16 października 2018, wtorek
Gostyńska 36 komentarzy: 0

Początek reszty naszego życia (opowiadanie)




Wysiadam z pociągu na stacji. Nowej, betonowej. Już bez drzew kasztanowych, cierpliwie i szczodrze rozdających cień ludziom dobrym i ludziom złym; każdemu ile chciał. Wracam z pracy, z wielkiego miasta. Jeszcze jestem uzbrojony w marynarkę, krawat i teczkę. Solidna teczka ma skówki zamków lśniące złotem na tle czarnej skóry, w środku upakowane papiery ważne oraz jeszcze ważniejsze, i pióro do robienia wrażenia, takie za pół pensji. Marynarka w dobrym gatunku i właściwie dobrany krawat nadają mi zwodniczy wygląd człowieka, z którym trzeba się liczyć, któremu się zazdrości, wszystkiego.



Spoglądam na palące słońce, stawiam czarną teczkę na betonie peronu, zdejmuję marynarkę, strzepuję, strząsam z siebie resztki pracy. Krawat chowam do kieszeni, przerzucam marynarkę przez ramię, biorę teczkę i ruszam po dworcowym betonie do skrótu wydeptanego w chwastach sięgających kolan. Ścieżka prowadzi do rzeki, w której kiedyś dawno łowiłem ryby, przeważnie płocie, klenie, okonie, czasem trafił się karp, a nawet lin. Bywało, że łowiłem z Władkiem, który właściwie był już wtedy dorosły. Nie łowię już ryb, nie wiem co robi teraz Władek. Pije jak wszyscy, czy nie pije już, bo umarł?


Przełażę przez dziurę w płocie zdziczałego sadu, potem balansuję na zgliszczach przegniłego mostu - z jego poręczy skakliśmy kiedyś do wody na główkę - i jestem na drugim brzegu, w lesie kukurydzy. Kukurydza rośnie szybko; przez cztery miesiące lata musi wystrzelić z ziarna na dwa metry. Chodzę wiosną przez gołe pole a jesienią wracam do domu przez zielony las. Mógłbym wracać do domu przez miasto po chodnikach gładkich jak asfalt, ale nie wracam do domu przez miasto.


Docieram kukurydzą do stawów, wspinam się na górę usypaną z wybranej pod stawy ziemi. Na wierzchołku czyjś kot zasadził się w zielsku ma myszy. Nie ucieka na mój widok; przypada tylko mocniej do ziemi i stara się wyglądać jakby go tu wcale nie było. Udaję, że go nie widzę. Schodzę z góry w stronę ogródków działkowych. Mogę stąd już zobaczyć moje osiedle.


Widzę ciebie. Mijasz ostatnie zabudowanie, schodzisz z asfaltu na drogę do działkowych ogrodów, idziesz w moją stronę, przyspieszasz, przez mostki nad rowami nad już biegniesz – coś się stało? Zaniepokojony puszczam się biegiem w twoją stronę.


- Nic się nie stało – mówisz zdyszana. - Wybiegłam do ciebie.


Skręcamy w prawo, w stronę łąki, tam, gdzie psy wyprowadzają ludzi z osiedla na spacer. Łąka jest teraz pusta. Tylko myszołów, patrolujący okolicę z kopy usypanej przez kreta, podrywa się w górę na nasz widok. Z zagajnika zachwaszonej wikliny dochodzi rumor; coś ucieka przedzierając się przez chaszcze.


- Sarna – uspokajam, i jesteś uspokojona.


Idziemy sobie, wędrujemy i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna. Jeszcze teczka. Melinuję ją w trzcinowej trawie i zostawiam. Dochodzimy do wielkich topoli porastających obydwa brzegi rzeki. Niektóre mają pnie obgryzione przez bobry. Z wody podrywają się kaczki krzyżówki, razem z nimi biała czapla. Spłoszymy je jeszcze raz, ale to będzie już daleko za miastem, teraz rzeka skręca w prawo, a wielkie topole ustępują miejsca skarlałym olchom. Wkrótce te też znikną i tylko gdzie niegdzie na brzegach pojawi się czeremcha albo wiklina. Rzeka płynie przez wielką trawiastą równinę, po której suną dwie ludzkie postaci.


