakim powinienem się znaleźć, żeby spotkać dziewczynę mojego życia.

Piotr Świderek komentarzy: 0

Rysuje

Janek Koza komentarzy: 0

Rysuje

Facebook komentarzy: 0

...

Łukasz Najder komentarzy: 0

Piątek


W piątek, dzwonek u drzwi. Wyjrzałem: młody człowiek w garniturze. Otworzę, pomyślałem sobie, otworzę, bo może akurat coś wygrałem i mam tu do czynienia z posłańcem.


Otworzyłem. A jednak nie. Zawodowy uśmiech z plastiku, torba z fantami przy nodze, wyciągnięta prawica, w której leciutko drży kolorowa wizytówka. Oczy złowrogo rozświetlone poczuciem misji, musem wykręcenia planu. Zaczął.


- Dzień dobry, szanownemu panu! Poleca mnie pana sąsiad z piętra niżej. Idę właśnie od niego. On mnie do pana przysłał!


Profesjonalne, żywiołowe zagajenie. Stary numer. Pokiwałem w milczeniu głową, on uśmiechnął się i wziął głęboki oddech, żeby mi w końcu wyłożyć swoją ofertę w licznych szczegółach i z bonusami. Wtedy do przedpokoju weszła moja żona. Moja żona weszła do przedpokoju w stroju domowo-redaktorskim, co w tym przypadku oznacza ciemnofioletowe kapcie-króliki, niebieskie skarpetki w żółte osy, getry, czarny sweter z dorodnym lisem moszczącym się na tej czerni niczym rodowe godło, pod jedną pachą kotka Migot, pod drugą – ikeowa różowa świnka o imieniu Stefania. Stanęła, spojrzała. Na mnie patrzy tak każdego dnia, więc zdążyłem się już do tej zabójczej mieszanki arktycznego chłodu, ironii i politowania z lekka przyzwyczaić, zahartować, ale on nie był na to wszystko przygotowany. Coś jakby Darth Vader robił ci przegląd jamy ustnej – albo Józef Stalin zaprosił do gry w makao. Jegomość najpierw zbladł, potem raptem spurpurowiał i zaczął bełkotać o prestiżowych kosmetykach i o dostępnych za ich pomocą sukcesach życiowych, o zawrotnych promocjach. Moja żona wciąż stała i na niego patrzyła. Po jakichś 20 sekundach przerwał, ukłonił się i powiedział.


- No cóż... Do widzenia.


Był w tym pożegnaniu smutek, ale była i ulga.



Klick!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Ona i on








Miała prawie 16 lat i była nieszczęśliwa z bardzo wielu powodów. On miał lat 17 i też był bardzo nieszczęśliwy z wielu powodów. Gdy się spotkali, to wcale nie stali się dwa razy bardziej nieszczęśliwi.



Gdy się spotkali na zajęciach pe-o, z ratowania manekina, to byli bardzo szczęśliwi. I tak już pozostało. Powody nieszczęść przestały być ważne. Okazało się, że były ważne tylko z powodu braku innych, naprawdę ważnych powodów, dla których teraz mogą być szczęśliwi. Nauczył się dla niej grać piosenkę na czerwonej gitarze, a ona poprosiła babcię, żeby zrobiła mu na drutach ciepłe skarpetki w kolorowe prążki wokół kostek. Zimą pożyczył od ojca audi z czarnymi skórzanymi siedzeniami, które były podgrzewane i zrobił z nią parę kółek wokół ratusza na rynku. Kiedy już wygrzali sobie plecy, zwrócił auto ojcu. Bardzo podobała jej się ta przejażdżka. Latem pokazał jej jak się rzuca toporkiem – 600 gramów. Mieli w dupie cały świat. Nie rozumiał, kiedy powiedziała mu, że muszą przestać się spotykać. Ona też nie potrafiła tego dobrze wytłumaczyć. Wiedziała tylko, że nic nie trwa wiecznie, więc woli tak. Powiedziała, że woli teraz, gdy wszystko jeszcze od nich zależy, że będą mieli wspaniałe wspomnienia, a on na zawsze pozostanie jej jedyną miłością. Wtedy zdjął czapkę z napisem żywiec na krystalicznie czystej górskiej wodzie trade mark i potarł prawą dłonią skórę za prawym uchem.

- Życie nie polega tylko na wytwarzaniu wspomnień, nawet najlepszych – powiedział.

- Wiem, i się boję.

- A konkretnie?...

- Że przestaniesz być dla mnie wszystkim. Jak sobie wyobrażę, że kiedyś będę w stanie pomyśleć o tobie tak, jak moja mama o ojcu, to czuję obrzydzenie do siebie.

- Ale może ja to zrozumiem i dzielnie zniosę.

- No właśnie.

Przez krótką chwilę milczeli.

- Nie wiem, co miałbym bez ciebie robić – powiedział. – Co w ogóle mam zrobić teraz?

- To bez znaczenia co zrobisz. Dla mnie będziesz zawsze najważniejszy. Z powodu tego, co już zrobiłeś.

- Już mówisz o mnie jak o wspomnieniu.

- Nie próbuj go zepsuć. Proszę.

Znów przez chwilę milczeli i znów on przemówił pierwszy:

- A nie mogłabyś zacząć wspominać mnie za rok, na przykład?

- Mogę – zgodziła się po namyśle.

I w taki to sposób przeżyli rok, podczas którego wyprodukowali bardzo dużo bardzo dobrych, niezwyczajnych wspomnień. Teraz, kiedy to już są bardzo dawne wspomnienia, ona chętnie sięga do nich pamięcią, mimo, że potrafi już o nim pomyśleć gorzej niż jej matka o ojcu. On umarł pięć lat temu, dławiąc się kawałkiem białej kiełbasy podczas ostrego rzygania pod nocnym. Prawdę mówiąc, czekała już na śmierć tego człowieka, który przez ostatnich 12 lat zatruwał jej życie. Wiedziała, że sama wygląda wciąż atrakcyjnie, więc wszystko może się jej jeszcze zdarzyć. Ale nigdy nie żałowała tego roku, kiedy byli umówieni na wytwarzanie wspomnień. Wyprodukowali ich co nie miara. I nic tego nie potrafiło zmienić. Nawet nędzny żywot, jaki stał się później ich udziałem i jaki nauczyli się znosić, jak wszyscy.



Ilustracja: Tomasz Bohajedyn