14 listopada 2018, środa
Jerzy Pilch komentarzy: 0

O umieraniu (2009 rok)

Szczepan Twardoch komentarzy: 0

Zupełnie pierwsza randka (opowiadanie)




Powiedz jej, że jest piękna, myślę sobie, bo jest ładna, a jeśli jej powiesz, że jest piękna, to na chwilę specjalnie dla ciebie stanie się piękna, nie gadaj o terrorze, weź ją za rękę i powiedz jej, że jest piękna...



Niedziela, prawie wieczór. Dziewczyna całkiem ładna w bojaźliwy sposób, odziana gustownie, niczym urzędniczka bankowa średniego szczebla, która w weekend i na randce chce wyglądać luźniej, jakby ciągle wierzyła, że w jej życiu coś jeszcze może się wydarzyć. Twarz skupiona, usta zacięte, ręce zaplecione i cała jestem nadzieją, że okażesz się kimś, chłopaku, ale prawdę mówiąc, nie liczę na to, zbyt wielu was widziałam. A jeszcze mam czas. Jeszcze mam.


Chłopak, taki w moim wieku raczej, ale chłopak, chudy, T-shirt i trampki, chociaż włos rzednie. Napięty. Żeby ani chwili milczenia, bo niezręcznie. Bardzo się stara, opowiada o historii, demokracji, wojnach prewencyjnych, a ona udaje głupiutką i pozwala sobie tłumaczyć, cóż to takiego ta wojna prewencyjna, że Hitlera zaatakować należało w 1935 r., niemożliwe...? Ale nie zaatakowaliśmy, tak...? Wielkodusznie pozwala mu być mądrym, nie okazując znudzenia.


Powiedz jej, że jest piękna, myślę sobie, bo jest ładna, a jeśli jej powiesz, że jest piękna, to na chwilę specjalnie dla ciebie stanie się piękna, nie gadaj o terrorze, weź ją za rękę i powiedz jej, że jest piękna... On tymczasem o zaletach demokracji, że prawa człowieka i wojna prewencyjna, a dziewczyna w nieskończonej swej cierpliwości pyta go, och, naprawdę w 1935 r. polska armia była silniejsza niż niemiecka?


No bo owszem, jest trochę nudziarzem, ale za to jest też całkiem inteligentny i ładnie pachnie, może jest kimś... Może nie kłamie. Może nie jest zazdrośnikiem, pijakiem, artystą, tchórzem, może nie jest wiecznym chłopcem przerażonym perspektywą kreseczek na teście ciążowym, może ma jakąś pracę, a nie „właśnie pracuje nad projektem", może przy tym jeszcze radzi sobie w łóżku, nie pytając o pozwolenie na to czy tamto, może jakoś to będzie, może nie wyłysieje już bardziej, może zamieszkają razem u niej albo u niego, to się potem dogada, będzie taniej, może kupi jakiś pierścionek, może będzie to dziwne wesele z warszawskimi znajomymi patrzącymi z góry na dalekich krewnych spod Siedlec i Ciechanowa, z wujkiem o czerwonej twarzy żądającym „A teraz idziemy na jednego" i warszawskimi znajomymi ironicznie popierającymi te żądania; potem może jakiś kredyt na większe mieszkanie, no bo dwie pensje, może auto, żeby na wakacje, może w końcu będą kreseczki na teście, a on z kumplami uchleje się ze strachu, a potem rzeczywiście może jakoś to będzie, coś się urodzi i potem się tym urodzonym zachwycą, a potem kolejne albo nie, odsuną się od siebie albo nie, potem może on odejdzie z inną albo może ona pozna kogoś, kto w łóżku zrobi jej takie rzeczy, że ona za te rzeczy odda wszystko, te dzieci, co się urodziły, i tego miłego, łysiejącego chłopaka i jego okulary, T-shirt i trampki, bo przecież kobietom też się to zdarza.


Albo może on zginie w wypadku, albo może nikt nie zginie i nikt nie odejdzie i tak będą sobie żyć razem, a może wbrew wszystkiemu i wbrew znużeniu będą się bardzo mocno kochać i być ze sobą z miłości i płodzić dzieci z miłości i będą się kochać tak długo, jak długo ludzie się zwykle tak naprawdę bardzo, bardzo kochają, czyli ile, dziesięć lat?; a potem dalej będą się kochać, tylko już jakby trochę mniej, ale może nie zdążą się przestać kochać, oboje nie są już młodzi, ona zaraz przed trzydziestką, on już dobrze po, może teraz im się właśnie uda, bo już pozbyli się złudzeń.