Z nieba słychać pokrzykiwania żurawi. Odpowiada im wrzaskliwy chór gdzieś daleko na równinie. Stado sunące po niebie ląduje właśnie tam, skąd nawołuje je chmara zbierająca się na odlot do ciepłych krajów. Nie widzimy stąd żórawi, podchodzimy bliżej i przykucamy, żeby nie spłoszyć szarej pierzastej masy zbitej z setek takich samych ptaków. Ale one i tak podrywają się do lotu. Szara chmura ciągnie za sobą cień, podążający za nią po równinie rozgrzanej słońcem.


Jesteś zmęczona. Rozkładam marynarkę jak koc. Układamy się i patrzymy sobie w niebo. Spoglądam na zegarek; moi koledzy z pracy najpewniej siedzą jeszcze w salonie konferencyjnym i

radzą, żeby dopasować nowe rozwiązania do starych problemów.


- Poznałem dzisiaj człowieka, który usiłowuje zliczyć ile razy człowiek otwiera i zamyka oczy, zanim zamknie je po raz ostatni – mówię.

- I co?


- Wciąż liczy.

- Lubię kiedy zabawiasz mnie takimi bzdurami. I nie musimy się donikąd spieszyć – dotykasz mojej dłoni, i moja dłoń dotyka twojej.


Ziemia zwalnia, świat zatrzymuje się, czas przestaje istnieć; czy zapamiętasz to tak samo jak ja?


Cisza. Na palcu twojej nogi przysiada motyl. Rozkłada brązowe skrzydła z pawim okiem i wystawia je do słońca. Za chwilę odleci, rozpocząć resztę swojego życia. Jak długo żyje motyl? O, już poleciał.


Z nieba dochodzą krzyki. Kto nas woła?! Zakrywasz się moją koszulą, ja zrywam się gotów na wszystko... To tylko balon. Przelatuje wysoko nad nami, a jego załoga pozdrawia nas głośno i życzy dużo szczęścia. Macham do ludzi, których nie widzę; stąd ich obecność ma wielkość piłki do siatkówki.


- Z kierownikiem świata, poproszę... – wypuszczasz z siebie powietrze, uśmiechasz się, i ja też. Wszystko znów zaczyna się dziać jak powinno.


Znowu idziemy, wędrujemy sobie i jest jak na filmie, świeci słońce, podziwiamy pocztówkowe widoki – człowiek w marynarce i dziewczyna.


Woda w rzece jest tu tak czysta, że widać ciemne sylwetki ryb. Stoją obok siebie bez ruchu, łbami pod prąd, tylko białe obwódki pysków poruszają się miarowo. Rozlega się plusk, ryba wyskakuje ponad wodę, łapie motyla, pożera i wraca na swoje miejsce w ławicy.


- To nie był nasz motyl... - w twoim głosie czai się pytanie.

- Nasz był większy – uspokajam, a ty mi wierzysz.


Gapimy się na rzekę, stoimy nieruchomo; dwa elementy krajobrazu. Na wodę opadają lądujące kaczki. Ryby rozpierzchają się, ale po chwili znów formują ławicę w tym samym miejscu. Dlaczego akurat tutaj, czy to jest ich dom?


- Zostań ze mną – słyszę twój głos.


Dotykasz ręką mojej twarzy. Ten ruch powoduje, że kaczki podrywają się z furkotem. Ryby rozpierzchają się i znów wracają.


- Jestem z tobą.

- Ale na resztę życia.


- A kiedy zamierzasz rozpocząć resztę życia?

- Z tobą? Natychmiast!


Zrywa się wiatr. Uderza jak ściana, nagle, nawet nie zdążyło zgasnąć słońce i dalej świeci. Trawa, siano i liście atakują, jakby poderwał je pędzący po autostradzie tir. Wczepiasz się we mnie a ja osłaniam nas marynarką. Zaraz nadciągną chmury, niebo rozerwą błyskawice, zaczną chłostać bicze wodne; świat wariuje w ułamku minuty.


