7 grudnia 2019, sobota
Gostyńska 36 komentarzy: 0

Spacerując (opowiadanie)

 



Szliśmy sobie bezwstydnie gapiąc się na gołe drzewa, które jesień rozebrała z liści. Nieoczekiwanie napotkaliśmy tęgawą panią bez pieska. Powiedziała nam dzień dobry i my powiedzieliśmy dzień dobry, zamieniliśmy parę słów. Była zdumiona, kiedy dowiedziała się, że nie zamierzamy mieszkać w blokach.

- Jak to? Przecież to takie wygodne – argumentowała. - Nie ma nic lepszego na starość, niż przenieść się do bloków.
- Ale nie jesteśmy jeszcze starzy – powiedziałaś, a ja nie zaprzeczyłem.


- Chyba, że tak... - rozmowa wyglądała na zakończoną.



Ruszyliśmy dalej drogą obsadzoną gołymi drzewami. Prowadziła do jeziora. Nagle przebiegł pies z butem w pysku. Zobaczył nas i przebiegł jeszcze raz, żeby pochwalić się zdobyczą. Pies był niewiele większy od buta. Spojrzeliśmy w dół na stopy – to nie mógł być nasz but, bo wszystkie były na swoim miejscu. Pies przeparadował jeszcze raz przed nami, po czym uznał, że nie jesteśmy najwdzięczniejszą publicznością i pobiegł gdzieś poszukać lepszej. Jednak nie sprawiał wrażenia zawiedzionego i merdał wesoło ogonem. Prawdopodobnie był to pierwszy but w jego życiu i niełatwo mu było rozstać się z radością jego posiadania.


Na końcu drogi natrafiliśmy na jezioro z kaczkami, łyskami, myszołowem, trzcinami i rybami. Była w nim też woda. Na brzegu siedział pan z wędką. Wyglądał na gościa, który potrafi pędzić bimber nawet z rabarbaru.


Weszliśmy na molo. Podpłynął perkoz. Dostrzegł nas i błyskawicznie zanurkował. Wynurzył się daleko, na krawędzi zasięgu naszego wzroku. Rozległ się odgłos pracującej piły. Jeden z miejscowych dorobkiewiczów stawiał płot wokół swojego domu wczasowego. Dom był nuworyszowski, stylizowany na dworek. Z gładkiej tafli jeziora poderwała się spłoszona para łabędzi. Najpierw długo startowała, nabierała rozpędu, aż wzbiła się w powietrze. Patrzyliśmy jak łabędzie oddalają się i wznoszą coraz wyżej, aż stopiły się z bielą nieba i zniknęły z naszego życia.


Na piaszczystej płyciźnie plaży pływały tysiące drobnych jazgarzy, główna atrakcja turystyczna dla ważniaków, którzy przyjadą tu latem, żeby rybki obgryzły im paznokcie u nóg. Teraz jazgarze są bezrobotne i kłębią się tłumnie, jak ludzie przed urzędem zatrudnienia w czasach kryzysu.


Z przybrzeżnych chaszczy wystawił łeb lis. Nie był rudy tylko srebrny. Ale może to był kot. Zeszliśmy z mola i przeszliśmy obok dworku, przy którym pracował dorobkiewicz z piłą. Spojrzał na nas wzrokiem człowieka, przez którego ptaki odlatują stąd do ciepłych krajów.


Idąc ścieżką wzdłuż zalesionego brzegu, doszliśmy do starej, suchej topoli. Na jej czubku siedział kormoran i gapił się na ciebie. Minęliśmy topolę i zaczęliśmy się oddalać, a kormoran wciąż siedział na jej czubku nieruchomo i dalej gapił się, z tym, że teraz na mnie. Nie wiadomo, po co to robił. Prawdopodobnie nie miał nic innego do roboty. Możliwe, że była to ukryta kamera.


Doszliśmy do okazałego domu w stanie surowym, który jakiś prezes zaczął budować z rozmachem w lesie, zanim przestał być prezesem. Porzucona betoniarka z wypełnioną gruszką, która skamieniała wiele lat temu, wskazywała że budowę przerwano nagle. Zamiast dachu na stropie wyrosły już brzozy, do których po ścianach wspinały się bluszcze na wyścigi z powojami. Teraz w solidnych, omszałych murach bez okien mieszkały wspomnienia, dla nas niedostępne. Postanowiłem wejść do środka i sprawdzić czy nie ma tam wisielca, bo było to idealne miejsce do tego, żeby się powiesić. Nie było wisielca. Znalazłem tylko konserwę z terminem ważności, który upłynął dwanaście lat temu.


Mieliśmy już iść dalej, gdy wśród gęstwiny krzaków zarastających dziedziniec dostrzegłem studnię. Zajrzałem w jej czeluść, żeby

sprawdzić czy nie ma tam porzuconego noworodka. Nie było.


- Nie wiem po co ludzie stawiają takie twierdze – powiedziałaś i poszliśmy stamtąd.


Dobrnęliśmy do ścieżki okalającej jezioro i ruszyliśmy dokończyć okrąg. Już przy plaży, ale po stronie przeciwnej do tej, z której wyszliśmy, zobaczyliśmy jeszcze jednego wędkarza: trzy kije wbite w ziemię, czwarta wędka w rękach, unoszona co chwilę dla sprawdzenia stanu robaka konającego w męczarniach na haczyku. Miałem ochotę go spoliczkować, więc mu się przyjrzałem; był to człowiek o wyglądzie tak przeciętnym, że aż trudnym do opisania, bez żadnych znaków szczególnych, czegokolwiek, co by go wyróżniało, pozwalało się na nim skupić, a co dopiero wkurzyć. Poszliśmy dalej nie zatrzymując się. Nawet nas nie zauważył, tak był pochłonięty byciem sobą.


Znów znajdujemy się na plaży, a tam but porzucony przez psa. Rozglądamy się, ale psa nie ma. But jest duży, męski, w środku skarpetka, ale bez nogi.