„Jestem głodna chyba trochę..." – dziewczyna przerywa opowieść o zaletach demokracji. „W zasadzie... chyba, ewentualnie też bym coś chętnie... chyba przekąsił..." – chłopcu drży głos. „Tylko nie wiem, bo autobus czy tu gdzieś... Jak na Nowy Świat, bo..." .


„To ja przepraszam na chwilę...".


„Tak, ja też muszę do toalety. To ja po tobie..." – niezgrabnie zgadza się chłopiec.


I najpierw ona idzie się wysikać, wraca, potem on idzie się wysikać i wraca. I coś się stało między nimi. Zakładają kurtki, nagle oboje jeszcze bardziej niezgrabni, niezgodni, sztywni, on ją przepuszcza, ona nie wie, więc czeka, on się uśmiecha przerażony, tacy oboje już wysikani. Po co szliście do tej toalety, po co? Tak, długo nudził o tym Hitlerze prewencyjnym, ale mogłaś nie iść do toalety, mogłaś wytrzymać, wszystko jeszcze mogło się udać, gdybyś nie poszła się wysikać, wszystko mogłoby się udać, gdybyś nie poszedł po niej, a teraz, kiedy tak obok mnie przechodzicie naznaczeni dla siebie nawzajem piętnem tego, że właśnie sikaliście, to już pewne, że nic wam się nie uda, idziecie obok tacy sztywni i smutni oboje.


Pójdą dalej do jakiejś nieudanej restauracji, bo akurat stolik, zamówią dziwną kolację, bardzo zwracając uwagę na ceny – żeby nie za drogo ani nie za tanio, ona kieliszek wina, czerwone wytrawne, on wolałby piwo, ale też weźmie wino i nie będzie miał odwagi wziąć butelki, martwiąc się, czy mu wystarczy pieniędzy na karcie, żeby wstydu nie było. Potem pochwalą jedzenie, zjedzą, udając apetyt. On znowu będzie mówił, ona będzie dalej udawać, że ją to obchodzi, potem go może nawet na pożegnanie cmoknie w policzek, on potem będzie sobie wyrzucał, wracając samotnie do domu, że znowu nie miał odwagi pocałować, bał się, czy nie odepchnie. Ty tchórzu, powie sobie do lustra w garderobie.


Jej w metrze będzie smutno, że nie pocałował, patrzeć będzie na zakochane pary, ale może jednak lepiej, tak sobie będzie myśleć, może jednak lepiej, że nie pocałował. Ale mógł przynajmniej spróbować. Może mu się nie podobałam? Pewnie mu się nie podobałam. Potem napisze esemesa do przyjaciółki, że całkiem miły ten chłopak. Przyjaciółka zapyta, całowaliście się? Na to już nie odpowie, nie dzisiaj.


On w tym czasie zajrzy do lodówki, otworzy żywca, obejrzy serial na laptopie, potem włączy porno i zaśnie bardzo smutny w powalanej pościeli.


Ona jeszcze napisze do byłego chłopaka, który jest skurwysynem, ale którego ona ciągle trochę kocha, i zaraz pożałuje, że napisała.


Jutro oboje pójdą do pracy.


Kawiarnia literacka, polityka.pl,
Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria (fragment opowiadania, str. 117)










Jeden pan jest tak dobrze wytrenowany do bycia lubianym, że nigdy nie mówi tego co myśli, ale to, co ludzie chcą usłyszeć. I zawsze ma coś do powiedzenia. Dusza towarzystwa po prostu. I nikt nie posądza go o bezmyślność, chociaż nigdy nie mówi co myśli.


W młodości lubił co prawda zabierać głos w zgodzie z samym sobą, ale gdy spostrzegł, że wtedy wszyscy są urażeni lub tylko znudzeni, zaniechał wyrażania myśli na rzecz bycia lubianym. Wiadomo, żeby być starym i cwanym, najpierw trzeba być młodym i głupim.