Jednak chmury nie nadciągają, nieba nie drą błyskawice; to nie była burza. Co to było? Wciąż świeci słońce, ławica ryb jest na swoim miejscu, białe pyski poruszają się tak samo, jak gdyby nigdy nic. Wyjmuję z twoich włosów kawałki siana i liście.


- Mocne – mówię. - Mocne otwarcie reszty naszego życia – uśmiecham się.

- Buzi... - stajesz na palcach, a ja pochylam się.


Wracamy brzegiem rzeki. Jesteś głodna. Masz ochotę na naleśnik ze szpinakiem i naleśnik z dżemem na deser, ja wolę kotlet, ale solidarnie zgadzam się na naleśniki, pod warunkiem, że będą z serem. Dogania nas łódź do koszenia wodorostów w rzece, powracająca do miasta. Kosiarz zwalnia i pyta, czy podwieźć. Wsiadamy, mimo że nie prezentuje się malowniczo jak gondolier wenecki. Prujemy toń z mocą stu koni rasy bosch, galopujących na rufie w żółto-czarnym silniku. Brzeg oglądany z lustra wody wygląda dziko jak na filmie o krokodylach. Pełno w nim wykrotów, nor, w których na pewno czają się potwory, albo tylko bobry, ale żadnego nie widzimy, chociaż ich ślepia na pewno nas śledzą z ciemnych czeluści. Płoszymy tylko zaskrońca, a pod koniec jazdy piżmaka, może nutrię?


Wysiadamy przed miastem. Niedaleko miejsca, w którym zamelinowałem czarną teczkę ze złotymi skówkami, wypełnioną papierami ważnymi oraz jeszcze ważniejszymi. Zamieszkały już na niej dwa ślimaki wyglądające na parę, chociaż jeden jest biały w czarne paski, a drugi żółty w brązowe paski.


- Koniec randki – przekadam parę na wilgotną trawę.


Mijamy ogródki działkowe, za mostkami schodzimy ze ścieżki na osiedlowy asfalt. Zakładam marynarkę, zawiązujesz mi krawat; wyglądamy jak wszyscy, w każdym razie jak wielu chciałoby wyglądać: facet, któremy się powodzi i dziewczyna z marzeń. Upierasz się żeby nieść moją teczkę; bo chcę, mówisz. Biorę cię na barana, niesiesz moją teczkę, a ja niosę ciebie. Zrywasz czerwone jabłko zwisające z gałęzi nad czyimś płotem. Odgryzasz połowę i ja też odgryzam połowę.


Widać już brzozy rosnące przed naszym wejściem; zaraz przejdziemy w ich cieniu do ogrodu z wielkim orzechem, który ojciec posadził pod okiem dziadka, na swoje dziesiąte urodziny. Rozgrzewasz patelnię na naleśniki, ja wieszm marynarkę na wieszaku, torbę stawiam tam, gdzie łatwo ją znajdę jutro, gdy zaspany będę wychodził na pociąg do pracy w wielkim mieście.

Wychodzę na ogród po pietruszkę, w cieniu orzecha śpi Włodzinek, kot sąsiadów. Unosi głowę, a upewniwszy się, że to tylko ja, opuszcza ją z powrotem. Tutejsi ludzie wystawiają pod garażami butelki po piwie, a Włodzinek robi codziennie obchód i oblizuje szyjki butelek, czy jest już pijany?
Przez otwarte okno w kuchni bije słodkawa woń gorącego ciasta. Jestem tu, gdzie chcę, rzeczy dzieją się jak powinny, reszta naszego życia toczy się niespiesznie.


Gdzieś na świecie szacowne grono starych cyników gorączkowo debatuje komu najkorzystniej przyznać tegoroczną nagrodę pokojową, gdzieś indziej jacyś ludzie spuszczają na głowy innych ludzi bomby z napalmem; mam cały świat w dupie.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Przerwa, i po przerwie (opowiadanie)




W tamtym czasie mieszkaliśmy w koronach drzew.

Po prostu pewnego dnia pojechaliśmy autem do sklepu i kupiliśmy kawałek starego lasu, a kiedy go przywieźli i rozładowali, ruszyliśmy po nim połazić. Wtedy natknęliśmy się na człowieka, który żył na drzewach. Dostarczyli go razem z kawałkiem lasu, który kupiliśmy.