Przy molo dziewczyna i chłopak. Nie widzą nas jeszcze, bo patrzą na jezioro. Ona ma dłonie splecione na jego ręce. Kiedy nas dostrzega, szybko puszcza jego rękę, jakby trzymanie jej było czymś niestosownym.


Piasek plażowy wysycony jesienną wilgocią przykleja nam się do butów, gdy wracamy na parking do samochodu. Otrzepujemy buty na asfaltowej ścieżce dla rowerzystów i matek z dzieckiem. Na rowerze przelatuje Madonna. Mało na nas nie wpada, tak pedałuje. Ma czapkę, kaptur i ciemne filmowe okulary zasłaniajce pół twarzy, żeby nie można było jej rozpoznać, co od razu czyni ją jeszcze bardziej rozpoznawalną.


- To była Madonna? - nie dowierzasz.

- Tak.


- Ta Madonna do zarabiania pieniędzy?

- Tak.


- Ale co ona tutaj robi?

- A co my tu robimy?


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ostatni orzech (opowiadanie)

...


Na Kurzej Górze nie ma żadnej góry. Są za to kury. W żadnej lodówce filet z kury nie zachowuje świeżości tak długo jak w kurze, dlatego kury tygodniami wałęsają się po podwórzach, surowe, zawsze świeże, gotowe na niedziele i święta. Pilnują ich psy przykute łańcuchem do budy. Przy budzie zawsze stoi garnek. Na Kurzej Górze nie ma dwóch takich samych garnków; każdy jest inaczej obtłuczony. Do garnków ludzie czasem nalewają wodę, a czasem wrzucają resztki z obiadu. Na Wigilię psy dostają rybę: łeb z karpia albo skórę z makreli. Na Kurzej Górze są trzy kapliczki z Bozią, w planach jest czwarta, bo ludzie tutejsi marzą o królestwie niebieskim, by tam osiągnąć życie wieczne.

Codziennie nad Kurzą Górą słońce wschodzi rano na wschodzie, a zachodzi wieczorem na zachodzie, i nigdy mu się nie pomyli. Co parę lat ludzie tutejsi idą na wybory, głosować na partię, która obiecuje najwięcej. Każda partia obiecuje wszystko, co chcą, ale oni i tak potrafią wybrać, tacy są mądrzy.

Latem jest tutaj gorąco, a zimą jest zimno i zamarza woda, ale tylko psom w garnkach, bo ludziom nie zamarza, tacy są mądrzy. Dużo ptaków śpiewa latem na Kurzej Górze, ale nikt nie wie jakie konkretnie, bo te ptaki są małe i niejadalne, więc nieciekawe zupełnie. Kiedy pada, koty wracają do domów, ale niektóre nie wracają. Nie wiadomo czy mokną, bo nikt się aż tak nie interesuje kotami, żeby wyjść na deszcz i sprawdzić czy kot moknie czy nie. Na Kurzej Górze mieszkają Jaś i Małgosia. Są już trochę schorowani. I nie robią z tego problemu. Mieszkają tu też inni schorowani ludzie, którzy też nie robią problemu. Przeważnie kobiety tutejsze chorują na choroby damskie, a mężczyźni na typowe męskie. Wszyscy chorzy na Kurzej Górze leczą się lekarstwami z ulotki, które są bardzo dobre, bo na nic nie szkodzą.

Ludzi z Kurzej Gory nie pokazują w telewizji, nie można o nich przeczytać w gazecie, nie bywają celebrytami, nie są znani, podziwiani, nie zazdrości im się. Ale oni nie marzą wcale o tym, żeby być celebrytami, nawet nie wiedzą, że mogliby, choć przecież celebrytą może być każdy. Na Kurzej Górze nie mieszka żaden z naszych znajomych, ani stamtąd nie pochodzi.

Stąd nikt nie wyjeżdża żeby zrobić światową karierę, bo takie kariery można sobie obejrzeć w telewizji, więc po co jechać, skoro można sobie pooglądać gotowe, już zrobione. Wygodnie, na kanapie z podusią pod plecami. Jedna pani, jeszcze nie schorowana, wyjechała co prawda i zrobiła karierę kosmetyczki – nikt, jak ona, nie potrafił z takim znastwem, umiejętnością i zamiłowaniem wycisnąć pryszcza, wydłubać żałobę zza paznokcia, wyrwać włosy z nosa pięknym paniom i pięknym panom. Kosmetyczkowała aż miło! Miała naprawdę duże wzięcie, zdobyła uznanie i wyrobiła dobrą markę dla wszystkich dziewczyn z Kurzej Góry, które chciałyby pójść w jej ślady, ale żadna jakoś nie poszła. Nikt nie wyjeżdża stąd chętnie, ale Jaś powiedział pewnego dnia: Dzisiaj wybiorę się do miasta. I wybrał się do miasta. Tam znalazł na ulicy kamyczek i zaczął go kopać bez celu. Kamyk potoczył się do kratki kanalizacji i wpadł do środka, więc Jaś poszedł dalej, próbując przypomnieć sobie, gdzie zaparkował samochód. Wkrótce udało mu się, odnalazł auto i powrócił nim na Kurzą Górę. Tu z łatwością odszukał swój dom i Małgosię, która już na niego czekała z obiadem. Zjadł sam, bo ona zjadła już wcześniej.

Mówisz, że chcesz zobaczyć to miejsce na własne oczy. W sumie, moglem się tego spodziewać po tobie. Sięgam po paczkę na stole, wyjmuję jednego, zaciągam się bez entuzjazmu. Na podwórzu cztery gawrony siedzą na łysym drzewie i czekają, aż spadnie ostatni orzech, zwisający z cienkiej jak nić gałązki, na której nie sposób przysiąść by go porwać. Gaszę, nie sięgam po następnego. Idę do kuchni po kluczyki, zgarniam je z parapetu. Ty stoisz już w drzwiach gotowa.

