8 grudnia 2019, niedziela
Cichy&Grajczak komentarzy: 0

Dzień matki

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Zaraz po południu

design-dautore.com komentarzy: 0

Odświętny bocian świąteczny

Dąbrowski komentarzy: 0

2016!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Kobiece sprawy






Dwie kobiety, panie, co akurat nie gotowały zupy, nie podgrzewały zupy, nie były zajęte wymyślaniem zupy lub kupowaniem składników zupy, a dzieci już dawno porodzone miały, takie dwie panie akurat tego samego dnia wsiadły do jednego przedziału w tym samym pociągu, co go właśnie zapowiada dworcowy megafon.


Jedna przeżegnała się, więc druga też się przeżegnała solidarnie, żeby nieprzeżegnaniem się nie urazić.


- Wsiada człowiek w jednym miejscu, a wysiada w całkiem innym... dzień dobry, przepraszam że tak do pani...

- A i tak się zawsze gdzieś jest, czy to tu, czy to tam, choćby się nawet nie chciało, to i tak się jest tu czy tam. Dzień dobry.


- I tu się może zdarzyć wszystko i tam się może zdarzyć wszystko...

- Albo nic.


- Albo nawet i nic.

- Ale tyle się dzieje jednak wciąż, że za dużo.


- Bo na świecie jest za dużo ludzi. Ale nie mam na myśli pani ani siebie, tylko w ogóle.

- Za to grzybów jak na lekarstwo. Nie wiem z czego na święta grzybową ugotuję, chyba z paczki.


- Ktoś policzył, że już jest 7 miliardów, nie pamiętam czy w gazecie, czy w telewizji jakiejś...

- Święta bez grzybowej, to gorzej jak bez karpia.


- Ale komórek jest tylko 5 miliardów. Więc nie wszyscy jeszcze są w sieci...

- Na szczęście mam trochę zamrożonych z zeszłego roku, czarne łebki, sinki, olszówki...


- Ja nie zbieram olszówek, podejrzane są, takie blaszki mają od spodu okropne jak psie.

- Przeważnie olszówki to suszę, ale te akurat jakoś zamroziłam.


- U mnie grzybowa nawet jakoś w ogóle nie schodzi, mąż nie za bardzo, a młodzi to szkoda gadać.

- Może za dużo octu pani daje?


- Octu w ogóle nie daję, tylko czosnek.

- A widzi pani, nie każdy lubi jak za dużo.


- Za to śledzie, to tak. Śledź na siedem sposobów musi u nas być

- A jak pani robi te śledzie?


- Zwyczajnie, na siedem sposobów po prostu. Nie powiem pani teraz tak z pamięci, mam gdzieś zapisane.

- Znajomy uważa, że śledź to nie ryba. „Śledź to śledź", mówi ten znajomy.


- Niech pani nie słucha. Śledź jak jest na siedem sposobów, to palce lizać.

- Nie żyje już ten znajomy. Ale jeszcze zdążył żonę zostawić dla innej, chociaż ta jego jeszcze wszystko sama koło siebie potrafiła elegancko zrobić.


- No tak, tyle się wciąż tych młodszych rodzi, że nic na to nie można poradzić.

- Za dużo jest ludzi na świecie.


- Nie mówiłam?!

- Więcej ludzi niż rozumu.


I tak trwa ta rozmowa wyzuta z emocji i bez napięcia jakiegokolwiek. Ale i biegnąca bez trudności, prowadzona z wyćwiczoną wprawą unikania niebezpieczeństw otarcia się o spór kłopotliwy, bo wymagający zabrania głosu.


- Zaczęli chyba grzać, bo zdejmę płaszcz.

- No, się zrobiło przyjemnie gorąco, też zdejmę.


Dwie panie wstały i zaczęły zdejmować płaszcze, ta swój, a tamta swój. A kiedy tak stały i zdejmowały to nagle się ciemno zrobiło, bo pociąg wjechał akurat do tunelu i noc zabrała wszystkie kształty jakie zastała i porządek rzeczy zabrała, dając w zamian potworny rumor pędu odbijanego od betonowego rękawa tunelu. Chwilę trwało zanim światło jednym cięciem przegoniło ryczącą ciemność i przywróciło kształty, a gdy pani szybko zamknęła okno i huragan w przedziale momentalnie ustał, powrócił porządek rzeczy rozkołysany w monotonnym stuk-puk, stuk-puk jadącego pociągu.