Zapakowali też wiele innych żyjątek, ale żubra, jelonka, motylki i inne ozdoby odkryliśmy dużo później, jego wypatrzyłaś od razu.


Wyglądał na szczęśliwego, więc postanowiliśmy spróbować tak jak on zamieszkać w koronach drzew, bo nie mieliśmy nic przeciwko byciu szczęśliwymi. Nie kupiliśmy żadnej drogi prowadzącej do naszego lasu, więc nie dojeżdżały tu autobusy ani tramwaje i nie przybywał nikt, kto mógłby nam przeszkodzić w byciu szczęśliwymi.


Na gałęzi wielkiego, starego dębu znaleźliśmy zawieszone na nylonowej lince dokumenty: paragon zakupu uprawniający do zwrotu towaru w razie niezadowolenia, książkę zażaleń i gwarancję na trzy lata.


Zamieszkaliśmy po sąsiedzku, na drzewie obok tego zajętego przez człowieka kupionego z lasem. Nie miał nic przeciwko, a wkrótce wywiązały się pomiędzy nami dobrosąsiedzkie relacje: ty posyłałaś mu przez wiewiórkę świeżo upieczone, pachnące cynamonem pierniczki z lukrem, a on odsyłał odwrotnie prawdziwą płynną wodę deszczową, niechlorowaną, ty parzyłaś herbatę, a on przesyłał cygara skręcone z dobrego zioła. Naprawdę, ustawały powody dla których chciałoby nam się złazić z koron drzew na ziemię.


Zrozumiałem świat lamparta, obserwującego ze swego legowiska na górze to, co dzieje się na dole, i czułem się jak lampart. Po nocy pod niebem z gwiazdami, pachnącej świeżością pierwszego razu, zaczął nas budzić świt, i nastał ranek. Sąsiad nieoczekiwanie zlazł z wysokości na ziemię, więc i my, zaciekawieni, postanowiliśmy zrobić to samo. Pokazał nam gdzie rosną prawdziwe dzikie borówki. Rwaliśmy je garściami. Obok rosły też jagody, wielkie i czarne jak porzeczki. Trudno powiedzieć, co było lepsze. Zajadaliśmy się równo i borówkami i jagodami z radością odkrywcy. Po śniadaniu, sąsiad doprowadził nas przez chaszcze do słonecznej polanki. Tam nazbieraliśmy suszonych ziół, porobiliśmy skręty i powróciliśmy w korony drzew na relaks.


Zaciągaliśmy się raz po raz, bez zachłanności, tylko dla podtrzymania żaru. Patrzyłem w twoje oczy, a one wyglądały tak, jakby cieszyły się że w nie patrzę. Patrzyłem na twoje czoło nad oczami, na nos i na usta pod nimi, które uśmiechały się, jakby cieszyły że na nie patrzę. Patrzyłem na ciebie, a ty wyglądałaś na absolutnie szczęśliwą z tego powodu.


Pod wieczór człowiek na sąsiednim drzewie znów z niego zszedł, zrobiliśmy to samo. Pokazał nam gdzie rosną kurki. Były czyste, żółte, sprężyste, wyglądały zdrowo i świeżo. Nabieraliśmy sporo kurek, a człowiek rozpalił ognisko i pokazał jak upiec kurki żeby nie zrobił się z nich brejowaty sos. Zjedliśmy kurki bez obowiązkowego chleba. Zrobiła się już noc. Ognisko dogasało, więc człowiek podsycił je suchymi gałęziami.