Nawet żona, dopiero po roku małżeństwa zorientowała się, że on ma swoje bardzo konkretne zdanie na rozmaite podstawowe życiowe tematy, w dodatku inne niż ona. Ale już było za późno, bo rzuciła dla niego pracę i nie stać jej było teraz na rozwód, jak większość żon. W środowisku, w którym był tak lubiany, przyjęła rolę tła, i środowisko przyjęło ją w tej roli z ulgą. Z czasem wytrenowała się do roli tła tak doskonale, jak on do bycia lubianym, więc zapraszano ich i zapraszano, i bywali i bywali...


- Czy to jest o Tadziu Hoffmanskim, panie Darku?

- Ochujałeś cycu rybi?! Tadziu Hoffmański jest poetą przeraźliwie autentycznym. Traktuje się tak serio, że wydaje się to nienaturalne i zawsze wypada jak karykatura samego siebie. Do śmierci będzie mieszkał sam w suterenie, którą mu przydzieliła gmina.


- No, ale chyba nie o mnie pan tak źle myśli, co panie Darku?

- Nie myślę o tobie źle; w ogóle o tobie nie myślę.


Rysunek: Andrzej Bobrowski

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

O kongresie literackim


Tego lata do trzygwiazdkowego ośrodka położonego nad sztucznym zalewem w Kutasinie Górnej zjechali literaturoznawcy, profesorowie polonistyki, eseiści i krytycy literaccy. Przybyli wszyscy, świadomi wagi rozmowy, która się odbędzie.


Ponieważ zostało sporo miejsc, dokwaterowano co bardziej prominentnych recenzentów, po trzech na pokój. Każdy otrzymał śniadanie, leżak na plaży oraz voucher na masaż.


W samo południe to szacowne grono zasiadło w sali konferencyjnej mieszczącej pół tysiąca publiczności. W toku gorącej, lecz kompetentnej dyskusji znaleziono odpowiedzi na wszystkie nierozstrzygnięte dotąd spory i zagadnienia. Wymieniono istotne trendy w polskiej literaturze współczesnej, a następnie podsunięto pisarzom zagadnienia, których podjęcie będzie zaszczytnym obowiązkiem. Wyznaczono kierunki rozwoju poezji, prozy i eseistyki na następne dekady oraz ustalono ze stuprocentową pewnością, kiedy ukaże się powieść totalna, na którą wszyscy czekają od trzydziestu lat, jeśli nie lepiej. Ujawniono też nazwisko autora tego wyjątkowego arcydzieła.


Ponieważ zostało jeszcze trochę czasu, prelegenci w sposób jasny i niebudzący wątpliwości określili, jaką postawę winien przyjąć autor wobec zagadnień społecznych i perturbacji politycznych. Dzięki temu każdy literat może żyć i tworzyć bez żadnych aksjologicznych wątpliwości.


Tego dnia w Kutasinie Górnej zabrzmiało jeszcze wiele innych rewelacji. Świat nie dowie się o żadnej z nich, albowiem na kongres, prócz prelegentów, nikt nie przyszedł.



Źródło, Klick!!!

Ilustracja: Marcel Marien

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na ręcznik








Robię bigos.
Na sercu byka.
Bykiem był półtonowy wół piżmowy,
przez lata największa atrakcja tybetańskiego cyrku.


Protestujesz, wrzeszczysz, wściekasz się jak pierwsza naiwna. Moje wyobrażenie o tobie nie pozwala mi rozmawiać z tobą kiedy jesteś w takim stanie. Kończy się na tym, że robisz swój bigos, na swojej patelni. Ze zrzynków z renifera.


Gra radio. „Dear Alice” z Eddim Gomezem na basie. Śpiewa Gayle Moran. Poznaliśmy się przy tej muzyce. To był twój czas. Wtedy, kiedy był, mogłaś mieć każdego. A wybrałaś mnie. Wyciszają końcówkę, żeby podać prognozę pogody. Mówią że pogody nie będzie.


Nie mam apetytu, ty też. Mówisz, że chcesz pojechać na wczasy, do Afryki. Chcesz jeździć na dzikim słoniu i na wielbłądzie.

Dopiłem kompot z mirabelek, ledwo dziobnięty talerz schowałem na później do lodówki. Sekundę zastanawiałem się czy nie wyjąć ze słoika korniszona na drogę, ale wziąłem tylko z parapetu kluczyki i papiery do samochodu.

W sklepie afrykańskim mieli tylko osła i krokodyla. Słonia ani wielbłąda nie było. Wyjąłem telefon. Odebrałaś za trzecim razem. Powiedziałaś że nie chcesz osła. Wróciłem z krokodylem.