Dwie mrówki akurat pobiły się o kawałek liścia morwy, gdy mijamy tablicę: Kurza Góra - czarna doznała urazu głowy, a ruda złamała nogę. Za tablicą są latarnie, ławeczki, chodnik, a po drugiej stronie sosnowy las; ulica wygląda jak promenada wiodąca do morza z plażą, tylko że tu nie ma plaży ani morza, są domy z numerami. Przed jednym z nich, przy drodze stoi człowiek z rękami założonymi do tyłu na plecy w geście Napoleona, ale to nie jest prawdziwy Napoleon – duży, otyły, właściwie brzuchaty, wygląda na swoje lata: pomiędzy 40 a 70. Nie wiadomo jak długo tak stoi. Stara się nie patrzeć w naszą stronę, ale widać, że kontroluje wszystko. Każesz zatrzymać auto. Wysiadasz.

- Dzień dobry – podajesz rękę Napoleonowi z Kurzej Góry.
- Dzień dobry pani, jestem Jaś – mówi ten człowiek, ujmuje twoją rękę i całuje dłoń nie starając się nawet wciągnąć brzucha.

- Co pan robi, panie Jasiu? - słyszę twój głos, wysiadając z samochodu.
- Stoję, proszę pani.

- Aha.
- Lasowałem wapno, tam w dole – Jaś pokazuje gestem na obejście, którego nie widać zza wysokiego parkanu – a teraz stoję i czekam aż się dobrze zlasuje.

- Aha.
- Tak to jest, trzeba czekać – wydaje mi się, że Jaś wypina swój brzuch, pragnąc podkreslić jego posiadanie, wobec braku czegoś takiego u mnie.

- Aha – powtarzasz, demaskując zakłopotanie, zbicie z tropu, zawstydzenie tym, że ktoś jest dumny z czegoś, o co nie śmiałabyś go podejrzewać, myśląc o nim nawet najgorzej jak umiesz.
- A długo tak się będzie lasować to wapno? - przychodzę ci z pomocą.

- Zależy. Czasem szybciej, a czasem trzeba czekać do wiosny, aż się przemrozi przez zimę – Jaś objaśnia tonem pedagoga, poirytowanego trochę, że nie wiemy takich oczywistości.
- To my pojedziemy – biorę cię pod prawe ramię i kieruję do samochodu.

- Zaraz, zaraz! - Jaś chwyta cię za ramię lewe, łapie za rękę, całuje w dłoń: - Miło było panią poznać, szerokiej podróży – mówi i powraca do postawy Napoleona na posterunku, pilnującego zlasowania się wapna w dole.
- Do widzenia panie Jasiu, na wiosnę, do zobaczenia! - mówisz już z ruszającego samochodu, uśmiechając się najserdeczniej przez uchylone okno do człowieka stojącego przed domem przy drodze. On nie reaguje ekstatycznie, ani bez entuzjazmu; dla niego rozmowa jest zakończona, nie będzie silił się na jej podtrzymywanie; w każdym razie nie wygląda, żeby był zainteresowany trwonieniem czasu na takie bzdury.

- Ty tego nie zrozumiesz – mówisz po jakimś czasie, kiedy dojeżdżamy do skrzyżowania kończącego Kurzą Górę.
- Powiedz lepiej, czy skręcamy, czy jedziemy prosto? - pytam rzeczowo, wymagająco, bo trzeba podjąć ludzką decyzję.

- A on tam będzie stał na swoim posterunku... - wzdychasz opierając łokieć na poręczy podgrzewanego fotela i kręcąc palcem włosy za uchem w loczek. - Taki jest naturalny, kompletny, pewny swoich racji, bezwstydny...
- Niektóre życia są udane, a niektóre mniej – skręcam w lewo.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nic wartego rozmowy. W każdym razie, dwa razy dwa równa się cztery, w każdym języku i wszędzie: w Paryżu, Moskwie i na Kurzej Górze też.

Przed wjazdem do miasta zatrzymują nas bariery opuszczone na przejeździe kolejowym. W jedną stronę mknie pośpieszny wypełniony ludźmi, w przeciwną pędzi expres też wypełniony ludźmi. Jednym i drugim bardzo się śpieszy. Najprawdopodobniej wielu spośród mknących ludzi przegląda teraz gazety, które dla innych stanowią dowód ich prostactwa, a ci z kolei kartkują takie, które kompromitują ich w oczach tych pierwszych.

Z któregoś pędzącego okna wystrzeliwuje skóra z pomarańczy, przelatuje kilkanaście metrów, uderza o ziemię, koziołkuje po chodniku i nieruchomieje u stóp jegomościa oczekującego na uniesienie barier. Jegomość podnosi skórę, przygląda się jej, wącha i wrzuca do pustego kosza na śmieci. Skóra jest pierwszym śmieciem w tym koszu.

Pociągi już przejechały, zabierając ze sobą rumor, gwałt i huk. W umiarkowanej ciszy słychać odgłosy roztrząsacza obornika pracującego na podmiejskim polu.

Bariery unoszą się, przejeżdżamy przez tory. Wkrótce znajoma ulica, stoimy na czerwonym, ruszamy na zielonym.

Na podwórzu, cztery gawrony wciąż siedzą na łysych gałęziach i czekają aż spadnie ostatni orzech. Przypominają mi się dwie mrówki ranne w pojedynku o liść morwy, jedyne, na co mogą liczyć to to, że w nocy nie przyjdzie pierwszy tegoroczny mróz. O Napoleona jestem spokojny, poradzi sobie, w najgorszym razie schowa się w domu, gdzie nie zamarza woda, ale mrówki?! Które są w zasadzie jedną kroplą wody okrytą hitynowym pancerzykiem?


Rysynek - Andrzej Bobrowski

Dorota Masłowska komentarzy: 0

Na bieżąco, po przegranym meczu z Czechami




Po kryzysie inowrocławskim Świdnica to był miniraj. Miałam w pokoju 10 ręczników i jacuzzi, a to że z niego nie korzystałam o tym nikt nie musi wiedzieć i proszę byście i wy o tym nie mówili, zwłaszcza moim wrogom.