W sumie mieliśmy już wracać w korony drzew, gdy rozległa się syrena i pojawiła się nieprzyjazna straż pożarna uzbrojona w swoje regulaminowe racje. Zaraz za nimi nadjechała błyskająca ostrymi światłami, wyjąca dyskoteka radiowozu. Nie miałaś ochoty na kontakt z policją stworzoną do bicia ludzi za pieniądze. Podeszłaś do wielkiego starego dębu, zerwałaś z gałęzi zwisające na nylonowej taśmie dokumenty zakupu, wybrałaś numer sklepu i zdecydowanym tonem oznajmiłaś chęć zwrócenia towaru oraz zażądałaś zwrotu pieniędzy. Jako uzasadnienie podałaś, że od zarania dziejów las służy ludziom do palenia ognisk w podstawowych celach bytowych, a ten nie, więc uważasz go za wybrakowany. Reklamację przyjęto. Zgodnie z procedurami określonymi w umowie, serwis przyjechał w ciągu kwadransa i spakował nasz były las razem z ogniskiem, sąsiadem, strażą i agresywną policją, jeszcze zanim ta zdołała rozpakować swój ulubiony paralizator.


Zostaliśmy sami. Wciąż była noc, wciąż na niebie świeciły gwiazdy. Ująłem cię za rękę i wróciliśmy do domu. Ty pierwsza wzięłaś prysznic. Kiedy brałem go ja, rozesłałaś na łóżku nową, dobrze wyprasowaną, pachnącą pościel.


Jak dobrze wziąć gorący prysznic po tak długiej przerwie, pomyślałem.



Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

W domu (opowiadanie)

Powiedziałaś przy śniadaniu, że nasz dom cię przytłacza, że wygląda jak opustoszały: przestrzenie, szkło, nikiel, marmury, porcelana, obrazy; nieprzyjemne muzeum, sterylne laboratorium. Powiedziałaś, że chcesz mieć jakieś zwierzątko. Zapytałem jakie. Chciałabyś mieć kreta, z matowym, puszystym futerkiem i różowym noskiem. Dojadłem bułkę z krakowską podsuszaną, dopiłem herbatę. Bułkę z dżemem żurawinowym na razie zostawiłem, może poczekać.




Założyłem buty, polazłem do szopy i wyjechałem z niej taczką. Na taczce miałem łopatę i kilof. Przywiozłem z łąki czarną, wilgotną ziemię na mieszkanie dla kreta w naszym mieszkaniu. Usypałem duży kopiec na marmurowej posadzce i dojadłem bułkę z dżemem żurawinowym. Podałaś kawę w najlepszym serwisie od mamy. Potem wsiedliśmy do auta, zapaliliśmy papierosy i zaciągaliśmy się. W dobrych nastrojach jechaliśmy do zoo sklepu.

W sklepie nie mieli nic z kretów. Wyjaśnili, że krety są jeszcze pod ochroną, więc w najbliższym czasie nie spodziewają się dostawy. Uprzejmie zaproponowali rybki. Nie chciałaś rybek. Próbowali zainteresować cię papużką, lecz im się nie udało. Wtedy pojawił się sam kierownik sklepu i przyniósł pudełko. Otworzył wieko i wyjął gekkona. Zachwalał go jako jaszczurkę, którą, jak się puści na mnóstwocalowy ekran telewizora, to łazi po nim z góry na dół i z powrotem, bo ma przyssawki na łapach. Nie mieliśmy telewizora, więc nie wzięliśmy gekkona, żeby się nie męczył nie mając po czym łazić.

Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad. Wziąłem z szopy łopatę, poszedłem na ogród i zasadziłem się w warzywnych grządkach. Do wieczora nic się nie działo, potem zresztą też nic. Dopiero o świcie usłyszałem lepki ślizg uciekających przed czymś dżdżownic i pojawił się on. Poczekałem aż podje i zacznie usypywać kopczyk, wtedy podważyłem ziemię łopatą i przeniosłem bezbronnego kreta do nowego domu w naszym mieszkaniu. Błyskawicznie zniknął w kopcu usypanym na marmurowej posadzce. Gdy się obudziłaś już go nie było widać.

Siedziałaś przed kopcem cały dzień, ale kret się nie pokazał. Zapytałaś czy on na pewno tam jest, czy tylko żartuję. Przez następny dzień też do ciebie nie wyszedł. Zapewniłem, że kret jest w kopcu na sto procent, ale nie wiem czy mi uwierzyłaś. Rozumiałem, że jest inaczej niż miało być. Miało być zwierzątko z matowym, puszystym futerkiem i ruchliwym różowym noskiem, a jest tylko nieruchomy, nudny kopiec ziemi.

