12 grudnia 2019, czwartek
Dorota Masłowska komentarzy: 0

Nowy felieton

Fragment:


I ja dopiero co kupiłam sobie w znanej sieci sweter, w którym po pierwszym praniu ukazała się tajemnicza, niezgodna z prawami fizyki dziura. Oburzona niosłam go do reklamacji, całą drogę powtarzając gorzkie słowa, które wykrzyczę w twarz sprzedawcy, gdy ten odmówi jej przyjęcia. Jednak mężczyzna przebrany za nastolatka nawet nie podniósł na mnie oczu; wziął sweter i rzucając go na kupę podobnych, wybrakowanych egzemplarzy, polecił mi wybrać sobie coś w tej samej cenie. Patrzyłam z niedowierzaniem. Ledwie odcięłam od niego metkę – tę pępowinę łączącą go ze światem fabrycznej nieskazitelności, a już leżał na hałdzie szmat. Od jednego do drugiego statusu dzieliły go dwa dni. I jedno pranie. „Cóż, sprzedajemy tu śmieci, ZDZIWKO?" – mówiłaby może mina sprzedawcy.


Gdyby miał jakąś minę albo w ogóle na mnie spojrzał. Z głośników dudniła muzyka taneczna. W powietrzu unosił się upojny zapach perfum. Blade manekiny miały twarze bez rysów i ręce w bezradnym obwisie; wracały właśnie z brutażu, jutro jadą na Hel na kite'a, pojutrze do Berlina na koncert Swansów. Prezentując jednorazowe ciuchy, w których możesz przebrać się za kogokolwiek; kogoś, kim najbardziej nie jesteś. A potem jak bandyta po akcji, jak złodziej po napadzie na bank tożsamości wyrzucić je do pierwszego napotkanego kosza. Szyte za ułamki centów, nie mają właściwie żadnej realnej wartości. Tej ostatniej nabierają, dopiero gdy ktoś dopisze do nich marketingową baśń, podinscenizuje ją, puści stosowną muzykę i chmurę perfum. Albo chociaż umiejętnie o nich opowie; słowami jak zaklęciami nada im cechy, których być może wcale nie posiadają. Hokus-pokus – i oto woda szytych w Bangladeszu za bezcen szmatek zamienia się w cenne wino NAJNOWSZEJ KOLEKCJI.


Całość - dwutygodnik.com, Klick!!!

Miron Białoszewski komentarzy: 0

...

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Łapanie szczęścia

Łukasz Orbitowski komentarzy: 0

Ruski gangster



Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.


No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?


A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów. Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.


Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.


Orbitowski Klick!!!

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA

Pańskie Chałupy - 2017/18, strona 1



Czy naprawdę wywodzimy się z kultury łacińskiej i wszyscy pochodzimy od husarii?

Otóż nie wszyscy wywodzimy się z kultury łacińskiej, i nie pochodzimy w prostej linii od husarii.

Mówią, że pierwszy człowiek na świecie miał na imię Mieszko. I przyleciał z kosmosu na meteorycie zabić dinozaury, żeby powstała ewolucja. I zaraz z małpy zrobił się Pan Twardowski, co sprzedał duszę diabłu za koguta i odleciał na księżyc. Potem Święty Mikołaj Kopernik wstrzymał słońce i ruszył ziemię, ale rad – rada nie rada – musiała wymyślić kobieta Skłodowska, i wynaleziono kartofle oraz konia z wozem; tak powstał świat czyli Polska. A przy niej powyrastały stopniowo, w miarę zapotrzebowania: Ameryka, Londyn oraz francuskie winorośle, żeby Polacy mieli dokąd za chlebem jeździć, i powstały Niemcy, żeby produkować mercedesy dla Polaków, ale u nich recesja straszliwa, więc słabo produkują i nie wszyscy w Polsce jeszcze mercedesami jeżdżą. A zaraz potem ewolucja wyłoniła Chorwację, żeby Polacy mogli mieć dokąd pojechać się wykąpać.

- Myśli pan, że Bóg jest przeciwko nam?
- Bóg nigdy nie jest przeciwko nam; on zajmuje się swoimi sprawami.