Miałam telefon i mogłam dzwonić, gdzie tylko chciałam, na recepcję, ile tylko chciałam. Mój pokój właściwie składał się z dwóch pokoi i to nie był problem, żeby przebywać w każdym mniej więcej po równo i mieć z tego jeszcze więcej.

Spotkanie bardzo miłe, choć kto był ten wie, że w pewnym momencie zniknął prowadzący i musiałam sama siebie moderować, sama ripostować swoje żarty. Ostatecznie wyrekompensował się tym, że zaprowadził mnie do lokalu, gdzie po przegranym meczu z Czechami siedzieli trzej mężczyźni w wieku około 40-140 lat w triadzie: mały średni duży. Tworzyli swojego rodzaju pełnię, a ich zęby poskładane wszystkie razem mogłyby może dać komplet uzębienia dorosłego człowieka.
Rolę pierwiastka żeńskiego odgrywała w tym kosmosie pani Jola, zawodowa asystentka alkoholika, z twarzą profesjonalnie nieprzeniknioną po kilkudziesięciu latach wysłuchiwania pijackiego pierdololo. Mówili do niej: mamuniu.
Zgromadzeni wszyscy razem wokół telewizora prezentującego hity z lat 90tych, otumaniali się cierpliwie, niegwałtownie, metodycznie, solidarnie. Panowała kosmiczna, wręcz wyzywająca nuda; „nie jesteśmy tu po to, by coś robić!”- krzyknęłaby. Gdyby tylko jej się chciało.
Mężczyźni byli bardzo mili i dali mi Rafaello. Na koniec życzyli nam bardzo wiele razy STOSUNKOWO udanego wieczoru i widać było jak bardzo lubią swój firmowy żart i nie ma potrzeby wymyślać żadnego nowego, a nawet mogłoby to być szkodliwe.

Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Ostatnia tegoroczna mucha













Siadaliśmy już do kolacji, kiedy przyszli jacyś ludzie i powiedzieli że są patriotami, więc czy mogliby dostać herbaty.


Ale bez cukru! - zaprotestowali, gdy obok filiżanek postawiłaś cukiernicę, tę po babci, którą wyjmujemy tylko dla gości. - Bo cukrownie są w rękach obcych, więc nie trzeba ich wspierać.


Owszem, chętnie zjedzą kanapkę, ale żeby nie była na białym chlebie tylko lepiej na ciemnym, razowym. Poszedłem do spiżarni i przyniosłem czarny chleb. Zrobiłaś po kanapce na razowym, a dla nas na białym chrupiącym. Nie powiedzieli tego, ale wyczuwało się, że bardzo by chcieli nam to powiedzieć: - Chrupiące z marketu jest niedobre; markety należą do obcych!


Pojedli, popili, poszeptali między sobą i zaczęli się wiercić na krzesłach. Czy jesteśmy dumni z tego, że żyjemy w kraju, w którym oni są patriotami, zapytali. Z kurnika wyjrzała kura i rozdarła się obwieszczając na około że zniosła jajko. Wziąłem chleb ze stołu i odniosłem do spiżarni. Przy okazji wyjrzałem na dwór, żeby sprawdzić czy nie kręcą się jeszcze inni patrioci. Wracając zamknąłem drzwi do domu na klucz i schowałem go do kieszeni.


Gdy wróciłem, powtórzyli że są patriotami, więc chcieliby zobaczyć jak tutaj żyjemy.

- Gdybyście chcieli już wyjść to musicie wziąć klucz z mojej kieszeni - poinformowałem.
Nie chcieli jeszcze wyjść, zapytali czy możemy im ugotować kartofle, które przynieśli w teczce. Położyli na stole cztery kartofle: - To są kartofle jednego patrioty z lokalnej społeczności, a nie sprowadone od obcych, więc trzeba je jeść, bo tego wymaga nasze dobro wspólne - pouczyli tonem kaznodziei.


- Naprawdę jesteście Patriotami? - zapytałaś. - Macie na to jakieś legitymacje?

- O tak! Proszę bardzo... - pokazali legitymacje.
Widać było, że są dumni, że je mają, jakby to były bardzo ładne legitymacje, chciaż to wcale nie były ładne legitymacje. Mimo, że te legitymacje nam się nie podobały, powiedzieli, że my też moglibyśmy mieć takie same. Przypomniałem, że gdyby chcieli już wyjść, to mogą wziąć klucz z mojej kieszeni, ale nie słuchali, woleli zostać, przemawiać – bo przecież nie rozmawiać - i zobaczyć jak tutaj żyjemy: czy mamy flagę, a czy mamy dzieci? Bo trzeba mieć dzieci. Powiedziałaś, że ci się nudzi, a dokładnie powiedziałaś tak: - Ech, nudzi mi się już to – i wyszłaś pooglądać telewizor. Zostaliśmy sami, ja i patrioci.


Za ich plecami, tam gdzie czubek fikusa pamiętającego moją mamę dotykał sufitu, poruszył się pająk. Przeszedł po nitce sieci do kokonu z napoczętą wczoraj muchą, wyciągnął słomkę, popił, po czym wrócił z powrotem na miejsce z którego wyszedł. Może sikał teraz, albo robił kupę? Ale nigdy nie widziałem pająka robiącego kupę, więc kto go tam wie, co teraz robił. Zamiast tego, co mógł zrobić, zaczął się opuszczać po nitce w dół, prawdopodobnie po ostatnią tegoroczną muchę, zwabioną aromatem tłuszczu, łoju, łupieżu, czy tylko ciężkoprzystojną męską wonią bijącą z czupryn patriotów. Pająk był coraz bliżej muchy, a ona była coraz bliżej głów, nieświadomych dramatu, jaki ma się rozegrać.


- I co teraz? - zapytałem.


Zaczęli się wiercić i szeptać między sobą.