Każdego dnia pytałaś, czy kret tam ciągle jest, a ja zapewniałem, że tak. Po tygodniu miałem dosyć twoich podejrzeń i postanowiłem ci to udowodnić. Zacząłem rękami rozkopywać kopiec ziemi i rozkopałem go do ostatniej grudki, aż do marmurowej posadzki. Kreta nie było.

Nie miałem odwagi spojrzeć ci w twarz. Nic nie powiedziałem, bo o nic nie zapytałaś. Poszłaś spać do swojego pokoju.

Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się mogło stać.

Rysunek: Anna Cięciel

Ludwik Cichy komentarzy: 1

Nagranie z kamery hotelowej (opowiadanie)

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Jesienny odlot (opowiadanie)



Zaczęło padać już w nocy, a po śniadaniu wiatr przystąpił do zrywania liści z drzew. Ciskał nimi na wszystkie strony i przylepiał do szyby okna razem z drobinami, jakie udało mu się podebrać z ziemi. Świat przypominał brudną mokrą ścierkę. Oderwałem zmęczony wzrok od okna i przeniosłem go na lśniący, kuszący szlachetnością fortepian. Otworzyłem klapę i zacząłem improwizować po białych. Wolę je od czarnych, bo są przyjemniejsze w dotyku. W końcu znudziło mi się, więc zacząłem naciskać także czarne. Wybierałem różne kombinacje, ale fortepian miał bardzo dużo klawiszy i nieograniczona możliwość wyboru zadziałała nużąco; kiedy wszystko jest możliwe, nie chce się nic. Wziąłem parasol i poszedłem sprawdzić co będę robił w szopie. Okazało się, że w szopie nie miałem nic do roboty.


Wszedłem do domu i zapytałem co robisz. Powiedziałaś że rzeźbisz kamień. Rzeźba miała już jeden z typowych dla kamieni kształtów i wyglądała jak kamień. Zapytałem kiedy skończysz, powiedziałaś że przez cały czas próbujesz skończyć. Skąd właściwie się wie, kiedy obraz jest skończony, opowiadanie zamknięte, a rzeźba gotowa? Z kranu kapało od pewnego czasu i coraz mocniej, aż woda zaczęła ciurkiem spływać do wody. Zakręciłem kran, zaległa cisza. Spojrzałaś na mnie, podeszłaś do kranu, odkręciłaś, umyłaś ręce z gliny. Skończyłaś. Twoja rzeźba do złudzenia przypominała oryginalny kamień polny. Chwilę postaliśmy i nie musiałem nic mówić, bo czułaś mój zachwyt.


Niespodziewanie wyszło słońce, a właściwie zaatakowało, z całą mocą lata. Jakby wiedziało, że to już ostatni raz kiedy może pokowboić tego roku. Do obiadu, rozpalony do białości upał pożarł kałuże i zaczął masakrować roślinność. Rozważałem czy nie wziąć z parapetu kluczyków i nie pojechać do miasta po lody. Z kuchni dobiegła woń dochodzącego obiadu, więc postanowiłem odłożyć wyprawę.


Burza przyszła znienacka i równie nagle odeszła; po prostu zabrała swoje grzmoty, drące niebo błyskawice, hulaszcze trąby, bicze wodne, inne przybory do straszenia i poszła wygrażać gdzie indziej. Wyszliśmy przed sień. Powietrze wyczerpane huraganem zatrzymało się i stało w miejscu. Liście skąpane deszczem błyszczały wszystkimi tonami zieleni. Słońce uniosło nad ziemię woń przemoczonych roślin.


Pierwsza zdjęłaś buty, a potem boso popędziliśmy przez schłodzone łąki do utraty tchu. Koło jeziora, na kukurydzianym rżysku, żurawi konwent hałaśliwie i bez skrępowania ustalał czas i trasę odlotu. Ponad toń wyskoczyła ryba, coś zaszurało w trzcinach, zaśpiewał ptak. Chmara żółtych ślimaków rozkoszowała się mokrą trawą okalającą plażę. Deski pomostu, na których usiedliśmy były ciepłe i parowały wilgocią, nad gładkie lustro wody nieśmiało wznosiły się mleczne zakola mgły. W uszach brzęczała cisza. Ogarniała nas zewsząd. Świat stanął, myśli nie przychodziły do głowy.