Słońce znów wzeszło rano i zajdzie wieczorem, deszcz nie pada na ludzi złych, ani na dobrych. Są dni lepsze i gorsze, dzisiaj wiatr nie hula po ulicach, auta jeżdżą elegancko w jedną stronę i w drugą też. Jedni śpieszą się tam, a inni z powrotem. Jednym i drugim śpieszy się równo i bardzo. Rzeczy błahe, jak i te wielkiej wagi, mają zwykle taki sam banalny początek. Żeby była przyszłość, musi być najpierw przeszłość. Historię produkują z dni lepszych i gorszych, ale nie jak leci, tylko według przepisu, żeby było jak należy.

-
Jeszcze nikt nic lepszego nie wymyślił niż rano się najeść, a wieczorem napić, panie Darku.

Z
awsze się znajdzie jakiś dowcipniś, któremu się wydaje, że ma coś do powiedzenia.

Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison. Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas. Ojcze z nieba, Boże - zmiłuj się nad nami. Synu, Odkupicielu świata, Boże, Duchu Święty, Boże, Święta Trójco, Jedyny Boże, Święta Maryjo, - módl się za nami... - papuga hrabini Wrotycz-Nawłociowej klepie Litanię Loretańską. Całą! Ale bez zrozumienia. Za to nie zna kompletnie Ojcze Nasz; widać nie jest w pełni wierząca, co najwyżej się podszywa.

- Na pewno też by nie wiedziała kiedy wstać, a kiedy klęknąć podczas mszy, panie Darku.

- A ty coś za jeden?...
- Bo co?!

- No masz jakieś imię, nazywasz się jakoś, czy jesteś nikim?!
- Ja jestem Tomek z Pańskich Chałup, panie Darku.

- Masz kobietę nieletnią i trójkę dzieci...
- Ten Tomek właśnie jestem.

- I jesteś patriotą?
- A jak!...

-A skąd się biorą patrioci? Powiedz mi tu zaraz!
- Z Pańskich Chałup?... Ja jestem z Pańskich.

- I z czym przychodzisz, Tomek?
- Zwyczajnie, po ludzku przychodzę.

- No, jak po ludzku, to sobie usiądź tam wygodnie, nalej, zapal, odsapnij i udawaj, że cię tu w ogóle nie ma.
- W tej chwiluni, panie Darku.

Człowiek z natury jest dobry. Dla samego siebie.
I potrafi o sobie myśleć wyjątkowo, odświętnie i bez opamiętania, każdego dnia. Spośród wszystkich na świecie najbardziej lubi siebie. Przyozdabia się w krawaty nadające mu zwodniczy szacowny wygląd. I wtedy z wyglądu się składa i z wody, a nawet jak nie tylko z wyglądu samego, to zawsze jakoś przecież wygląda.

- Człowiek się z wyglądu składa? I z wody? Nie rozumiem za bardzo.
- Nie twoja wina, cycu.


- Wciąż nie udaje mi się zrozumieć, a bym chciał.
- Nie przejmuj się, tylu ludziom nic się dzisiaj nie udaje.


Nie jestem jeszcze stary, a piszę już książkę o ludziach. Pyszałkowaty – powie ktoś, i będzie miał rację.
I wszyscy się tym bardzo przejmują, chociaż nikomu nie mówiłem o tym pisaniu. Po prostu wszyscy wszystko wiedzą, a jak nie wszystko, to i tak swoje wiedzą. Dzisiaj ludzie przejmują się wyłącznie tym, co inni o nich powiedzą, więc lepiej na mnie uważać, naprawdę. Mam pięćdziesiąt lat i nie osiągnąłem niczego, więc nie mam nic do stracenia i mogę odważyć się na wszystko, bez obawy, że stracę cokolwiek z tego, czego nie mam.

- A czemu pan pisze, panie Darku?
- Bo nic innego nie mogę już robić.

- A czemu nic pan innego nie może robić?
- Bo piszę.

- A kogoś w ogóle interesuje to pisanie, ktoś się przejmuje tym, co się o nim mówi?
- Ludzie przejmują się wyłącznie tym, co powiedzą o nich inni; nic więcej ich nie interesuje.


- Chyba, że tak.
- I trzeba im powtórzyć dwa albo pięć razy, żeby zrozumieli, że mówi się do nich, a potem jeszcze raz, żeby zrozumieli co się do nich mówi.


- A dlaczego pan, panie Darku, niektóre zdania zaczyna od dużej litery a inne nie?
- Bo umiem.