- To my już pójdziemy – oświadczyli, schowali kartofle z powrotem do teczki i wyszli przez drzwi, które otworzyłem kluczem wyjętym z kieszeni. Kiedy wróciłem, muchy już nie było w salonie. Prawdopodobnie poszła razem z patriotami. Pająk powrócił grzecznie na swoje miejsce. Poszedłem do pokoju, w którym oglądałaś telewizję, puszczali dokument o pisarzu, który umarł. Nazywał się Philp Roth. „Istnieją przecież szczęśliwi ludzie. Dlaczego nie mieliby istnieć?", mówił z ekranu Philip Roth, jakby wciąż żył. Tymczasem nie żył już.


Powiedziałaś, że masz ochotę na bułeczkę z miodem spadziowym. Poszłaś do kuchni, a potem wróciłaś. Dla mnie też przygotowałaś. Usiadłaś obok i zjedliśmy po bułeczce.

- A gdyby tak można było znaleźć się w dowolnie wybranym, najlepszym momencie swojego życia, tak na pstryk, to gdzie byś chciała teraz być? – zapytałem jeszcze przedsennie.
- Czy ja wiem... teraz, kiedy pozbyliśmy się już ostatniej muchy, tu jest całkiem miło.




Rysunek: Andrzej Bobrowski

Wiesław Myśliwski komentarzy: 0

Rozmawia

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Początek reszty naszego życia (opowiadanie)




Wysiadam z pociągu na stacji. Nowej, betonowej. Już bez drzew kasztanowych, cierpliwie i szczodrze rozdających cień ludziom dobrym i ludziom złym; każdemu ile chciał. Wracam z pracy, z wielkiego miasta. Jeszcze jestem uzbrojony w marynarkę, krawat i teczkę. Solidna teczka ma skówki zamków lśniące złotem na tle czarnej skóry, w środku upakowane papiery ważne oraz jeszcze ważniejsze, i pióro do robienia wrażenia, takie za pół pensji. Marynarka w dobrym gatunku i właściwie dobrany krawat nadają mi zwodniczy wygląd człowieka, z którym trzeba się liczyć, któremu się zazdrości, wszystkiego.



Spoglądam na palące słońce, stawiam czarną teczkę na betonie peronu, zdejmuję marynarkę, strzepuję, strząsam z siebie resztki pracy. Krawat chowam do kieszeni, przerzucam marynarkę przez ramię, biorę teczkę i ruszam po dworcowym betonie do skrótu wydeptanego w chwastach sięgających kolan. Ścieżka prowadzi do rzeki, w której kiedyś dawno łowiłem ryby, przeważnie płocie, klenie, okonie, czasem trafił się karp, a nawet lin. Bywało, że łowiłem z Władkiem, który właściwie był już wtedy dorosły. Nie łowię już ryb, nie wiem co robi teraz Władek. Pije jak wszyscy, czy nie pije już, bo umarł?


Przełażę przez dziurę w płocie zdziczałego sadu, potem balansuję na zgliszczach przegniłego mostu - z jego poręczy skakliśmy kiedyś do wody na główkę - i jestem na drugim brzegu, w lesie kukurydzy. Kukurydza rośnie szybko; przez cztery miesiące lata musi wystrzelić z ziarna na dwa metry. Chodzę wiosną przez gołe pole a jesienią wracam do domu przez zielony las. Mógłbym wracać do domu przez miasto po chodnikach gładkich jak asfalt, ale nie wracam do domu przez miasto.


Docieram kukurydzą do stawów, wspinam się na górę usypaną z wybranej pod stawy ziemi. Na wierzchołku czyjś kot zasadził się w zielsku ma myszy. Nie ucieka na mój widok; przypada tylko mocniej do ziemi i stara się wyglądać jakby go tu wcale nie było. Udaję, że go nie widzę. Schodzę z góry w stronę ogródków działkowych. Mogę stąd już zobaczyć moje osiedle.


Widzę ciebie. Mijasz ostatnie zabudowanie, schodzisz z asfaltu na drogę do działkowych ogrodów, idziesz w moją stronę, przyspieszasz, przez mostki nad rowami nad już biegniesz – coś się stało? Zaniepokojony puszczam się biegiem w twoją stronę.


- Nic się nie stało – mówisz zdyszana. - Wybiegłam do ciebie.


Skręcamy w prawo, w stronę łąki, tam, gdzie psy wyprowadzają ludzi z osiedla na spacer. Łąka jest teraz pusta. Tylko myszołów, patrolujący okolicę z kopy usypanej przez kreta, podrywa się w górę na nasz widok. Z zagajnika zachwaszonej wikliny dochodzi rumor; coś ucieka przedzierając się przez chaszcze.


- Sarna – uspokajam, i jesteś uspokojona.


Idziemy sobie, wędrujemy i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna. Jeszcze teczka. Melinuję ją w trzcinowej trawie i zostawiam. Dochodzimy do wielkich topoli porastających obydwa brzegi rzeki. Niektóre mają pnie obgryzione przez bobry. Z wody podrywają się kaczki krzyżówki, razem z nimi biała czapla. Spłoszymy je jeszcze raz, ale to będzie już daleko za miastem, teraz rzeka skręca w prawo, a wielkie topole ustępują miejsca skarlałym olchom. Wkrótce te też znikną i tylko gdzie niegdzie na brzegach pojawi się czeremcha albo wiklina. Rzeka płynie przez wielką trawiastą równinę, po której suną dwie ludzkie postaci.


Z nieba słychać pokrzykiwania żurawi. Odpowiada im wrzaskliwy chór gdzieś daleko na równinie. Stado sunące po niebie ląduje właśnie tam, skąd nawołuje je chmara zbierająca się na odlot do ciepłych krajów. Nie widzimy stąd żórawi, podchodzimy bliżej i przykucamy, żeby nie spłoszyć szarej pierzastej masy zbitej z setek takich samych ptaków. Ale one i tak podrywają się do lotu. Szara chmura ciągnie za sobą cień, podążający za nią po równinie rozgrzanej słońcem.