Na przeciwnym brzegu rozległo się ujadanie psa. Trzy krowy wpędzone do wody przez szczekającego pastucha zamarły w niej zanurzone po szyje. Pies przywarował przy człowieku, który nadszedł za nim i zapalił papierosa w lufce. Krowy odczekały aż dopali, a potem wyszły z wody. Najpierw podniósł się pies, po nim za krowami ruszył człowiek. Wkrótce zniknęli w zaroślach za zakrętem ścieżki prowadzącej do osady. Zapytałaś, czy historia o nas będzie opowieścią utkaną z tak gęstej materii, że nikt nie będzie w stanie wcisnąć w nią nawet szpilki. Powiedziałem wymijająco, że życie nie polega na wytwarzaniu wspomnień; w każdym razie nie tylko na tym ono polega. Odezwał się też ptak, ale nie wiadomo czy w tej sprawie, rozgadały się inne. Wciąż świeciło słońce, więc tęcza dostrzeżona za plecami zaczynała już blednąć.


Gdzieś daleko, w słynnym świecie Mike Tyson rozpoczynał siódmy dzień odwyku. Wytrzymał cały tydzień, czy tylko oszukiwał tak, że nikt nie był w stanie poznać czy jest na bani? Ostatecznie, co za różnica, skoro to u niego nie do odróżnienia. Mówił o tym dużo, żeby uchronić się przed posądzeniem, że nie ma nic do powiedzenia. Ale czy jutro znów zdoła zostać newsem dnia jak dzisiaj, czy jak wszystkie dzisiejsze newsy trafi jutro do kosza? Dalej świeciło słońce. Rzucało cień wielkiej brzozy na sień, która widywała nas codziennie wychodzących i wchodzących. Teraz też wchodziliśmy przez nią do domu. Ja zajrzałem jeszcze do szopy, żeby wybrać na kolację sznur kurek spośród naszyjników rozmaitych grzybów schnących u powały. Zmarudziłem dłuższą chwilę.


Podałaś przysmaki z żółtek tartych z cukrem i zmielonymi pestkami dyni. Przysmaki z tartych żółtek były zjawiskowe. Powiedziałem coś ogólniejszej natury, o tym że muzułmańscy emigranci mają w innym miejscu ulokowane uczucia wyższe i dlatego nie podają ręki kobietom przy powitaniu. Ziewnęłaś, albo tylko zamarkowałaś ziewnięcie, mi odbiło się znienacka, jedwabiście i słodko. Uśmiechnęłaś się i też solidarnie odbiłaś słodko. Zegar wybił porę ze swojej skrzyni z drewna orzechowego.


W podcieniach arkad domu pająk przetarł pysk nogogłaszczkami i rozsiadł się w mocarnej sieci wypatrując ciem lgnących do wabiącej światłem lampki nocnej. Wstałaś, zgasiłaś ostanie światło w naszym pustkowiu i zaprowadziłaś mnie do sypialni. Pająk ma wiele oczu i podobno parę z nich widzi noktowizorowo. Z punktu widzenia ciem to zły prognostyk, ale kto tam wie jak jest naprawdę? W każdym razie, zapomnieliśmy o pająku już w sekundzie, kiedy nasze ciała zetknęły się z pościelą wydrukowaną motylami w kolorowe grochy.


Z kuchni dobiegało kapanie, a potem ciurkanie; woda spływała do wody. Wstałem, dokręciłem kran. Korale kurek przewiesiłem przez oparcie krzesła, żeby lepiej przeschły na jutro. Bo jutro znów będzie jutro; co ma nie być, skoro zawsze było? Jednak bez żurawi, bo będą już w innym miejscu, daleko stąd.




Grafika: Andrzej Bobrowski

Max Frisch komentarzy: 0

Ingeborg Bachmann według Maxa Frischa

Ludwik Cichy komentarzy: 0

Patrol umiarkowanie kulturalny (opowiadanie)