- Okno się samo otworzyło, ale już zamknęłam – powiedziała pani.

- Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk...


- Gdzie pani jest? Halo?! - w przedziale poza nią nie było nikogo.


Ale pani nie wpadła w panikę, tyle już w swoim życiu widziała, że teraz, jak zwykle postanowiła poszukać winy w sobie: - Mój boże, co ja takiego powiedziałam – zaczęła się zastanawiać.


Ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Sinet Internet Cafe komentarzy: 0

I wszystko jasne...

Maja Wolna komentarzy: 0

Złoty medal - 22. Międzynarodowego Biennale Plakatu


Klick!!!

 

Strona Mai Wolnej: film i prace, Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Ludziki







A u nas jesień, ale bardzo uprzejma wciąż, słońca nie skąpiąca, choć chłodnawo. Z wielkiego drzewa spadają orzechy, stukają o spadzisty dach garażu i staczają się po nim na podwórze. Z garażu wyjeżdża auto, a później wjeżdża, rozgniatając orzechowe łupiny.

Ilustracja, plakat Maja Wolna, Klick!!!

Do ich tłustych mózgów zlatują sikorki i kłócą się o najlepsze kąski. Czasem pojawi się wrona i wtedy sikorki ustępują miejsca, cierpliwie czekając aż zwolni się miejsce przy stole. Kiedy zjawia się sójka, co jej się nie chce odlecieć za morze, wrona łapie całego orzecha w dziób i odfruwa, a sikorki kłócą się na gałęziach o miejsce przy stole, które się zwolni, gdy odleci sójka.


Pojawienie się Włodzinka, kota sąsiadów, powoduje że całe towarzystwo bierze pióra za pas. Włodzinek, potwierdziwszy swoją niezasłużoną pozycję głównego mordercy, przeciąga się, pogapia tu i tam leniwie i idzie polizać szyjki butelek od piwa w skrzynce pod okapem garażu. Jutro znów przyjdzie, w nadziei, że w skrzynce będą stały nowe puste butelki do polizania; w gruncie rzeczy nie ptaki go interesują, ptaki są wszędzie - na pyszne butelki przy garażu przychodzi; na piwko po prostu tutaj wpada Włodzinek.


I przyjechał do nas Sindbad Ali, i zapytał czy mógłby zamieszkać w naszym garażu. A nawet nie byliśmy ciekawi czy przybywa z Libii, Syrii, Iraku, czy innej świętej Arabii szczęśliwej, z której ucieka kto żyw, więc w sumie nic ciekawego, nie ma pytać o co.

Nie był na tyle bogaty Sindbad Ali, żeby pojechać do Paryża, Londynu, czy od razu do Szwecji, ale nie był przecież aż tak biedny, żeby nie jechać nigdzie; był w sam raz zamożny żeby przyjechać do Polski i zamieszkać w naszym garażu.
Nie wyglądał na człowieka, który szybko zamierza stać się Europejczykiem i zaraz sobie kupi quada do rozjeżdżania naszych zbóż rolniczych i lasów produkujących tropy miłych zwierzątek; nie przypominał nuworysza, który musi mieć quada, i od razu z największą nawigacją. Więc czemu nie?... niech sobie zamieszka - pomyśleliśmy i powiedzieliśmy: Tak.


To znaczy, pierwsza zgodziła się żona, bo ma słabość do mundurów, a Sindbad Ali był ubrany w kurtko-marynarkę przypominającą mundur. Podniszczony już wprawdzie, ale z dużymi guzikami obciągniętymi w błyszczące pozłotko, i z epoletami. Nie takimi okazałymi jak u Kadafiego, co stylizował się na Michaela Jacksona, słynącego z mundurów zwodniczo zjawiskowych, wzbudzających zachwyt dziecięcej widowni i ją zjednujących – nie aż takie coś miał na sobie Sindbad Ali, ale i to wystarczyło, żeby moja żona, ubóstwiająca Michaela, jak wszystkie dzieci świata, powiedziała: Tak.