Jesteś zmęczona. Rozkładam marynarkę jak koc. Układamy się i patrzymy sobie w niebo. Spoglądam na zegarek; moi koledzy z pracy najpewniej siedzą jeszcze w salonie konferencyjnym i

radzą, żeby dopasować nowe rozwiązania do starych problemów.


- Poznałem dzisiaj człowieka, który usiłowuje zliczyć ile razy człowiek otwiera i zamyka oczy, zanim zamknie je po raz ostatni – mówię.

- I co?


- Wciąż liczy.

- Lubię kiedy zabawiasz mnie takimi bzdurami. I nie musimy się donikąd spieszyć – dotykasz mojej dłoni, i moja dłoń dotyka twojej.


Ziemia zwalnia, świat zatrzymuje się, czas przestaje istnieć; czy zapamiętasz to tak samo jak ja?


Cisza. Na palcu twojej nogi przysiada motyl. Rozkłada brązowe skrzydła z pawim okiem i wystawia je do słońca. Za chwilę odleci, rozpocząć resztę swojego życia. Jak długo żyje motyl? O, już poleciał.


Z nieba dochodzą krzyki. Kto nas woła?! Zakrywasz się moją koszulą, ja zrywam się gotów na wszystko... To tylko balon. Przelatuje wysoko nad nami, a jego załoga pozdrawia nas głośno i życzy dużo szczęścia. Macham do ludzi, których nie widzę; stąd ich obecność ma wielkość piłki do siatkówki.


- Z kierownikiem świata, poproszę... – wypuszczasz z siebie powietrze, uśmiechasz się, i ja też. Wszystko znów zaczyna się dziać jak powinno.


Znowu idziemy, wędrujemy sobie i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna.


Woda w rzece jest tu tak czysta, że widać ciemne sylwetki ryb. Stoją obok siebie bez ruchu, łbami pod prąd, tylko białe obwódki pysków poruszają się miarowo. Rozlega się plusk, ryba wyskakuje ponad wodę, łapie motyla, pożera i wraca na swoje miejsce w ławicy.


- To nie był nasz motyl... - w twoim głosie czai się pytanie.

- Nasz był większy – uspokajam, a ty mi wierzysz.


Gapimy się na rzekę, stoimy nieruchomo; dwa elementy krajobrazu. Na wodę opadają lądujące kaczki. Ryby rozpierzchają się, ale po chwili znów formują ławicę w tym samym miejscu. Dlaczego akurat tutaj, czy to jest ich dom?


- Zostań ze mną – słyszę twój głos.


Dotykasz ręką mojej twarzy. Ten ruch powoduje, że kaczki podrywają się z furkotem. Ryby rozpierzchają się i znów wracają.


- Jestem z tobą.

- Ale na resztę życia.


- A kiedy zamierzasz rozpocząć resztę życia?

- Z tobą? Natychmiast!


Zrywa się wiatr. Uderza jak ściana, nagle, nawet nie zdążyło zgasnąć słońce i dalej świeci. Trawa, siano i liście atakują, jakby poderwał je pędzący po autostradzie tir. Wczepiasz się we mnie a ja osłaniam nas marynarką. Zaraz nadciągną chmury, niebo rozerwą błyskawice, zaczną chłostać bicze wodne; świat wariuje w ułamku minuty.


Jednak chmury nie nadciągają, nieba nie drą błyskawice; to nie była burza. Co to było? Wciąż świeci słońce, ławica ryb jest na swoim miejscu, białe pyski poruszają się tak samo, jak gdyby nigdy nic. Wyjmuję z twoich włosów kawałki siana i liście.


- Mocne – mówię. - Mocne otwarcie reszty naszego życia – uśmiecham się.

- Buzi... - stajesz na palcach, a ja pochylam się.


Wracamy brzegiem rzeki. Jesteś głodna. Masz ochotę na naleśnik ze szpinakiem i naleśnik z dżemem na deser, ja wolę kotlet, ale solidarnie zgadzam się na naleśniki, pod warunkiem, że będą z serem. Dogania nas łódź do koszenia wodorostów w rzece, powracająca do miasta. Kosiarz zwalnia i pyta, czy podwieźć. Wsiadamy, mimo że nie prezentuje się malowniczo jak gondolier wenecki. Prujemy toń z mocą stu koni rasy bosch, galopujących na rufie w żółto-czarnym silniku. Brzeg oglądany z lustra wody wygląda dziko jak na filmie o krokodylach. Pełno w nim wykrotów, nor, w których na pewno czają się potwory, albo tylko bobry, ale żadnego nie widzimy, chociaż ich ślepia na pewno nas śledzą z ciemnych czeluści. Płoszymy tylko zaskrońca, a pod koniec jazdy piżmaka, może nutrię?


Wysiadamy przed miastem. Niedaleko miejsca, w którym zamelinowałem czarną teczkę ze złotymi skówkami, wypełnioną papierami ważnymi oraz jeszcze ważniejszymi. Zamieszkały już na niej dwa ślimaki wyglądające na parę, chociaż jeden jest biały w czarne paski, a drugi żółty w brązowe paski.


- Koniec randki – przekadam parę na wilgotną trawę.


Mijamy ogródki działkowe, za mostkami schodzimy ze ścieżki na osiedlowy asfalt. Zakładam marynarkę, zawiązujesz mi krawat; wyglądamy jak wszyscy, w każdym razie jak wielu chciałoby wyglądać: facet, któremy się powodzi i dziewczyna z marzeń. Upierasz się żeby nieść moją teczkę; bo chcę, mówisz. Biorę cię na barana, niesiesz moją teczkę, a ja niosę ciebie. Zrywasz czerwone jabłko zwisające z gałęzi nad czyimś płotem. Odgryzasz połowę i ja też odgryzam połowę.


Widać już brzozy rosnące przed naszym wejściem; zaraz przejdziemy w ich cieniu do ogrodu z wielkim orzechem, który ojciec posadził pod okiem dziadka, na swoje dziesiąte urodziny. Rozgrzewasz patelnię na naleśniki, ja wieszm marynarkę na wieszaku, torbę stawiam tam, gdzie łatwo ją znajdę jutro, gdy zaspany będę wychodził na pociąg do pracy w wielkim mieście.

