18 września 2019, środa
Umberto Eco komentarzy: 1

Jak nie rozmawiać o piłce nożnej


Nie czuję niechęci do piłki nożnej. Czuję niechęć do ludzi zakochanych w piłce.

Nie lubię kibica, bo ma dziwny rys charakteru: nie rozumie, dlaczego ty nie jesteś kibicem, i stara się rozmawiać z tobą tak, jakbyś nim był.


Umberto Eco
„Zapiski na pudełku od zapałek", przekład Adam Szymanowski
HISTORIA I SZTUKA Poznań 1993


rysunek: Tomasz Bohajedyn


Nie mam nic przeciwko piłce nożnej. Na stadiony nie chodzę z tego samego powodu, z jakiego nie ważyłbym się spać nocą na mediolańskim Dworcu Centralnym (albo przechadzać się w Nowym Jorku po Central Parku, kiedy wybije szósta po południu), ale jeśli jest okazja, z przyjemnością i zainteresowaniem patrzę na dobry mecz w telewizji, gdyż znam i doceniam wszystkie walory tej szlachetnej gry. Nie czuję niechęci do piłki nożnej. Czuję niechęć do ludzi zakochanych w piłce.

Chciałbym jednak być dobrze zrozumiany. Dla kibiców mam takie same uczucia, jakie Liga Lombardzka żywi do osób spoza wspólnoty: „Nie jestem rasistą, dopóki siedzą u siebie”. A przez to „u siebie” rozumiem miejsca, gdzie lubią się spotykać w ciągu tygodnia (bar, rodzina, klub), oraz stadiony, nie interesuje mnie bowiem, co się tam dzieje, i cieszę się, kiedy przyjeżdżają kibice z Liverpoolu, gdyż później mam zapewnioną rozrywkę przy lekturze prasy, i skoro mają już circenses, niechaj przynajmniej leje się krew.

Nie lubię kibica, bo ma dziwny rys charakteru: nie rozumie, dlaczego ty nie jesteś kibicem, i stara się rozmawiać z tobą tak, jakbyś nim był. Żeby uniknąć nieporozumień, pozwolę sobie przytoczyć przykład. Gram na flecie prostym (coraz gorzej, jak twierdzi w publicznie złożonej deklaracji Luciano Berio, lecz fakt, że tak uważnie śledzą mój rozwój Wielcy Mistrzowie, daje mi niemałą satysfakcję). Załóżmy teraz, że jadę pociągiem i pragnąc nawiązać rozmowę z siedzącym naprzeciwko podróżnym, pytam:
— Czy słuchał pan ostatniego kompaktu Fransa Bruggena?
— Co, czego?
— Mam na myśli Pavane Lachryme. Moim zdaniem zanadto zwalnia na początku.
— Przepraszam, ale nie rozumiem.
— Przecież mówię Van Eyck, tak czy nie? (Oddzielając sylaby) Blockflóte.
— Proszę pana, ja... Czy to na smyczki?
— Ach, rozumiem, pan nie...
— Nie.
— To ciekawe. Czy wie pan, że jeśli chce się mieć ręcznie wykonanego coolsmę, trzeba czekać trzy lata? Lepiej już sprawić sobie moecka z hebanu. Jest najlepszy, w każdym razie spośród tych, które dostępne są w handlu. Tak twierdzi Gazzelloni. Czy potrafi pan dojść do piątej wariacji z Derdre Doen Daphne D'Overl?
— Ja naprawdę jadę do Parmy...
— Aha, rozumiem, gra pan w tonacji f, nie zaś c. Daje większą satysfakcję. Czy wie pan, że odkryłem sonatę Loeilleta, która...
— Leje co?
— Ale chcę zobaczyć, jak pójdzie z fantazjami Telemanna. Pan czasem próbuje? Nie stosuje pan czasem palcowania niemieckiego?
— Wie pan, Niemcy, BMW to świetny samochód, mam dla nich dużo szacunku, ale...
— Jasne. Stosuje pan więc palcowanie barokowe. Słusznie. Proszę tylko pomyśleć, ci z Saint Martin in the Fields...
Nie jestem pewny, czy wytłumaczyłem, o co mi chodzi. Ale jeśli mój nieszczęśliwy towarzysz podróży rzuci się na hamulec, z pewnością go, czytelniku, nie potępisz. Dokładnie tak samo jest z kibicem. Sytuacja staje się szczególnie trudna w przypadku rozmowy z taksówkarzem.
— Widział pan Viallego?
— Nie, musiał przyjść, kiedy akurat wyszedłem.
— Obejrzy pan wieczorem mecz?
— Nie, muszę zająć się księgą Zet Metafizyki, wie pan, chodzi o Stagirytę.
— Dobrze, niech pan zobaczy, a potem sam powie. Dla mnie Van Basten mógłby zostać Maradoną lat dziewięćdziesiątych, a jak pan myśli? Ale ja nie spuszczałbym z oka Hagiego.