Zdyscyplinowane słońce znów wstaje wcześniej ode mnie. Gdy otwieram oczy, ono już panoszy się po całym pokoju.
Nieustępliwie. Z ulicy dobiega rumor śmieciary, jazgot motorynek wiozących dzieci do szkoły po jedynki, rozlega się kwik świń transportowanych ciężarówą na rzeź - znak, że miasto już się rozbudziło. Czas i na mnie.

Idę po chleb.

Rysunek: Andrzej Bobrowski

Dariusz Łukaszewski komentarzy: 0

Husaria



HUSARIA

Pańskie Chałupy - 2017/18, strona 116

Znowu deszcz. Pada na wesołych i na smutnych, na panny, żony, rozwódki i na wdowy, na porzuconych i porzucających, pomiatanych i pomiatających, na odważnych i na tchórzy. Na palących i na niepalących też oraz na poważnych i niepoważnych tak samo pada. Z wszystkich czyniąc zmokłe kury, upodabniając tak, że nie sposób rozróżnić kto dobry, a który mniej. Pies podąża za swoim panem nieomylnie, choć pan jak wszyscy - mokry niczym ścierka do podłogi. Ja, to ja, bo mój pies mnie rozpoznaje, myśli pan. Taksówki mają duże branie, żadna nie stoi na postoju, chociaż stoi tam wielu i czeka. Ktoś otwiera parasol, ale zaraz zamyka wstydliwie, bo drut złamany przebił czaszę i zwisa niechlujnie, ściągając wścibskie spojrzenia doszukujące się niedoskonałości u posiadacza parasola, którą ten pragnie ukryć. Z dawna nieopróżniany, pełny kosz przelewa się na chodnik kipiąc zupą śmieciową. Przechodzi obok wielu, cały przekrój, i każdy tak samo pośpiesznie odwraca wzrok, zohydzony widokiem zupy zalewającej chodnik. Zaskoczeni ulewą zamożni i bezdomni stoją stłoczeni pod wiatą tramwajową. Deszcz przestanie padać za kwadrans. Dopiero za kwadrans wszyscy wrócą na swoje wypracowane z trudem miejsce.


Mieciu i Karolinka też stoją, ale Mieciu pod wiatą w mieście Wrocław, a Karolinka w mieście Poznań pod wiatą stoi. A miasta te są odległe o 140 kilometrów. W dodatku Karolinka w samo południe stoi wśród innych stłoczonych pod wiatą w celu ochrony przed ulewą, a Mieciu stoi o siedemnastej godzinie dopiero, gdy deszcz do jego miasta dociera. Więc choć oboje stoją pod wiatą schronieni przed deszczem z tej samej ulewy, to nie mogą oni stać razem. Zresztą Karolinka już nie stoi, bo śpiesznym krokiem drobi do foniatry w mieście Poznań, więc tym bardziej z Mieciem stać razem nie może.


- Ale dlaczego ona do foniatry idzie? Zamisat na konika?
- Bo ma uszy gamoniu.


A gdy Mieciu pod wiatą staje, to Karolinka już na stacji z pociągu wysiada w naszym mieście, w którym świeci słońce. Bo zajdzie dopiero wieczorem, a jutro rano znów wstanie przed wszystkimi. I nastanie dzień, ostatni dla papugi.



Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas...
- tyle zdoła zaskrzeczeć tego dnia gadająca papuga i zdechnie, prawdopodobnie na grypę szalejącą wśród ptasiej braci, choć równie prawdopodobnie może się ona udławić za karę, bo żarła podczas gadania, w dodatku raptownie, opuszczając świętokradczo całe święte zwroty. Ale hrabini Wrotycz-Nawłociowa nie pozostaje w żałobie po papudze; prawdę mówiąc nigdy jej nie zdołała polubić. Kupuje od Cygana małego psa, szczeniaka. Mały pies jest większy od innych małych psów. A nawet większy od wszystkich dużych psów na osiedlu. Chciałby spać przez cały dzień na kanapie, ale hrabini nie pozwala, bo mógłby odkryć, że jest typem kanapowca, który wstaje na pół godzinki, wypada gdzieś nie wiadomo dokąd, a potem prędziutko powraca z czyjąś ręką lub nogą. Pies ma na imię Paszcza i w pełni na nie zasługuje.
Hrabini zachęca pasa do spaceru, chociaż deszcz.
- Pada – mówi hrabini do małego psa. - Ale przemkniemy pomiędzy kroplami.
A on jej wierzy. I przemykają.

Rys. Andrzej Bobrowski