Wychodzę na ogród po pietruszkę, w cieniu orzecha śpi Włodzinek, kot sąsiadów. Unosi głowę, a upewniwszy się, że to tylko ja, opuszcza ją z powrotem. Tutejsi ludzie wystawiają pod garażami butelki po piwie, a Włodzinek robi codziennie obchód i oblizuje szyjki butelek, czy jest już pijany?
Przez otwarte okno w kuchni bije słodkawa woń gorącego ciasta. Jestem tu, gdzie chcę, rzeczy dzieją się jak powinny, reszta naszego życia toczy się niespiesznie.


Gdzieś na świecie szacowne grono starych cyników gorączkowo debatuje komu najkorzystniej przyznać tegoroczną nagrodę pokojową, gdzieś indziej jacyś ludzie spuszczają na głowy innych ludzi bomby z napalmem; mam cały świat w dupie.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W domu (opowiadanie)

Powiedziałaś przy śniadaniu, że nasz dom cię przytłacza, że wygląda jak opustoszały: przestrzenie, szkło, nikiel, marmury, porcelana, obrazy; nieprzyjemne muzeum, sterylne laboratorium. Powiedziałaś, że chcesz mieć jakieś zwierzątko. Zapytałem jakie. Chciałabyś mieć kreta, z matowym, puszystym futerkiem i różowym noskiem. Dojadłem bułkę z krakowską podsuszaną, dopiłem herbatę. Bułkę z dżemem żurawinowym na razie zostawiłem, może poczekać.




Założyłem buty, polazłem do szopy i wyjechałem z niej taczką. Na taczce miałem łopatę i kilof. Przywiozłem z łąki czarną, wilgotną ziemię na mieszkanie dla kreta w naszym mieszkaniu. Usypałem duży kopiec na marmurowej posadzce i dojadłem bułkę z dżemem żurawinowym. Podałaś kawę w najlepszym serwisie od mamy. Potem wsiedliśmy do auta, zapaliliśmy papierosy i zaciągaliśmy się. W dobrych nastrojach jechaliśmy do zoo sklepu.

W sklepie nie mieli nic z kretów. Wyjaśnili, że krety są jeszcze pod ochroną, więc w najbliższym czasie nie spodziewają się dostawy. Uprzejmie zaproponowali rybki. Nie chciałaś rybek. Próbowali zainteresować cię papużką, lecz im się nie udało. Wtedy pojawił się sam kierownik sklepu i przyniósł pudełko. Otworzył wieko i wyjął gekkona. Zachwalał go jako jaszczurkę, którą, jak się puści na mnóstwocalowy ekran telewizora, to łazi po nim z góry na dół i z powrotem, bo ma przyssawki na łapach. Nie mieliśmy telewizora, więc nie wzięliśmy gekkona, żeby się nie męczył nie mając po czym łazić.

Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad. Wziąłem z szopy łopatę, poszedłem na ogród i zasadziłem się w warzywnych grządkach. Do wieczora nic się nie działo, potem zresztą też nic. Dopiero o świcie usłyszałem lepki ślizg uciekających przed czymś dżdżownic i pojawił się on. Poczekałem aż podje i zacznie usypywać kopczyk, wtedy podważyłem ziemię łopatą i przeniosłem bezbronnego kreta do nowego domu w naszym mieszkaniu. Błyskawicznie zniknął w kopcu usypanym na marmurowej posadzce. Gdy się obudziłaś już go nie było widać.

Siedziałaś przed kopcem cały dzień, ale kret się nie pokazał. Zapytałaś czy on na pewno tam jest, czy tylko żartuję. Przez następny dzień też do ciebie nie wyszedł. Zapewniłem, że kret jest w kopcu na sto procent, ale nie wiem czy mi uwierzyłaś. Rozumiałem, że jest inaczej niż miało być. Miało być zwierzątko z matowym, puszystym futerkiem i ruchliwym różowym noskiem, a jest tylko nieruchomy, nudny kopiec ziemi.

Każdego dnia pytałaś, czy kret tam ciągle jest, a ja zapewniałem, że tak. Po tygodniu miałem dosyć twoich podejrzeń i postanowiłem ci to udowodnić. Zacząłem rękami rozkopywać kopiec ziemi i rozkopałem go do ostatniej grudki, aż do marmurowej posadzki. Kreta nie było.

Nie miałem odwagi spojrzeć ci w twarz. Nic nie powiedziałem, bo o nic nie zapytałaś. Poszłaś spać do swojego pokoju.

Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się mogło stać.

Rysunek: Anna Cięciel

Ludwik Cichy komentarzy: 1

Nagranie z kamery hotelowej (opowiadanie)

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Jesienny odlot (opowiadanie)



Zaczęło padać już w nocy, a po śniadaniu wiatr przystąpił do zrywania liści z drzew. Ciskał nimi na wszystkie strony i przylepiał do szyby okna razem z drobinami, jakie udało mu się podebrać z ziemi. Świat przypominał brudną mokrą ścierkę. Oderwałem zmęczony wzrok od okna i przeniosłem go na lśniący, kuszący szlachetnością fortepian. Otworzyłem klapę i zacząłem improwizować po białych. Wolę je od czarnych, bo są przyjemniejsze w dotyku. W końcu znudziło mi się, więc zacząłem naciskać także czarne. Wybierałem różne kombinacje, ale fortepian miał bardzo dużo klawiszy i nieograniczona możliwość wyboru zadziałała nużąco; kiedy wszystko jest możliwe, nie chce się nic. Wziąłem parasol i poszedłem sprawdzić co będę robił w szopie. Okazało się, że w szopie nie miałem nic do roboty.