I tak się toczy rozmowa — jakby gadać do ściany. I nie w tym rzecz, że jego nie obchodzi, czy mnie obchodzi. Rzecz w tym, że on nie jest w stanie pojąć, że kogoś może to nie obchodzić. Nie pojąłby tego, nawet gdybym miał troje oczu i parę czułków na zielonych łuskach potylicy. Nie uświadamia sobie odmienności, różnorodności i nieporównywalności możliwych światów. Podałem przykład taksówkarza, ale w przypadku rozmówcy z klas panujących sprawa przedstawia się dokładnie tak samo. To jak choroba wrzodowa, atakuje biednych i bogatych. Rzeczą osobliwą jest jednak to, że istoty tak niezłomnie przekonane o równości wszystkich ludzi gotowe są rozbijać głowy kibicom, którzy przyjechali z sąsiedniej prowincji. Ten ekumeniczny szowinizm wydziera z mojej piersi okrzyk podziwu. To tak, jakby ci z Ligi powiedzieli: „Niech Afrykanie przyjeżdżają do nas. Potem damy im wycisk”.

Tomás Taure Alonso komentarzy: 0

Buzi!

Cichy&Grajczak komentarzy: 0

Dzień matki

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Zaraz po południu

design-dautore.com komentarzy: 0

Odświętny bocian świąteczny

Dąbrowski komentarzy: 0

2016!!!

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Kobiece sprawy






Dwie kobiety, panie, co akurat nie gotowały zupy, nie podgrzewały zupy, nie były zajęte wymyślaniem zupy lub kupowaniem składników zupy, a dzieci już dawno porodzone miały, takie dwie panie akurat tego samego dnia wsiadły do jednego przedziału w tym samym pociągu, co go właśnie zapowiada dworcowy megafon.


Jedna przeżegnała się, więc druga też się przeżegnała solidarnie, żeby nieprzeżegnaniem się nie urazić.


- Wsiada człowiek w jednym miejscu, a wysiada w całkiem innym... dzień dobry, przepraszam że tak do pani...

- A i tak się zawsze gdzieś jest, czy to tu, czy to tam, choćby się nawet nie chciało, to i tak się jest tu czy tam. Dzień dobry.


- I tu się może zdarzyć wszystko i tam się może zdarzyć wszystko...

- Albo nic.


- Albo nawet i nic.

- Ale tyle się dzieje jednak wciąż, że za dużo.


- Bo na świecie jest za dużo ludzi. Ale nie mam na myśli pani ani siebie, tylko w ogóle.

- Za to grzybów jak na lekarstwo. Nie wiem z czego na święta grzybową ugotuję, chyba z paczki.


- Ktoś policzył, że już jest 7 miliardów, nie pamiętam czy w gazecie, czy w telewizji jakiejś...

- Święta bez grzybowej, to gorzej jak bez karpia.


- Ale komórek jest tylko 5 miliardów. Więc nie wszyscy jeszcze są w sieci...

- Na szczęście mam trochę zamrożonych z zeszłego roku, czarne łebki, sinki, olszówki...


- Ja nie zbieram olszówek, podejrzane są, takie blaszki mają od spodu okropne jak psie.

- Przeważnie olszówki to suszę, ale te akurat jakoś zamroziłam.


- U mnie grzybowa nawet jakoś w ogóle nie schodzi, mąż nie za bardzo, a młodzi to szkoda gadać.

- Może za dużo octu pani daje?


- Octu w ogóle nie daję, tylko czosnek.

- A widzi pani, nie każdy lubi jak za dużo.


- Za to śledzie, to tak. Śledź na siedem sposobów musi u nas być

- A jak pani robi te śledzie?


- Zwyczajnie, na siedem sposobów po prostu. Nie powiem pani teraz tak z pamięci, mam gdzieś zapisane.

- Znajomy uważa, że śledź to nie ryba. „Śledź to śledź", mówi ten znajomy.


- Niech pani nie słucha. Śledź jak jest na siedem sposobów, to palce lizać.

- Nie żyje już ten znajomy. Ale jeszcze zdążył żonę zostawić dla innej, chociaż ta jego jeszcze wszystko sama koło siebie potrafiła elegancko zrobić.


- No tak, tyle się wciąż tych młodszych rodzi, że nic na to nie można poradzić.

- Za dużo jest ludzi na świecie.


- Nie mówiłam?!

- Więcej ludzi niż rozumu.


I tak trwa ta rozmowa wyzuta z emocji i bez napięcia jakiegokolwiek. Ale i biegnąca bez trudności, prowadzona z wyćwiczoną wprawą unikania niebezpieczeństw otarcia się o spór kłopotliwy, bo wymagający zabrania głosu.


- Zaczęli chyba grzać, bo zdejmę płaszcz.

- No, się zrobiło przyjemnie gorąco, też zdejmę.


Dwie panie wstały i zaczęły zdejmować płaszcze, ta swój, a tamta swój. A kiedy tak stały i zdejmowały to nagle się ciemno zrobiło, bo pociąg wjechał akurat do tunelu i noc zabrała wszystkie kształty jakie zastała i porządek rzeczy zabrała, dając w zamian potworny rumor pędu odbijanego od betonowego rękawa tunelu. Chwilę trwało zanim światło jednym cięciem przegoniło ryczącą ciemność i przywróciło kształty, a gdy pani szybko zamknęła okno i huragan w przedziale momentalnie ustał, powrócił porządek rzeczy rozkołysany w monotonnym stuk-puk, stuk-puk jadącego pociągu.


- Okno się samo otworzyło, ale już zamknęłam – powiedziała pani.

- Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk...


- Gdzie pani jest? Halo?! - w przedziale poza nią nie było nikogo.


Ale pani nie wpadła w panikę, tyle już w swoim życiu widziała, że teraz, jak zwykle postanowiła poszukać winy w sobie: - Mój boże, co ja takiego powiedziałam – zaczęła się zastanawiać.


Ilustracja: Tomasz Bohajedyn