Wskoczyłaś na stół i nie chciałaś zejść, zupełnie jakbyś zobaczyła pająka albo mysz, a to był tylko krokodyl. Zresztą gad okazał się tępym bydlakiem, który przez cały czas szukał okazji, żeby nas pożreć. Złapałem go za ogon, wyciągnąłem z domu i wrzuciłem do stawu z żabami.

Gdy wróciłem, zeszłaś już ze stołu. Siedziałaś i dojadałaś swój bigos ze zrzynków renifera. Otworzyłem lodówkę, wyjąłem swój bigos z serca byka i usiadłem naprzeciw.

Rano poszedłem nad staw. Krokodyl zżarł wszystkie żaby razem ze szlamem i węża którego się bałaś. Zaciągnąłem go do auta i odwiozłem do sklepu, bez żądania zwrotu kasy; niech weźmie go sobie ktoś, kto jest w większej i prawdziwej potrzebie posiadania krokodyla. Bo przecież nie potrzebowaliśmy krokodyla.

Po obiedzie powiedziałaś, że idziesz popływać, ale nie zabrałaś ręcznika. Nie wracałaś długo, więc wziąłem ręcznik i poszedłem nad staw. Okazało się, że czekasz na ręcznik.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Czekając na gnu (opowiadanie)











Mieszkaliśmy w naszym domu na pustyni. Nikt nie musiał nas ratować i my nie musieliśmy ratować.



Za oknem było widać piasek i słońce, czasem czuć było wiatr, w nocy przychodził księżyc. Powiedziałaś, że musimy coś zrobić. Poszedłem do szopy i przyniosłem farby i pędzelki. Na wielkiej ścianie naszej sypialni namalowałaś trawy sawanny, baobab, akacje, żyrafę, czarnego tukana z żółtym dziobem i rzekę z krokodylami gotową na przeprawę gnu. Usiedliśmy na podłodze i czekaliśmy aż gnu nadejdą. Całymi tysiącami, jak mają w zwyczaju. W nocy znów przyszedł księżyc, ale gnu nie przyszły.

Rano domalowałaś dla zachęty trzy zebry, jednak gnu nie pojawiały się. Za oknem słońce smażyło piasek na patelni pustyni, bo było już południe. Wyjęłaś z lodówki arbuza i pokroiłaś go na zimne, przyjemne, różowe półksiężyce. Usłyszeliśmy rumor, i przez otwarte okno wskoczył do pokoju lew.

Widywaliśmy go już wcześniej, ale tylko przez lornetkę, jak na granicy zniechęcenia wciąż próbuje wytropić coś, czego na pustyni nie ma. Prawdopodobnie, wyposzczony monotonią pustki, uległ pokusie twojego soczystego obrazu oczekującego nadejścia gnu. Przysiadł na podłodze obok i dyszał nieprzyjemnie, aż spiorunowałaś go wzrokiem i przestał. Zapadło długie krępujące milczenie. Nieznośne.

Powiedziałaś żebym coś zrobił. Poszedłem do szopy po sztucer Remingtona. Wróciłem i znacząco odbezpieczyłem karabin. W dodatku oświadczyłaś, że nie brzydzę się przemocą. Lew spojrzał na mnie, a gdy potwierdziłem skinieniem głowy tę oczywistą nieprawdę, odbił się od podłogi i wskoczył w obraz.

Usłyszałem jego ryk, ale nie wiem czy pod baobabem, czy wśród akacji, spojrzałem na brzeg rzeki, tam, gdzie maiły nadejść gnu, ale już nic nie zobaczyłem, bo chlusnęłaś na ścianę wiadrem białej farby i obraz zniknął zanim nadeszły.

Wyjęłaś ze skrytki brązowy odkurzacz Zelmer i posprzątałaś po lwie. Potem, jak nigdy nic, zjedliśmy zimne, przyjemne, różowe półksiężyce arbuza i poczekaliśmy na księżyc. Nie zawiódł. Przyszedł wieczorem, jak zawsze. Księżyc nigdy nie zawodzi.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Długie łatwe popołudnie (opowiadanie)

Usłyszałem pukanie do drzwi. Otworzyłem. Pani ubrana w perły i pan z teczką mieli dobre twarze uzbrojone w entuzjazm, w kącikach ust czaił im się gotowy do startu uśmiech. Zamknąłem drzwi, bo wiedziałem że będą chcieli sprzedać mi coś, o czym bym nawet nie pomyślał. Zapukali jeszcze raz, z taką samą kulturą, w której czaiła się pewność swych racji.