Wszedłem do domu i zapytałem co robisz. Powiedziałaś że rzeźbisz kamień. Rzeźba miała już jeden z typowych dla kamieni kształtów i wyglądała jak kamień. Zapytałem kiedy skończysz, powiedziałaś że przez cały czas próbujesz skończyć. Skąd właściwie się wie, kiedy obraz jest skończony, opowiadanie zamknięte, a rzeźba gotowa? Z kranu kapało od pewnego czasu i coraz mocniej, aż woda zaczęła ciurkiem spływać do wody. Zakręciłem kran, zaległa cisza. Spojrzałaś na mnie, podeszłaś do kranu, odkręciłaś, umyłaś ręce z gliny. Skończyłaś. Twoja rzeźba do złudzenia przypominała oryginalny kamień polny. Chwilę postaliśmy i nie musiałem nic mówić, bo czułaś mój zachwyt.


Niespodziewanie wyszło słońce, a właściwie zaatakowało, z całą mocą lata. Jakby wiedziało, że to już ostatni raz kiedy może pokowboić tego roku. Do obiadu, rozpalony do białości upał pożarł kałuże i zaczął masakrować roślinność. Rozważałem czy nie wziąć z parapetu kluczyków i nie pojechać do miasta po lody. Z kuchni dobiegła woń dochodzącego obiadu, więc postanowiłem odłożyć wyprawę.


Burza przyszła znienacka i równie nagle odeszła; po prostu zabrała swoje grzmoty, drące niebo błyskawice, hulaszcze trąby, bicze wodne, inne przybory do straszenia i poszła wygrażać gdzie indziej. Wyszliśmy przed sień. Powietrze wyczerpane huraganem zatrzymało się i stało w miejscu. Liście skąpane deszczem błyszczały wszystkimi tonami zieleni. Słońce uniosło nad ziemię woń przemoczonych roślin.


Pierwsza zdjęłaś buty, a potem boso popędziliśmy przez schłodzone łąki do utraty tchu. Koło jeziora, na kukurydzianym rżysku, żurawi konwent hałaśliwie i bez skrępowania ustalał czas i trasę odlotu. Ponad toń wyskoczyła ryba, coś zaszurało w trzcinach, zaśpiewał ptak. Chmara żółtych ślimaków rozkoszowała się mokrą trawą okalającą plażę. Deski pomostu, na których usiedliśmy były ciepłe i parowały wilgocią, nad gładkie lustro wody nieśmiało wznosiły się mleczne zakola mgły. W uszach brzęczała cisza. Ogarniała nas zewsząd. Świat stanął, myśli nie przychodziły do głowy.


Na przeciwnym brzegu rozległo się ujadanie psa. Trzy krowy wpędzone do wody przez szczekającego pastucha zamarły w niej zanurzone po szyje. Pies przywarował przy człowieku, który nadszedł za nim i zapalił papierosa w lufce. Krowy odczekały aż dopali, a potem wyszły z wody. Najpierw podniósł się pies, po nim za krowami ruszył człowiek. Wkrótce zniknęli w zaroślach za zakrętem ścieżki prowadzącej do osady. Zapytałaś, czy historia o nas będzie opowieścią utkaną z tak gęstej materii, że nikt nie będzie w stanie wcisnąć w nią nawet szpilki. Powiedziałem wymijająco, że życie nie polega na wytwarzaniu wspomnień; w każdym razie nie tylko na tym ono polega. Odezwał się też ptak, ale nie wiadomo czy w tej sprawie, rozgadały się inne. Wciąż świeciło słońce, więc tęcza dostrzeżona za plecami zaczynała już blednąć.


Gdzieś daleko, w słynnym świecie Mike Tyson rozpoczynał siódmy dzień odwyku. Wytrzymał cały tydzień, czy tylko oszukiwał tak, że nikt nie był w stanie poznać czy jest na bani? Ostatecznie, co za różnica, skoro to u niego nie do odróżnienia. Mówił o tym dużo, żeby uchronić się przed posądzeniem, że nie ma nic do powiedzenia. Ale czy jutro znów zdoła zostać newsem dnia jak dzisiaj, czy jak wszystkie dzisiejsze newsy trafi jutro do kosza? Dalej świeciło słońce. Rzucało cień wielkiej brzozy na sień, która widywała nas codziennie wychodzących i wchodzących. Teraz też wchodziliśmy przez nią do domu. Ja zajrzałem jeszcze do szopy, żeby wybrać na kolację sznur kurek spośród naszyjników rozmaitych grzybów schnących u powały. Zmarudziłem dłuższą chwilę.


Podałaś przysmaki z żółtek tartych z cukrem i zmielonymi pestkami dyni. Przysmaki z tartych żółtek były zjawiskowe. Powiedziałem coś ogólniejszej natury, o tym że muzułmańscy emigranci mają w innym miejscu ulokowane uczucia wyższe i dlatego nie podają ręki kobietom przy powitaniu. Ziewnęłaś, albo tylko zamarkowałaś ziewnięcie, mi odbiło się znienacka, jedwabiście i słodko. Uśmiechnęłaś się i też solidarnie odbiłaś słodko. Zegar wybił porę ze swojej skrzyni z drewna orzechowego.


W podcieniach arkad domu pająk przetarł pysk nogogłaszczkami i rozsiadł się w mocarnej sieci wypatrując ciem lgnących do wabiącej światłem lampki nocnej. Wstałaś, zgasiłaś ostanie światło w naszym pustkowiu i zaprowadziłaś mnie do sypialni. Pająk ma wiele oczu i podobno parę z nich widzi noktowizorowo. Z punktu widzenia ciem to zły prognostyk, ale kto tam wie jak jest naprawdę? W każdym razie, zapomnieliśmy o pająku już w sekundzie, kiedy nasze ciała zetknęły się z pościelą wydrukowaną motylami w kolorowe grochy.


Z kuchni dobiegało kapanie, a potem ciurkanie; woda spływała do wody. Wstałem, dokręciłem kran. Korale kurek przewiesiłem przez oparcie krzesła, żeby lepiej przeschły na jutro. Bo jutro znów będzie jutro; co ma nie być, skoro zawsze było? Jednak bez żurawi, bo będą już w innym miejscu, daleko stąd.




Grafika: Andrzej Bobrowski