I Sindbad Ali zamieszkał w naszym pięknym drewnianym garażu. A jak już zamieszkał, to cały dzień spał, i całą noc. Potem wstał i wyruszył na podbój okolicy. Wrócił po południu, w kobiecym towarzystwie.

- To jest Sarabi – przedstawił nam swoją kobietę. Z miną księcia posiadacza to uczynił, pana na włościach.
- Dzień dobry – powiedziała grzecznie uśmiechając się Sabinka. Bo to Sabinka była z pańskich chałup, którą przecież znaliśmy, bo często dawaliśmy jej pięć złotych, gdy brakowało jej do Nalewki Lubuskiej, albo Żołądkowej Gorzkiej.


I zamieszkali oboje w naszym garażu. I mieszkali tam aż... do wieczora. A rano znaleźliśmy kartkę. Dziękujemy! - było napisane na kartce, a dookoła tego listu serce ułożone z lśniących świeżością kasztanów. Tyle zostało nam po Sindbadzie i jego Sarabi Sabince, którzy byli już w drodze do innego, lepszego i piękniejszego garażu. Kawę, zaniesioną im z samego rana, rozlaliśmy do filiżanek i przekąsiliśmy po słodkiej bułeczce, kupionej dla nich w piekarni „Gidaszewski i syn", a potem zjedliśmy jeszcze po plastrze szynki od rzeźnika Błaszkowskiego.


- W sumie to nawet dobrze – powiedziała żona. - Sabinka znalazła atrakcyjnego kawalera z zagranicy, co prawda nie z Zachodu, ale jednak z Południa jakiegoś gorącego, on znalazł kobietę, a my mamy porządek w garażu, czego więcej chcieć?...

- W sumie tak – zgodziłem się.


- A wszyscy myśleli, że ta Sabinka już nikogo nie znajdzie, bo wygląda jak bigos chodzący, a tu popatrz, jaka to była atrakcyjna partia, tylko nikt się nie potrafił poznać... - westchnęła żona.

- Największa atrakcyjność Polek dla człowieka z Arabii polega na tym, że są bezpłatne – zauważyłem. - Nie trzeba za nie płacić stu kóz, ani sześćdziesięciu owiec, ani dwudziestu wielbłądów, są za darmo, w promocji tutejszej, dzięki której przybysz może stać się facetem od razu poważnym w hierarchii, bezpłatnie. Kobieta jest kobieta, sztuka jest szuka, a jak ją się umyje, przesuszy, to będzie jak nowa – powiedziałem, co mi akurat mózg podrzucił automatycznie, więc bezrefleksyjnie.


- Pomyślałabym, że jesteś cyniczny, gdybym cię nie znała i nie wiedziała, że jesteś głupi tylko – skwitowała żona.

- Chyba zapalę – odkryłem przed nią swój zamiar i jako człowiek nierzucający słów na wiatr zapaliłem.


- A skąd ty to wszystko wiesz, o ludziach z Arabii?

- Zakrzewski mi powiedział – ujawniłem źródło.


- A on skąd to wie?

- On nawet potrafi powiedzieć jaka jutro będzie pogoda!


- I jaka będzie?

- O to akurat nie zapytałem – wyznałem.


- I co my teraz zrobimy?... - westchnęła.

- W związku z czym?


- Pojechali sobie, a w dodatku nawet nie wiemy jaka będzie pogoda...

- Może...


- Może?...

- Może zrobimy ludziki z tych kasztanków? - sprzedałem swój jedyny atrakcyjny pomysł na spędzenie dnia.


- Lepiej zadzwonię do Aldony i trochę postękam...

- Co masz przeciwko ludzikom z kasztanków? - zapytałem jeszcze, ale ona już wykręcała numer do Aldony.


Sikorki przez cały czas wykłócały się na gałęziach o miejsce przy stole, które zwolni się gdy tylko znikniemy z pola widzenia. Nieoczekiwanie pojawiła się sroka. Przestraszone ucichły, ale gdy sroka spłoszona naszą wędrówka do domu odleciała, znowu zaczęły wrzeszczeć, a potem... potem zleciały się do stołu. Włodzinek nie przyszedł. Przestraszyła go nowa chwilowa obecność Sindbada? Niepotrzebnie, bo garażowy gość nie był z jakiejś bolszewii chińskiej wietnamii, tylko z Arabii, gdzie koty są co najmniej niejadalne.