Otworzyłaś ty. Wpuściłaś panią ubraną w perły i pana z teczką. Wyszedłem do szopy, otworzyłem beczkę, nabrałem z wnętrza pół wiaderka czarnej mazi, wziąłem pod rękę drabinę, szczotkę i poszedłem smołować dach. Grzało słońce, więc smołowało się dobrze. Ale przykleił się motyl, duży i niebieski. Kiedy udało mi się go oswobodzić, był już cały utytłany w dziegciu. Musiałem go dobić żeby nie cierpiał. Dokończyłem smołowanie i wróciłem do domu. Twoich gości już nie było. Powiedziałaś, że miałem rację zamykając im drzwi przed nosem, bo to byli oszuści. Chcieli ci sprzedać zapałki za pięć dolarów, a dopiero kiedy odmówiłaś stanowczo, zaproponowali nowoczesne zapalniczki żarowe za dwa i pół dolary sztuka. Kupiłaś dwie, bo przecież nie dasz się nabrać na zapałki za pięć dolców, skoro w cenie jednego pudełka można mieć dwie bardzo fajne żarowe zapalniczki. Dla mnie wybrałaś z niebieskim motylem, dla siebie z różowym królikiem.

Obejrzałem zapalniczki. Były fajne, bardzo nowoczesne, żarowe, takie, jakie rozdają za darmo na stoiskach reklamowych. Teraz pozostało jeszcze tylko znaleźć dla nich zastosowanie. Odkulałem jeża drzemiącego pod drzwiami garażu, wyprowadziłem auto i pojechałem do miasta kupić papierosy. Przywiozłem różową paczkę dla ciebie i niebieską dla mnie. Odpaliliśmy zapalniczki z motylem i z królikiem. Paliliśmy zaciągając się.

Zaparzyłaś kawę, a ja zmiksowałem jarmuż z bananem, ananasem i pietruszką. Usiedliśmy na podłodze, znowu odpaliliśmy zapalniczki. Zapowiadało się długie, łatwe, przyjemne popołudnie.


Rysunek: Andrzej Bobrowski




Charles Bukowski komentarzy: 0

Kawałek Faktotum

Charles Bukowski komentarzy: 0

O starości i o młodości

Cezary Krysztopa komentarzy: 0

Orędzie pana króla do narodu

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Sen o podboju Tarnowa





W moim śnie włamuję się do krakowskiego ogrodu zoologicznego i uwalniam trzy słonie indyjskie, które tam zamieszkują.


Nie wiem, co prawda, czy w Krakowie żyją akurat trzy słonie, ale w moim śnie tyle ich tam było.


Ze zwierząt formuję armię na wzór wielkiego Hannibala. Dosiadam największej sztuki, dwie pozostałe wiernie podążają za mną. Schodzimy krętą drogą ze wzgórza Pustelnik, maszerujemy przez uśpiony Salwator, Łagiewniki, Wieliczkę. Nikt nas nie zatrzymuje. Zagubieni imprezowicze upuszczają butelki i przyklękają na jedno kolano.


Prowadzę swoje słonie nową autostradą. Kierowcy zwalniają albo trąbią na wiwat. Najodważniejsi porzucają swoje samochody i podążają za mną, zbrojni w lewary, siekierki strażackie i puszki Harnasia osadzone w skarpetkach.


W ten sposób do rogatek Tarnowa dociera zorganizowana spontanicznie armia. Bitwa rozgrywa się w krwawych promieniach świtu. Siły tarnowian, mimo męstwa, zostają stratowane, a nawet rozgromione.


Do drugiego starcia dochodzi przed ratuszem, już w pełnym słońcu. Urzędnicy, strażnicy miejscy, nieliczni policjanci oraz kontrolerzy biletów srożą się za pasem wilczych dołów i naprędce wzniesionych fortyfikacji. Atakuję klinem, którego dziób stanowią moje trzy słonie i ja sam, wymachujący zajuszoną pałką. Po kwadransie pada ostatni bohaterski kanar, zatłuczony własnym terminalem.


Taranuję bramę i wdzieram się do ratusza, gdzie wciąż broni się burmistrz, skryty za szpalerem biustów swoich sekretarek. Opada kurz. Schodzę ze słonia, ze szczątek burmistrza wygrzebuję klucze do miasta i zasiadam w gabinecie. Sen dobiega końca w tym właśnie momencie.


Nie mam pojęcia, czemu śnią mi się takie rzeczy, ale chyba niezbyt dobrze świadczą o mojej osobie. Znamionują niepotrzebne okrucieństwo i poszukiwanie chwały niewielkim kosztem. Niewiele wiem o Tarnowie, ale wydaje się miastem spokojnym, sympatycznym i bardzo łatwym do podbicia.



Źródło, Klick!!!

Gostyńska 36 komentarzy: 0

Pierwszy dzień lata



Powiedziałaś, że chcesz mieć staw w ogrodzie, takie swoje małe jeziorko z lilią wodną i dzikim karpiem. Wziąłem z szopy łopatę i poszedłem kopać staw dla ciebie.


W południe przyniosłaś mi obiad. W jednym garnku była ulubiona szczawiowa z jajkiem a w drugim kartofle, panierowany boczek i młoda kapusta. Zjadłem obiad i wylizałem garnki. Powiedziałaś, że nie lubisz kiedy wylizuję garnki, więc obiecałem że nie będę tego robił.

Oczyściłem łopatę z gliny, do której się dokopałem, i wskoczyłem do rowu kopać dalej. Ukazała się pierwsza woda. Była brzydka i mulista.

Wtedy przyjechałaś naszym autem i powiedziałaś, że staw który kopię, jest niedobry i lepiej kupmy sobie lepszy w sklepie. Oczyściłem łopatę, wrzuciłem ją do bagażnika i pojechaliśmy do miasta.

Długo szukaliśmy sklepu, w którym sprzedają gotowe stawy. W końcu go znaleźliśmy. Był świetnie zaopatrzony. Mieli stawy angielskie, francuskie, japońskie, chińskie, egzotyczne, morskie i krajowe. Niemieckich nie mieli, bo się skończyły, a nowa dostawa miała być dopiero za tydzień. Ale i tak byłaś zachwycona, więc ja też podziwiałem wszystko jak urzeczony. Woda w stawach nie była brzydka i mulista jak w moim dole, była krystaliczna i miała świeży lazurowy odcień.

Nie mogłaś się zdecydować, który staw kupić, więc zaproponowałem żebyśmy wzięli po kawałku z każdego, bo sprzedawali nie tylko w całości, ale cięli też na trójkąty jak tort. Wybrałaś ćwiartkę stawu z lilią i dzikim karpiem, a sprzedawca dorzucił do niej bociana gratis, wzięłaś też spory klin francuski z żabą i ślimakiem, jeszcze większy klin z bambusem i małą pandą, bo lubisz misie.

Kazałaś dorzucić klin ze skałą morską i jaszczurką, a sprzedawca zapytał czy ma być legwan czy raczej waran. Wybrałaś jedną jaszczurkę i uśmiechnęłaś się do sprzedawcy, więc natychmiast drugą dorzucił gratis. Zastanowiłem się czy nie strzelić tego lizusa w pysk, ale postanowiłem to odłożyć na później.

Wybrałaś jeszcze do całości klin z małą dżonką i zasuszonym Chińczykiem sternikiem, a lizusowaty sprzedawca z miejsca wystartował z propozycją dorzucenia orientalnej parasolki dla ciebie, która ochroni takie zjawiskowe wdzięki przed słońcem. Przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy spojrzałaś na niego zalotnie, uśmiechnęłaś i przyjęłaś ten gratis.

Rozgrzany sprzedawca zaoferował, że niezwłocznie zapakuje wszystkie twoje kawałki tortu i osobiście dostarczy gdzie tylko zechcesz, za darmo i z największą przyjemnością. Mówił do ciebie jakby mnie tu w ogóle nie było, a ty śmiałaś się jak wtedy, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Tego już było za dużo. Strzeliłem lubieżnego drania w pysk.

Wpadła ochrona, ale nie chcieli się bić.

Wróciliśmy do domu bez zakupów. Chciałem sobie odgrzać kolację, ale nie było, więc zjadłem korniszona i popiłem kompotem z renklod. Rano wziąłem łopatę z szopy i poszedłem kopać staw dla ciebie. Woda nie była już taka mulista, im głębiej kopałem, tym napływała czystsza. Na pięciu metrach natrafiłem na krystaliczną. Powinna ci się spodobać.


Grafika: Andrzej Bobrowski